Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 23 min czytania

Władca Dyskietek Księga I Rozdział 3

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

3. CZARNI ROWERZYŚCI

– MARIANIE ŻULU, ZALI PAMIĘTASZ, do czego się wczoraj zobowiązałeś? – zapytał Ganpaw, posyłając Marianowi uważne spojrzenie. Nasz zacny Haker stał gotów do drogi w progu chatki na skraju lasu i mierzył wzrokiem Mariana, który po przebudzeniu zdążył już obalić dwa tuziny flaszek jabcoka, zapominając o poczynieniu jakichkolwiek przygotowań do podróży. – Za cholere… ni pamiętam… – odparł bez owijania w bawełnę Marian. – Chocia… wim! To to trza rozwalić! – Żul uśmiechnął się z dumą, wskazując na Dyskietkę i zakańczając swą wypowiedź siarczystym beknięciem. – Wielcem rad, że nie uleciało to z twej pamięci, Marianie, bo zaczynam się o ciebie niepokoić. Najchętniej sam ruszyłbym z tobą, aliści ma obecność wymagana będzie w co najmniej trzech miejscach naraz. Niestety, nie mogę się skopiować, przeto trza mi będzie potroić wysiłki. – Aha – odparł Marian. – A po szo jedziesz, Ganpawiu? – zapytał. – Dostałem kilka niepokojących mejli. Muszę sprawdzić, czy to, czego się obawiam, prawdą jest... Lecz o mnie się nie martw, uważaj lepiej na siebie i na Dyskietkę, oczywiście. Wkuj sobie w łepetynkę następujące ostrzeżenie: NIGDY JEJ NIE UŻYWAJ! Co mówiąc, Haker spojrzał na Mariana twardym wzrokiem. – No – powiedział Marian. – Wyruszysz dziś z wieczora wespół z Alfredem – kontynuował Ganpaw. – Jeśli nie zdążę złapać was po drodze, spotkamy się w Lamerowie, w Knajpie pod Trzema Żulami. Trafisz tam, prawda? Marian zrazu ożywił się. Pamiętał ową knajpę z czasów, gdy był zaledwie podrostkiem, z nią też związane były wszystkie młodzieńcze wspomnienia naszego Żula. Na myśl o nich Marian uśmiechnął się błogo. Chwilę później ściany zaczęły „tańczyć” ze sobą, a nasz Żul pofrunął w górę, zdzielił nogami w sufit i stracił jakikolwiek kontakt z rzeczywistością.

Monitor powoli chował się za linią widnokręgu, oblewając niebo ciemnoczerwonym pobrzaskiem. Być może było to tylko pozorne uczucie, lecz Zarowie wydało się Marianowi tak ponure i samotne, a chatka na skraju lasu stała się jak gdyby obca. Marian, odstrojony jak Żul na otwarcie dworca PKP, siedział w samotności na swojej taczce, wypełnionej po brzegi flachami jabcoka – w dłuższe podróże bowiem Żule zawsze udają się na taczkach, pchani przez innych Żuli. Marian, sączący winiaki, po raz ostatni spojrzał na swoją chatkę, oświetloną ostatkiem promieni zachodzącego Monitora. Na atramentowym niebie zapalały się już pierwsze gwiazdy. – Sie ni martw – zagadnął ktoś ze zgrai Żuli, która zebrała się przed chatką. – Szystko bedzie cacy! Wieść o tym, że Marian wyrusza w podróż, przeszła przez Zarowie z prędkością wysyłanego mejla, toteż na wieczór zleciała się na polankę przed chatką niezła gromadka skacowanych i zasuszonych Żuli. Towarzystwo, skuszone legendarnymi zasobami wina i bimberku, władowało się do środka (niektórzy przez okno, inni przez piwnicę) i zaczęło bibę. Marianowi łezka zakręciła się w oku. Ile by dał, aby móc dołączyć do nich! Pomimo korcących Mariana dźwięków (jeden z imprezowiczów zaczął już rzygać!), nasz Żul dosłyszał dziwne głosy płynące zza komputrowych drzew. Jeden z nich należał do alfredowego Dziadzia, Alfonsa Żula, drugi zaś był świszczący i nieprzyjemny. Marian nie mógł zrozumieć wypowiadanych przezeń słów, za to doskonale słyszał pana Alfonsa: – Niii tam, panie, młodego pana na Zarowiu już ci ni ma! Gdzi?! Poijchał na bibę se! Gdzi bydą chleć? A wszyndzie! Gdzi dojedą? A szo to ja, profeta żem? Ni, ni moge! No, do zobaczyska! Na dźwięk owego przykrego szeptu Marian poczuł, jak przechodzą go dreszcze, ale szybko o tym zapomniał, bo za pagórkiem ukazała się postać drałującego Alfreda Żula, pchającego przed sobą taczkę z nikim innym, jak tylko brzuchatym Ziutkiem Fafą na pokładzie. – A un tu czego? – zapytał Marian na widok ciągnącego z flachy Ziutka. – Same jechać mieliśmy. – Sie władował, panie Marianie, panie, i wysiadać nie ciał, chocia żem go tłukł po łebie, szuje jednego! – Biba bydzie to jo tyż ide! – powiedział Ziutek w przerwie na zmianę flaszki. – Aha – zgodził się Marian. – No to idzimy – dodał. Biedny Alfred złapał za rączki obu taczek i posapując niczym lokomotywa parowa zaczął pchać je do przodu. Było to wyczerpujące zajęcie, bo zarówno chudziutki jak anorektyk na diecie Marian, jak i opasły Ziutek naładowali do swoich taczek po kilkadziesiąt flaszek jabcoków. Atoli Alfred stanął na wysokości zadania i po chwili trójka Żuli wniknęła w coraz gęstszą szarówkę wieczoru. Kilka godzin nasza jakże doborowa kompania wędrowała drożyną okalającą zarowskie wzniesienia i rowy, później minęli mostek na Ostatnim Rowie i kontynuowali podróż polami, mijając tu i ówdzie komputrowe zagajniki (komputry były starożytnymi istotami komputeropodobnymi, porastającymi System tak gęsto, jak drzewa porastają nasz świat). Gdy Księżyc zajaśniał między gwiazdami, Żule zatrzymali się nieopodal rubieży Kamieniska, przy wartko płynącym strumieniu. W oddali jaśniały jeszcze światła Zarowia. Wkrótce nad brzegiem strumienia zamigotały pomarańczowe płomienie, a Żule rozsiedli się wokoło, uważając, aby przez pomyłkę nie uraczyć się denaturatem. Alfred nagrzał na ogniu rondelek wina, skosztował pierwsze łyczki, po czym podał Marianowi, a później Ziutkowi. Po jakże sutej kolacji Żule odśpiewali jeszcze kilkakroć „O la li li”, po czym zasnęli – Marian i Ziutek na swoich taczkach, a biedny Alfred skulony na ziemi, tuż przy ognisku. Marian, zanim jeszcze zmrużył oczy, zapiął na guzik kieszeń kapoty, w której schował Jedyną Dyskietkę. Kiedy ognisko zgasło, Żule zaczęli chrapać i walić z tuby w niebogłosy (Alfred obrócił się zadkiem do ogniska co spowodowało oszałamiającą feerię pokazów pirotechnicznych). W tym czasie pod obozowisko przyczłapał się stary, wyliniały mamiś ciapa. „Żule!” – powiedział w myślach. „I to aż trzech Żuli! Już nawet po lasach lichoty się wałęsają! Na moje roboszki, to już musi być jakaś przedziwna sprawa!” I miała rację psina, atoli nigdy nie dowiedziała się niczego więcej o tej przedziwnej sprawie.

Żule obudzili się przed południem. Dzień wstał jasny i ciepły, a na błękitnym niebie nie było nawet jednej chmurki. – Alfred, śniodanie na za pół godziny mo być! – zażyczył sobie Ziutek. – Browarki ju schłodzone są? – Pędze ju, pędze se! – zakrzyknął Alfred, podnosząc się z ziemi. Po śniadanku Żule wyruszyli w dalszą podróż – a dokładniej wyruszył Alfred, bo Marian i Ziutek wciąż wylegiwali się na swoich taczkach. Droga prowadziła teraz przez rozległą dolinę, pełną komputerowych zagajników, nazywanych Melepetowymi Kniejami. W oddali, na linii horyzontu, widać już było ciemnoniebieską wstęgę – był to Największy Rów, do którego wpadały wszystkie rowy z całego Żulogardu. – Pany – mówił Alfred – a prawda, że tu mieszkajo se Programisty? Jo żem tak se słyszał żem. Une fajne, szo ni? Dziadzio mie godoł: ty to Alfred sie za porzundne chlanie bierz, a ni cie po łebie Programisty chodzą. Ty mosz porzundnym Żulem być! Ale jo to zawsze żem Programistów se ulubił, bo une fajne, szo ni, pany? Lecz Marian i Ziutek nie słuchali gadaniny Alfreda, znajdując ukojenie w smakowaniu jakże wybornych jabcoków. Gdy nastał wieczór, trójka Żuli zatrzymała się na kolejny już postój – tak prawdę mówiąc, więcej tego dnia było postojów, niż samej podróży. Miejsce, gdzie się zatrzymali, leżało na swoistym odludziu. Nikt, poza zbłąkanymi Graczami i zajętymi sobą Programistami, nie korzystał z tego traktu. Marian i Ziutek, trzymając się za szyję, zataczali się w lewo i w prawo, śpiewając „O la li li”, zaś Alfred zabierał się za rozpalanie ogniska, gdy naraz usłyszał coś, co napełniło go niepokojem: – Pany, wydawało sie mie, że rowera żem se usłyszał – powiedział. – Może Ganpaw przyjichał? – zapytał Marian, przypominając sobie obietnicę Hakera z poprzedniego poranka. Lecz wypowiadając te słowa odczuł coś dziwnego, pewne obce mu uczucie – nagle zapragnął, aby nikt tu go nie zobaczył. – A może to ni un? – zastanawiał się Ziutek. – Schowajmy sie – zaproponował Alfred, a dwaj Żule zgodzili się na jego propozycję i wskoczyli do rowu (Marian przed tym zabrał z taczki Zawsze Pełną Flachę). Ledwo to poczynili, usłyszeli głośny trzask, a zaraz po tym zza komputra wyłonił się staromodny, czarny rower. Na wygiętym do tyłu siodełku siedział straszliwy mężczyzna. Cały ubrany był na czarno – czarne trapery, spodnie, marynarka, kurtka i rękawice szczelnie osłaniały jego ciało. Okryta kapturem głowa owinięta była w ciemne szmaty, a na jej czubku znajdował się okrągły kapelusz z nierównym rondem. Całości dopełniały równie ciemne okulary, umiejscowione tam, gdzie powinny być oczy. Rower zatrzymał się przed taczkami. Rowerzysta przez chwilę siedział nieporuszenie, obracając bezkształtną głową to w prawo, to w lewo. Mariana nagle ogarnęła przedziwna potrzeba, silniejsza nawet od kaca. Poczuł, że choćby nie wiadomo co, musi przesunąć ten mały, ruchomy elemencik na Dyskietce. Dłoń Mariana sięgnęła do kieszeni kapoty i wyjęła Dyskietkę, lecz w tej samej chwili Alfred złapał naszego Żula za ramię, co jakby go ocuciło. Marian otworzył oczy i usłyszał ciche, ledwie słyszalne dźwięki. Rowerzysta tymczasem wzdrygnął się, jego rower stanął dęba, po czym obaj bezgłośnie zniknęli za komputrami. Marian odsapnął. – Programisty! – krzyknął Alfred. – Jezdeśmy uratowane! Programistów widzę, pany! – No – powiedział Marian, spoglądając na swoją dłoń jak na coś obcego. Alfred miał rację. Niedaleko miejsca postoju trzech Żuli wędrowała procesja Programistów. Maszerowali powoli, stąpając lekko i cichutko po ziemi. Każdy niósł w ręku zapaloną świecę, toteż wokół unosiła się jasność podobna do poświaty. Szli w milczeniu, spoglądając przed siebie, lecz ostatni z procesji, mijając pełne flaszek taczki, odwrócił się i rzekł z uśmiechem na twarzy: – Bądźcie powitani, Żule! Cóż robicie tak późno z dala od waszych karczm? Reszta Programistów zgromadziła się wokół Mariana, Alfreda i Ziutka, którzy właśnie gramolili się z rowu. – Na bibę idzimy – rzekł Marian. – A wy gdzie lezieta? – Ku Portowi COM, Marianie, synu Maurycego – odezwał się Programista. – Skąd wieta, kto ja se jezdem? – Wiemy zaiste wiele. Nie raz dane mi było ujrzeć cię w towarzystwie Felicjana, choć ty nie możesz mnie pamiętać. Byłeś, jak to się pośród was mówi, „w stanie wskazującym”, choć na nic nie mogłeś wskazywać – Programista roześmiał się. – Me imię brzmi Kernel, syn Svchosta. – Eee... – zająknął się Alfred, a jego twarz oblekło wielkie przejęcie. – Pany dobre i kochane, powiedzta no nam, co to za Czarny Rowerzysta tu przed chwilą se był? – Czarny Rowerzysta? – zapytał Kernel, ściszywszy głos. – Zali był tu jeden z Czarnych Rowerzystów? Czyście go ujrzeli? – No – trzej Żule pokiwali twierdząco główkami. – Skoro jest, jako się wyraziliście, nie możemy dłużej tu zabawiać. Zechciejcie dołączyć do nas, a gdy odpoczniemy w naszej leśnej kafejce, poznacie odpowiedzi na pytania, które was dręczą. – Fajowo! – zakrzyknął Ziutek, podskakując i klaszcząc w łapki. – Biba bydzie! Buzię Mariana rozjaśnił szeroki uśmiech i tylko jeden Alfred stał oniemiały; ni to z zawstydzenia, ni to ze szczęścia.

W ukrytej za lasem kafejce Programistów nie brakowało jadła i napitków, a mimo tego nasi Żule wparadowali tam z całym arsenałem jabcoków i denaturatów. Wprzódy Programiści patrzyli

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%