Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 38 min czytania

Władca Piratów - rozdział I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ I - „Huspa Veil”

„Morze, gdybyś oddać chciało Wszystkie cenne skarby Twe, Ile dusz by zmartwychwstało, A tak muszą spać, spać na Twym dnie.”

Fragment szanty – „Mała Łza”, A. Korycki

1685 rok od Wielkich Narodzin II okres Czasu Rozkwitania

Gryf leciał już dość długo. Szybował wysoko napawając się ciepłem promieni słonecznych. Bystrym wzrokiem ogarniał nietypowy widok: krajobraz mroźnego, potężnego pasma Gór Albakah, kontrastujący z wiecznie zieloną krainą Graswen, którą miał za sobą. Wlatywał na tereny przez wielu uważane za niezamieszkałe i niedostępne. Rejony te były często nawiedzane przez burze śnieżne i ostre mrozy. Całkowicie pokryte śniegiem wysokie bloki skalne nigdy nie odsłaniały swego prawdziwego oblicza. Stwór poczuł lekki nacisk uprzęży, co wywołało instynktowną zmianę kierunku lotu. Bestia skręciła na wschód, gdzie góry rozrzedzały się nieco ustępując miejsca nielicznym dolinom. Ponowne szarpnięcie zmusiło gryfa do obniżenia pułapu. Powietrzna podróż istoty, która go ujarzmiła i której teraz służył, powoli dobiegała końca. Pierzasta postać skierowała swego wierzchowca w stronę otoczonej górami, zatoki morza Icylen. Gryf wydał z siebie głośny skowyt, kiedy jego ślepiom ukazał się wysoki płomień ognia palącego się pośrodku zaśnieżonej polany. Podróżnik szarpnął mocniej wodze zmuszając bestię do obniżenia lotu i jednocześnie przypominając jej, kto tu rządzi. Wielki stwór podobny do ptaka zawinął półkole i osiadł łagodnie na śniegu w miejscu otoczonym drewnianą zagrodą. Jeździec zwinnie z niego zeskoczył, chwycił mocno za skórzane lejce i ostro pociągnął gryfa za sobą. Ten posunął się do przodu, niezgrabnie stąpając uzbrojonymi w ostre pazury łapami po zmrożonej ziemi. Wojownik przywiązał go do metalowego haka wbitego w drzewce i udał się w kierunku oddalonego o kilkadziesiąt stóp ogromnego paleniska. Ognia strzegły cztery istoty. Każda z nich stała zwrócona w inną stronę świata. Ich oblicza były zamaskowane, a ciała pokrywały przeplatane pasami zbroje z twardych piór nieznanego zwierzęcia. Cała czwórka uzbrojona była w potężne, dwuręczne miecze przewieszone na plecach. Przybysz zbliżył się do jednej z postaci, dumnie wyprostowanej i trzymającej w ręku włócznię. – Chwała Mrocznemu Łowcy – przemówił gardłowo. – A śmierć jego wrogom – odrzekł strażnik lekko schylając głowę. – Witaj Gorath. Krąg Dwunastu cię oczekuje – dodał, wskazując powyżej wejście do jednej z jaskiń. Po krótkiej wspinaczce oblodzoną, skalistą granią, podróżnik dotarł na miejsce. Przed wejściem stało dwóch kolejnych wojowników, uzbrojonych w ostre, zatrute dzidy. – Hasło! – rozkazał grubym, gardłowym głosem jeden z nich, po czym obydwaj skrzyżowali broń zagradzając dalszą drogę. – Jazgulath oie dah oies mah. Strażnicy rozstąpili się i ich współplemieniec mógł ruszyć dalej. Szedł wąskim, wydrążonym przez wieki w litej skale korytarzem, który skąpo oświetlały zawieszone po bokach pochodnie. Ścieżka kończyła się solidnymi drzwiami do jakiejś większej komnaty. Kolejnych dwóch uzbrojonych po zęby strażników, już nie pytając o nic, otworzyło Gorathowi potężne, mosiężne drzwi. Przybysz po wejściu do środka ujrzał otaczającą go wielką grotę, którą oświetlały gamą rozmaitych kolorów umieszczone w ścianach ogromne, migoczące kamienie. Pośrodku pieczary stał tron, na którym siedział wódz plemienia. Był najstarszym łowcą spośród jego pobratymców i postrachem okolicznych ziem. Dla barbarzyńców z plemienia Setha – tubylczej ludności Gór Albakah – wojownik ten, był największym zagrożeniem. Nawet wśród nich, zaprawionych w bojach ludzi z północy, budził ogromne przerażenie. W przeszłości uchodził też za niepokonanego, zarówno na lądzie jak i wodzie. Swego czasu poniósł jednak pierwszą, dotkliwą porażkę i nie mógł się z tym pogodzić. Żył już czterysta lat, lecz nigdy nie czuł się tak podle jak teraz. Pomimo upływu paru dobrych zim od niefortunnej dla niego wyprawy po łupy, ciągle pragnął zemsty. Każdego dnia myśl ta przepełniała jego umysł i drażniła brakiem spełnienia. Nigdy nie zapomni pewnego przywódcy, władającego grupą istot rasy ludzkiej, który pozbawił go uczucia niezniszczalności. Tego cofnąć już nie mógł. Ciągle jednak łudził się nadzieją, że zobaczy raz jeszcze oblicze człowieka, któremu udało się z nim wygrać. Martwe oblicze. Starego wodza siedzącego na tronie, otaczało jedenaście postaci należących do starszyzny plemiennej. Gorath wyszedł na środek i uklęknął pochylając głowę przed swym panem. – Mroczny Łowco Jazgulath, – rzekł z pokorą. –Srebrne Ostrze Kręgu Dwunastu powrócił do sfory. Wódz powoli skinął głową. – Jakie wieści z Graswen? – spytał gardłowo. – Wytropiłem człowieka ściganego od dawna. – Gdzie jest Spustie’a? – zapytał Jazgulath, domyślając się, o kogo chodzi. Jego słowa spowodowały niespokojny pomruk reszty kręgu. – Wypłynął z twierdzy ku wodom Palmonda. – Upoluj go… i przynieś mi jego czaszkę – rozkazał władca. – Uczynię to mój panie.

1685 Rok od Wielkich Narodzin I okres Czasu Przemijania

Dwie bliźniacze gwiazdy Balzar i Belgast zaczęły chylić się ku zachodowi, kiedy z bocianiego gniazda umieszczonego na wysokim grotmaszcie pięknego i dumnie lśniącego w blaskach zachodzących słońc wojennego galeonu, dało się słyszeć alarm. Jego źródłem był donośny, skrzekliwy, przepity od nadmiaru rumu głos Melhiora Pingha, zwanego od swego okrętowego fachu – Bystrym Okiem. – Obcy okręt od zawietrznej, dziesięć mil na zachód! Na ten sygnał większość marynarzy przerwała swoje dotychczasowe czynności, którym z lubością oddawała się o tej porze dnia – piciem, graniem w kości lub śpiewaniem obleśnych szant. Nie kwapiąc się zbytnio z podniesieniem swych przepoconych cielsk, spojrzeli w stronę wskazaną przez Pingha. Na prawej burcie, na linii horyzontu marynarze ujrzeli małą sylwetkę przypominającą statek. Rozległy się ożywione rozmowy na temat potencjalnej potyczki i związanych z nią łupów. Dalszy rozwój sytuacji zależał jednak nie od samych piratów, lecz od kapitana statku, który był zarazem władcą morskiej marchii Morhan. Po upływie kilkudziesięciu sekund od sygnału Bystrego Oka pięknie ozdobione drzwi kajuty otworzyły się gwałtownie i wybiegł z niej młody, wysoki mężczyzna o ciemnych, związanych w kucyk włosach, gęstych bokobrodach i podkrążonych oczach. Ubrany był w kolczugę ze srebrnorytu, materiału niezwykle wytrzymałego i zarazem lekkiego. Zbroję okrywał sięgający kolan czarny płaszcz. Dolną część ciała młodzieńca pokrywały szorstkie, skórzane spodnie zwane potocznie gandarami, oraz zrobione ze skóry morskiej bestii tarantuty, bardzo cenne i unikatowe buty na obcasie, zwane tartulami. Człowiek ten pełnił rangę Pierwszego Oficera dowódcy statku i był jednocześnie jego najbardziej zaufanym doradcą. Będąc synem kapitana, uważany był za następcę i spadkobiercę tronu i władzy po ojcu, bowiem dwóch innych, nieżyjących już hersztów piratów mających wpływy w tej części świata, nie pozostawiło po sobie potomstwa albo je wcześniej potraciło w bitwach czy pojedynkach. Sam pirat również stoczył niejedną potyczkę, w której otarł się o zaświaty. Młodzieniec skierował się w stronę sterburty, gdzie kilku marynarzy z zaciekawieniem przyglądało się zbliżającemu punktowi. – Nie macie nic do roboty?! – rzucił w ich stronę, a oni szybko zeszli mu z widoku. Pirat odczepił długą lunetę od szerokiego pasa, przyłożył ją do lewego oka i skierował na zauważony wcześniej obiekt. Patrzył długo i wnikliwie, po czym pośpiesznym krokiem podążył w kierunku odosobnionej kajuty. Uderzył pięścią w wejściowe drzwi. – Wejść! – usłyszał z głębi donośny i pewny głos. Po przekroczeniu progu jego nozdrza przeszył zapach znakomitej, benderskiej tabaki. Na środku pomieszczenia stał duży, sześciokątny stół, na którym leżało: kilka piór, kałamarz, rozwinięta mapa, nabita fajka i dokumenty nawigacyjne. Przy nim na wygodnym, szerokim fotelu siedział człowiek o posturze olbrzyma, siwych, związanych w kucyk włosach, krzaczastych brwiach i gęstej, długiej brodzie. Jego wydatny tors zdobił umocowany na złotym łańcuchu medalion z bursztynu. Kapitan Friderick Johanathan Spustie’a kończył właśnie nanoszenie nowego kursu na mapę. Odwrócił się, kierując spojrzenie ciemnych oczu na syna. Oficer podszedł bliżej stołu oświetlonego przez wiszącą lampę. – Jak zapewne usłyszałeś, zauważono obcy okręt. Z mojej obserwacji wynika, że jest nim najprawdopodobniej szybki galeon. Nie jest statkiem pirackim – zameldował młodzieniec. Kapitan wstał i spojrzał na mapę leżącą na stole. Przez moment skoncentrował się na jednej z jej części. – Jeżeli nie jest to statek bractwa…to bardzo możliwe, że należy do sił panującego na tych wodach gubernatora, niejakiego barona Palmonda – rzekł po dłuższej chwili herszt. – O ile dobrze pamiętam, moje stosunki z nim są…neutralne. – Nie chciałbym podważać twej wiedzy czy pamięci ojcze, ale okręt ten zmienił kurs, rozwinął szturmowe żagle i idzie prosto na nas – odparł oficer. Starszy Spustie'a usiadł w fotelu i pogrążył się w zamyśleniu. – To dziwne... – powiedział wolno. – Jestem pewien, że kontakty między mną a gubernatorem w ostatnich latach były obiecujące. Czyżby ktoś zaoferował mu lepszą protekcję? –zastanowił się głośno. – Wszystkiego jeszcze jednak nie wiemy. Marvinie, zwołaj ludzi i ogłoś alarm bojowy! Ja tymczasem spróbuję odgadnąć, z kim mamy do czynienia. – Tak jest sir! – zasalutował Pierwszy. – I jeszcze jedno, chłopcze… jeśli coś się zacznie, uważaj na siebie – rzekł z troską w głosie. – Coś mnie niepokoi, synu. Wolałbym abyś dziś nie musiał wyciągać swego oręża – zakończył tajemniczo. – Nie martw się ojcze, twój zacny prezent leży w bezpiecznym miejscu i kiedy zajdzie potrzeba, użyję go właściwie – odrzekł syn, po czym skinął głową i wyszedł. Herszt przebrał się szybko. Opasał się szerokim, mocnym pasem, na którym zawisła schowana w ozdobnej pochwie szpada i za który wetknął nabity pistolet. Przy drzwiach kajuty zdjął ze ściany swój stary, nieodłączny kapelusz, po czym zdmuchnął lampę i wyszedł. Krocząc pewnie i szybko nie zwracał uwagi na salutujących mu podwładnych. Na jego twarzy malowała się troska. Po krótkim marszu dotarł do końca prawej burty – miejsca gdzie poprzednio obserwację prowadził Marvin. Nieznajomy statek był już bardziej widoczny i szybko się zbliżał. Kapitan przywołał do siebie Bystre Oko, który rzadko schodził ze swego obserwacyjnego stanowiska. Obserwator po chwili zsunął się po linie i stanął przed władcą – niski, o drobnej, choć muskularnej budowie, krzywym nosie, wiecznie nieogolonej, pooranej twarzy i skąpym odzieniu. Pingh wytarł spocone ręce o czerwoną, brudną koszulę, która wystawała z sięgających kostek, podartych spodni. Do czarnego pasa zaczepioną miał naszpikowaną ćwiekami maczugę. – Co udało ci się ustalić? – zapytał Spustie’a, pokazując na zbliżający się statek. – Nie za wiele sir! Dowódca tego szybkiego galeonu na pewno nie jest nowicjuszem –odrzekł ochryple Pingh. – Ten szczwany gad morski dobrze się zamaskował i mam problemy z jego identyfikacją. – Rozumiem... – odparł zamyślony kapitan. – Coś jeszcze? – Nie zauważyłem na obcym okręcie żadnej flagi. Jedynie na bakburcie jest jakiś dziwny, niezrozumiały napis …– powiedział po chwili obserwator. – Niezrozumiały napis?! – gwałtownie przerwał kapitan. – Podaj mi lunetę...”HUSPA VEIL” – dodał ledwo słyszalnym szeptem. Jego twarz gwałtownie zbladła. Melhior nigdy przedtem nie widział swego dowódcy w takim stanie. – Czy to źle, sir?! – Zamknij się! Za mną, na mostek! – ostro rozkazał Spustie’a.

Tymczasem Marvin dotarł do głównego pokładu. Głosem i skinieniem ręki przywołał do siebie swych dwóch pomocników. Bliźniacy Darian i Donavan Garisterowie przybiegli stając na baczność i oczekując rozkazów. Obydwaj byli niewielkiego wzrostu, o bujnych, jasnych, kręconych włosach, owiniętych zawiązanymi chustami. Żółtą nosił Darian, niebieska należała do Donavana – po tym można było ich rozpoznać. Dolne części ciała u obydwu pokrywały czarne spodnie spięte pasami, na których zawieszone były wysokiej jakości buławy. – Garisterowie, kapitan kazał ogłosić alarm bojowy – rzekł oficer. – Przygotować okręt do bitwy! – dokończył, paskudnie się uśmiechając. – Aye aye sir! – wykrzyknęli równocześnie, po czym pędem pobiegli na mostek kapitański skąd zaczęli bić w dzwony na alarm. Piraci dźwięk ten przyjęli z radością. Donośny śpiew mosiężnych dzwonów u innych ludzi morza wzbudzałby z pewnością strach, ale dla morskich zbirów ich pokroju oznaczać mógł tylko jedno – nowe, krwawe polowanie. Odkąd ich herszt wypłynął z ukrytej pośród mielizn morza Sanoth twierdzy piratów – Mgielnej Iglicy – żądni mordu marynarze nie mieli za dużo roboty i spragnieni byli przelewu krwi. Na pokładzie zrobił się ruch jak w mrowisku, do którego wrzucono kij. Rozpoczęły się rutynowe przygotowania do planowanej potyczki. Załoga wysunęła trzydzieści sześć armat z drewnianych wnęk, umieszczonych po szesnaście z lewej i prawej burty i po dwie na dziobie i rufie. Wciągnięte za pomocą gafli i sztagów żagle szturmowe, dumnie zatrzepotały na wzmagającym się wietrze. Kapitan dotarł do mostka i zawołał do siebie syna. – Sir, galeon gotów do walki! – zameldował Marvin. – Czy… – Moje przeczucia potwierdziły się chłopcze – przerwał mu ojciec. – Coś od początku nie spodobało mi się w tym statku. Napis na jego burcie wyjaśnił wszystko. – Napis? – Nie czas teraz na wyjaśnienia – odpowiedział zakłopotany kapitan. – Synu, czeka nas piekielnie ciężka walka. Przygotuj się na wszystko. Zbierz załogę, chce do nich przemówić. Pirat zaintrygowany rozmową z ojcem pośpiesznie poszedł wykonać rozkaz. Tymczasem dowódca okrętu, wraz ze stojącym za potężnym kołem sterniczym – Redrickiem Beringiem, rozpoczął wojenną nawigację galeonu. Sternik, człowiek o lekko posiwiałych, zarzuconych na czoło włosach i krótkiej, czarnej brodzie, miał na sobie pobrudzoną, białą koszulę i czarne spodnie, za którymi sterczał nabity pistolet. Znali się z hersztem od lat i byli zgraną drużyną. Spustie'a łącząc swe umiejętności z beringowskimi, potrafił tak manewrować statkiem przed każdą walką, że już od początku uzyskiwał przewagę nad przeciwnikiem do przeprowadzenia pierwszego ataku. Przybranie nieodpowiedniej pozycji mogło być kluczem do wygranej strony przeciwnej. Piraci po przysposobieniu okrętu do walki, sami zaczęli się do niej przygotowywać. Jedni pędzili pod pokład po uzbrojenie, drudzy po odpowiedni ubiór na tą okazję, zaś jeszcze inni zanurzali głowy w beczkach pełnych mocnego rumu. Dodawało im to otuchy i odwagi przed bitwą. Wrogi okręt był już niedaleko. Po ukończeniu przygotowań Marvin z bliźniakami, zebrali wszystkich marynarzy przed mostkiem, aby wysłuchali przedbitewnej mowy herszta. Na groźnej i zimnej jak u boga mórz Wodnora twarzy kapitana, nie było widać już śladu zmartwień. W jego oczach pojawił się błysk podniecenia. – Kamraci! Najgroźniejsze i najokrutniejsze morskie wilki, łupieżcy, łajdacy i mordercy! –zaczął przemowę wódz, a jego słowa przyjęto głośnym aplauzem. – Jak widzicie, sunie na nas obcy statek. Jeśli chce bitwy, to my ją podejmiemy! – wykrzyczał złowrogo. Znów rozległy się gromkie okrzyki radości i zapału. – Spokojnie! – uciszył entuzjazm Marvin. – Z naszych obserwacji wynika, że przywódca wrogiej jednostki, musi być zaprawiony w bojach i nie będzie łatwą zdobyczą. Dlatego potraktujmy go wyjątkowo poważnie! – dokończył, a zza jego płaszcza błysnęła stal. – Zgadza się, Pierwszy – zawtórował mu Friderick Johanathan Spustie’a. – Może to być jeden z admirałów, sprawującego protekcję na tych wodach gubernatora lub łowca piratów! – kontynuował. – Od kiedy to się jednak tym przejmujemy, prawda?! Jeśli będzie trzeba, zatopimy tego nadętego sukinsyna, kimkolwiek by był i nakarmimy nim tarantuty! Zająć stanowiska bojowe! Piraci z otuchą przyjęli ostatnie słowa wodza, po czym rozbiegli się na wyznaczone pozycje. Młody pirat podszedł do ojca. – Myślałem, że wiesz, kim jest nieprzyjaciel – powiedział cicho, lekko zdziwiony. – Wiem synu, ale lepiej, żeby reszta nie wiedziała. – odparł herszt. – Czas zapoznać cię z prawdą. Wcześniej zapytałeś mnie o zagadkowy napis - „HUSPA VEIL”. To słowa napisane w języku nielicznej już rasy gauderów – strasznych i potężnych wojowników zrodzonych przez ziemską boginię. W świadomości wielu ludzi istnieją oni bardziej w legendach, niż w rzeczywistości. Jak sam widzisz, są jak najbardziej prawdziwi, a nazwa na okręcie znaczy to, co przynosi… „NAGŁĄ ŚMIERĆ”. Ostatnie słowa ojca zabrzmiały tak groźnie, że Marvina ogarnął niepokój. – Czy wiesz, kto nim dowodzi? – zapytał. – Domyślam się i obym się mylił. Jeśli mam rację, to… niech bóstwa mają nas w swej opiece. To długa historia i nie czas teraz na nią. Jeśli tą jednostką dowodzi gauder zwany Gorathem z Kręgu Dwunastu, to szanse w walce będą naprawdę wyrównane. Nasze drogi spotykają się nie po raz pierwszy. Marvin poczuł lekki dreszcz. – Przerażasz mnie, zawsze jesteś pewny zwycięstwa. – Nie tym razem chłopcze. Niestety, rezultatu walki, która nas czeka, przewidzieć nie sposób – powiedział wolno kapitan. –Ty jednak musisz ocaleć, przeżyć i objąć po mnie władzę w Morhan. Postaram się... – Ojcze – przerwał mu młody oficer. – Mówisz tak jakbyś miał... – Odejść? – odparł ze smutnym uśmiechem Friderick. – Zdarzyć się może wszystko. Nasze życie jest... – herszt zamyślił się nad czymś, ale szybko to porzucił. – Weź się w garść! – krzyknął w stronę rozkojarzonego syna – Pełna koncentracja! Czeka nas dużo pracy. Pamiętaj jedynie, że jesteś wszystkim, co mam – zakończył i szybkim krokiem odszedł w stronę steru. Marvin tak przesiąknięte emocjami słowa ojca słyszał dotychczas tylko raz w życiu. Było to, kiedy dowiedział się, że zginęła jego matka. Podobno poniosła śmierć w czasie sztormu, podejrzewał jednak, że była to jedynie wersja oficjalna, przeznaczona wyłącznie jego uszom. Po rozmowie z kapitanem nieznajomy przeciwnik tak bardzo go zaciekawił a zarazem zaniepokoił, że jeszcze raz postanowił przyjrzeć mu się bliżej. Odczepił ponownie od pasa lunetę, którą zwykł nazywać Szarym Szpiegiem i skierował ją na oddalony już o niecałą milę morską, zagadkowy statek. Mogłoby się wydawać, że na obcym okręcie nic się nie dzieje. Zresztą trudno było zaobserwować tam cokolwiek ze względu na zapadające ciemności. Dało się jednak zauważyć, że był to statek dość potężny, lecz lżejszej konstrukcji i o mniejszej ilości dział niż wojenny galeon. Wyglądał na lekko zmodyfikowany szybki galeon. Zaletą takich okrętów, które znał każdy szanujący się pirat, była przede wszystkim niesamowita zwrotność, którą nie mógł poszczycić się żaden inny żaglowiec tej klasy. Dwadzieścia osiem armat stanowiło wystarczającą siłę ognia, choć…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%