Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 11 min czytania

Władca Marionetek

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

"Życie ucznia jest pełne niespodzianek. Oto jedna z nich...”

Tak... Życie ucznia jest pełne niespodzianek... Nie zawsze miłych. Przekonałem się o tym bardzo boleśnie. Oto moja historia....

Pamiętam, że tamtego dnia w szkole panował prawdziwy bałagan. Nie, nie taki jak zwykle. O wiele gorszy. Ale czego można się spodziewać po dniu zakończenia roku szkolnego? Uczniowie biegają chaotycznie z bukietami, rodzice snują się smętnie korytarzami, a zewsząd słychać suchy trzask aparatów fotograficznych. Dlatego nie zdziwiłem się zbytnio, gdy wyrósł przede mną Jake, kumpel z klasy i jednocześnie jeden z największych "odchyłów" w szkole, szczerząc się jak wariat i trzymając w rękach nowego Canon’a. Jednym wprawnym ruchem podniósł sprzęt do oczu. Wysunął lekko język, przybierając skupiony wyraz twarzy i nacisnął guzik. Cały mój świat wypełnił niesamowicie jasny rozbłysk flesza. Przez chwilę widziałem tylko nieprzeniknioną ciemność. Dopiero po paru sekundach z otchłani nocy wynurzyły się różnokolorowe plamki. Powoli odzyskiwałem najważniejszy ze zmysłów. - Co ty koleś odstawiasz? - zapytałem gniewnie, mrugając szybko powiekami, aby odpędzić orgię barw, wciąż wirującą przed moimi oczami. Mówiłem jednak tylko do pustych ścian. Chłopaka już nie było. Rozejrzałem się wkoło. Pusto. Ani żywej duszy. Stałem tam chwilę lekko skonfundowany. W końcu wzruszyłem tylko ramionami. Jak przez mgłę przypomniałem sobie, że Jake miał zrobić zdjęcia do kroniki szkolnej. Ruszyłem dalej wzdłuż korytarza. Przez głowę przewinęła mi się absurdalna myśl - "A może wpadłem mu w oko?". Zachichotałem. Czasami boję się własnej wyobraźni. Mijałem właśnie gabinet geograficzny, gdy zdałem sobie sprawę z czegoś bardzo ważnego. Uderzyłem się z impetem w czoło, robiąc przerażoną minę. - Jimmy, ty idioto! - stwierdziłem dobitnie - Zapomniałeś zabrać bombonierki! - powiedziałem łamiącym się głosem. Rozejrzałem się w panice dookoła. Co robić? Co robić? Nie mogłem wrócić się do domu, a szansa znalezienia w szkole pudełka czekoladek nie jest niestety zbyt wielka. Moje komórki mózgowe pracowały na najwyższych obrotach. Jeszcze chwila, a moja głowa pękłaby jak dojrzały arbuz. Na szczęście, dość szybko znalazłem rozwiązanie. - Kuchnia! - wydało się to takie oczywiste. Przed oczami stanął mi wazon z różami, który jeszcze wczoraj tam widziałem. Nikt by się chyba nie obraził, gdybym pożyczył sobie jedną, prawda? No, wiem, że mężczyznom nie daje się kwiatów, ale to była naprawdę sytuacja podbramkowa. Ruszyłem biegiem w stronę stołówki. Uchyliłem delikatnie drzwi, modląc się, aby nie zaskrzypiały. Odetchnąłem z ulgą; to były naprawdę bardzo dobrze wychowane drzwi. Sprawdziłem czy nikogo nie ma w pobliżu. Wynik negatywny. Wślizgnąłem się do środka i na palcach przekradłem się do pomieszczenia, w którym normalnie rezydują kucharki. Teraz, na szczęście było pusto. Gdyby ktoś odkrył moją obecność, z pewnością wynikłaby z tego niezła afera. Wreszcie dojrzałem cel mojej wędrówki. Teraz wiem jak musiał czuć się Jazon spoglądając na Złote Runo. Szybko wyciągnąłem rękę po największy i najpiękniejszy kwiat. Pączek dopiero podejmował pierwsze nieśmiałe próby poznawania świata, lecz nawet w tak wczesnym stadium rozwoju, jego zapach był naprawdę zniewalający. Wyjąłem delikatnie różę z wazonu i o mało jej nie wypuściłem. Stłumiłem okrzyk bólu i zaskoczenia. Poczułem na skórze rozlewające się powoli ciepło. Spojrzałem z niedowierzaniem na swój palec. Ukułem się. Z ledwością pohamowałem potok przekleństw cisnący mi się na usta. Właśnie dlatego nie lubię kwiatów... Kolce, pfuj... Po co to komu? Łypnąłem nieprzyjaźnie na roślinę i skierowałem się w stronę sali od chemii. Wypadało podziękować panu Stevensonowi za to, że mnie nie oblał. Powtarzanie klasy to średnio atrakcyjna perspektywa. Po drodze spotkałem pełno znajomych. Uśmiechali się do mnie, niektórzy nawet pomachali mi ręką, ale zaraz odbiegali w pośpiechu do swoich spraw. Każdy ma jakieś nie cierpiące zwłoki sprawy. Wreszcie znalazłem się na miejscu. Drzwi do klasy były otwarte na oścież. Zerknąłem do środka. Nauczyciel siedział pochylony nad biurkiem. Wypełniał jakieś papiery, czy coś. Był jedyną osobą w pomieszczeniu. Odetchnąłem głęboko i wszedłem zdecydowanym krokiem do środka. Morgan Stevenson podniósł ze zdziwieniem głowę. Nie był zbyt lubianym pedagogiem; nie dostał dzisiaj ani jednego prezentu. Według mnie, był jednak całkiem w porządku. Owszem, chirurgicznie usunięto mu poczucie humoru, a w jego miejsce zaszczepiono niezdrowe wręcz poszanowanie dla prawa, ale przynajmniej był sprawiedliwy. Nikogo nie wyróżniał. Potwornie irytowały mnie „pupilki”, które cokolwiek nie zrobiły, zawsze były chwalone. Ja nie miałem szans stać się „podnóżkiem”, jak nazywałem ich w myślach, bo nie byłem ani bogaty, ani, co tu dużo mówić, zbyt „grzeczny” i pilny. Dlatego właśnie lubiłem pana Stevensona. Dla niego naprawdę wszyscy byli równi. Uśmiechnąłem się do niego, podchodząc bliżej. Przerwał pracę i podniósł się z krzesła. Na twarzy miał wyraz skrajnego zdziwienia. Widocznie, nastawił się już psychicznie, że wróci do domu z pustymi rękami. - Och, za co to? - spytał. Głos drżał mu ze wzruszenia. - Za wszystko, proszę pana - zaśmiałem się. Rozbroiło mnie jego pytanie. Wręczyłem mu zdecydowanie różę, opierając pączek na jego szerokiej piersi. Złapał łodygę w

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Władca Marionetek — czytnik · opowiadania