Fantastyka · 23 min czytania
Władca Dyskietek Księga I Rozdział 4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
4.
SPOTKANIE W AMISIOGARDZIE
A JEŚLI JUŻ O DOSTOJNYM HAKERZE MOWA... Ganpaw the Graj, w białym kasku na głowie i okularach googlach na oczach gnał przed siebie po bezdrożach Lamerowa, niepomny zasad BHP. Broda Hakera trzepotała za nim niczym flaga na wietrze, podobnie jak poły szarej marynarki. Ganpaw był w drodze już od ponad tygodnia. Odkąd tylko opuścił granice Żulogardu nie spotkał nikogo poza kilkoma wiejskimi Lamerami, którzy na jego widok brali nogi za pas, wrzeszcząc w niebogłosy: ”Ratunku, Osama!” Aż podczas pewnego odpoczynku, udanie połączonego ze smakowaniem wysokoprocentowego napoju z piersiówki, Ganpaw dostrzegł pod pobliskim komputrem motocykl marki Java. Tuż obok motocykla siedział rosły, barczysty jegomość, ubrany w czarny garnitur i takież spodnie. Był to Radavid the Save. Podobnie jak Ganpaw, należał do Bractwa Hakerów. – Ganpawle! – wykrzyknął uradowany Radavid. – Toż to ja za tobą skanuję czasu wiele! Doszły mnie wave`y, jakoby miałbyś hackować w prostackiej i wielce zapadłej dziurze, Żulogardem nazywanej! – Zaiste – odparł Ganpaw – aliści poniechaj określania tak owej krainy, albowiem w peryferii widywać można jej włodarzy. Rzeknij prędzej, cóż skłoniło cię do skanowania mego skromnego konta w tak odległych partycjach? – Złe wieści, Ganpawle, okrutnie złe wieści to spowodowały – Radavid rozejrzał się uważnie, jakby obawiał się, że ktoś podsłuchuje. – Zazule – szepnął z trwogą. – Pięciu Wirusów Dyskietki powróciło na Powłokę, przybierając Czarnych Rowerzystów rozszerzenia! Ganpaw wielce się zatrwożył; miał wrażenie, jak gdyby na serce padł mu straszliwy cień. – Nie wiem, jakież ma to koneksje z konceptami Wielkiego Wirusa – ciągnął Radavid – lecz Pięciu skanuje nieznużenie te okolice, sondując tu i ówdzie o krainę Zarowiem określaną. Po tych słowach trwoga Ganpawła przybrała na sile, bowiem nawet potężny Haker winien bać się potęgi Pięciu, walczących pod komendą ich Głównego Wodza, który wiele Wersji wcześniej był wielkim administratorem Użytkowników z Binarnoru. – Zali z jakiegoż źródła ową mądrością władasz? – zapytał Ganpaw. – Od Sławkomana the Write – odparł Radavid. – Galopuję bezwzględnie z Amisiogardu. – Ja zaś pogalopuję bezwzględnie DO Amisiogardu. Ty, skoro będziesz w stanie, rozpowszechniaj w gronie komputrów i zwierząt, aby kierowały się do Usinoru, wszelako obligatoryjnie przez misiogardzkie wierchy. – Dokonam, jako się wypowiedziałeś – odparł Radavid. Nie minęła chwila, a obaj Hakerzy dosiedli swoich maszyn i ruszyli z piskiem opon w przeciwnych kierunkach.
Jesień była już w pełni, gdy Ganpaw ujrzał na horyzoncie szarą wieżę Amisiogardu, otoczoną polami pełnymi komputrów i słoneczników. Zacny Haker krótką chwilę spoglądał na tenże widok, później mruknął do siebie coś niezrozumiałego, co zabrzmiało jak „cholerna dyscyplina”. Marudząc jeszcze poprawił kask i google, wcisnął gaz do dechy, wydłubał wszystkie komary z zębów (był przecież wesołym motocyklistą) i pędząc osiem kilobajtów na godzinę ruszył ku murom siedziby Sławkomana the Write. Gdy przejeżdżał przez bramę, posłyszał donośny, gromki głos, rozbrzmiewający w powietrzu: – Chorągwie wirusów atakowały Internat, godzina była już późna, a Ganpaw the Graj przybywał do Amisiogardu, szukając mej porady. Ganpaw zaparkował komarka przy kolumnach, podtrzymujących balkon. Numer z donośnym głosem nie wywierał już na nim wielkiego wrażenia: doskonale wiedział, że Sławkoman wystawił na parapet głośniki i nawijał przez mikrofon. – Bo po to tu przybyłeś, nieprawdaż? – zapytał Sławkoman, otwierając skrzypiące wierzeje amisiogardzkiej warowni. Sławkoman the Write był niewysokim Hakerem. Miał na sobie czarną, skórzaną kurtkę, ciemne spodnie oraz rękawice. Oczy zasłaniały mu okulary tego samego koloru, jedynie długie włosy i wyrośniętą brodę miał białe. – Pakuj się do środka, mój stary przyjacielu – powiedział łagodnie. – Sławkomanie – Ganpaw pochylił głowę. Godzinę później obaj Hakerzy spacerowali dróżką biegnącą przez gaj pradawnych komputrów. – Jesteś tedy tego pewien? – zapytał Sławkoman. – Bez wątpienia – odrzekł Ganpaw. – Zatem po tylu latach Jedyna Dyskietka zostaje odnaleziona... – Zaiste – Ganpaw podrapał się po głowie. – Przez długi czas była w Żulogardzie, tuż pod moim nosem. – A tyś Jej nie dostrzegł! – rzekł twardo Sławkoman, próbując unieść głowę, by spojrzeć na Ganpawła z góry. – Ukochanie żulowych flaszek niechybnie spowolniło twój niegdyś jakże bystry i analityczny umysł! – Ale nadal jeszcze mamy czas, aby pokrzyżować podłe plany Trojana – odparował Ganpaw. – Czas?! – Sławkoman zatrzymał się. – Jak sądzisz, drogi przyjacielu, ile czasu jeszcze nam pozostało? Pod wieczór obaj Hakerzy zasiedli do wspólnej kolacji. Ganpaw, przemierzając amisiogardzkie komnaty, dostrzegł coś, co wielce go zaniepokoiło: postać odzianą w białe szaty, spoglądającą na Hakera ogromnymi oczyma wystającymi z jajowatej głowy. Na widok Ganpawła stworzenie z piskiem uciekło. Sławkoman pstryknął palcami, po czym jednocześnie rozbłysły setki świec w komnacie (niektóre z nich unosiły się w powietrzu). Największy Haker Amisiogardu zasiadł na krześle po jednej stronie stumetrowego stołu, zaś Ganpaw siedział po jego drugiej stronie. – Trojan odzyskał już wiele ze swej mocy – rzekł Sławkoman, pałaszując naleśnika. – Że jak? – krzyknął Ganpaw, dłubiąc palcem w uchu. Stół był zbyt długi, by mógł dosłyszeć słowa Mistrza. – Mówiem, że Tłojan łodzyskał już biele ze słej młocy! – powtórzył Sławkoman z pełną buzią. – Okroili cię z kocy!? – Że co!? – wykrzyknął Sławkoman, omal się nie krztusząc. – Dowalili ci w nocy!? – Jak jest? Przywaliło ci z procy!? – Niby jak? Odwaliło ci w nocy!? – Że co!? Trojan odzyskał wiele ze swej mocy!? – Nie inaczej, Ganpawle. Władca Wirusów nie może jeszcze przybrać fizycznej postaci, gdyż jego kod źródłowy nie został do końca odbudowany. – Zali jak to możliwe? – zapytał Ganpaw. – Wszakże Trojan został wykasowany przez Billa Gamesa i Linusa Cienkiego, nieprawdaż? – Prawdę rzekłeś – odparł Sławkoman. – Trojan został wtenczas wykasowany, atoli przetrwała jego Jedyna Dyskietka. Kod źródłowy Władcy Dyskietek, choć wykasowany, dzięki mocy Jedynej zapisał się na kilkumegowej partycji niedostrzeganej przez System. Krok po kroku, bajt po bajcie, Trojan odtwarzał swoje Jądro, aż wreszcie przed trzydziestoma laty osiągnął sukces. Ganpaw przełknął ślinę – może dlatego, że do stołu przyfrunęły jego ulubione frytki. Sławkoman kontynuował: – Zamknięty w odmętach stron Internatu Władca Wirusów widzi wszystko. Jego słudzy są wszędzie: w programach, w grach, w plikach systemowych. Wiesz o czym mówię, nieprawdaż, Ganpawle? Wielkie Jądro, nieobjęte prawami rządzącymi Systemem. – Jądro Trojana – rzekł ze strachem w głosie Ganpaw. – Przyzywa całe zło ku niemu. Już wkrótce pod chorągwią Władcy Wirusów staną zastępy tak ogromne, że nikt i nic nie będzie w stanie przeciwstawić się im. – Ty wiesz to wszystko? – zapytał Ganpaw. – Zali skąd? – Widziałem – odparł Sławkoman, a na jego twarzy zagościł złowieszczy uśmiech. Po kolacji Sławkoman zaprowadził Ganpawła na sam szczyt amisiogardzkiej wieży, gdzie w pokrytej mrocznymi teksturami komnacie stał Wielki Komputer PENTIUM V. Sławkoman zasiadł na swym bogato zdobionym foteliku, zaś Ganpaw zbliżył się do drewnianej szafki, na której, pod płachtą zielonej tkaniny, znajdował się wyraźnie kanciasty przedmiot. – MonitriX jest niebezpiecznym narzędziem, Sławkomanie – rzekł twardo Ganpaw, aczkolwiek w jego głosie zabrzmiało przerażenie. – A dlaczegóż to? – zapytał Sławkoman. – Dlaczegóż to dwóch najpotężniejszych Hakerów Systemu ma odczuwać przed MonitriXami strach? – Bo nie do tego zostały stworzone Zaginione Monitory Widzenia! Nikt nie wie, kto jeszcze jest do nich podłączony! Co powiedziawszy, Ganpaw włożył rękę pod zielony materiał i wyciągnął wtyczkę, tkwiącą w gniazdku ukrytego tam monitorka. Sławkoman uśmiechnął się. Oczy płonęły mu zimnym ogniem. – Godzina jest już późniejsza, niż myślisz – rzekł, uważnie obserwując Ganpawła. – Wirusy Trojana są o krok od opanowania Internatu. Rodzi się nowa potęga z którą każdy, nawet Hakerzy, musi się liczyć. Ten nadęty głupiec Radavid the Save dobrze odegrał rolę, którą mu powierzyłem, mimo że nie miał o niej pojęcia. Sprowadził tu ciebie, bym mógł złożyć ci pewną propozycję... – Sławkoman zaczął mówić takim tonem, jakby tę przemowę długo przygotowywał: – Odeszły Stare Wersje 3.11 oraz 95, odchodzą 98, Millennia i XP, nastaje Nowa Wersja, Wersja Longhorne. Era Programistów dobiega końca, a ich miejsce zajmą Użytkownicy, którymi my, Hakerzy, winniśmy administrować. Dlatego musimy znaleźć sojusznika, który poda nam w tym pomocną dłoń. Na nic tu Programiści, na nic resztki Binarnorian! W Nullvirze odrodził się Trojan, a jego niechybne zwycięstwo może się stać i naszym zwycięstwem! Wiedza oraz mądrość, które zdobędziemy, pozwoli nam stworzyć dyskietki potężniejsze od Jedynej, byśmy wspólnie mogli administrować tym Systemem aż po jego koniec! Sławkoman zamilkł. W jego oczach błyszczała teraz przeraźliwa chciwość. – Istnieją siły zdolne oprzeć się potędze Władcy Dyskietek – odrzekł Ganpaw. – System nie pozwoli się usunąć, ni też oddać we władanie szalonego Hakera opętanego wolą Trojana! – Nie myślisz chyba poważnie, że ktoś tak nędzny jak Żul mógłby sprzeciwić się woli Władcy Dyskietek – odrzekł Sławkoman, wypowiadając słowo „Żul” ze wzgardą. – Zrozum wreszcie, że w walce z wirusami Trojana nie będzie zwycięzcy. Musimy połączyć się z Nim, Ganpawle. Musimy zjednać się z Władcą Wirusów. To będzie mądre posunięcie, mój przyjacielu... Sławkoman zamilkł w oczekiwaniu na reakcję Ganpawła. – Powiedz mi zatem, przyjacielu – odpowiedział Ganpaw – kiedy to Sławkomanowi the Write odwaliło w nocy, że opowiada takie pierdoły? – Więc to twa odpowiedź?! Zatem pożałujesz swej naiwności, Ganpawle the Graj! Sławkoman wstał i uniósł dłoń. – Ping! – wykrzyknął. – @Echo off! – odpowiedział Ganpaw, uskakując przed pociskiem systemowym Sławkomana. Największy Haker Amisiogardu zbliżył się do Ganpawła, zaś ten znienacka krzyknął: – Open CD! W jego dłoni natychmiast pojawiło się kilkanaście srebrnych płyt. Ganpaw z ogromną prędkością rzucił je wszystkie w kierunku Sławkomana, lecz Sławkoman, widząc nadlatujące płyty zrobił coś niesamowitego – wciąż stojąc nogami na ziemi, wygiął resztę ciała ku tyłowi, balansując w powietrzu rękoma. Żadna z płyt nawet go nie drasnęła. Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy. Ganpaw zrozumiał, że w starciu ze swym Mistrzem jest bez szans. – NMAP–SS! – zaatakował Sławkoman. – MEMSYSINFO! – Ganpaw próbował zebrać swą moc. Nie obroniło go to przed atakiem rozwścieczonego Sławkomana. Ganpaw, porażony jasnym promieniem osunął się na podłogę. Zasłonił dłońmi twarz, pewny, że oto nadszedł jego koniec. – Dałem ci szansę, głupi głupcze! – syknął Sławkoman. – Mogliśmy wspólnie administrować tym Systemem, lecz ty... ty... wybrałeś drogę cierpienia! Ganpaw krzyknął. Echo jego krzyku rozbrzmiewało nad Amisiogardem przez długi czas.
W tym czasie na przedmieściach Chlaczowa, w chatce Franka Chlacza, Marian wiercił się w…