Fantastyka · 12 min czytania
Władczyni Wrót
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Sara wspięła się po schodach na strych. Stopnie zaskrzypiały pod jej stopami. Od dawna nikt nie odwiedzał tego miejsca. Nawet gdy jeszcze jej dziadek żył i mieszkał tutaj, nieczęsto odwiedzał strych – posępne i złowrogie miejsce, na myśl o którym zawsze przychodziło jej określenie: „cmentarz martwych sprzętów”. Jedynym powodem, dla którego tu zaglądał, było pogrzebanie kolejnego niepotrzebnego już przedmiotu. Z niemałym trudem otworzyła drzwi, które oliwione były może kilkanaście lat temu, jeśli nie kilkadziesiąt. Za nimi przed oczyma dziewczyny rozpostarł się niesamowity widok, tak odległych od jej dotychczasowych wyobrażeń o tej graciarni. Całe poddasze kryło się w półmroku, który rozświetlał jedynie wątły promyk światła wpadający do pomieszczenia przez nieprawdopodobnie brudne okno. Pod ścianami stały liczne skrzynie, półki, szafy i komody. W kącie rozpoznała jeszcze przekrzywiony wieszak na ubrania, na którym wciąż wisiała marynarska kurtka jej dziadka. Sara była przekonana, że z odrobiną dobrych chęci można by znaleźć w tym bałaganie praktycznie wszystko. Skierowała się w stronę najbliższej ściany. Gruba warstwa kurzu pokrywająca podłogę tłumiła odgłosy jej kroków, w wyniku czego na strychu panowała nieprzenikniona cisza. Już by chyba wolała, żeby jakaś deska zaskrzypiała jej pod stopą. Wszystko było lepsze od tej martwej ciszy. Na pobliskiej komodzie stało zakurzone lusterko w srebrnej, zdobionej oprawce oraz szkatułka z biżuterią. Znalazła tam stary pierścień z czerwonym kryształem wielkości pestki brzoskwini, który z lubością nosiła jej babka. Na ścianie wisiał brzydki obrazek przedstawiający wysuszoną łąkę. Dziewczyna zdjęła go ze ściany i przyjrzała mu się dokładnie z każdej strony. Nie była znawczynią sztuki, lecz ten obraz na pewno nie miał żadnej realnej wartości, może poza sentymentalną, choć nie miała pojęcia jaką i dla kogo. Już chciała go odwiesić na miejsce, gdy zobaczyła, że obrazek krył pod sobą napis na ścianie. Mimo że w pomieszczeniu było dość ciemno, dziewczyna z łatwością mogła odczytać jego treść. Tekst świecił dziwnym metalicznym blaskiem jakby refleksy światła odbijały się od srebrnego łańcuszka. Treść tekstu z jednej strony wzbudzała śmiech, z drugiej jednak zainteresowanie. Brzmiał: „Tylko moc niosący Bibliotekę Przeznaczenia odwiedzić może”. Nie bardzo wiedziała, co o tym myśleć. Wyciągnęła rękę i dotknęła czubkami palców napisu, niczym dziecko, gdy zobaczy tajemniczy przycisk. Ku jej zdziwieniu ściana powoli stawała się coraz bardziej przezroczysta aż w końcu zniknęła odsłaniając nieprzeniknioną ciemność. Dla pewności, czy ściana wciąż tam jest i czy przypadkiem nie cierpi na jakieś urojenia, pomachała ręką przed sobą, a jej dłoń trafiła w pustkę. Zaskoczona Sara zrobiła krok w tył. Takie rzeczy się przecież zwykle nie zdarzają, prawda? Miała do wyboru albo odwrócić się od tego i udawać, że nic się nie stało, albo zaryzykować i wbrew rozsądkowi zobaczyć, co kryje się za granicą mroku. Istniała przecież całkiem spora szansa, że to przeżyje. Przecież z pewnością nie trafi do krainy pełnej wróżek i małych zielonych ludzików. Prędzej spodziewałaby się upadku z trzeciego piętra. Ciekawość podsycana jakąś dziwną siłą, której nie mogła zidentyfikować, przesłoniła racjonalne myślenie. Postąpiła o krok do przodu i przestąpiła przez próg ciemności.
Niewątpliwie była to biblioteka. W żadnym innym miejscu na świecie nie mogło być tylu książek. I tylu półek, na których te książki się znajdowały. Sara stała oniemiała i rozglądała się na boki. Półki sięgały tak wysoko, że wydawało się, że sala wcale nie posiada sklepienia. Słyszała jedynie skwierczenie świec w ozdobnych kandelabrach, co wydawało się nieco osobliwe, biorąc pod uwagę łatwopalne otoczenie. Ruszyła korytarzem o ścianach z ksiąg. Nie były to książki. Słowa „księgi” i „tomiszcza” aż same cisnęły się na usta. Były to potężne woluminy oprawiane w skórę z metalowymi okuciami. Cóż, nie było dla niej niespodzianką, że nie była w stanie odczytać wypalonych na grzbietach tytułów wypisanych w nieznanych jej językach, literami albo tak wymyślnymi, że trudno było przebić się przez wierzchnią warstwę zawijasów lub tak prostymi, że jeden znak było trudno odróżnić od drugiego. Szła przed siebie wzdłuż całkiem pustego rzędu półek. Jednak w następnej chwili okazało się, że korytarz nie jest tak pusty jakby się wydawało. Nagle wyrosła przed nią postać w brązowej wyblakłej i przykurzonej szacie. Pod mnisim kapturem dostrzegała tylko ciemność. Dłonie skrywały długie rękawy. – Jedna. – Usłyszała, choć uszy nie zanotowały żadnego dźwięku. Przynajmniej takiego, który byłyby w stanie rozpoznać. Popatrzyła zdziwiona. – Jedna książka dla jednego wędrowca. – Jaka książka? – zapytała, nie bardzo wiedząc, co zrobić. – Wybierz sama lub pozwól wybrać przeznaczeniu. Uśmiechnęła się pod nosem. Przeznaczenie? – O czym są te książki? – Zatoczyła ręką koło, starając się objąć cały księgozbiór. – O wszystkim. – Jakim wszystkim? – Postanowiła kontynuować tę dziwną rozgrywkę na słowa. – O tym co było, tym co jest, tym co będzie. O życiu, śmierci, snach, marzeniach. O tym co rzeczywiste w jednym miejscu, a co jest tylko baśnią gdzie indziej. O każdym z osobna i o wszystkich na raz. O światach i tym, co pomiędzy. O różnicach i podobieństwach. O tym, czego się poszukuje i znajduje lub nie. – Więc chyba trzeba umieć dobrze szukać, by coś znaleźć? – Wystarczy dobrze wybrać. Czuła się dziwnie. Może to i nie była kraina krasnoludków, ale wyglądało to równie nieprawdopodobnie. Zawsze uważała się za osobę racjonalną. Jeśli to nie był sen… Uszczypnęła się. Zabolało. Poczuła jak grunt z pozoru twardych i jednoznacznych zasad, na których budowała swoje życie, usuwa jej się spod nóg. Co ona tu robiła? Odwróciła się z zamiarem odszukania wyjścia. – Jeden…