Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 30 min czytania

Władczyni Koszamrów

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Czarny płaszcz zlewał się z mglistym zachodem słońca. Spod połów lśniącego materiału wystawały czarne, ciężkie buty ciasno zasznurowane wokół nóg. Postać sprawiała wrażenie wiotkiej i słabej. Ale były to tylko pozory... Jak zawsze przemierzył powolnym krokiem ulice miasta odnajdując po niedługim czasie budynek, z którego dobiegały radosne chichoty. Jak zwykle stanął przed drzwiami czekając, aż kobieta zarządzająca resztą kobiet lekkich obyczajów pracujących w tym przybytku wyjdzie, aby go powitać. Jak zwykle dał się zaprowadzić do środka i wsuwając zarządczyni sporawej wielkości sakiewkę ze złotem w rękę przedstawiał swoje warunki... Potem w ciszy kontemplował swój wybór. Podchodził do skąpo ubranej, młodej dziewczyny zdejmując płaszcz, siadał obok niej na łóżku. Chociaż były profesjonalistkami, coś w nim sprawiało, że czuły się tak niedoświadczone, iż pierwszy od wielu lat raz rumieniły się. Dreszcz przebiegał po ich ciele, kiedy mężczyzna muskał ustami ich szyję. Oddawały się mu zupełnie, gdy zaspokajał wszystkie swe żądze. Potem... on odchodził. A jedyne, co po sobie zostawiał, to Śmierć... Wciąż gorące ciało martwej dziewczyny z rozoraną tętnicą szyjną oraz krwawymi śladami na całym ciele.

*

„Samara!”, Powoli docierały do niej krzyki. Wszystko zza kurtyny nagłej ciszy... Leżała na mokrej od deszczu ziemi, pokryta błotem i znieważona. A przecież... On był tylko zwykłym wieśniakiem! Siedemnastoletnia dziewczyna wstała chwiejnie z ziemi. Naokoło nich zebrał się spory tłumek gapiów. Wieśniak stał nad nią rechocząc, wpijając się lubieżnym spojrzeniem w jej prawie nagie ciało. Tak, wygrał... Wygrał siłą. Posiadł ją, a następnie wyniósł przed stajnię i rzucił na błotnistą drogę. Wygrał z tą małą czarownicą rzucającą na wszystkich z okolicy urok swojej urody. A on... on ją miał. Jako pierwszy. Samara otarła łzy i wpatrzyła się w oprawcę. Był głupi, niemal czuła dolatującą do niej tępotę niewiele od siebie starszego początkującego rolnika. Nienawidziła go, pragnęła jego śmierci, tak bardzo chciała go zabić. Nagle przez jej ciało przebiegł dziwny dreszcz, mięśnie skurczyły się i rozluźniły w dziwnej konwulsji. Z jej wnętrza uwolniła się olbrzymia ilość Mocy i uderzyła z impetem w chłopca. Wieśniak upadł na błoto obok niej. Nie była w stanie się ruszyć. Widziała tylko otwarte z przerażenia oczy wpatrujące się w nią. Deszcz spływał po jego powiekach, jedna część twarzy niemal całkowicie zanurzyła się w błocie. Po chwili ciszy jakaś kobieta zaczęła krzyczeć, za nią następna. Ludzie tratując siebie nawzajem uciekali, jak najdalej od Samary. -Czarownica! Czarownica! – krzyczeli. Małe dzieci rozpłakały się, a ich matki biorąc je na ręce odciągały od miejsca tragedii żegnając się i szepcząc pospiesznie modlitwy. Samara siedziała drżąc na całym ciele w lekkim otępieniu nie będąc w stanie zastanowić się nad niczym. Łzy bezustannie płynęły z jej oczu, ale nawet nie zwracała na to uwagi z powodu gęstego deszczu. Ukryła twarz w dłoniach, kiedy nagle poczuła, że ktoś się do niej zbliża. Nie miała siły się odwrócić, gdy coś ciężkiego opadło z hukiem na jej głowę. Straciła przytomność.

*

Mgła spłynęła na całe miasto niczym nieme przekleństwo. Ludzie pochowali się we wnętrzach własnych światów nieczuli na to, co działo się dookoła. Świat okryty tą przedziwną mgłą był jakiś... inny. Widziałam to. Wracałam szybkim, sprężystym krokiem do domu. Dochodziła siedemnasta, szara masa o konsystencji mleka ciemniała coraz bardziej. Przyspieszyłam, nikt przecież nie lubi iść przez ponury park po ciemku. Ten park... nawet kiedy był normalny dzień odczuwałam jakiś niepokój przechodząc przez niego. Tym razem niepokój narastał od chwili, w której opuściłam ponury, bezkształtny blok budynku mojej szkoły. Kiedy zobaczyłam przed sobą nienaturalnie proste i nagie pnie drzew, wpadłam w panikę. Drzewa, spowite delikatnym światłem rozpływającym się w obłokach mgły, gdzieniegdzie poruszanej przez ostry, zimowy już powiew wiatru, wyglądały jak kraty więzienia. U podstawy zupełnie nagie, proste oraz chude, rozszerzały się na jednakowej wysokości tworząc nade mną gęstą kurtynę bezlistnych gałęzi. Zagłębiłam się przyspieszając jeszcze bardziej w korytarz tych upiornych tworów. Wiatr wył w ich dziuplach, ptaki pouciekały z tej zapomnianej przez Boga krainy koszmarów. Poza pniami drzew po obu bokach ścieżki nie było nic widać, mgła przysłaniała cały widok. Nagle usłyszałam za sobą ciche szuranie. Coś powoli sunęło za mną powłócząc nogami po pokrytym liśćmi chodniku. Chciałam odwrócić się, kiedy usłyszałam, że postać, czy być może stworzenie cicho mruczy. Mruk zaczął przeistaczać się w warczenie, coraz głośniejsze. Poczułam, jak moje ręce zaczynają drżeć – ze strachu czy z zimna – wolałam nie wiedzieć. Konary bezlistnych drzew pochylały się w dół, robiło się co raz ciemniej, mgła gęstniała... Postać za mną zbliżała się coraz bardziej. Aż słyszałam, jak podnosi jedną kończynę, a drugą bezwładnie wlecze po ziemi, jak ze świstem wdycha powietrze i warczy, coraz głośniej, coraz bliżej. Myślisz, że to kolejny Sen, Repetycjo... Drzewa zaczęły wyginać się potrzaskując, upiorny szept odbijał się echem we wnętrzu mojej głowy. Ale nie... To nie sen. Twój świat Cię wzywa, chce, abyś mu pomogła... Masz zobowiązania. Stworzyłaś nas, Repetycjo, teraz musisz nam przewodzić. -NIE! – krzyknęłam, przymknęłam oczy i zaczęłam biec prawie na oślep. Potykałam się o płyty chodnikowe, które nagle zaczęły pękać i rozstępować pod naporem rozrastających się korzeni. Konary drzew pochyliły się już na tyle, że zaczepiałam o nie ramionami. Słyszałam trzask łamanego drzewa, kiedy ustępowały pod moim naporem. Chcemy cię, nasza Pani... Przyjdź do nas! Wzywamy Cię...! Wiedziałam jednak, że prędzej czy później ścieżka zarośnie tak, że nie będę mogła biec dalej. Co więcej warczące stworzenie dalej znajdowało się tuż za mną, czułam czyjeś oddechy na ramieniu, jednak niczym sparaliżowana biegłam dalej ani myśląc się obejrzeć. W końcu dotarłam do otwartej przestrzeni placu zabaw. Nareszcie... Drzewa zaczęły cichnąć. Zaniknęła też postać sunąca za mną. Zamilkły głosy w mojej głowie. Znalazłam się na terenie placu i naraz dosłyszałam lekkie skrzypienie huśtawki. Tak, tam są ludzie – odetchnęłam z ulgą. Odeszły, koszmary odeszły. Ostatnimi czasy nachodziły mnie coraz częściej, zarówno we śnie, jak i na jawie. Bez ostrzeżeń nagle widziałam ludzi wiszących na słupach telefonicznych, małe dzieci z guzikami zamiast oczu i zaszytymi ustami biegnące w moją stronę wyciągając niewielkie, zakrwawione rączki... Przeszłam szybko przez plac zabaw, aż doszłam do huśtawki stojącej przy samym wyjściu. Siedziała na niej mała dziewczynka w czarnej sukience i grubych, bawełnianych rajstopach. W rękach trzymała misia, podrzucając go raz po raz i nucąc wesoło jakąś piosenkę. Normalne dziecko. Nareszcie. Nagle podrzuciła zabawkę za wysoko i pluszowe zwierzątko spadło niedaleko moich stóp. Niewiele myśląc schyliłam się i uniosłam je. Było stare i zakurzone. Aż lepkie od brudu, zdałam sobie po chwili sprawę... Serce znowu przyspieszyło swój bieg i spojrzałam przerażona na dziewczynkę. Zeszła z huśtawki i podbiegła do mnie. -Masz go. – powiedziała uśmiechając się i podchodząc jeszcze bliżej. – A teraz oddaj mi to, co należy do mnie! – patrzyły na mnie kruczoczarne oczy wyzierające z pomarszczonej, starczej twarzy. Oblicze dziecka wykrzywiło się i zza pożółkłych zębów wysunął się obrzydliwy język pokryty krostami. Należysz do nas! – powiedział potwór i chwycił mnie za rękę. Sukienka dziewczynki zsunęła się z jej przedramienia i zobaczyłam pooraną podłużnymi strupami skórę, aż pozieleniałą od siniaków i zaczerwień. Wyrwałam się z uścisku i puściłam biegiem w kierunku ulicy. Słyszałam bicie własnego serca i oddech, czułam ból w klatce piersiowej... Jeszcze tylko trochę wysiłku... Jeszcze tylko parę metrów.

*

Samara ocknęła się i spróbowała odgarnąć włosy spadające jej na oczy. Nie mogła. Jej ręce były czymś związane. Spróbowała się poruszyć i dopiero wtedy zdała sobie sprawę z własnego położenia. Chłopi przywiązali ją do pala, który zawczasu obłożono drewnem i sianem. Wszystko to odbywało się w kościele, gdyż na zewnątrz wciąż szalała ulewa. -Obudziła się, obudziła się Czarown...- szepty zagłuszył potężny grzmot. Samara usłyszała, jak witraże w oknach drżą, a wiatr wyje w szparze pod olbrzymimi, rzeźbionymi wrotami świątyni. Jej prowizoryczny „stos” ustawiono tak, aby znajdowała się twarzą w kierunku oblicza ukrzyżowanego Jezusa. -Słuchaj mnie, Czarownico – zaczął duchowny. Przecież go znała! To ten sam ojciec, który prowadził mszę dla całej wioski co niedziela. Ten sam, któremu spowiadała się przed Komunią. -Ojcze, niech mi Ojciec pomoże... Przecież to ja, Sama...- tłum przerwał jej szmerem. Czarownicy nie wolno było wymówić swego imienia, a tym bardziej zwracać się do kogokolwiek w tak bezpośredni sposób, w jaki uczyniła to przed chwilą Samara. -ZAMILKNIJ! – krzyknęła starsza kobieta ściskająca pochodnię, gotowa do podpalenia stosu młodej Czarownicy. Samara przyjrzała się twarzom zebranych – za co chcieli ją zabić? Za to, że działała we własnej obronie, czy może za to, że była inna. Że nagle, po pierwszym zbliżeniu z mężczyzną, obudziła się w jej ciele Moc. Przecież ludzie w innych miastach po ujawnieniu owej Mocy zaczęli by ją wielbić, czcić. Zaraz posłano by po przedstawicielkę Rady Magii, by zajęła się nową Wybraną. Ale nie... ludzie znienawidzili ją. A raczej czuli do niej nieprzepartą niechęć już od zawsze – od chwili, w której młoda wieśniaczka znalazła ją przy rzece Laan’re. Od najmłodszych lat Samarę wyróżniał intelekt, sposób myślenia, i co chyba najważniejsze dla mieszkańców wsi, wygląd. Dziewczyna „oczarowywała” magią swego ciała każdego napotkanego mężczyznę. Nie robiła nic specjalnego, może to tylko jakiś błysk w jej oku, lśnienie kasztanowych, falowanych włosów albo delikatny gest sprawiał, że do końca życia śnili tylko o niej. Samara jednak odrzucała wszystkie oświadczyny, aż wreszcie pewien chłopak napotkawszy ją w stajni, oporządzającą swoją klacz, postanowił wziąć dla siebie, siłą. Dalej wydarzenia potoczyły się za szybko, dziewczyna nie była na tyle silna, aby utrzymać brzemię ciążące na niej od tamtego czasu. A przecież minęło dopiero parę godzin! Głos kapłana wyrwał Samarę z zadumy. Jej ciał zaczęło znowu dygotać, łzy napłynęły do oczu i gorzko zapłakała w momencie, gdy ksiądz zaczął odczytywać modlitwę: -Z Nasienia Szatana powstały, zniszczenie i Chaos czynią na ziemi, módlmy się więc... Z gardła dziewczyny wydarł się głośny jęk, kiedy staruszka z pochodnią zbliżyła się do stosu i podpaliła go. Odskoczyła od drewna, które szybko zajęło się ogniem i przeżegnała. -Módlmy wszyscy, aby ta duszyczka, skalana grzechem mężczyzny, zasłużyła na odkupienie. I tępmy wszystkie Czary jakie miejsce mają na tej Ziemi, naszej Ziemi, bowiem Bóg tak chciał i Bóg w tym pomoże. A kiedy już kara na wszystkie Pomioty Diabła nadejdzie... -Nieeee!! – krzyknęła Samara czując gryzący dym dolatujący do jej twarzy. Po chwili przyjemne ciepło ogarnęło jej stopy, wiedziała jednak, że niedługo przerodzi się ono w ból, potem ogarnie całe jej ciało. –Pomocy... Proszę, pomocy! Słysząc te krzyki ksiądz sam również podniósł głos: - I oto zstąpi na nas zbawienie! Pan bowiem tak oto przemawia : kto Złu na przeciw wyjdzie i życie poświęci walce z nim, ten zbawienia zazna i życiem wiecznemu rozkoszować się będzie dane. Lecz kto na ciemną ścieżkę raz zejdzie, temu Pan wymierzy karę! Tego dosięgnie sprawiedliwość! Tak, patrzymy oto na prawdziwą Czarownicę. To Szatan przysłał ją do nas tamtego zimowego ranka, to Szatan dał jej urodę sprawił, że mamiła nas wszystkich swym ciałem. A oto Szatan ją zostawił. Jest sama, lecz nie bezbronna. Czeka ją już tylko śmierć... Samara wyrywała się coraz mocniej, jednakże więzy opasające jej cienką talię oraz te ściskające dłonie i stopy, były za mocne. Czuła już parzące płomienie czubkami palców. Dysząc i pojękując spojrzała na zakrwawioną twarz Jezusa. Czy na prawdę tego chciał? Czy to była ta jego „sprawiedliwość”? -POMOCY!!!!!!! – ostatkiem sił wydała z siebie przerażający krzyk. -...”Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą;”, więc zbaw nas, Panie i zabierz do siebie nałożnicę Zła...

*

Otworzyłam oczy dysząc ciężko. Usiadłam na łóżku i rozejrzałam się po pokoju. Był środek nocy. Ten sen... kolejny koszmar. Może nie tak okropny jak poprzednie, ale najbardziej z nich wszystkich realistyczny. Dopiero po jakimś czasie poczułam, że serce powraca do swojego zwykłego rytmu. Sięgnęłam do włącznika w lampce nocnej, kiedy nagle zauważyłam kątem oka ruch w drugim kącie pomieszczenia. Zareagowałam niemal odruchowo, wciąż przerażona snem – rzuciłam się na łóżko zakrywając się szczelnie kołdrą. Coś poruszało się tuż obok mnie. Jakieś stworzenia, było ich wiele. Coś zaczęło drapać pazurem w okno. Usłyszałam złowrogi syk i zaraz do odgłosów nocy dołączyły się inne, te z moich koszmarów. Coś powarkiwało obok mnie, coś lekko sapało. Poczułam, jak materac mojego łóżka wybrzusza się pod naporem od dołu i krzyknęłam. To jakby tylko zachęciło stwory do dalszego znęcania się nade mną. Nagle łóżko zaskrzypiało i usłyszałam cichy szept nad swoją głową: Repetycjo, wiedz, że nie odejdziemy. Będziemy nachodzić cię częściej, aż poznasz naszą Moc. Aż poznasz swoją Moc i będziesz nareszcie mogła nad nami panować. Nasyłać na ludzi koszmary... Będziemy ci służyć... Zrobimy dla ciebie wszystko! Skrobanie, syczenie, warczenie i inne odgłosy przycichły z lekka i zaczął dominować nad nimi cichutki, dziewczęcy śpiew Ptaszynko, ptaszynko, lataj z nami wciąż, zagłęb się w koszmarów ukochany gąszcz. Ptaszynko, ptaszynko, nie ma się czego bać... Poczułam, jak stwory ściągają ze mnie kołdrę. Trzymałam ją mocno, ale były za silne. W końcu szarpnęły mną raptownie tak, że wypuszczając ją z dłoni przekręciłam się na plecy. Parę milimetrów od mojej twarzy znalazły się olbrzymie, czerwone ślepia wlepiające we mnie swój przeszywający wzrok. Para oślizgłych łap złapała moje nadgarstki i unieruchomiła je przy ścianie nad moją głową. Nie płacz, trzeba iść już SPAĆ!

*

Wiatr dął w witraże, grzmoty nasiliły się i zaczynały wstrząsać już nasadami budowli. Płomienie świec chybotały się i miały już zgasnąć, kiedy nagle na sekundę zapanowała nienaturalna cisza. Powietrze zatrzymało się w miejscu, a wzrok wszystkich skierował się na olbrzymi witraż, który po chwili rozprysł się na milion części. Przez powstały otwór wleciał do świątyni ciemny, nierozpoznawalny z początku kształt. Dopiero po chwili zwolnił i korzystając z siły impetu zawrócił tuż przed wielkim krucyfiksem. W tym monecie dało się rozpoznać tajemniczą postać mężczyzny, niby Anioła o kruczoczarnych skrzydłach i długich, prostych włosach okalających…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Władczyni Koszamrów — czytnik · opowiadania