Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 23 min czytania

Władca Piratów - rozdział II

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ II „Na Pohybel Czarnym”

„…Wierę, z wszystkiego stworzenia, co żywiaste na ziemi, Co-li oddycha i pełza – nic smutniejszego mać ziemia Nie rodzi ponad człowieka…” fragment z Gauderskiej Księgi Poległych

1685 Rok od Wielkich Narodzin II okres Przemijania

– Szybciej morskie syny, zafajduchy leniwe. I raz i dwa, i raz i dwa! – pokrzykiwał stojący obok grubego bębniarza, Dios Parybey. – Hej, wy tam, w trzecim rzędzie z lewa! – darł się. –Mam was za łby zawszone, obwiesie, po pokładzie przejechać?! Wiosłować mi tam z życiem, kurwa, i utrzymywać tempo. Raz i dwa! – Ażeby mu tak ten grubas pałą przypieprzył – stęknął wioślarz w trzecim rzędzie. – Cichaj Bismon lepiej, jeśli ci żywot miły – szepnął jego kamrat, siedzący obok. – Ot, kurwa! Teraz ich na gadki wzięło. Wiosłować, nędzne szczury! Krzykaczem z długim biczem w ręku był bosman, jego spoconym pomocnikiem, walącym dwutakt w bęben, osiłek nazywany Czerepem, natomiast kilkudziesięcioma osobami, trzymającymi długie, ogromne wiosła, niewolnicy-wioślarze. Czynność, którą wykonywali sprawiała, że galera zwana „NA POHYBEL CZARNYM” płynęła swoją maksymalną prędkością. Nagrodą za ich potworny wysiłek było własne życie i chleb z wodą. Niektórzy z wioślarzy ponaglani ciągłym darciem się chudego, kościstego, jednookiego Parybeya, zaczęli postękiwać. Nie spodobało się to bosmanowi, który dziś nie był w najlepszym humorze. – No nie, nie zdzierżę, nie wytrzymam! – wrzasnął. – Postękujecie, brudasy, jakby was kto rżnął! Czerep, zmień no rytm, a wy, szmatławce, śpiewać mi tu żwawo! Niewolnikom zajętym zgoła czym innym, wcale nie było do śpiewu, ale jak to poprzednio bywało, kilka mocnych uderzeń bicza Diosa sprawiło, że zaczęli, choć bardziej przypominało to wycie zagłodzonego wołu.

Wiosłuj, wiosłuj, Gdzie wstaje nowy dzień. Żegluj, żegluj, Gwiazdy to twój ster.

Choć szanta była dość prosta i w wykonaniu wyczerpanych ludzi brzmiała wręcz upiornie, urodzony sadysta i brutal z zamiłowania uspokoił się nieco. – No! Dobre z was skurwysyny! Ale żeby mi tylko tempo nie spadło, bo w mordę będę chlastał! I raz i dwa! I raz i dwa! Bosman, którego humor zmieniał się jak kolory w kalejdoskopie, miał jeden słaby punkt –uwielbiał szanty, wręcz je kochał.

Na wielkim, rozległym oceanicznym pustkowiu, budził się kolejny, monotonny dzień. Marvin, po przebudzeniu się z nerwowego, bardziej wymuszonego niż upragnionego snu, oparł się na łokciach i rozglądnął dookoła z nadzieją na ujrzenie długo oczekiwanego ratunku. Czekał go ponowny zawód. Kiedy po bitwie odzyskał przytomność, morze było spokojne, a wokół na wodzie unosiło się kilka beczułek, które jak się okazało, zawierały rum. Zaczął pić łapczywie, aby załagodzić ból ciała i ducha, zaraz jednak opamiętał się, wyznaczając sobie oszczędnościowe porcje. Nie był w stanie określić, ile czasu leżał nieprzytomny i jak długo dryfuje. Wiedział jedynie, że rana na udzie goiła się i na szczęście nie było zakażenia. Strzęp pokładu, służący mu za ostatnią deskę ratunku, był wilgotny i śliski, a on sam cały zmarznięty i przemoknięty. Sprawy nie wyglądały ciekawie: resztka rumu skończyła się, a na horyzoncie nie było widać nic, oprócz tafli spokojnej wody, zlewającej się z poczerwieniałym, oświetlonym przez dwa wschodzące słońca, bezchmurnym niebem. Dzień, w którym ujrzał tajemniczy szybki galeon był początkiem jego upadku i nigdy go nie zapomni. Nikt nie jest w stanie przewidzieć przychodzących, gwałtownych zmian, które zawsze mają różne oblicza. Jeden dzień, jeden cholerny dzień może zniszczyć i odebrać ci wszystko – bił się z myślami. – Destrukcja – jakże jest łatwa i spontaniczna, jakże szybka. Z trudem podniósł się i usiadł. – Nieźle mnie urządził ten stary łajdak Pingh. Ciekawe, czy przeżył? Wątpię – wyszeptał z gorzkim rozbawieniem w głosie. – Cholera, zimno mi i zjadłbym też coś ciepłego dla odmiany – dodał, siląc się na kiepski żart. Wyimaginowany oberżysta z gorącym półmiskiem nie pojawił się. Natomiast do uszu rozbitka dotarł dźwięk, który raptownie wyrwał go z zamyślenia i postawił na nogi. Na początku pomyślał, że mu się zdaje – woda niosła czyjś śpiew. Gwałtownie rozejrzał się dookoła. Pustka. Nie, to niemożliwe, przecież słyszę, już teraz wyraźniej.

Płyniesz, płyniesz, Tam gdzie fale niosą....

Młody Spustie’a przypomniał sobie, że ma lunetę, która ocalała i choć pękła przy upadku, ciągle była w miarę sprawna. Wydobył ją spod zniszczonego płaszcza, okrywającego poszarpaną kolczugę i rozpoczął obserwację. Poczuł się przez chwilę, jakby stał na okręcie swego ojca, przy lewej burcie. Wróciły gorzkie wspomnienia. Nagle zauważył mały obiekt, który zbliżał się w jego kierunku. Mało nie wpadł do wody z euforii i radości. Nie umrę tu. Jednak tu nie umrę! Radość i nadzieja szybko przemieniły się w ciekawość, a później w trwogę. Statek zbliżał się szybko, stawał się coraz bardziej wyraźny. Pirat nie spuszczał go z oka. Po specyficznym kształcie rufy i dziobu - o wiele wyższego od śródokręcia – pirat rozpoznał, że jest to galera. Gdyby nie jej środkowy maszt z rozwiniętymi żaglami, z daleka wyglądałaby jak ogromny, pływający, drewniany chodak. Typ statku za wiele jednak nie wyjaśniał. Galery były dość popularne, choć najczęściej używane przez bogatszych kupców. Rozbitek miał nadzieje, że to właśnie statek handlowy. Wkrótce miał się przekonać, jak bardzo była ona złudna. Po dwustu jeden uderzeniach wioseł Marvin mógł przez pękniętego Szpiega, przyjrzeć się już dokładnie swemu wybawcy. Skierował lunetę wysoko, szukając na masztach bocianiego gniazda. Chciał się upewnić, że podrzucane w górę puste beczki, które spadając do spokojnego oceanu, rzeźbiły na nim kręgi, odniosły jakiś skutek. Pogoda mu sprzyjała. Miał tylko nadzieje, że lokator bocianiego gniazda w tym momencie nie śpi lub nie załatwia innych potrzeb. Odnalazł go, a ten zauważył jego. Patrzyli na siebie przez chwilę. Marvin spojrzał niżej, szukając znaku, który mógłby zidentyfikować nieznajomy statek, gdyż wcześniej nie zauważył żadnej flagi na jego maszcie. Odnalazł czerwony napis na czarnym tle burty. Przeczytał go i gwałtownie zbladł. – Rozbitek! Rozbitek, po prawej burcie! – krzyknął mały, łysy człowiek, sprawujący funkcję obserwatora. – Człowiek za burtą! – ryknął ponownie w przekonaniu, że dobrze i solidnie wykonuje swoje obowiązki. Faktycznie, w chwili, gdy wybrzmiał jego wrzask, z pomieszczenia w tylniej części galery wyszło dwóch mężczyzn. Pierwszy – krocząc szybko w stronę środkowego masztu, mamrotał coś pod sumiastym wąsem, a wyglądem przypominał najgorszą szuję. Drugi – dotrzymując kroku kompanowi, zachowywał spokój na twarzy. W prawej ręce dzierżył ogromną lunetę. – Co ty tam widzisz, Hukun? – krzyknął w stronę bocianiego gniazda wąsacz, którego twarz dodatkowo zdobiła długa na dwa cale, paskudna blizna na prawym policzku. Częściowo wyjaśniała ona fakt, iż miejsce prawego oka, zajmowała przypominająca je proteza. – Następny rozbitek, kapitanie! – Pierwszy, podaj lunetę – człowiek stojący obok dowódcy galery pośpiesznie wykonał rozkaz. Kapitan poluzował swój podniszczony mundur, wziął lunetę z rąk zastępcy i zwrócił ją w kierunku pokazanym przez Hukuna. – Ciekawe, Pierwszy, bardzo ciekawe. Czyżbyśmy się jednak spóźnili? – rzekł tajemniczo kapitan. – Każ go wciągnąć na pokład, musimy być pewni – rozkazał. – Tak jest, kapitanie Dagebor! Marvin z mieszanymi uczuciami, których źródłem była gwałtownie zmieniająca kurs galera, myślał nad planem dalszego działania. Wiedział już, że statek, z którego za moment ktoś rzuci mu linę, nie jest na pewno jednostką handlową. Wszystko stało się jasne, kiedy udało mu się odczytać umieszczoną na bakburcie nazwę okrętu. Natrafił na najgorszego wybawcę, jakiego mógł spotkać człowiek jego fachu. Galera szybko się zbliżała, więc musiał działać błyskawicznie. Zostało mu parę chwil do momentu, gdy rozpoznają w nim pirata. Zdradzał go ubiór, a przede wszystkim płaszcz, który miał na sobie. Zdjął go i wyrzucił do wody. Tartuli musiał pozbyć się również, bowiem nie nosił ich przeciętny zjadacz chleba. Chwilę popatrzył na swoje wyjątkowe buty, zanim zniknęły w otchłani oceanu. Stojąc w samych gandarach i kolczudze, zastanawiał się nad najlepszym i najbardziej wiarygodnym wyjaśnieniem sytuacji, w jakiej się znalazł. Na pokładzie galery zobaczył opalonego, łysego majtka rzucającego mu linę i coś krzyczącego. Chwycił ją bez namysłu. Po ciężkiej i wyczerpującej walce z oporem wody i wspinaczką po linie, rozbitek przechylił się przez burtę galery i runął na śliskie deski pokładu. – Podnieść go! – rozkazał ostro kapitan. „Na Pohybel Czarnym” zaprosiła go na pokład, ale nie zamierzała się zbytnio rozczulać. Kilku marynarzy żwawo podbiegło i podniosło przemokniętego pirata, który w tym momencie poczuł przenikliwy, przeszywający ból odnowionej rany uda i obitych żeber. Marvin uniósł z wysiłkiem głowę i spojrzał na ohydną twarz dowódcy statku, następnie na pomocnika stojącego obok. – Cóż my tu mamy? – zaczął z drwiną w głosie kapitan, podchodząc bliżej. – Hm... kolejny rozbitek. Interesujące – dodał przeciągle, obchodząc dookoła nowego pasażera i bacznie mu się przyglądając. – Kim jesteś?! – wycedził nagle, prosto w mokrą twarz Marvina. A młody Spustie’a postanowił kłamać. – Nazywam się von Hugo de Brux –zaczął z trudem – Jestem oficerem jednego z okrętów szanownego gubernatora Palmond. Napotkaliśmy na wrogą… – nie zdążył dokończyć. Z jego nosa polała się krew. – Łżesz, psie – powiedział spokojnie, acz stanowczo kapitan, pocierając dłoń. Dowódca statku wyglądał może na głupca, ale nim nie był. Marvin zdał sobie sprawę, że człowiek, który przed nim stoi, nie da się tak łatwo oszukać. – Powtórzę moje pytanie raz jeszcze – łagodnie zaczął kapitan galery. – Tym razem radzę ci jednak nie kłamać. Nie ze mną te numery… piracie! – dokończył z naciskiem w głosie. Ostatnie słowo człowieka stojącego przed młodym Supstie’a, pozbawiło go choćby cienia szansy na wybrnięcie cało z sytuacji. Już po mnie – pomyślał. Zaczął tamować cieknącą z nosa krew, chcąc rozpaczliwie zyskać na czasie. Jeszcze kilka chwil temu, gdy zobaczył statek na horyzoncie, wydawało mu się, że koszmar kilkunastu dni bezsilnego dryfowania właśnie dobiegł końca i czeka go ocalenie. Okazało się jednak, że Marvin znalazł się w sytuacji, której żaden inny człowiek jego profesji nie zamieniłby z nim za żadne pirackie skarby wszystkich mórz i oceanów. – Jesteś łowcą piratów? – rzucił w kierunku kapitana galery. Znów dostał po gębie. – Lepiej nie pyskuj i zacznij gadać! – wrzasnął jednooki. Pirat zacisnął zęby i nie odpowiedział. Dowódca okrętu nie miał jednak zamiaru tracić więcej czasu na zbędne oczekiwanie, aż hardy rozbitek zdecyduje się mówić. Łowca znał wypróbowane i skuteczne sposoby na takie okazje. – Pierwszy, zawołaj tu Parybeya! Niech jeden z jego zastępców zajmie się utrzymywaniem tempa. – Tak jest! Zastępca kapitana znał swoje miejsce w szyku wiedząc, że warunkiem jego przetrwania jest profesjonalizm i bezwzględne posłuszeństwo. Nikt inny nie mógł poszczycić się tak długim przebywaniem u boku dowódcy statku i nikt inny nie znał go tak dobrze. Ci, którzy nie wystarczająco szybko się na nim poznawali, z reguły kończyli za burtą. Pierwszy wartkim krokiem zszedł pod pokład wykonać rozkaz. Minęło zaledwie dziesięć uderzeń wioseł a zastępca kapitana był już z powrotem w towarzystwie kościstego, łysego bosmana.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%