Fantastyka · 20 min czytania
Władca Dyskietek Księga I Rozdział 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
2. OPOWIEŚĆ GANPAWŁA
POGWARKI PRZY WINIE NIE UCICHŁY PO SIEDMIU, ani nawet po siedemdziesięciu siedmiu dniach. Barwna postać Felicjana Żula z Flachą Bez Dna u boku, który znika w zielonym świetle i zakopuje skarby pod ziemią przeszła do kanonu żulowskich legend. Powtarzano ją jeszcze bardzo długo po wydarzeniach tejże opowieści. Zgodnie z tym, co powiedział Ganpaw, nowym wodzirejem (taką tytulaturę posiadali właściciele ziemscy na Zarowiu) został Marian Żul. Ponieważ Felicjan zostawił swojemu siostrzeńcowi Flachę Bez Dna, Marian dzień w dzień urządzał biby, chlańska i popijawy. Brało w nich udział wielu Żuli, ale najbliższymi kumplami Mariana zostali Józef Fafa (nazywany zdrobniale Ziutkiem) oraz Franek Chlacz (poprawna forma jego imienia brzmiała Franciszek, lecz nazywano go Frankiem, bo tak było i krócej, i łatwiej). W ich towarzystwie Marian żłopał ile wlezie, a gdy ich zabrakło, to żłopał sam. Mimo tak sielskiego życia Marian czasem doświadczał przedziwnego, niemożliwego do określenia uczucia i nie chodzi tu o te przejściowe chwile, gdy zaczynał trzeźwieć. Marianowi bardzo brakowało towarzystwa Felicjana i czasem żałował, że nie podążył za nim. Co każdą jesień naszego Żula nawiedzały wizje miejsc, których nigdy nie widział, oraz ludzi, których nie znał, choć którzy wydawali mu się znajomi. Ale Marian, jak to Marian, wszystko traktował z gwintu. Zaś czas płynął. Najpierw powoli, potem coraz szybciej zbliżał się dzień dwudziestych piątych urodzin Mariana – a dokładnie tyle lat miał Felicjan, gdy nieoczekiwanie ruszył na spotkanie swojej przygody. Nasz młody Żul stawał się czasem smutny, innym razem dopadał go zły nastrój i nawet żłopanie z Flachy nie pomagało. Marian często udawał się na samotne wędrówki, spotykał się z Graczami wędrującymi z dalekich krain, a przyjaciele od flachy patrzyli nań z nieukrywanym niepokojem. Były to bowiem czasy, w których następowały wielkie zmiany. Przez Żulogard przechodziły procesje Programistów, wędrujących na zachód, ku Portowi COM, aby na zawsze opuścić System. Coraz więcej widywano także Graczy, którzy uciekali ze stron ojczystych, wielce czegoś się bojąc. Co odważniejsi opowiadali Marianowi straszne i pełne trwogi opowieści o Wielkim Wirusie oraz o Krainie Nullvir. Nazwy tej Żule w ogóle nie znali. A były to ziemie, gdzie stała Mroczna Partycja Verbratinull, ostoja potęgi, za której sprawą wybuchały infekcje i narastała groza w Systemie. Setki coraz okropniejszych wirusów atakowało strony Internatu, a z gór zeszły wygłodzone szenie, teraz mądrzejsze, przebieglejsze i bardziej krwiożercze. Szeptem prawiono o stworzeniach jeszcze okropniejszych, lecz gdy rozmowa schodziła na te tematy, Marian zwykle już drzemał.
Aż wreszcie nastał ten wyjątkowy dzień – Marian kończył dwadzieścia pięć lat! Ku uczczeniu owej okazji nasz Żul wydał bibę, która trwała trzy i pół dnia (nieoficjalnie pięć i pół, bo Marian zaczął chlać już na dwa dni przed pojawieniem się pierwszych gości). Gdy biba wreszcie dobiegła końca (wszyscy oprócz Mariana schlali się do nieprzytomności), pola wokół chatki na skraju lasu przypominały plac po zaciętej bitwie. Tu i tam, pośród pustych flaszek i roztrzaskanych skrzynek po wódce leżały stosy zachlanych Żuli. Pośród tego pobojowiska przechadzał się Marian, co rusz zdrowo pociągając z gwintu. I właśnie wtedy, po niemal dziesięcioletniej nieobecności zjawił się Haker Ganpaw. Marian na jego widok wybałuszył oczka ze zdziwienia i o mało nie upuścił Flachy Bez Dna. – Łozzzaaap ! – powitał go Ganpaw. – Widzę, że nic a nic się nie zmieniłeś, mój drogi Marianie Żulu. – No – odpowiedział Marian. Chwilę później obaj przyjaciele siedzieli już w chatce i sącząc Jawole pogrążyli się w rozmowie, która trwała aż do następnego ranka.
Późnym przedpołudniem Marian i Ganpaw skonsumowali lekkie śniadanie, po czym rozsiedli się wygodnie, spoglądając przez okno na las. Ganpaw wspominał w myślach wydarzenia, które rozegrały się w tymże pokoiku przed niemal czterdziestoma laty, kiedy po sutej bibie Felicjan oraz trzej Gracze wyruszyli na wyprawę swego życia. Haker rozmyślał o tym w skupieniu i nawet Marian dumał nad czymś w ciszy – nie wiedzieć, czy przysnął, czy też przeczuwał już ciężar straszliwych wieści, które przynosił ze sobą Ganpaw. Wreszcie otrząsnął się i zza balonu z bimbrem wyciągnął pokrytą kurzem i brudem papierową torebkę, w której znajdowała się dyskietka Felicjana. – Cuś żeś o tym w nocy gadał, ino żeś nie skuńczył – powiedział Żul. Ganpaw chrząknął i oderwał się od popijania z piersiówki. – Dyskietka owa jest wiele groźniejsza, niż cię kiedyś przestrzegałem. Widzisz Marianie, w poprzednich Wersjach Wysocy Programiści z Makrohardu oraz Gracze z Walkirii tworzyli dyskietki o potężnej mocy. One zaiste były niebezpieczne dla posiadaczy, lecz ich potęga bledła przy potędze Wielkich Dyskietek, a w twoich rączkach spoczywa teraz Największa z Wielkich. – Aha – powiedział Marian. – Wuja Felek cuś tam mie gadał. – Nie powiedział ci wiele, bo sam niedużo wiedział. Felicjan, choć mały i słabiutki, był Jej panem przez trzydzieści lat, aż w końcu odczuł owy straszny wpływ. Powiedział mi, że czuje się jak za mało spirytusu rozcieńczone w za dużej ilości wody; a to był ważny objaw. Dyskietka opanowywała Felicjana. Groza padła podówczas na me serce. Uznałem, że trzeba interweniować, aliści nie chciałem zasięgać rady Sławkomana the Write. – A to co za ciołek? – zapytał Marian. – Nie dziwię się, że go nie znasz – odrzekł Ganpaw. – To mój Mistrz, Największy Haker Amisiogardu, uosobienie wiedzy o Dyskietkach i jedyny w całym Systemie posiadacz rzadkiej kolekcji metalowych dyscyplin – dodał kwaśno. – Aha – rzekł z udanym zrozumieniem Żul. – Jest jak rzekłem najlepszy, lecz jego wiedzy daleko do wiedzy Tego, który ongiś Dyskietkę stworzył. Och, jak bardzo ostatnimi laty obawiałem się, aby ten On nie zawładnął Żulogardem i wszystkich sympatycznych, aczkolwiek głupiutkich Chlaczy, Żuli i Pijusów nie pozamieniał w swych niewolników! Powiem ci wprost: Dyskietka, którą trzymasz w tej tutce, ma swego Pana. On gotów jest uczynić wszystko, aby Ją odzyskać. A teraz, Marianie Żulu – powiedział Haker twardym głosem – podaj mi Ją. Daj mi Dyskietkę. Marian rozdarł zabrudzoną torebkę. Z jej wnętrza wypełzło małe stado karaluchów i dwa włochate pająki, a pod warstwą kurzu ukazała się na pozór zwykła czarna dyskietka z czerwoną naklejką Verbatimu. Ledwo Ganpaw wziął dyskietkę w dłoń, srebrne kółeczko zawirowało, jakby demonstrując wielkie niezadowolenie z powodu znalezienia się na dłoni Hakera. – Widziałeś napisy? – zapytał Ganpaw. – Popatrz! – przysunął Dyskietkę Marianowi nieomal pod sam nos. Marian zrobił zeza zbieżnego i dostrzegł na czerwonej nalepce jakby rozmyte, lśniące napisy, wykonane niebieskim cienkopisem. – Ni umim czytać – przyznał się Żul. – Etykiety na winiakach zawsze jakoś czytałeś – zarzucił mu Ganpaw – ale tychże napisów w istocie nie przeczytasz. Użyto tu starego, jeszcze binarnorskiego standardu ISO 00000–01, a napis powstał w najstarszej z wersji języka Assembler. Brzmi on:
01 A:/FIND 01 A:/GROUP 01 A:/COMPILE 01 A:/OS/DEL
Część 22 / 2
– Jest to mały fragment starożytnego kodu źródłowego z Epoki 80486. Całość można by przetłumaczyć następującymi słowy:
Trzy Dyskietki dla Programistów, co Systemem władają, Dla adminów Graczy w ich kafejkach – Cztery, Pięć dla Użytkowników, co lepszego sprzętu pożądają, A dla Władcy Wirusów Jedna Dyskietka. Jedna W Krainie Nullvir, kędy zaległy wirusy. Jedna, by je odszukać, Jedna, by zgromadzić, Jedna, by skompilować i System Nią zgładzić, W Krainie Nullvir, kędy zaległy wirusy.
– Bo to jest właśnie Jedyna Dyskietka. – ciągnął Ganpaw głosem, w którym teraz niósł ze sobą grozę. – Ona panuje nad pozostałymi Dwunastoma. To tę Dyskietkę przed laty utracił Władca Wirusów, a teraz wielce pragnie Ją odzyskać. Marianie Żulu, choćby wprowadzili prohibicję, to nie może nastąpić! – No – odpowiedział Marian. – Ale mi sie piciać ce – dorzucił, grzebiąc paluszkiem w uchu.
Gdy Marian zwilżył gardło winem z pięciu flaszek, przyjrzał się uważnie Dyskietce. – Skąd to to cholerstwo sie tu wzięło? – zapytał. – Długa to opowieść, lecz gdy pytasz, postaram się ją zrelacjonować. Rozpocząć należy od postaci Trojana Wielkiego, zwanego też Wielkim Wirusem lub Władcą Wirusów. Prawdą jest to, czego tak bardzo się lękałem: Trojan powrócił do Mrocznej Partycji w Krainie Nullvir, a jego wirusy z dnia na dzień potężnieją. Czy cyfrowej jaźni Trojana dojrzały plany działania, tego nie wiem, lecz jedno jest bezsporne: niebawem dojrzeją. Trojanowi brakuje już tylko jednej malutkiej rzeczy, by zniszczyć Wielkie Biblioteki DLL, uszkodzić EXplorera i zalać System wirusami. Brakuje mu owej Jedynej Dyskietki. Wielkich Dyskietek powstało dwanaście plus Dyskietka Rządząca, którą trzymasz w łapce. Trzy z Nich skryli administratorzy Programistów, dzięki czemu nie dotknęła ich niszczycielska potęga Nullviru. Cztery należały do dostojnych wodzów graczowych klanów: jedną z tych Trojan odnalazł, a pozostałe zniszczyły Fiki. Pięć, które otrzymali wielcy administratorzy Użytkowników, ujarzmiły posiadaczy i zmieniły ich w ohydne wirusy, sługusów Wielkiego Wirusa. Me serce podpowiada mi, że owe Pięć powróciło już do swego pana. Trzy są w ukryciu, lecz o nie Trojan nie dba. By odzyskać moc i potęgę, które miał ongiś, Władca Dyskietek potrzebuje Jedynej. Dotąd sądził, że została sformatowana, co zresztą powinno być uczynione, lecz co się nie stało. Teraz, gdy wie, że Jedyna przetrwała, zrobi wszystko, powtarzam ci: WSZYSTKO, aby Ją odzyskać. – Ja cie – Marian rozdziawił buzię ze zdziwienia, wkładając w nią piąty paluszek lewej ręki. – Groza czyha nad nami straszliwa – kontynuował Ganpaw. – Jako ci rzekłem, Dyskietka winna być sformatowana, lecz nie uczyniono tego. Wiąże się to z wielką bitwą na polach UniXu, gdzie to administrator Makrohardu, Bill Games oraz Linus…