fantastyka · 9 min czytania
Wizyta pod latarnią...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
*** I
Idąc ulicami dawnego królewskiego miasta, widziałam te wszystkie szyldy, banery, reklamy i inne bajery ponowoczesności. Tu ktoś szedł ubrany jak na wybiegu agencji modelek, a zaraz za rogiem kościoła św. Marka siedział żebrak, obok którego ustawiono puszkę. Minęłam jednego i drugiego obojętnie, bo moje serce ktoś zamieniał właśnie w lodowaty kamień. Brama przy Sławkowskiej ozdobiona niebieskimi tabliczkami – jakiś prawnik, fryzjer, a na I piętrze, do którego szło się ciemnym korytarzem dyżurował psychiatra. Weszłam schodami solidnymi, ściany czyściutkie, wszędzie pachniało pastą do podłogi. Zamiast dzwonka staromodna kołatka w kształcie głowy lwa z mosiądzu. Drzwi otwarły się chyba same, nikogo w przedpokoju, więc idę dalej, a na końcu pokój, gdzie dyżurowała sekretarka. Ubrana niezbyt modnie, chyba panna starej daty, brakowało jej tylko rogowych okularów i naszyjnika z pereł.
II
Weszłam z pewnym… takim… ociąganiem. W końcu przebywałam w miejscu udręki, owianym tajemniczą osłonką mgielnych wyziewów, gwałtownych erupcji nastroju, to znów dolinnych klimatów. Usiadłam na krześle, które przypominało spokojną, leciwą i leniwą secesję. Obok wielki stół, na nim lampa naftowa, kałamarz z piórem, wielkie koperty z lakowymi pieczęciami, na ścianach obrazy z pól bitewnych i portrety jakichś ważnych person. Umeblowanie jak retro – wielkie szafy gdańskie, głęboki fotel, kozetka, a w oknach ciężkie story, które chyba trudno ściągać do prania i z powrotem zawieszać. W kącie dostrzegłam ebonitową laskę, a na stojaku ciemny płaszcz i kapelusz o niedzisiejszym kroju. Dziwne uczucie, jakby ten cały gabinet był bladą kalką tamtych dawnych gabinetów, gdzie pacjenci leżeli na kozetce, opowiadając swoje mroczne historie. Skojarzenia moje pobiegły naraz w tereny wiedeńskie, małomiasteczkowe, jakby średnia klasa nadal świetnie prosperowała. Gdzieś w półmroku dostrzegłam nareszcie starszego mężczyznę z brodą i lenonkami, w dobrze skrojonym garniturze i nienagannym krawacie koloru szarego. Wcale nie wiedziałam, jak się zachować. Z kłopotu wybawił mnie doktor, który sam odezwał się pierwszy. - Zatem co Pannę sprowadza w moje progi? - Panie doktorze, nie mogę spać, dręczą mnie własne myśli, uczucia mam rozbiegane, a w życiu brak celu. - W tym, co Pani powiedziała czuć smutek osoby, która zaczynając dorosłe, lecz nadal młode życie stoi na rozdrożu…nie wie, w którą stronę pójść, chce się przekonać... - Pochodzę ze średniej klasy, moi rodzice są inteligentami. - Pani Ojciec? - Pracuje w PAN. - Przepraszam, w czym? - W Polskiej Akademii Nauk, dawniej Polska Akademia Umiejętności… - Obecna nazwa. - Że co? - Nazwa, którą Pani wymieniła brzmi niedokładnie. Mamy PAU, nie jakiś PAN. - Nie wiem, słyszałam od Ojca…może źle zapamiętałam. - Kłopoty z pamięcią, kojarzeniem? - Od wielu tygodni, miesięcy…nie mogę skupić się na zajęciach. - Pani studiuje? - Tak, teologię na PAT. - Przepraszam, na czym? - Papieska Akademia Teologiczna, działa od 1981 roku. - Hmm, Pani wspomina, by tak rzec, hmm… odległą przyszłość…czyżby wiedziała, co się zdarzy za lat 80…? - Nie rozumiem, PAT działa już 20 lat, zakładał go sam Papież, Jan Paweł II. - Papieżem jest Pius X moja droga panno…a to wszystko, co Pani mówi, niestety, nie odpowiada rzeczywistości. Podejrzewam przedwczesne otępienie, dementia praecox…w rozumieniu Kraepelina. - Ja znam inną nazwę, mieliśmy to przedwczoraj na konwersie z psychologii – „schizofrenia”, wprowadził ją w 1911 Bleurer… - Mamy rok 1902, a Bleurer nigdy publicznie ani w prywatnej korespondencji do mnie nie wspominał o nazwie, jaką raczyła pani wymienić…skąd Pani wie o jego badaniach?! - Który rok?! Przecież żyjemy w początkach…w 2001 roku, panie doktorze, nie rozumie mnie Pan?! - Uważa Pani, że mamy rok 2001? - Dlaczego zadaje mi pan takie „proste” pytania…?! - Bo nie mamy roku 2001… - Niemożliwe, urodziłam się w 1978, proszę, tu jest mój dowód osobisty? – Dowód jaki?! - Proszę zobaczyć. – Oo, Pani ma zdolności artystyczne? Dziwi mnie tylko awangardowa forma dokumentu… - To jakaś paranoja… - Droga Panno Magdo, pani jest, niestety, w obłędzie…no ale terapia Pani pomoże… - Czy Pan zapisze mi leki? - O jakich lekach mówi Pani? - No, na przykład antydepresyjnych, uspokajających…boję się, nie mogę spać, mam depresję… - Depresję?! - Czuję bezsens tego wszystkiego dookoła…to się nazywa chyba depresja, pan jest lekarzem… - Ja widzę w Pani melancholijny smutek, nie żadną jak to Pani nazwała, tworząc nowe słowo, którego nie znam,…