Fantastyka · 19 min czytania
Władca Dyskietek Księga I Rozdział 7
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
7.
NA DRODZE KU GATEWAY
KIEDY MARIAN OCKNĄŁ SIĘ, ujrzał nad sobą pełne smutku twarze kumpli od flachy oraz Wypierdka, który zataczał się, jakby właśnie obalał półlitrówkę Super Denaturatu. - Och, Alfredzie... - wyszeptał Marian, czując jak igła bólu przeszywa mu ciało. - Wypierdku!!! - zakrzyknął chlipiący Alfred. - Pan Marian, pan to se ranny un jezd! Kilka dobrych minut musiało upłynąć, zanim Wypierdek przygramolił się do Mariana. Rzucił podówczas okiem na jego ranę, a następnie podniósł z ziemi czarny vir o poszarpanym ostrzu. Ledwo uniósł go wyżej, klinga z sykiem rozprysła się w pył. - Marian został pchnięty Virem Stonkipa - stwierdził ponuro Scandisk, odsłaniając czarną jak smoła ranę na barku naszego Żula. - To wielce zdradziecki wirus, a wydano go ongiś w usingowym czasopiśmie XX-XXXXXX. Teraz wszystko już pojmuję, Alfredzie - zwrócił się do Alfreda, którzy wraz z Ziutkiem i Frankiem ronił łzy nad nieszczęściem Mariana. - Czarni Rowerzyści sądzą, że Marian jest już w ich szponach. Teraz wycofali się i w ukryciu czekają, aż nikczemna moc Wredasa opanuje twojego pana i sprowadzi do Nich Dyskietkę! Alfred zalał się gorzkimi łzami. - Nie chlipaj, Alfredzie! - pocieszył go Wypierdek. - Marian nie jest z cukru, atoli musimy jak najszybciej dotrzeć do Gateway, bo tylko tam otrzyma niezbędną pomoc. Ruszajmy, długa droga przed nami, a czasu mało! - dodał Scandisk, po czym podniósł Mariana i przerzucił go sobie przez plecy. - Ale przecie Gatełej to je daleko stąd se! - piszczał Alfred, drałując za Wypierdkiem. - Nie damy rady my! - Ganpawiu... Pomocy! - wymamrotał słabiutkim głosikiem Marian, zanim powtórnie nie stracił świadomości.
Smutek ogarnąłby serce tego, kto ujrzałby teraz Amisiogard. Piękna niegdyś wieża, otoczona gajem komputrów i słoneczników, zmieniła się nie do poznania. Olkowie, których Sławkoman stworzył już kilka tysięcy, wznieśli potężne fortyfikacje okalające okolice wokół wieży. Na miejscu zielonych ścieżek i komputrowych zagajników wyrosły kopalnie i huty, z których wysmukłych kominów brunatny dym buchał dzień i noc. Fragmenty zniszczonych komputrów służyły tam jako surowiec do produkcji uzbrojenia dla rodzącej się potęgi. Natomiast Haker Sławkoman wiele czasu spędzał przed swoim PENTIUM V, pisząc kod źródłowy wirusa, jakiego System jeszcze nie widział, tudzież pogrywając we własnego autorstwa Rosyjską Ruletkę v 1.2 oraz zaczytując się ulubioną książką, poleconą przez samego Trojana: „Jak rządzić innymi? 21 porad dla początkujących megalomanów”. A Ganpaw? Nasz biedny staruszek, pozbawiony swojej ukochanej piersiówki, został zamknięty na gorącym jak diabli strychu, zaś jedynym jego towarzyszem była stara talia kart. Przywiązany do sznurka na bieliznę zacny Haker mógł tylko układać pasjansa - a i to było trudne, jako że w talii brakowało dziewiątki pik. Myliłby się jednakże ten, kto rzekłby, iż owa bezczynność była zamierzona. O nie, odsiecz była już w drodze...
Część 22 / 2
Ledwo nad wyludnionymi połaciami Krainy Workbęc zajaśniało światło monitora, Marian odzyskał przytomność. Leżał teraz cały opatulony ciepłymi kocami, a wartę pełnił przy nim znużony Alfred z poczerwieniałymi od szlochania oczkami. Ledwo nasz Żul spróbował poruszyć rękoma, silny ból przeszył jego lewe ramię, przypominając Marianowi wydarzenia poprzedniej nocy. - Wypij to, Marianie - powiedział Wypierdek, nachylając się nad Żulem i podając mu garnuszek z gorącym napojem. Marian, skuszony propozycją, skosztował łyczka i natychmiast się zakrztusił (i jednocześnie rozczarował, gdyż nie było to wino). - Pij do dna - nakazał Wypierdek. - Wiem, że nie jest smaczne, niemniej jednak ci pomoże. Po skosztowaniu kolejnego łyka Marian zaczął niewyraźnie mamrotać, tedy Alfred i Wypierdek nadstawili uszu. W pierwszej chwili nie mogli zrozumieć marianowego bełkotu, lecz po kolejnych łykach bliżej nieokreślone dźwięki zaczęły układać się w sylaby: - Wi... wi... wi... - mamrotał Żul. - Wimy, wimy - dokończył za niego Alfred. - Źle sie pan czuje, pan, ale my to pana fumfle i my pomogą panowi! - Yyyyyy - Marian pokręcił przecząco głową. - Wi... wi... WINA! - wykrztusił w końcu. - Nie dręcz się, Marianie - pocieszył go Wypierdek. - Wina nie jest twoja! A teraz ruszajmy, albowiem nie można się zatrzymywać ni chwili! Wielkie niebezpieczeństwo zawiśnie nad nami po zmroku, przeto musimy zagłębić się w komputrową dzicz, ażeby zmylić pościg Wredasów! Wypierdek pochwycił szamocącego się Mariana i wraz z resztą Żuli ruszyli w kierunku ciemniejących na horyzoncie ostępów.
Droga do Gateway wydawała się nie mieć końca. Późnym popołudniem nasi bohaterowie posłyszeli za sobą posępne okrzyki i nawoływania - Wypierdek postanowił naówczas zmienić trasę wędrówki i obrał drogę przez gęsty, na pozór nieprzystępny las. Monitor chylił się już ku linii horyzontu, gdy Wypierdek i czterech Żuli przedzierali się przez mglistą puszczę, popasając (i pochlewając w przypadku Żuli) jedynie na osłoniętych polankach i wrzosowiskach. Marian, choć leżał sobie wygodnie na wypierdkowym barku, cały czas walczył ze postępującym na sile bólem oraz pierwszymi oznakami kaca. Gdy nasz Żul próbował coś powiedzieć, głos zamierał mu w gardle, zamiast tego wyciągał więc rączki przed siebie i spoglądał błagalnie na Wypierdka oraz Alfreda tudzież Ziutka a także Franka. Dopiero następnego dnia pod wieczór jego potrzeby zostały w pełni zaspokojone, gdyż Wypierdek uznał, iż strudzonym wędrowcom należy się dłuższa chwila odpoczynku - a na dodatek przez cały dzień nikt nie posłyszał okrzyków Czarnych Rowerzystów. Marian, gdy wreszcie nażłopał się, poczuł chwilową ulgę w trapiącym go bólu i chwilę później już spał.
Ledwo nasz biedny Żul przebudził się następnego ranka, z zadowoleniem stwierdził, że ból w ramieniu zelżał. Alfred i Franek, bardzo ucieszyli się z tej wiadomości, podobnie jak i Ziutek, kiedy dobudzono go po całonocnej popijawie, której nie omieszkał sobie urządzić. Kolejną porcję radości zafundował drużynie Wypierdek, gdy tylko wrócił z porannych zwiadów. - Niedaleko stąd znalazłem na drodze to - oznajmił, wyciągając przed siebie dłoń, na której znajdował się biały klawisz oznaczony literką W. - Leżał po prawej stronie drogi i od razu przykuł moje spojrzenie. Z pewnością nie zostawił go sługa mrocznych algorytmów Nullviru, jako że tam używa się czarnych klawiatur. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest to dla nas dobry znak i powinniśmy bez obaw ruszać dalej. Nie chcąc tracić więcej czasu, spoili Mariana ciepłym winiakiem i ruszyli w dalszą drogę. Opuściwszy Wrzosowe Knieje drużyna kontynuowała marsz przez pełne ostrych skał pustkowia, gdzieniegdzie przetykane pasmami zszarzałej trawy i ciernistych zarośli. Ziutek, Franek i Alfred, walcząc z własnym zmęczeniem i znużeniem, przebierali nogami tuż za Wypierdkiem, zaś Marian, usadowiony na szerokim barku Scandiska, obserwował porośnięte mchem ruiny kamiennych budowli, które od czasu do czasu mijali. - Wypierdku cipanie, a kto to tutej mieszkoł se? - zapytał Franek, uprzedzając tym samym Mariana. - Onegdaj na tych ziemiach mieszkało wielu Użytkowników administrowanych przez niejedną jednostkę centralną - odpowiedział zapytany. - Była przeto Amiga, był Makantosz i ZX Spektrum, było i Komodore. Starożytnymi czasy ci prastarzy Użytkownicy dominowali nad młodym natenczas Binarnorem i wydawać by się mogło, że któraś z tych czterech jednostek centralnych przejmie administrowanie Systemem. Atoli przyszedł dzień, gdy na te ziemie padł złowrogi cień Największego Władcy Wirusów, przynosząc koniec istnieniu tych, dziś już zapomnianych jednostek centralnych. Wiele Wersji upłynęło od tamtych dni - Scandisk zakończył smutno. - A skąd ty o tym wisz se? - zapytał Alfred, nie mogąc pohamować ciekawości. - Potomkowie administratora Linusa nie zapominają o swym dziedzictwie - odrzekł Wypierdek, a na jego twarz wstąpiła na chwilę godność. - Więcej takich opowieści posłyszysz w Makrohardzie, gdzie niejeden pamięta Stare, a nawet Prastare Wersje. - A tak w ogóle; to daleko tam jesio, szy ni? - zapytał Ziutek.
Dni mijały pomału, a czwórka naszych Żuli miała wrażenie, że nie zbliżyli się do Gateway ani na krok. Wypierdek cierpliwie i niestrudzenie prowadził ich przez leśne chaszcze oraz niezbadane górskie przełęcze, aż wreszcie, po całodniowych trudach stanęli na szczycie wysokiego, stromego pagórka. Żule rzucili się do odpoczynku i chlania, lecz Wypierdek stał wyprostowany, spoglądając w dal. - Widzicie tę rzekę na linii horyzontu? - zapytał, a Żule oderwali się od chlania i stękania. - To Grabuien, rzeka Programistów z Gateway i dalekiej Software. Za dwa dni powinniśmy tam dotrzeć, lękam się jednakże zasadzki ze strony Zazuli. Most Zagadek niechybnie jest przez nich zajęty, przyjdzie nam przeto zastanowić się, jaką inną drogę obrać. Zaledwie Wypierdek skończył mówić, Żule pokiwali główkami (chociaż i tak nic nie zrozumieli), a gdzieś z niedaleka dopłynął cichy szum rowerowych opon. Wypierdek prędko obrócił się i dobył swego antywirusa, zaś Żule spróbowali podnieść się na nogi, co z powodu zbyt dużej ilości wypitego Jawola nie powiodło się żadnemu z nich. Szum opon tymczasem narastał, aliści nie było to donośne szuranie, jakie wydawały bicykle Czarnych Rowerzystów, lecz cichy, niemalże niedosłyszalny szmer.…