Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Mitologia · 20 min czytania

Władca Wodospadu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Widoczny jeszcze księżyc świecił bladym światłem. Chmury popychane przez wiatr snuły się leniwie po niebie, tak jakby ciągnęły ogromny ciężar. W przestworzach szybowało kilka kształtów. Ich sylwetki rysowały się niewyraźnie na tle ciemnego nieba. Ciężko było odgadnąć czym są. Krążyły jak upiory z nierealnego snu, zataczając nieregularne koła najprawdopodobniej w poszukiwaniu pożywienia. Od dłuższego czasu obserwował je mężczyzna siedzący na plaży. Ubrany w zieloną kurtę z kapturem, skórzane spodnie i buty, spoglądał na rozciągającą się aż po horyzont wielką wodę, odbijającą księżycową poświatę. Spokojna tafla wody kojąco nuciła swoją pieśń. Wyciągnął się i ziewnął. Nie spiesząc się, wstał i sięgnął po plecak oraz torbę, które leżały nieopodal niego. Spojrzał jeszcze raz w niebo. Nierozpoznane kształty znikały w ciemnych chmurach nad horyzonetem. Ruszył ścieżką biegnącą do lasu znajdującego się około kilkunastu metrów na północny wschód. Szedł powoli, wymijając wielkie kłody drewna wyrzucone przez fale. W trakcie marszu wyciągnął suszoną kiełbasę. Odgryzł kawałek i zaczął go żuć. Czuł, jak tłuszcz, mięso i ślina łączą się w jedną papkę, która tak wysmienicie smakowała. Usmiechnął się, że tak to sobie wyobrażał. Od strony jeziora zawiał wiatr, a końcówki blond włosów wystające mu spod kaptura, zakołysały na jego podmuchu. Przeszedłwszy jeszcze kilkdziesiąt metrów i znalazł się . Las. Zawsze czuł się w nim dobrze. Jako mały chłopiec często wybierał drogę przez zagajniki, rosnące w wędrowca uderzyła kanonada lesnych dzwięków. Słyszał pokrzykiwania ptaków, ich rozmowy których człowiek nie jest w stanie zrozumieć. Wysoko, w koronach liści coś szybko przemknęło. Po lewej, w skupisku drzew, zauważył ogromną sowę - „Chyba śpi” pomyślał. Jak się zdziwił, gdy sowa się do niego obróciła. Jej ogromne, zółte i charakterystyczne ślepia wyróżniały się na tle czarnej ściany roślin. Przechodząc koło niej widział jak obserwuje go dokładnie, analizując czy może nie jest to jakoby dobry kąsek. Niebo było ledwo widoczne przez zasłaniające je gałęzie i liście. Prześwitywało tylko czasami czarnymi plamami, gdy konary drzew poruszały się na wietrze. Ich cień padał co jakiś czas na dróżkę, w świetle księżyca, rysując na niej dziwne kształty. W miarę jak nieznajomy posuwał się na przód, las stawał się mroczniejszy. Wędrowiec przystawał kilkakrotnie, nasłuchując. Raz przysiadł na małej górce, pokrytej mchem i gałęziami. Zdjął kaptur odsłaniając młodą twarz i napił się wody z manierki. Przymknął oczy i wsłuchał się w bijący od natury spokój. Skoncentrował się na ciszy. Starał się nie słuchać odgłosów zwierząt tylko skupił się na zapachu lasu, mokrej ziemi i szumu drzew. Przypominał mu młodzieńcze lata spędzone na zabawach i spacerowaniu po swoich rodzinnych stronach. Zawsze czuł sie wtedy dobrze. Wciągnął głęboko to zdrowe powietrze i powoli je wypuścił, otwierając oczy. Siedział jeszcze tak chwile... westchnął i wstał. Otrzepał się z liści i rusyzł dalej. Przedostawszy się przez następną ścianę zieleni wyszedł na dobrze ubitą drogę. Po obu jej stronach rosły stare dęby, które obserwowały wędrowców. Pięły się w górę sięgając nieba. Młodzieniec z podziwem na nie patrzył, licząc w myślach ile mają metrów. - Człowiek nigdy nie będzie wstanie dogonić natury – stwierdził na głos, a wiatr mu zawtórował. Dalszą drogę, ciągnącą się prawie cały czas prosto, w niektórych tylko miejscach zakręcającą, szedł bez wyraźnych trudności. Słońce lekko wysunęło się zza gór, różowiąc część nieba. Ciemność odchodziła w zapomnienie. Kilka razy zatrzymał się, aby wyjąć z butów kamienie, co ułatwiło mu dalszy marsz. Za każdym razem, gdy schylał się w tylnej części głowy rozchodził się dziwny ból. Tak jakby się coś zrywało. Ignorował to skrzywiając się lekko i masując bolące miejsce. Po przejściu kilku kilometrów młodzieniec przystanął na rozstaju dróg. Zastanawiał się przez chwilkę, którą stronę wybrać. Zdecydował, że skręci w lewo. Gdy już miał się skierować w tą stronę przypomniał sobie o pewnym przedmiocie. Dostał go w prezencie od Chanah, swojej młodszej siostry. „Ile to lat minęło, kiedy się ostatnio widzieliśmy siostro?. Za wiele. Wyciągnął niebieski krążek z wizerunkiem miecza na jednej stronie, a na drugiej ze znakiem zapytania. Przypomniał sobie, co mówiła na temat tego pieniążka. „Jeśli chcesz potwierdzić swój wybór, rzuć monetą i złap. Gdy zobaczysz miecz Twój wybór jest słuszny. Natomiast gdy wylosujesz znak zapytania to będzie wręcz przeciwnie” „Teraz zobaczymy czy to coś daje”. Podrzucił go do góry i chwycił w pewnym momencie. Obejrzał. „Znak zapytania.”. Zmarszczył czoło. „Ha, a to ci dopiero numer. Mam nie iść w tamtym kierunku bo moneta mi to pokazuje? Przesądy. Nie powinienem w ogóle próbować. Człowiek sam stanowi o swoim losie. Z resztą ja przecież nie wierzę w takie zabobony. To jest dla staruch i dzieci, aby miały o czym rozmawiać”. Uśmiechnął się i zarzucił plecak na ramię. Skierował się lewo. Droga, którą wybrał był inna niż ta, co szedł dotychczas. Nierówna i błotnista utrudniała tylko marsz, ale wcale nie przeszkadzało to młodemu człowiekowi. Szedł równym krokiem omijając większe plamy błota. Las przerzedził się. Zmieniał się z gąszczu, w mniejsze skupiska różnego rodzaju drzew, aż do miejsca gdzie po obu stronach wyrastały, naprzeciwko siebie, pojedyncze wierzby. Rozjaśniało się z każdą minutą. Dzień przeganiał noc. Było jednak zimno, a świat przybrał odcień szaroniebieski. W oddali pojawiła się mgła, rozlewająca się niczym lawa wulkaniczna. Krążyła przy ziemi, rozciągając swoje macki, jak wielka kałamarnica. Niedaleko wielkiego dębu, otoczonego małymi krzewami agrestu, zauważył małą polankę. „Odpocznę chwilę” zdecydował. Podszedł i chciał usiąść gdy przez przypadek zauważył wyróżniającą się od otoczenia barwę, po drugiej stronie drogi. Zdziwił się, że jej wcześniej nie zauważył. Uważał się za dobrego obserwatora. Zastanowił się chwilę i doszedł do wniosku, że krzewy musiały ją odsłonić. Wzruszył ramionami. Zostawił plecak przy głazie i podszedł gąszcz krzaków. Odgarniając gałęzie, ostrożnie bo mało co a podrapałby się o wystające kolce, zobaczył małą roślinkę, która nie miała więcej niż dziesięć centymetrów wysokości. Nie wiedział jak się nazywa, lecz jej zapach był przepiękny. Pochylił się aby obejrzeć ją dokładniej. Otoczona była kawałkami mchu, intensywnie zielonego. Sprawiało to wrażenie, jakby ktoś chciał ją położyć na czymś miękkim. Miała kilka małych listków, a na samym czubku znajdował się kwiat o czarno-bordowych płatkach, chowających się co jakiś czas do środka. Patrzył jak zahipnotyzowany. Zastanowił się czy aby jest sens go ścinać. Popatrzył na okolicę. Wszędzie było ponuro i nijak. Młodzieniec wyjął z pochwy mały sztylet. „Taka piękność tutaj to grzech”. Już miał go zamiar ściąć, gdy nagle zawahał się, a oczy zaszły mu mgłą. Stał chwilę otępiały, gdy usłyszał dziwny dźwięk.. Zamrugał. Obejrzał się dookoła, ale nic nie zauważył. Liście szeleściły, a konary skrzypiały, jak drzwi na nienaoliwionych zawiasach. Mgła czołgała się po ziemi, jak płynny stwór, zasłaniając dalszą drogę. Młodzieńcowi zrobiło się nieswojo i dreszcz przeszedł mu po plecach. Poczuł na plecach czyjś wzrok. Jeszcze raz się rozejrzał. Nic. Nic nie ma. Wiatr zawył jak potępiona dusza. Chmury się zagęściły. Zaczął padać deszcz. Zrobiło się ciemno. „Co się dzieje?”. Wszedł na drogę ze sztyletem w ręku. Obrócił się dookoła. „Coś jest nie tak”. Dreszcze ponownie przeszły go po ciele, gdy kątem oka zobaczył na jednej z gałęzi dziwny kształt. „Co to?”. Gdy podszedł bliżej, aby zobaczyć co to jest, jego oczom ukazał się błękitny stwór. Tknięty wewnętrznym „stój” stanął.. „Dziwne. Co to jest za…”. Nie dokończył myśli gdyż w zawirowaniu białej poświaty postać wyparowała. Mgła zaczęła znikać, a spośród szerokich wierzb rosnących wokół, zamajaczyły dwa kształty. Zmrużył oczy. „Definitywnie coś tu jest nie tak?”. Z natury był ciekawski dlatego miał zamiar podejść do nich. Nie czekając na ponaglenie chłopak pobiegł aby sprawdzić co go tak zaciekawiło. Gdy zbliżał się, dostrzegł masywne i eteryczne wieżyce. Sprawiały wrażenie jakby były tutaj niepotrzebne. Jakby ktoś lub coś je przed chwilą postawił. Podchodząc do nich poczuł mrowienie i ciepło rozlewające się po całym ciele. Zamrugał i odwrócił się w stronę, z której przyszedł.. „Dziwne”. Odwrócił się i stanął jak wryty. Przed nim znajdowała się część wejścia do jakiegoś pałacu. „Chyba mam omamy wzrokowe”. Patrzył przed siebie. To było coś na pograniczu rzeczywistości. Mieniło się srebrno-białą barwą i pulsowało niebieskim światłem. Pięć szerokich stopni, otoczonych było dwoma postumentami w kształcie nieociosanych brył. Dalej za nimi stały dwie wielki eteryczne kolumny. Poszedł na środek drogi i spojrzał w górę. Miały one co najmniej pięć metrów wysokości i wieńczyły je dwie kule z jednolitej materii. Zaczerpnął powietrza. Obejrzał się jeszcze raz w tył i schował sztylet do pochwy. Westchnął. „Sami tworzymy swoje życie”. Zaintrygowany , ale i ostrożny, ruszył w kierunku schodów. Miał wątpliwości co do swojej decyzji, ale ciekowość wzięła górę. Stawiał kroki bardzo uważnie, powoli jakby się obwiał, że zaraz się coś wydarzy. Jednak, gdy wszedł na ostatni stopień, jego obawy się nie sprawdziły, że zaraz np: trafi go piorun. Zdziwił się trochę, bo jak się znalazł na ostatnim stopniu jego pojmowanie rzeczywistości się zmieniło. Wieżyce miał po obu stronach. „I co teraz?. Mam powiedzieć jakieś magiczne słowo?. - Nie – usłyszał w odpowiedzi. - Co, kto to powiedział? - Ja chłopcze Odwrócił się w stronę, z której przypuszczał, że usłyszał głos, ale nikogo nie zauważył. - Ej, jeśli ktoś tu jest niech się pokaże a nie bawi się w chowanego – odkrzyknął. - Nie widzisz mnie bo mnie cieleśnie tu nie ma - Tak?. A mogę się spytać co się tutaj dzieję do cholery? - Wszystko w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Władca Wodospadu — czytnik · opowiadania