Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 37 min czytania

Włamywacz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Szła wąskim pasmem leśnej ścieżki, prawdopodobnie wydeptanej przez zwierzęta. W puszczy było mokro i chłodno, a nawet długa peleryna w pełni nie chroniła przed klimatem nadchodzącej zimy. Jeden z kosmyków jej rudej czupryny znów zahaczył o jedną z wystających gałęzi. Ze złością wyrwała się z objęć niechcianego zielska. Poprzednim razem przysięgła, że albo powycina wszystkie gałązki w tym diabelskim lesie, albo swoje włosy. Jednak długie, bursztynowe loki cieszyły się aprobatą pośród chłopców w jej miejscowości, toteż wolałaby powyrywać wszystkie drzewa w lesie. Zgrzytnęła zębami ze złością, bo każdy niepożądany ruch kończył się hałasem, co zdecydowanie nie było dziewczynie na rękę. Przykryła głowę kapturem, mając nadzieję, że to choć trochę powstrzyma hałas, jaki wiązał się z łamaniem gałązek zaczepionych o jej włosy. Mimo, że las pełen był dziwnych i dość głośnych dźwięków, dziewczyna wolała nie ryzykować. Nagle usłyszała wycie. Na początku się przestraszyła, ale zaraz potem uświadomiła sobie, że wilki, które były najprawdopodobniej „autorami” przeraźliwego jęku nic jej nie zrobią. Nie mogą, nie mają prawa. A nawet gdyby mogły, nie zdołałyby. W końcu jest Włamywaczem. A Włamywaczy nikt nigdy nie atakuje. Zaatakował raz i to była nauczka dla wszystkich innych. Położyła smukłą, bladą dłoń na srebrnej rękojeści sztyletu, który „dostała” od Jego Jasności. Uśmiechnęła się, kiedy zobaczyła w myślach grymas na twarzy młodego książątka, kiedy ścigana przez kilku zbrojnych wraz z psami, uciekała do lasu, śmiejąc się w niebogłosy. Bo gdy tylko ta dziewczyna przekraczała granice puszczy, stawała się niepokonana, niewidoczna i praktyczni niezniszczalna. Przysiadła na chwilę na jednym z kamieni pod wysoką brzozą. Jak się spodziewała, był cały mokry i zimny, ale nie miała na co narzekać. Wszędzie dookoła aż roiło się od pijawek. Wyciągnęła z torby chleb, po czym zaczęła beznamiętnie przeżuwać kawałek czerstwego pieczywa. Od trzech dni nie miała nic porządnego do jedzenia w ustach. Bukłak z wodą został opróżniony już po trzech dniach wycieńczającej wędrówki, jednak w wilgotnym lesie wody jej nie brakowało. Jeden z gatunków drzewa o dużych liściach w kształcie mis świetnie zastępował zapas wody w jej torbie i rósł praktycznie wszędzie. Teraz stanęła pod tym właśnie drzewem i przechyliła jeden z liści. Jak się spodziewała, misa pełna była wody. Cudowny płyn popłynął do ust dziewczyny, na jej brodę, szyję i policzki. Ta wzdrygnęła się, ponieważ woda była strasznie zimna. Ponownie spoczęła na kamieniu. Zbliżała się noc, więc nie warto było ruszać dalej. Mogła wykorzystać Blask sztyletu, ale wolała nie ryzykować. Noc to niebezpieczna pora. Dla każdego . Tym bardziej dla mieszkańca tego Kraju. Noc to pora diabłów. Nikt wtedy nie był bezpieczny. Czart wychodził ze swej nory, okrywając cały świat czernią. Od wieków powtarzano powiedzenie „Czartem ten, kto w ciemności bezpieczny”. Stąd wywiodło się inne „Niech będzie ci dane zło nocą”. Dziewczyna zauważyła, że wraz z zachodem słońca całe życie w lesie cichło. Skowyt wilków już nie szarpał jej nerwów. Wietrzyk zastygł w miejscu. Jedyne co pozostało to drzewa. Nadal stały, wygięte w swoich groteskowych pozach. Wyciągnięte w marsowych gestach ramiona sięgały po swoje ofiary, jak zaczajone w ciemnościach potwory. Tylko one nie spały. Tylko one stały po stronie diabłów, pomyślała dziewczyna. I jak na razie ona. Owinęła się płaszczem, oparła głowę o torbę i zasnęła, poskromiona przez noc. *** Najpierw na jej policzek wkradł się malutki promyczek. Później cień kaptura całkowicie został odsłonięty. Nastał dzień, a wraz z nim szansa do działania. Dziewczyna najpierw delikatnie, niewidocznie otworzyła prawe, żółte oko. Dookoła chyba nikogo nie było. Nadal zachowując pozory snu, obróciła lekko głowę, pomrukując coś, jak przez sen. Wygląda na to, że nikogo nie ma. Zerwała się z ziemi szybkim ruchem i obróciła dookoła. Nic. Jednak zdziwiła się, widząc białe smugi na źdźbłach trawy. Przymrozek. Jest źle… Nie tracąc czasu na jedzenie czy obmycie twarzy z kurzu i pyłu, ruszyła w dalszą wędrówkę. To cud, że nie zamarzła w nocy. W dzień była teraz niewiele bezpieczniejsza, jeżeli zaczęła się zima. Szła miarowym krokiem, nawet już nie próbowała powstrzymać towarzyszącego jej hałasu. Ostrożność musi być zsunięta na drugi plan, jeżeli ma dotrzeć na miejsce na czas. Szkoda marnować czas na to, by sprawdzić, czy zagraża jej niebezpieczeństwo. Oczywiście, że tak. Dlatego musiała stąd natychmiast uciec. Trafiła tam po dwóch dniach wędrówki. Prawie nic nie jadła, czasem tylko upiła kilka łyków wody. Jak przystało na wytrawnego Włamywacza, pozostała na obrzeżach wielkiej polany. Zza drzew obserwowała połać przykrytą pożółkłą trawą, która już niedługo miała się stać polem być może najważniejszej bitwy w dziejach Kraju. Bitwy, której nikt nie miał zobaczyć. I której nie ujrzała żadna para nawet najczujniejszych oczu. Tak przynajmniej mówiły pozory. Włamywacz spojrzał w niebo. Słońce było zawieszone wysoko nad ziemią. Jeszcze wcześnie. Według informacji, które starannie zbierano i powtarzano przez Włamywaczy w całym Kraju, walka miała nastąpić o zachodzie słońca. Dziewczyna szybko zorientowała się dlaczego: pozostanie czas, by zwycięzca mógł uciec i chronić się zanim nadejdzie noc. Natomiast szczątki pokonanego pogrążą się w mrokach nocy, będą walały się po zaświatach pozbawione nadziei na godny pochówek. Pretendenci do władzy właśnie takimi bzdurami zawracali sobie głowę najbardziej: honor, lud, wiara… Jako Włamywacz, istota przywykła do kręcenia i kombinowania, dziewczyna zostawiała takie zabobony rycerzom. Czy kto widział kiedy honorowego Włamywacza?! Oni wchodzą po cichu, otwierają zamki zdobytymi kluczami, biorą ile im do głowy lub kieszeni wejdzie. Po cichu przychodziła i wychodziła. Wiedzieli o niej tylko ci, którym się przedstawiała. Profesja ta nie była do nauczenia. Pewna grupa ludzi po prostu się nimi stawała. Poprzez charakter, umiejętności przystosowane do trybu życia. Nikt nie wiedział, ilu Włamywaczy czai się w Krainie. Na pewno jednak mniej ich było niż się spodziewacie. W końcu cały czas koś włamuje się i wychodzi z cenną informacją lub bransoletą w ręce. Za darmo. Jednak cały czas również Włamywacze są przyłapywani i skazywani. Co znaczy, że nie są prawdziwymi Włamywaczami, bo on nigdy nie daje się złapać. Każdy z nich działał sam i o innych nie wiedział nic. Mogłoby stu Włamywaczy przejść ulicą- nikt by się nie zorientował. Nie lubili, gdy ktoś się im kręcił u nogi. Mawiano „Jeden może przekręcić klucz. Do wywarzenia drzwi potrzebny jeden. Do kradzieży jeden wystarcza. Kłopoty tylko we dwóch." Teraz patrzyła na rozległą łąkę, szare niebo i rozpościerającą się w oddali ścieżkę. Pierwszą drogę, na której postawi nogę morderca, pomyślała dziewczyna. Usiadła na szarym kawałku skały, oparła plecy o drzewo. Teraz pozostaje tylko czekać do wieczora. Nie mogła zasnąć, bo od razu by ją zobaczyli. A cała sztuka polega na tym, by załatwić całą sprawę po cichu. Tak jak zawsze: zrobić swoje i powrócić w przyjemne macki cienia. I tak całe życie. Czekała, czekała. Jak całe swoje życie. Gdy już miała się zbierać, by rozejrzeć się za nimi po okolicy, pojawili się. Oboje przywdziali pełne zbroje. Obu okrywały również peleryny. I jeden i drugi trzymał w ręku wielki miecz. Oho, zaczyna się. Schowała się za drzewa. Z odległości pięćdziesięciu metrów nikt jej nie powinien zobaczyć, jeżeli nie będzie się zbytnio wychylać. Położyła się na ziemi i lekko tylko wychylając głowę dodatkowo maskowaną kilkoma krzaczkami i leśnym runem, przyglądała się rycerzom. Mówili głośno, więc gdy dobrze nastawiła uszu mogła usłyszeć strzępki ich rozmowy. -A więc jednak nie stchórzyłeś!- zakrzyknął William. James tylko nieznacznie pokręcił głową. Spod płaszcza wyciągnął owinięte w białą chustę zawiniątko. Dziewczynie zabłyszczały oczy. Nie wierzyła w żadne opowieści. Wierzyła w fakty. A fakty mówiące o tym klejnocie doprowadziły ją aż tutaj. Przełknęła ślinę. Czekaj cierpliwie, mówiła sobie. Już nie mogła się doczekać, kiedy pogładzi klejnot palcem, kiedy wsunie go do kieszeni i zniknie w nocy. -O, a w dodatku udało ci się przynieść mi z powrotem moją własność.- rzucił pierwszy z książąt. Drugi natomiast wzruszył tylko ramionami. -Mam dość honoru, by dotrzymać obietnicy i zadbać o wspólne dobro królestwa.- powiedział spokojnie, lecz głośno. Dziewczyna bez problemu mogła zrozumieć jego słowa. James rzucił zawiniątko wprost pod nogi Williama. Książę podniósł owy pakuneczek . Wychyliła głowę, już nawet nie próbując się kryć. Coś błysnęło, a potem znikło w rękach mężczyzny. Od razu schowała się za zaroślami. Błąd: poruszyła gałązkami, co zwróciło uwagę Jamesa. Przyjrzał się zagajniku rosnącego niedaleko pola bitwy. Tym samym odwrócił się bokiem do Williama. To było jak trzask pioruna. Ledwo książę odwrócił głowę, a już rozdziawił usta i wybałuszył oczy. Po czym padł na twarz, wprost w zmarzniętą ziemię. Z jego pleców sterczała strzała z czerwonych lotkach. Krzyknęła cicho. Kolejny błąd: William spojrzał w jej stronę. Podszedł kilka kroków. Nie śmiała nawet się poruszyć, chociaż była w prawie odsłoniętej pozycji. A książę podchodził coraz bliżej. Dziewczyna mimo strachu zauważyła, że z drzew po drugiej stronie łąki wyłonił się okryty czarną peleryną mężczyzna z łukiem w ręku. -Panie, nie trwoń czasu! Za chwilę zajdzie słońce i nie będziesz miał czasu, by wrócić do Kalisden.- zakrzyknął łucznik. William odwrócił się z podejrzaną miną. Jeszcze raz przyjrzał się kryjówce Włamywacza, jednak tylko machnął ręką i zwrócił się do swego człowieka. - Ja nie będę miał czasu? To znaczy, że ty nie jedziesz?- spytał ze złością w głosie książę. Łucznik skinął głową.- Mam z TYM jechać sam przez połowę Kraju? W każdej zabitej dechami wioszczynie może czekać stu Włamywaczy takich jak ty, zaczajonych na Skarb. Włamywacz! Niesamowite, pomyślała dziewczyna. William musiał naprawdę sporo dać w łapę tej szui, by mu pomogła. James był bardziej pobłażliwy i mniej trzymał się przepisów, co ułatwiało życie Włamywaczom. Teraz może być trudniej, pomyślała. Przeklinała w duszy przekupnego złodzieja. Poświęcił wszystkich jemu podobnych, żeby samemu zarobić. Co prawda Włamywacze nie dbają o innych, pracują sami. Tymczasem porzuciła myślenie o bezdusznym Włamywaczu i patrzyła, co też William wyprawia. Wyjął z kieszeni zawiniątko i zaczął się rozglądać. Wreszcie podszedł do jednego z drzew. Schował Skarb w dziupli, tuż nad ziemią. Położył przy dziurze kilka gałązek i odszedł. -Co o tym myślisz, Andrew?- spytał Włamywacza. Nie otrzymał jednak odpowiedzi.- Andrew! Andrew?- Odwrócił się. Jednak zanim nikogo nie było. Włamywacz jakby rozpłynął się w powietrzu. Na twarzy Williama zawitała wściekłość.- Przeklęty złodziej! Popatrzył w stronę zachodu. Już niedługo noc. Machnął ze złością ręką, wsiadł na konia i pogalopował w stronę najbliższej wioski, uciekając przed nocą. Dziewczyna widząc to, zaraz uświadomiła sobie, że też musi już iść. Weszła głębiej do lasu, owinęła się płaszczem, a jej głową zawładnął sen o wielkim Skabie. *** Obudziła się, gdy tylko promienie słońca posmagały jej policzki. Zerwała się na nogi ze sztyletem pod ręką. Co teraz? Przypomniała sobie ostatni wieczór: dwaj książęta, strzała, Skarb… Skarb! Popędziła w stronę drzewa, w którym, jak się jej zdawało, William schował Klejnot. Nienaturalnie ułożone gałązki jakby wskazywały to miejsce. Odrzuciła je na bok i włożyła rękę do dziupli. Jest. Wyciągnęła stamtąd zawiniątko. Jest. Przełknęła ślinę. Jest. Ma TO w dłoni… Sięgnęła do supełka związującego tobołek. Przez nerwy nie mogła go rozplątać. Szarpała się coraz bardziej zawzięcie. Paczuszka wypadła jej z rąk, rzuciła się pod nią na ziemię. Trzymała TO w rękach. Nagle poczuła coś zimnego pod szyją. To szło coraz wyżej, wyżej. W absolutnej ciszy. - Te lepkie łapki mogłyby już puścić mój Skarb.- wycedził głos. Dziewczyna uśmiechnęła się. W następnej chwili już była na nogach, w lewej ręce trzymając długi sztylet, w prawej zawiniątko. Przed nią stał Andrew. Z jego prawej ręki ciekła krew, a długi miecz leżał półtora metra od niego. Z powodu srebrnego ostrza dociśniętego do jego gardła, trzymał głowę wysoko. Kaptur jednak wciąż osłaniał jego oblicze. W mniej niż sekundę machnęła sztyletem przy jego szyi. Mężczyzna krzyknął cicho ze strachu. Sznurek przetrzymujący pelerynę został przecięty, płaszcz opadł na ziemię. Teraz mogła mu się lepiej przyjrzeć. Jasna cera, niedbale ogolona broda, ciemne oczy w ładnej oprawie. Urodziwą twarz oszpecał złamany nos. Miał na oko dwadzieścia pięć lat. Średniego wzrostu, jednak niska dziewczyna sięgała mu zaledwie do ramion. Gdyby nie ten złamany nos… - Skarb należy do mnie.-powiedział po chwili. Dziewczyna parsknęła pobłażliwie. - Najwyraźniej jesteś ślepy, więc wszystko ci opiszę. Nie masz broni pod ręką, a ja mam. I to pod twoją szyją. A w drugiej ręce trzymam skarb. Więc powiedz mi proszę, jakim cudem Skarb jest twój.- Uśmiechnęła się uroczo i o dziwo, całkiem szczerze. - No więc głupiutkiej dziewczynce trzeba wszystko tłumaczyć…- westchnął i już miał zacząć wywód dla głupiej dziewczynki, kiedy ta głupia dziewczynka wysyczała, nadal z uśmiechem na ustach: -Pamiętaj, że to ja trzymam nóż….- uśmiechnęła się, a on odwzajemnił wyszczerzenie zębów, jakby ostrze przy jego gardle w ogóle mu nie przeszkadzało. -Jakoś musiałem cię nazwać, a że nie wyjawiłaś mi swego imienia…- wzruszył ramionami. Uśmiech z ust dziewczyny znikł. Zaledwie jedna osoba na świecie wiedziała, jak ma na imię. I wolała, żeby tak pozostało. - Mów do mnie, jak ci się podoba. Mi bez różnicy.- odpowiedziała, wzruszając ramionami. Sztylet przy tym manewrze odrobinkę się poruszył. - W takim razie zechciej, droga Cornelio odsunąć to żelastwo, to pogadamy.- rzekł. Dziewczynie zadrżała ręka. Zaraz potem sięgnęła po sznur do kieszeni. Musiała przez to odrzucić Skarb. Następnie spętała mu ręce i odrzuciła jego miecz daleko w krzaki. Usiedli na ziemi, a dziewczyna od razu sięgnęła po broń. Andrew uśmiechnął się na ten widok, po czym zaczął. -Nie musisz się tak trząść, małą Cornelio, kobiecie krzywdy nie wyrządzę.-zaśmiał się, patrząc na masywny sztylet trzymany w jej dłoni. Dziewczyna parsknęła. -Jesteś Włamywaczem. Twoje obietnice i zasady są jak trzecie słońce. Piękne, ale nie istnieją. A teraz wykwilisz mi wszystko o tym Skarbie...- wysyczała, obracając nóż w ręce. Andrew tylko wzruszył ramionami. Uśmiech znikł z jego ust. -Jak rozumiem, Cornelio zależy ci na Skarbie ze względu na jego wartość, że tak powiem… pieniężną. Jesteś Włamywaczem, prawda?- spytał. „Cornelia” zawahała się przez chwilę, po czym skinęła głową. Nie było sensu tego ukrywać. Zaraz jednak dodała swoje trzy grosze: -I teraz ja będę miała przez ciebie ciężej. James nawet palcem nie kiwnął na kradzieże i morderstwa. Teraz nie będzie takiej sielanki.- łypnęła na niego, a on roześmiał się. -Cornelio, Cornelio, Cornelio… To czy będziesz miała gorzej czy lepiej zależy od samej ciebie. Jak już mówiłem, dla ciebie ten Skarb ma wartość materialną. Ale nie tylko taką posiada. Ten, kto jest w posiadaniu tego Skarbu rządzi Krainą. Jednak, by go posiąść nie wystarczy go wziąć do ręki. Klejnot zmienia właściciela, jeżeli jego poprzednik zginie z ręki nowego. Ja zabiłem Jamesa, więc Skarb należy do mnie. Ten idiota, William, nie zadał sobie trudu, żeby się o tym dowiedzieć. Wiedziała, że w starciu z Jamesem nie ma szans, Więc zlecił mi wykonać fortel. Skarb jest mi posłuszny. Jeżeli będę trzymał go w ręce i rozkażę mu wskrzesić ogień, on to zrobi. Jeżeli ty to zrobisz, Skarb nie zareaguje. Więc szkoda byłoby go tak po prostu sprzedać, jeżeli można rzucić cały świat na kolana…- popatrzył jej w oczy. Dziewczyna zastanowiła się chwilę. Zaraz jednak na jej twarzy pojawił się uśmieszek. -Ale równie dobrze mogłabym cię zabić, zamiast oddawać ci Skarb.-stwierdziła, po czym wykonała młynek sztyletem trzymanym w dłoni. Andrew nie odzywał się. Jednak w jego oczach widziała strach. Zdała sobie sprawę, że to mógł być jej strach. Nigdy w życiu nie zabiła bezbronnego człowieka. A przynajmniej nigdy, kiedy nie musiała. Nie mogła z zimną krwią zamordować spętanego człowieka. Andrew jakby czytał w jej myślach. -W takim razie zabij mnie.- powiedział cicho. Ręka jej zadrżała. Nie mogła tego zrobić. Pokręciła głową, po czym wbiła ostrze w zimną ziemię. Andrew popatrzył na to, po czym stwierdził:- Więc proponuję inne rozwiązanie. Wymagające niewielkiego poświęcenia, ale potem i tak oboje na tym skorzystamy. Ja mam władzę, Ty masz Skarb. Proponuję, żebyś została moją żoną. Dziewczyna o mało się nie zachłysnęła. Roześmiała się mu w twarz. -Twoją żoną? Panie, daj pan sobie na wstrzymanie! Znam cię od pięciu minut.-Potem zaczęła się donośnie śmiać, jednak Andrew cały czas pozostawał niewzruszony niczym głaz. Widząc poważną minę Andrew, zaczęła się zastanawiać. -Posłuchaj, wiem, że William nie jest tak pobłażliwy dla Włamywaczy. Wybije nas co do nogi, dopilnuje tego. Przez ostatnie dziesięć lat szczególnie wdali mu się we znaki. Jeśli dasz mi Skarb, zapewnię ci życie, o jakim do tej pory mogłaś tylko pomarzyć. A ja dostanę swoją władzę. Czyli oboje na tym skorzystamy. Oczywiście zapewniam jedynie oficjalne małżeństwo. Nie obchodzi mnie co, ani z kim robisz. -Nie mam zamiaru zostawać twoją żoną. Nie prowadzę pomocy dla poszkodowanych. Może ja chcę sobie kupić pałac i żyć błogo przez rok, niż siedzieć na tronie obok nadętego i nudnego…- ucichła. Popatrzyła na jego pobłażliwą minę. Nie wyglądał na takiego. Dziewczyna zaczęła się zastanawiać. W sumie, to nic nie zmieni, a władza Włamywacza zostanie podzielona. Poza tym bycie królową ma swoje zalety. A i przysięgi wierności i posłuszności nie ma zamiaru się trzymać, jak zresztą każdej. Pozostawał jedna kwestia. - Coś ty za jeden? Przydałoby się wiedzieć za kogo się wychodzi. W końcu w ciągu następnych paru lat będziemy musieli się znosić.- spytała, po czym podeszła do niego i rozcięła więzy. Andrew rozmasował obolałe nadgarstki, a tymczasem „Cornelia” zagwizdała w stronę drzew. Z zarośli wychynął bułany andaluzyjczyk. Podbiegł lekko do dziewczyny i trącił ją lekko pyskiem. Ona uśmiechnęła się i pogładziła go po aksamitnych chrapach. Chłopak przyglądał się tej scenie z uśmiechem, acz i ze zdziwieniem- skąd mogła…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Włamywacz — czytnik · opowiadania