Fantastyka · 20 min czytania
Władca Dyskietek Księga II Rozdział 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
9.
WIELKA NARADA
Po bibie z poprzedniego dnia Mariana męczył potężny kac, lecz po półgodzinnym żłopaniu z Zawsze Pełnej Flachy, jak to zwykle miało miejsce, nasz Żul poczuł się wypoczęty i orzeźwiony (no i, co było oczywiste, spity w trzy zadki). Widząc, że na zewnątrz jest już piękny ranek, Marian wyszedł szukać kumpli i po niedługim czasie natrafił na chrapiącego pod posągiem dumnego Programisty Alfreda Żula. Obaj mieli zamiar udać się w jakieś zaciszne miejsce i wyprawić tam poprawiny wczorajszej biby, lecz, niczym spod ziemi, na drodze wyrośli im Ganpaw oraz Felicjan. - Jak tam, Marianie Żulu? - zapytał Haker. - Gotów jesteś na posiedzenie? - Śruba bydzie? - zapytał Marian zmylony, gdyż w Żulogardzie „posiedzeniem” zwie się długie okupowanie kibelka. - Nie, teraz kupki mi się nie chce - odrzekł Ganpaw. - Albo może... - skrzywił się. - No, ale nie ma na to czasu. Dziś trza zadecydować o wielu ważkich kwestiach! - Czyli biby nie? - zapytał Marian, a jego oblicze wyraźnie posmutniało. Do taktu ze słowami Mariana w powietrzu popłynął przeciągły dźwięk, Programistom znany jako „The Makrohard Sound”. - Oho, wzywają nas! - rzekł Ganpaw Haker. - Narada już rozpoczęta. Chodź Marianie. Ty i Felicjan jesteście przecie gośćmi honorowymi! Obaj wymienieni Żule podreptali za Hakerem, zaś za nimi powolutku poczłapał zapomniany i oczywiście nieproszony Alfred.
Ganpaw przywiódł dwóch Żuli do Okrągłej Sali, gdzie przy bogato zdobionym, aerodynamicznym stole zasiadał już tłumek poważnych i milczących gości. Sala, choć ogromna, miała wiele okien, które wychodziły na strome wzgórza poprzecinane srebrzystymi strumykami. Marian, Felicjan i Ganpaw zasiedli po prawicy administratora Zygfryda, który powstał na ich widok. - Cni mężowie Systemowych krain - przemówił administrator - oto przedstawiam wam Mariana Żula, syna Maurycego, który przybył do Gateway z wielce palącą powinnością! Następnie Zygfryd przedstawił pozostałych zgromadzonych. W skład poselstwa Programistów wchodzili, oprócz samego administratora Makrohardu, Filemaster oraz Lovelas, syn Karmarka który to przybył z Bezdiodowej Puszczy. Rasę Graczy reprezentował Fifi (w hełmie założonym tył na przód, ma się rozumieć) oraz jego syn, Barbarossa. W imieniu Użytkowników, nie licząc Legoloczka występował barczysty mąż, odziany puchate spodnie i kubrak. Miał długie włosy, opadające aż do ramion, zaś na piersi wisiał mu czarny mikrofon. Administrator Zygfryd przedstawił go jako Boroloczka, który właśnie przybył z Minas Loczkins, szukając porady. I choć długo jeszcze nikt w to nie mógł uwierzyć, zjawiło się także poselstwo Lamerów, a na jego czele stał Czesiek, syn Mietka, bliski krewny administratora Piotrusia, syna Bogusia. Przez cały czas narady Lamerzy jedynie gapili się ze zdziwieniem na zgromadzonych i ani razu nie zabrali głosu.
Posiedzenie trwało niemal cały dzień, a Marian, miast przysłuchiwać się przemawiającym, cichaczem opróżnił wszystkie flaszki, które przemycił pod kapotą. Gdy zapasy skończyły się, nasz Żul próbował dorwać piersiówkę Ganpawła, lecz dostojny Haker ani myślał jej odstępować. Felicjan największą uwagę poświęcił opowieści Fifiego, który szczegółowo kreślił sytuację, jaka panowała w okolicach Samotnego Pagórka. - Lifi, mój szlachetny kuzyn - przemawiał Gracz - przed dwudziestoma laty porwał się na czyn niesłychany. Zebrał drużynę śmiałków i na jej czele postanowił ruszyć do Walkirii, którą my, Gracze, nazywamy Kazaa-Boom. Czymże Walkiria była dla prastarych Graczy, nie muszę chyba mówić! Tysiące kafejek w setkach gabinetów, tournamenty organizowane dzień w dzień, a wszystko na sprzętach najlepszej klasy! Ach, wielka jest tęsknota naszego rodu za utraconą świetnością tego miejsca! Wyprawa zapowiadała się dobrze. Lifi dotarł do wejścia i zagłębił się w mroczne korytarze Kazaa-Boom. Lecz od tego dnia nie otrzymaliśmy do niego nawet jednego majla. Na początku tegoż roku do Pagórka przybył posłaniec i to znikąd indziej, jak z ponurego Nullviru. Rower jego czarniejszy był od wyłączonego monitora, podobnie jak i szaty, którymi się odział. Spod kaptura wyzierała obrzydliwa, tłusta twarz z odstającymi uszami i wielkim nochalem, a na piersi miał wymalowane trzy litery: „NIE”. „- Jego Najwyższość Trojan Wielki Administrator Systemu” - powiada posłaniec głosem silącym się na uprzejmość - „deklaruje wam sojusz i przyjaźń, zaś by je utwierdzić, w odpowiednim czasie zaofiaruje Dyskietki. W zamian żąda jeno informacji o pewnym sprytnym złodziejaszku, który wiele lat temu podwędził małą dyskieteczkę, ot, taki bibelocik miły cyfrowej jaźni Władcy Wirusów. Jeśli dostarczycie ten przedmiot, alboteż podacie ścieżkę do miejsca jego przebywania, Trojan hojnie was wynagrodzi. Cóż zatem odpowiecie, obcokrajowcy?” - zapytał. Odprawiłem go wtedy z niczym, doskonale rozumiejąc, że mówił o mym zacnym kompanie i przyjacielu, Felicjanie Żulu. Przybyłem tedy tutaj, bo go ostrzec i was, o czcigodni, o tym powiadomić. Na koniec przemowy Fifi powstał i skłonił się, aczkolwiek nie do zgromadzonych, lecz w kierunku okien. - Zaprawdę mądre było to postanowienie - rzekł administrator - gdyż będziemy dziś rozmawiać o tymże „trojanowym bibelociku”, dyskieteczce miłej jego jaźni. Cóż z Nią począć - oto pytanie, nad którym musim połamać sobie głowy. Aliści nie zdołamy nic uczynić bez odpowiedniej wiedzy, czas więc, byście poznali Jej historię. Niechże ja zacznę dzisiejszą opowieść.
Część 22 / 2
Administrator Zygfryd długo prawił o wydarzeniach z poprzednich Wersji. Wiele uwagi poświęcił postaci Trojana Wielkiego, który dawniej był przyjacielem Programistów i chytrze okrywał swe prawdziwe oblicze. Było również w opowieści miejsce na tak doniosłe wydarzenia, jak Nadanie Dyskietek, tudzież wojnę z Grozą z Madafaki. Wiele uwagi administrator poświęcił wielkiej bitwie na polach UniXu. - Nigdy z mej pamięci nie uleci tamten obraz - mówił administrator. - System jak długi i szeroki zjednoczył się do walki przeciwko wszechmocy Nullviru. Administratorzy i goście z Binarnoru, najszlachetniejsi Programiści, wodzowie graczowych klanów, a nawet Lamerzy. Jakaż chwała i moc unosiła się nad szeregami wojsk Sojuszu: niedostrzegalna przecież, lecz wyczuwalna. Atoli zwycięstwo, choć nie ostateczne, wiele kosztowało. Legł Bill Games, brakło Linusa z Binarnoru. Wielu z tych, w których System jaśniał najżywiej, odeszło. Lamus zaś zabrał Dyskietkę, choć nie powinien był tego czynić. Od tego dnia klątwa wisi nad rodem użytkowniczym. Binarnor upadł, a jego stolica Jeziorem Pierwszych Okien rozpadła się w proch. Resztki Binarnorczyków osiedliły się w Usingu, składając tam dwie wielkie jednostki centralne - Minas Loczkins i Minas Faluś. Lecz nastał dzień, gdy siły Usingu osłabły, a złe bajty wkroczyły przez Internat na równinę Mainbordu. Padło Minas Faluś, a groza z Madafaki uczyniła je swym domem, zmieniając nazwę jednostki na Minas Wredas. Dziś dzień jeno Minas Loczkins, niczym tarcza, daje ochronę Użytkownikom, lecz czy starczy owej jednostce sił w nadchodzącej Infekcji? Administrator Zygfryd przerwał tutaj swą opowieść, gdyż wzrok zgromadzonych spoczął na postaci Boroloczka z Usingu, który powstał z krzesła i próbował zwrócić na siebie uwagę. - Wybacz, że ci przerwę, o dostojny adminie - powiedział Użytkownik mocnym głosem - lecz właśnie przybywam z Usingu, a Minas Loczkins mym domem jest. Nie myślcie, iż oto kraj mój upada, nie jest bowiem prawdą, iż w Usingu każdy mąż jest teraz albo zniewieściałą mizerotą, albo przypakowanym bezmózgiem. Powiada się też, iż administrujący Usingiem są złodziejami, afera goni aferę, każdy chce się jeno wzbogacić, a fanatycy Wersji pragną utopić administratorstwo we krwi piratów. To ohydne oszczerstwa, rozsiewane przez naszych nieprzyjaciół. Using istnieje jako istniał, lecz zaprawdę nie wiemy, co przyniosą następne miesiące. Oto bowiem z Krainy Wirusów znów wypełzło zło, a złowrogie moce złoczynią złowieszczo. Nasze posterunki za Południowym Mostkiem zostały zniszczone w straszliwym ataku, Nullvir bowiem pozyskał sobie sprzymierzeńców z Krain Rchuj oraz Hawudepe. Spośród załogi posterunku ocalałem jedynie ja, a także mój młodszy brat. W przeddzień szturmu nawiedził nas obu przedziwny sen. Oto niebo na wschodzie stało się szkarłatne, jakby krew niewinnych spływała po ciemnym firmamencie. Naraz z daleka dobiegł głęboki głos, który trwogę budził, lecz nie określiłbym go złym. Rzekł on:
Szukajcie płytki, co połamana W Makrohardzie, gdzie System stworzony Sposób, jak pobić Wirusów Pana Będzie wam tu objawiony
I chociaż trwa wciąż klątwa Wirusa Bliska jest Nowej Wersji godzina Odnaleziona już Zguba Lamusa Czas Żuli się rozpoczyna
Poradziliśmy się w tej sprawie naszego ojca Deneloczka, Gościa Jednostki Centralnej Minas Loczkins. On właśnie rzekł nam, iż Makrohard to nazwa krainy na południu, gdzie mieszka admin Zygfryd, najmędrniejszy z żyjących. Otom więc przybył, aby rady owej zasięgnąć. - A może tak pogadamy o grafice 3D? - zapytał bardzo nieoczekiwanie Legoloczek, lecz ostre spojrzenie Hakera Ganpawła sprawiło, iż zrezygnował z tego zamiaru i bąknął tylko: „No ale o co wam chodzi?”. - No dobra - dodał po chwili ciszy - Boroloczku, oto Połamana Płytka, o której mówi twoja wizja! Co mówiąc, Wypierdek odpiął od pasa plastikowe pudełeczko, w którym spoczywały szczątki roztrzaskanej płytki CD. - To... to jest antywirus Linusa? - rzekł ze zwątpieniem Boroloczek. - A cóż robi on w rękach Scandiska z Północy? - Scandisk z Północy, a to ci dobre sobie! - głos zabrał Ganpaw. - Boroloczku, synu Deneloczka, oto stoi przed tobą nikt inny, jak Legoloczek, syn Papiloczka; Useradm, który jest dalekim potomkiem Linusa i Lamusa z Minas Loczkins! Na twarzy Boroloczka wciąż malowało się zwątpienie. - Nie dziwię się, Boroloczku, że trudno ci uwierzyć w te nowiny, lecz taka jest