Fantastyka · 16 min czytania
Wnuk Wienera
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Minęła już połowa wykładu. Profesor Młodawski misternie zamazywał kwadracik w rogu tablicy, co w matematycznym żargonie oznacza zakończenie dowodu. Kiedy skończył, rozejrzał się z dumą po auli, jednak żaden ze studentów nie podzielał jego entuzjazmu. Ukrywając zażenowanie profesor kontynuował:
- Zatem wykazaliśmy, że z prawdopodobieństwem jeden trajektorie procesu Wienera są funkcjami ciągłymi nieróżniczkowalnymi w żadnym punkcie. Jest to oczywiście pewien paradoks. Ciężko jest nam wyobrazić sobie funkcje ciągłe, które byłyby aż tak kanciaste. I faktycznie jeszcze w wieku dziewiętnastym wielu matematyków wierzyła, że każda funkcja ciągła musi być różniczkowalna w dużym, z topologicznego punktu widzenia, zbiorze. Słyszeli państwo kiedyś o słynnej pile Weierstrassa?
Profesor ponownie zlustrował wzrokiem salę i ponownie nie odnalazł jakichkolwiek śladów zainteresowania. Jakby nikt nawet nie usłyszał zadanego pytania. Znużone miny, nieudolnie skrywane ziewnięcia i notoryczne zerkanie na zegarek. Cóż, po dwudziestu latach nauczania powinien się już przyzwyczaić.
- No tak, mogli państwo nie mieć tego przykładu. Ale wróćmy do tematu procesów Wienera. Jak juz wspomniałem trajektorie tego procesu wykazują cechy wręcz patologiczne. Poza ciągłością wydają się nie posiadać żadnych regularności. Z prawdopodobieństwem jeden mają nieograniczone wahanie na dowolnym przedziale. Mogą to państwo sprawdzić w ramach prostego ćwiczenia. Tak samo jest z jednostajną ciągłością...
Wykładowca mówił z coraz większym trudem. Skoro nikt go nie słucha, to czy to wszystko ma sens? I jeszcze te hałasy z przedostatniej ławki. Mieli całą przerwę, żeby sobie pogadać. Ale nie, muszą przychodzić na wykład i przeszkadzać innym. Zresztą pozostali też nie są lepsi. Większość studentów wyglądała, jakby za chwilę miała usnąć, kompletnie pozbawieni energii, jakby ktoś ich wyłączył. Młodawski delikatnie się roześmiał. Wyłączył? Przecież ludzi nie można wyłączyć.
- O czym to ja mówiłem. A! Z jednostajną ciągłością. Tak jak z wahaniem... na dowolnym przedziale - profesor wyraźnie zaczął się gubić. - Nie, coś jest nie tak. Na przedziale jest jednostajna, to znaczy jednostajnie ciągła, musi być...Ale w całej dziedzinie juz nie musi... to znaczy nie może nawet...na pewno...znaczy prawie na pewno...
Część 22 / 3
Oczywiście nadal nikt nie zwracał uwagi na profesora. W trzecim rzędzie beztrosko rozwiązywali krzyżówki. W piątym jakiś chłopak w kraciastej koszuli bazgrał po ławce. Rysował prostokąt. Nie, to był wagonik. Młodawski znał tę ławkę i napis na blacie "Jeśli ci się nudzi narysuj wagonik". W życiu nie widział takiej wielkiej lokomotywy.
Po chwili profesor zorientował się, że od kilku minut przygląda się sali w całkowitym milczeniu. I paradoksalnie, właśnie kiedy nic nie mówił, studenci w końcu go zauważyli. Zaczęli szeptać między sobą: "Co się stało?", "Dlaczego przerwał wykład?", "Można juz iść do domu?". Udało się. Nareszcie był w centrum uwagi. Musiał to wykorzystać. Wykładowca spojrzał na tablicę.
- Wiener - westchnął, po czym splótł dłonie za plecami i zaczął okrążać biurko. - Drodzy państwo! Jest coś, o czym powinniście państwo wiedzieć... - zatrzymał się i dokończył. - Wienera...Norberta Wienera nazywają ojcem cybernetyki...Ja natomiast...jestem jej synem!
Laser ukryty w prawym oku profesora rozbłysnął jaskrawym światłem. Czerwona kropka zaczęła przesuwać się po twarzach studentów...znudzonych, a raczej zażenowanych studentów. Czego on się właściwie spodziewał? Że w ciągu dwudziestu lat pracy na uczelni uda mu się ukryć przed kimkolwiek fakt bycia androidem? Nigdy nic nie jadł, ani nie pił. Jego sposób chodzenia bardziej przypominał animację poklatkową niż płynne ruchy. Niektóre jego dziwactwa trudno było wytłumaczyć nawet typowym ekscentryzmem matematyków. A wskaźnik laserowy w oku? Podstawowa pomoc dydaktyczna każdego robota nauczyciela. Taka zabawka mogła zainteresować co najwyżej kota. Mimo to, co roku powtarzał tę sztuczkę, mając nadzieję, że uda mu się zaskoczyć choć jednego studenta.
Profesor powoli ochłonął i powrócił do wykładu. A wśród słuchaczy ponownie zapanowała chłodna obojętność.
- Bardzo państwa przepraszam. Zapomnijcie o tym. Tak więc, mamy jeszcze dziesięć minut. W sam raz aby pokazać państwu kilka obrazków.
Część 33 / 3
Wykładowca podszedł do pulpitu biurka i nacisnął przycisk w kształcie czarnego czworościanu. W jednej chwili dowód na tablicy zniknął, jakby został wchłonięty w niewidzialną gąbkę. Na jego miejscu ukazał się układ współrzędnych, a jakiś niewidzialny marker zaczął wykreślać piłowaty kształt. Młodawski uwielbiał ten mechanizm. Specjalny rodzaj rzutnika natychmiast przetwarzał myśli, a raczej sygnały wytworzone w elektronowym mózgu robota wykładowcy, i pod postacią obrazów i animacji przesyłał je do tablicy. Dzięki temu nie było potrzeby wcześniejszego przygotowywania prezentacji. Oczywiście narzędzie miało swoje wady – kompletnie nie nadawało się do zapisywania dowodów. Umysł matematyka w trakcie procesu dedukcyjnego zachowuje w sposób zbyt rozmyty, przez co projektor pokazuje jedynie całkowicie nieczytelną mapę myśli. W takich sytuacjach nauczyciel musi polegać na tradycyjnym markerze. Zresztą rzutnik był tylko elementem dużo większej układanki. W rzeczywistości cała AULA była rodzajem superkomputera sprzężonego z mózgiem androida. Skomplikowany system odpowiedzialny za działanie projektora, tablic, świateł i żaluzji przypominał dobrego duszka spełniającego życzenia nauczyciela jeszcze przed ich głośnym wypowiedzeniem.
- Zatem, jak państwo widzą, trajektorie procesu Wienera mają dość interesujący kształt - profesor kontynuował wskazując tablicę. Obraz przedstawiał teraz pięć przecinających się łamanych. - Osobiście kojarzy mi się to z górskim pejzażem narysowanym przez człowieka z chorobą Parkinsona…
- Tak, panie profesorze, ludzie czasami chorują - przerwał zniesmaczony głos z sali. Młodawski bez trudu go rozpoznał. Iwańczyk – prawdziwa zmora mechanicznych nauczycieli. Nie dość, że był jednym z najgorszych studentów, to jeszcze wykazywał zaawansowane objawy tak zwanego syndromu B, jednego z dwóch rodzajów fobii ery cybernetyki. Syndrom A polegał na odczuwaniu niechęci czy lęku w stosunku do antropomorficznego robota. Im bardziej maszyna przypominała człowieka w wyglądzie czy zachowaniu, tym większy niepokój wywoływała u ludzi z syndromem. Zjawisko to występowało dosyć powszechnie i nie powodowało zbyt wielu konfliktów. Typ B pojawiał się rzadziej, ale był zdecydowanie bardziej niebezpieczny. Frustracji nie powodowało to, co w robotach ludzkie, lecz coś zupełnie przeciwnego - ich doskonałość i perfekcja. Androidy nie chorują, nie popełniają błędów obliczeniowych, nie dotyczą ich jakiekolwiek filozoficzne rozterki i wątpliwości. Syndrom B najłatwiej określić jako rodzaj obsesyjnej zazdrości. Wystarczyło, że robot powiedział zwykłe "Na zdrowie" i już narażał się na nieprzychylne uwagi. Nie wspominając o przypadkach fizycznych napaści ludzi na maszyny i naiwnych tłumaczeniach "Sam mnie sprowokował, był taki idealny". Młodawski nie miał wątpliwości, że młody Iwańczyk, gdy już dorośnie, będzie jeszcze gorszy. Jednak profesor obiecał sobie, że nauczy się ignorować złośliwe uwagi studenta.
- Dobrze. Jeśli kogoś obraziło to porównanie, to może spróbuję inaczej - wykładowca był już wyraźnie zirytowany. To nie był jego szczęśliwy dzień. - Osobiście te funkcje przypominają mi wykresy indeksów giełdowych. Tak już panu pasuje? - zapytał zwracając się w kierunku Iwańczyka. Na czole studenta pojawiła sie czerwona kropka.
- Może być. Tylko mógłby pan z łaski swojej wyłączyć tę swoją śmieszną zabawkę. Świeci pan ludziom po oczach.
- Tak, przepraszam - odparł profesor, wyłączając swoje laserowe oko. Nienawidził tego małego gnojka. - Wracając do tematu. Jeszcze mała ciekawostka na koniec wykładu. Jak wspomnieliśmy, a nawet wykazaliśmy, proces Wienera nie posiada pochodnej w normalnym sensie. Jednak można rozważać…