Fantasy · 1 godz. 6 min czytania
Woda dla ducha
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Miała na mię Ewa i gdy ją pierwszy raz zobaczyłem, niemal dostałem zawału serca. Dopiero od niedawna zacząłem wychodzić z domu. Przez dwa lat po śmierci żony, poza wyjściem do pracy czy na zakupy, prawie nie widywałem ludzi. Dawni przyjaciele powoli odwracali się ode mnie; nie starczało im cierpliwości dla odludka i mruka. Tylko dwójka moich przyjaciół nie odpuściła i w końcu udało im się wyciągnąć mnie z depresji i marazmu. Właśnie wracałem z imprezy, którą zorganizowali na gdańskim Chełmie, odrobinę się zasiedziałem i było już sporo po północy, gdy wyszedłem złapać trochę oddechu i poczekać na dworze na zamówioną taksówkę. Był początek czerwca, ale pomimo zbliżającego się już lata, zrobiło się chłodno. Podniosłem kołnierz marynarki, by choć trochę osłonić szyję, ale na niewiele się to zdało. W końcu po dziesięciu minutach na końcu uliczki pojawiły się światła i po chwili stanął przede mną samochód. Otworzyłem drzwi i już miałem wsiadać, gdy usłyszałem za sobą kobiecy głos. – Czy jedzie pan może w kierunku Sopotu? – Jadę na Przymorze, więc może pani... – zacząłem odwracając się żeby zobaczyć, kto pyta. Zamurowało mnie. Z mroku wyłaniała się moja zmarła żona. – To ty Marysiu??? – Nie, mam na imię Ewa – odparła. I tyle zdążyłem usłyszeć zanim zemdlałem. Gdy się ocknąłem, zorientowałem się, że leżę na kozetce na SOR–ze z wbitą w ramię igłą kroplówki. Spojrzałem w górę i zobaczyłem, że niedługo będzie pusta. Po chwili podeszła pielęgniarka i powiedziała: – O, witamy z powrotem. Zaraz zawołam lekarza, on powie, co panu dolega – powiedziała i ruszyła do drzwi. – Acha, na korytarzu czeka pana żona. Zaraz ją poproszę – rzekła i zanim zdążyłem się odezwać, wyszła. Po chwili, z lekkim wahaniem, weszła do pokoju Ewa. W jasnym świetle lamp zobaczyłem, że jest bardzo podobna do Marii, ale też widać było pewne różnice. – Dziękuję za uratowanie życia – odezwałem się pierwszy, żeby przerwać ciszę, jaka zapadła. – A ja przepraszam za ten mały podstęp, ale inaczej nie wpuściliby mnie tu, a musiałam wiedzieć, co się z panem stało. Mam tu pana portfel, wypadł panu jak pan upadł. Znalazłam pana prawo jazdy, żeby wiedzieć jak się pan nazywa i podać dane lekarzom. – Wyrzuciła z szybkością karabinu maszynowego podając mi portfel – No i nie cierpię zagadek. – Zagadek? – zapytałem zdziwiony. – Tak, dlaczego na mój widok pan zemdlał. Jakby zobaczył pan ducha. – Zobaczyłem… – odparłem cicho. – Jak to? W odpowiedzi otworzyłem portfel i z małej kieszonki wyciągnąłem zdjęcie żony. Gdy je zobaczyła wszystko zrozumiała. – Dawno? – Zapytała. – Ponad dwa lata temu. Miała wylew, potem trzy tygodnie w śpiączce, Gdy ją wybudzili, nie odzyskała świadomości. Po kolejnych czterech tygodniach przyplątało się zapalenie płuc i z tym sobie jej organizm już nie poradził. Dlatego nie cierpię szpitali i chcę jak najszybciej stąd wyjść. Nastąpiła chwila krępującej ciszy. Nie bardzo miałem ochotę na zwierzenia, a ona nie pytała. Dopiero ruch na korytarzu coś mi uświadomił. – Skoro już jesteśmy małżeństwem, to może mówmy sobie po imieniu, bo jak ktoś z personelu usłyszy nasze pan–pani, to oboje możemy mieć kłopoty. – Masz rację, Robert. – Odparła. Uśmiechnąłem się. – Co robisz? To znaczy, jaki masz zawód? – zapytała po chwili. – Mam kilka, najpierw byłem hydraulikiem… nie śmiej się, naprawdę, potem programistą a teraz jestem inżynierem. – Wow. – Powiedziała tylko. – Ja dekoruję wnętrza, a w wolnych chwilach trochę maluję i robię zdjęcia. Właśnie skończyłam projekt i mam trochę czasu dla siebie. – Artystyczna, wolna dusza. A jak to się stało, że znalazłaś się w środku nocy sama bez telefonu tak daleko od domu? Zamyśliła się na chwilę, po czym powiedziała – Nie wiem, co miałam w głowie sądząc, że on się zmieni. – On? – Mój facet, muzyk z kapeli jazzowej. Potrafił być słodki jak czegoś potrzebował, ale generalnie to spotykał się ze mną z nudów. To mi właśnie powiedział w nocy. Nie wytrzymałam i trzasnęłam go w pysk. Potem wybiegłam jak stałam, ale nie wiedziałam, że mój telefon był rozładowany. Zastanawiałam się, co robić, gdy zobaczyłam ciebie i taksówkę. Resztę już wiesz. – Jak się pan czuje? – zapytał wchodząc do sali lekarz – Całkiem dobrze – odparłem. – Na szczęście nie miał pan zawału, to tylko arytmia i zaburzone elektrolity plus stres. Niech pan jeszcze trochę odpocznie, wzmocnimy pana serce i sprawdzimy ciśnienie, i będzie pan mógł wrócić do domu. Ale musi pan przynajmniej tydzień odpuścić sobie stres i pracę. No i w następny poniedziałek lub wtorek zrobimy panu badanie wysiłkowe. – Będziemy mogli niedługo stąd wyjść? – Zapytała Ewa. – Jeszcze ze dwie – trzy godzinki i może pani zabrać męża do domu. Tylko niech pani go nie przemęcza – rzucił dwuznacznie i wyszedł. Po kilku minutach Ewa wyszła napić się kawy. Pielęgniarka przyszła po kilkunastu minutach i wyjęła mi igłę z żyły. Później wyszła i zrobiło się pusto. Ewa nie wracała, więc myślałem, że pojechała do domu. Zamknąłem oczy i zapadłem w drzemkę. Ocknąłem się, gdy pielęgniarka zakładała mi rękaw do mierzenia ciśnienia. Wszystko było w porządku. Wyszła jeszcze raz i po chwili wróciła, wręczyła mi kopertę ze zwolnieniem, skierowaniem na badanie i receptą oraz wypisem. Ubrałem tylko buty i marynarkę i wyszedłem z pokoju. Ewa była w poczekalni. – Spałeś, więc nie chciałam ci przeszkadzać – powiedziała tylko. Zadzwoniłem po taksówkę i po kilkunastu minutach siedzieliśmy w wozie, kończąc podróż, która zaczęła się dwanaście godzin wcześniej. – Muszę ci się jakoś odwdzięczyć za uratowanie życia – zacząłem, gdy powoli zbliżał się czas rozstania – Dasz się zaprosić na kolację? Mój znajomy ma knajpę nad morzem w Sopocie, więc nie miałabyś daleko do domu. Może jutro lub pojutrze? – Jutro i pojutrze nie dam rady, ale w środę mogę. Zadzwoń do mnie to umówimy się dokładniej – odpowiedziała podając mi wizytówkę. –Super, zamówię stolik i dam ci znać. Wysiadłem z taksówki przed blokiem i gdy ta odjechała, poczułem się nagle bardzo zmęczony. Powoli wczłapałem się na trecie piętro i wszedłem do mieszkania. Usiadłem w fotelu i zacząłem zastanawiać się, co się właściwie zdarzyło. Nie miałem zbyt dużej ochoty na nowe znajomości, nie mówiąc o jakichkolwiek oczekiwaniach. Cóż mogło być interesującego w złamanym facecie z problemami zdrowotnymi? Spotkamy się na kolacji, bo jestem jej to winny i tyle. Potem każde pójdzie w swoją stronę. Zadzwoniłem do Marcina, mojego przyjaciela ze szkoły. On był jednym z tych dwóch, którzy się nie poddali. – Cześć Marcin, tu Robert – powiedziałem, gdy odebrał. – Cześć Robert. Jak było na imprezie? Nie mogłem być, bo mieliśmy mały Armagedon w knajpie. – Całkiem fajnie, ale potem zdarzyło się coś niesamowitego, – odparłem – w zasadzie dzwonię, żeby cię prosić o przysługę. – Jasne, jak mogę ci pomóc? Pokrótce wyjaśniłem mu sytuację z Ewą i co jej obiecałem. – Niezły numer. A kiedy chciałbyś ten stolik, bo wiesz w weekendy mamy tu zwykle piekło. – W środę – rzuciłem z nadzieją – Da się zrobić – odparł Marcin – Cieszę się, że mogę ci pomóc. Będziemy musieli się później spotkać, to opowiesz mi dokładnie, co i jak. Następnego dnia, w poniedziałek, zadzwoniłem do pracy wytłumaczyć, co się stało i powiedzieć, że później podrzucę zwolnienie. Szef jak zwykle kręcił nosem, ale nic nie mógł zrobić – rynek pracownika ma swoje pozytywne strony. Wieczorem zadzwoniłem do Ewy, umówić się na środę. Ustaliliśmy, że spotkamy się przy molo w Sopocie i podejdziemy do knajpy. Tego dnia miałem dziwny sen. Moja zmarła Babcia zapraszała mnie do swojego domu na Kaszubach, mówiła, że spotkają mnie tu niezwykłe przygody i że czeka mnie tam nowe życie. Nie wszystko zapamiętałem, mówiła coś o studni, wodzie i duchach. To prawda, że tęskniłem za miejscem, gdzie spędzałem w młodości wakacje, a po ślubie dwa razy urlop. Więcej nie, bo moja żona wolałą Hiszpanię. Może po prostu ostatnie wydarzenia odblokowały jakąś ukrytą tęsknotę? Środowy wieczór był ciepły i przyjemny, po południu lekko popadało i powietrze było rześkie. Podjechałem taksówką na umówione spotkanie. Ewy jeszcze nie było, więc usiadłem na ławce i chłonąłem kojący szum pobliskiego morza i krzyk mew. Było jeszcze jasno, ale zmierzch powoli napływał znad zatoki. – Cześć, nie spóźniłam się za bardzo? – usłyszałem za sobą. Odwróciłem się i spojrzałem w jej stronę. Była ubrana w lnianą sukienkę w kolorze kawy z mlekiem. Jej niewyszukana elegancja robiła bardzo przyjemne wrażenie. – Nie, mamy jeszcze pół godziny – odparłem – może się przejdziemy? – Byle nie za daleko, mam nowe buty – powiedziała z przepraszającym uśmiechem. – Knajpa jest kilka minut stąd. – Dobrze – odparła chwytając mnie pod ramię – Jak twoje serce? W porządku? Całkiem dobrze wyglądasz. – Dziękuję, czuję się nieźle. Więc mieszkasz w Sopocie? Niedługo zacznie się letni najazd turystów. Jak to znosisz? – Czasem to bywa dokuczliwe, ale generalnie bardzo lubię to miasto. Latem często wyjeżdżam i unikam tłoku. Powoli zbliżaliśmy się do restauracji Marcina. Mieliśmy jeszcze chwilę, więc nie skręciłem do wejścia. Gdy ją mijaliśmy Ewa wskazała na nią i powiedziała. – „Koral”, to podobno najlepsza knajpa z owocami morza w Trójmieście. Nigdy w niej nie byłam, ale znajomy mówił, że jedzenie jest nieziemskie. Uśmiechnąłem się i powiedziałem – Kiedyś cię tam zabiorę. – Jasne – mruknęła z powątpiewaniem. – Chodź na plażę. – Zdjęła pantofle i pociągnęła mnie na brzeg morza. Człapałem jak kaczor usiłując uniknąć piasku w butach. W końcu się poddałem i zdjąłem buty i skarpetki. – Najlepsze stereo na świecie – rzuciłem zamykając oczy. Szum morza zawsze działał na mnie kojąco. – Też tak czuję – poparła mnie Ewa. Postaliśmy chwilę nad brzegiem, zamoczyliśmy stopy w morzu a potem wróciliśmy na nadmorski deptak. Ubraliśmy buty i zawróciłem w kierunku mola. – Gdzie mnie prowadzisz? – Zapytała zdziwiona. – Mówiłem ci, że kiedyś zabiorę cię do „Korala”, więc czemu nie dziś? – Nie… Naprawdę? – Mój kolega jest właścicielem. Udało mu się znaleźć dla nas stolik na dziś. – Wow… Zaskoczyłeś mnie. Pan zagadka… Weszliśmy do willi, w której mieściła się knajpa i zostaliśmy poprowadzeni do stolika. Mimo środka tygodnia było pełno klientów. Po kilku minutach podszedł do nas Marcin z kartami dań. – Witam panią, cześć Robert – przywitał się całując Ewę w rękę. Widziałem niedowierzanie w jego oczach. Podobieństwo do Marii i na nim zrobiło wrażenie – Mam nadzieję, że będzie pani smakowało, osobiście polecam łososia bałtyckiego, ryba sama w sobie jest cudowna, ale nasz kucharz robi z nią cuda. – Jeśli pan tak zachwala, to nie pozostaje mi nic innego jak spróbować tego cudu – odparła z uśmiechem. – A na przystawkę? – zwrócił się w moim kierunku i uśmiechając się mrugnął okiem. – Chyba twoją sałatkę z krewetek, a ty, Ewa, na co masz ochotę? Ewa przeglądała kartę i nie mogąc się zdecydować wzruszyła ramionami i powiedziała – Chyba to samo. Przystawki przybyły bardzo szybko i zajęliśmy się nimi bez wahania. Po zaspokojeniu pierwszego głodu nastąpiła chwila, gdy mogliśmy w końcu spokojnie porozmawiać. – Muszę ci się do czegoś przyznać, – powiedziała Ewa – szłam na to spotkanie by się z tobą pożegnać…. Zaczekaj – przerwała mi, widząc, że chcę coś powiedzieć – pozwól mi dokończyć. Gdy się spotkaliśmy, miałam połamaną duszę, a ty, pomimo okoliczności, okazałeś się miłym facetem. To zadziałało jak balsam. Przemyślałam to i stwierdziłam, że nie chcę w tej chwili pakować się w żadne nowe znajomości. Ty masz swój świat, znajomych przyzwyczajenia, a ja swój. Nie mam siły ani ochoty czegokolwiek zmieniać by kogokolwiek zadowolić. I nie chcę by ktokolwiek robił to dla mnie. Ale dziś znowu mnie zaskoczyłeś. I cała narracja poszła w cholerę. Nie wiem, co z tobą zrobić... – Szczerość za szczerość – odparłem po chwili – Trochę się tego spodziewałem. W zasadzie chciałem cię zapytać, dlaczego, gdy już poznałaś odpowiedź na swoją zagadkę, zostałaś ze mną w szpitalu. Przecież mogłaś wrócić wtedy do domu, a nie czekać kilka godzin aż wyjdę. Przecież nie ma we mnie nic specjalnie interesującego, a moje kłopoty zdrowotne raczej powinny odstraszać. – Może dlatego, że uśmiechasz się oczami. Zaskoczyło mnie to stwierdzenie. Nigdy tak o sobie nie myślałem. Wydawało mi się raczej, że jestem poważny, czasem nawet trochę ponury. – Poza tym wszedłeś w moją grę bez wahania i trochę mi to zaimponowało. – Słuchaj, mam po babci domek na Kaszubach, stara chatka, ale w cudownym miejscu, las, jezioro, spokój. Mam teraz odpoczywać, więc zamierzam tam pojechać i pobyć do niedzieli. Mówiłaś, że masz teraz chwilę dla siebie. Możesz porobić zdjęcia albo coś namalować. Jedź ze mną. – Zapamiętałeś, co mówiłam? To niezbyt częste u mężczyzn. Dobrze, dam ci szansę, ale jeśli się rozczaruję, to zniknę z twojego świata szybciej niż się w nim pojawiłam. I na pewno nie zgodzę się na zastępowanie kogokolwiek. – Ułatwię ci decyzję, bo na pewno nie będę niczego udawał i dam się poznać od mojej nudnej i szarej strony. Kiedy możesz wyjechać? – Jutro wczesnym popołudniem. – Odparła – Masz samochód? Ja mam tylko służbowego Vana. – Tak, przyjadę, tylko powiedz, gdzie. Przesłała mi pinezkę i już wiedziałem, gdzie mieszka. – Jezu, jakie to dobre – powiedziała później smakując łososia z kurkami. Sam nic nie mówiłem, tylko mruknąłem na potwierdzenie ze swojej chmurki w kulinarnym niebie. Potem był jeszcze deser, który lekko pogłaskał nasze podniebienia i tak skończyła się ta uczta. Zrobiło się już ciemno, więc odprowadziłem Ewę pod dom i podziękowałem za miły wieczór. Prognoza pogody na nadchodzący tydzień była typowo wakacyjna, więc zabrałem głównie lekkie rzeczy. Podjechałem po Ewę i spakowaliśmy jej torby i przybory do malowania. – Musimy zrobić jakieś zapasy – powiedziałem, gdy ruszyliśmy. – Po drodze wpadniemy do marketu i kupimy, co potrzeba. – Dobrze, ja też muszę dokupić parę rzeczy. Po pół godzinie zaparkowałem pod hipermarketem. Pomimo że był to czwartek wczesnym popołudniem, na parkingu było mało wolnych miejsc. Wzięliśmy wózek i weszliśmy do środka. Zakupy zajęły nam prawie godzinę, wiec postanowiliśmy szybko coś przekąsić w jednej z licznych knajpek. – Zapomnieliśmy o wodzie! – krzyknęła Ewa zrywając się z krzesełka. – Nie przejmuj się, w domku woda jest ze studni, naprawdę pyszna, można pić prosto z kranu, zobaczysz – uspokoiłem ją. Spojrzała na mnie z lekkim niedowierzaniem, prawie kpiąco. Gdy już prawie kończyliśmy nasz posiłek, niedaleko nas zaczęło się jakieś zamieszanie. Jakaś starsza kobieta w dziwnym ubraniu, wyglądająca jakby brała udział w jakimś przedstawieniu, rozdawała dzieciom słodycze. Pomimo jej dziwnego wyglądu (a może właśnie przez niego) dzieci chętnie je brały, a rodzice zazwyczaj bardzo ostrożni, pozwalali na to. Po chwili zamieszanie się powiększyło, bo podeszło dwóch ochroniarzy i zaczęło kobietę szarpać. Podeszliśmy z Ewą zobaczyć, o co chodzi. Ochroniarze zaczęli krzyczeć i ciągnąć staruszkę, a ta z nadzwyczajną dla swojego wieku siłą stawiała opór. Usłyszałem, że oskarżają ją o kradzież cukierków z marketu. – Nic nigdy nie ukradłam – odkrzyknęła kobieta. – Chciałam kupić, ale wasze są przeterminowane, a takich nie dam dzieciom. Dawałam swoje. – Włącz nagrywanie – powiedziałem do Ewy wskazując na jej telefon. Poczułem się nagle tak, jakby to moją babcię ktoś chciał skrzywdzić. Z zasady unikam konfrontacji, ale tym razem nie wytrzymałem. Podszedłem do walczącej grupki i powiedziałem do jednego z ochroniarzy, który wyglądał na bardziej zawziętego: – Zostaw ją. – Bo co? – odparł zaczepnie. – Bo cię nagrywamy. Zaraz wrzucimy do sieci z odpowiednim komentarzem. Jak myślisz, ile czarnego PR–u wytrzyma sklep zanim cię zwolni? – powiedziałem cicho, ale dobitnie. Chyba dotarło, bo po chwili złapał kolegę za rękaw i pociągnął za sobą, zostawiając staruszkę w spokoju. – Nic pani nie zrobili? – zapytałem kobiety. – Te chucherka? – odparła staruszka dziarsko. – Dziękuję, że stanąłeś po mojej stronie – powiedziała, po czym uścisnęła mi rękę, odwróciła się i wmieszała w tłum sunący do wyjścia. Miała wyjątkowo silny uścisk, dlatego nie od razu poczułem, że wcisnęła mi w rękę jakiś papier. Początkowo pomyślałem, że to banknot, ale gdy spojrzałem na niego, zobaczyłem kawałek pożółkłego papieru z wyblakłym napisem:
Gdy miesiąc ten minie I znów się narodzi, Twój los się odmieni i ból twój złagodzi. Odnajdziesz trzy źródła, które w prawdzie toną, A twa towarzyszka będzie twoją żoną.
Podniosłem wzrok, żeby poszukać kobiety, ale już jej nie zobaczyłem. Podeszła Ewa, więc szybko schowałem kartkę do kieszeni. -Co to było? – zapytała. Wzruszyłem tylko ramionami, nie potrafiąc odpowiedzieć na to pytanie. Poszliśmy na parking i zanim Ewa wsiadła do samochodu, zdążyłem schować kartkę do schowka. – Nie mam pojęcia czy to był żart, czy jakiś przekręt – powiedziałem w końcu. –Ta staruszka wcale nie poruszała się jak staruszka… Może to jakiś przebieraniec. Albo ukryta kamera. Według tej „przepowiedni” za rok mamy zostać małżeństwem? – pomyślałem patrząc na Ewę – Nierealne… – Wiesz co, zapomnijmy o tym, bo to było zbyt dziwne, by to roztrząsać. – Masz rację, jedźmy – powiedziała, więc uruchomiłem wóz i wyjechaliśmy na drogę do Kartuz. Miałem nadzieję, że na dziś dosyć już niemiłych niespodzianek. Gdy wjechaliśmy do Żukowa, rozpętała się potężna ulewa, silna, ale krótkotrwała. Deszcz na szczęście poruszał się w przeciwnym kierunku, więc po kilkunastu minutach znów pojawiło się słońce.
Zawsze, gdy jadąc drogą na Bytów mijałem las za Kartuzami, miałem wrażenie, że wjeżdżam do krainy baśni. Że za każdym drzewem albo krzakiem czai się wróżka lub inne magiczne stworzenie. Powietrze też się zmieniło, mogłem w końcu wziąć głęboki, dający ulgę oddech. Kręta droga zmuszała do nieśpiesznej jazdy, prawdziwe wakacje. Po godzinie dojechaliśmy do wsi, w której stał domek mojej babci. Wjechałem przez bramę i zaparkowałem pod rozłożystym Bukiem, który rósł na środku podwórka. – Sympatyczna chatka. – Stwierdziła Ewa, gdy wysiadła z wozu. – Miałeś rację, to piękne miejsce. – W zasadzie myślałem, żeby ten dom wyremontować, unowocześnić i się tu przeprowadzić, ale najpierw moja żona nie chciała, a potem… ja nie miałem siły. Dobrze, najpierw się wypakujemy, a potem uruchomię pompę. Chętnie napiję się herbaty. Wypakowaliśmy rzeczy i zapasy z samochodu, pokazałem Ewie jej pokój, a potem poszedłem uruchomić pompę. Przy bramie stał Jasiek, upośledzony chłopak z wioski. Wołał mnie: – Proszę pana, proszę pana. – Tak? – Czy może pan tu podejść? Podszedłem do bramy, a on chwycił mnie za rękę i zachichotał. Ze zdumieniem zobaczyłem jak jego oczy tracą ostrość a twarz wykręca grymas szaleństwa. – O co chodzi? – zapytałem próbując wyrwać rękę z jego uścisku. – Znasz się na pompach? – Trochę, właśnie idę moją włączyć. – Nie znasz się, nie znasz...– puścił mnie i pobiegł ciągle dziko się śmiejąc i wymachując rękami. Wzruszyłem ramionami i zszedłem do piwnicy. Uruchamiałem pompę dziesiątki razy i znałem na pamięć prostą procedurę, ale tym razem poczułem się jak nieprzygotowany uczeń wywołany do tablicy. Próbowałem kręcić różnymi zaworami, przełączać jakieś włączniki, ale nie udawało mi się. Po półgodzinie bezowocnych prób, zadzwoniłem do lokalnego majstra od pomp. Powiedział, że najwcześniej jutro po południu będzie mógł mi pomóc. Nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać. „Pan porażka” – pomyślałem o sobie. Wróciłem do domu. Na pytające spojrzenie Ewy odparłem: – Niestety pompa nie działa, dopiero jutro po południu majster może ją naprawić. Reakcja Ewy mnie zaskoczyła. Spodziewałem się, że zażąda powrotu do Gdańska, albo przynajmniej przenosin do jakiegoś hotelu. – Zdobądź trochę wody na kolację. – Powiedziała tylko uśmiechając się i kręcąc głową. – A mówiłam, żeby kupić wodę. – Mówiłaś… – Odparłem skruszony. – Tu niedaleko jest strumyk, z którego babcia brała wodę do kiszenia ogórków. Chyba jeszcze lepsza niż w studni. Zaraz wrócę – powiedziałem i wziąwszy pięciolitrowy baniak, poszedłem do lasu.
Dotarcie do strumyka zajęło mi dziesięć minut. W lesie panował lekki półmrok, więc nie od razu zobaczyłem, że nad strumykiem ktoś siedzi i patykiem grzebie w wodzie. Dziwna to była postać, przygarbiona, masywna. Po chwili zorientowałem się, że to mężczyzna. Łysy, o szerokich ustach, jakby bez szyi. Miał dziwne oczy, jakby rybie albo żabie. Jego głos, gdy się odezwał, też był dziwny. Aż mnie ciarki przeszły, ale postarałem się opanować. – Chce pan nabrać wody? – Zapytał – Tak, pompa mi wysiadła i chciałem trochę nabrać na herbatę. – Ma pan pecha – zagulgotał bardziej niż powiedział – po deszczu woda jest zmącona, jeśli nie chce pan pić błota, to nie polecam. Rzeczywiście, w wodzie pływały kawałeczki ściółki zmieszanej z osadami z dna strumyka. – Dzień lub dwa, zanim się oczyści. – Stwierdził. – Ale jeśli się panu nie śpieszy, to za tym wzgórzem, przy największym drzewie, jest źródełko, które na pewno jest czyste. Cudowna woda. Najłatwiejsza droga wiedzie tu na lewo, wokół wzniesienia. Podziękowałem i ruszyłem we wskazanym kierunku. Po chwili obejrzałem się za siebie, ale gościa już nie było. Wtedy pomyślałem, że Ewa na mnie czeka i pewnie się niecierpliwi. W przypływie paniki zobaczyłem oczami wyobraźni jak się pakuje i wychodzi. Pomyślałem, że spróbuję przejść na skróty. Stok był dość stromy, ale niezbyt wysoki. Nie powinienem się forsować, ale sytuacja zmusiła mnie do podjęcia wysiłku. Kilka minut później wdrapałem się na szczyt i po chwili odpoczynku zacząłem powoli schodzić w dół. Wcale nie było łatwiej niż w górę. Zacząłem rozglądać się za największym drzewem, ale w gęstym lesie łatwiej powiedzieć niż zrobić. Krążyłem tak kilkanaście minut, gdy natknąłem się na kolejną niezwykłą postać. Staruszek z wiązką chrustu na grzbiecie szedł ścieżką w moim kierunku. – Dzień dobry, czy wie pan może, gdzie tu jest źródełko przy największym drzewie? – Zapytałem grzecznie. Starszy człowiek uśmiechnął się przyjaźnie i powiedział – A skąd pan o nim wie? – Taki jeden człowiek siedział nad strumykiem za wzgórzem i powiedział, że je tu znajdę. - A jak wyglądał? - Barczysty, łysy. Taki... żabowaty... – I skierował pana szczytem? – Nie krył zdziwienia. – Nie, mówił, że najłatwiejsza droga to tam – wskazałem w kierunku, z którego miałem nadejść. Nagle staruszek wybuchnął niepochamowanym śmiechem. – Ale będzie miał minę jak się dowie. – Powiedział. – A pan miał naprawdę dużo szczęścia. Tam są bagna. Nie powinien pan ufać każdemu. Bywają tacy, którzy chcą ludziom zaszkodzić. A źródełko jest tam, – wskazał za siebie – jakieś sto kroków. Nie przegapi pan. Tylko żeby się tą wodą napić, musi ją pan przegotować. – Jak to? Woda to woda. – Odparłem zdziwiony. – Tak, ale to niezwykła woda, uwalnia lęki. – Powiedział. W tym momencie w pobliżu rozległ się wystrzał. Staruszek zamarł a z jego twarzy znikł uśmiech. – Myśliwy – rzekł z nienawiścią w oczach. – Też ich nie cierpię – odparłem. – Muzę już iść, niech pan uważa. – A jak wrócić do wioski? Jest może jakaś krótsza droga? – Jak pan pójdzie od źródełka dalej prosto, dojdzie pan do leśnej drogi. Skręci pan w prawo i dojdzie do wsi. – powiedział i ruszył w kierunku, z którego rozległ się wystrzał. Po odejściu starszego człowieka ruszyłem w kierunku źródła. Gdy je znalazłem, zobaczyłem krystalicznie czystą wodę spływającą po korzeniach wielkiego Dębu. Poczułem się bardzo spragniony, więc nabrałem trochę w dłonie i wypiłem. To było dziwne uczucie, bo czułem się tak, jakbym się nie napił. Znowu nabrałem wody i wypiłem. Napełniłem baniak i postanowiłem postąpić tak, jak mówił staruszek. Zacząłem zastanawiać się, czy czasem w wodzie nie ma jakiegoś halucynogenu, bo wydawało mi się, że w oddali pomiędzy krzakami zobaczyłem postać znad strumyka, przyglądającą mi się z ciekawością. A może to było tylko złudzenie, zwłaszcza, że powoli niebo zaczynało ciemnieć. Ruszyłem w kierunku leśnej drogi. Nagle kilkadziesiąt metrów przede mną, jakiś człowiek ubrany w moro, biegł z krzykiem opędzając się, jakby gonił go rój szerszeni. Po chwili zniknął między drzewami. Spojrzałem na zegarek. Od wyjścia z domu minęło już ponad pół godziny – „Ewa na pewno mnie przeklina” – pomyślałem. Ruszyłem prawie biegiem i po chwili znalazłem drogę. Dziesięć minut później doszedłem do wsi. Gdy wszedłem do domu, Ewy nie było. Postawiłem baniak na stole i wybiegłem jej szukać. Obszedłem dom, a później ruszyłem nad jezioro. Nigdzie jej nie znalazłem. Pomyślałem, że stało się to, czego się obawiałem i zrezygnowany ruszyłem do domu, przeklinając wszystkie dziwne osoby, które tak namieszały w moim życiu. Przypomniałem sobie starą prawdę, że życie śmieje się z ludzkich planów. Miało być fajnie, a wyszło… jak zwykle. Ewa siedziała przy stole popijając wodę ze szklanki. Na blacie bulgotał czajnik a obok niego stały dwa kubki. –Jesteś – powiedziałem cicho. – Szukałem cię. Bałem się, że wyjechałaś. – Długo cię nie było, więc poszłam się umyć do jeziora, a potem zrobiłam kilka zdjęć zachodu słońca. Widziałeś księżyc? Dziś jest pełnia. – Po chwili dodała – Chyba się odwodniłam, bo pije już drugą szklankę i ciągle nie mogę się napić. Dziwna woda. – Nie uwierzysz, co mi się przydarzyło… – Opowiedziałem jej moje przygody w lesie. Nie bardzo chciała wierzyć, bo i mnie samemu wydawało się to wszystko jakimś snem. – Nie zdążyłem cię ostrzec, że według tego staruszka, ta woda uwalnia lęki. To brzmi dziwnie. Napiłem się jej, i nie wiem, czy miałem zwidy, czy to wszystko, co ci opowiedziałem naprawdę się działo. Tylko, że większość zdarzyła się, zanim napiłem się wody. – Boję się, że nigdy nie spotkam faceta, którego warto pokochać… – wypaliła nagle Ewa. I natychmiast zasłoniła dłońmi usta, jakby chciała wepchnąć te słowa z powrotem do gardła. Poczułem przemożną potrzebę, by ją jakoś uspokoić, więc powiedziałem „Zasługujesz na najlepszego…”. To znaczy chciałem powiedzieć, bo z ust wyszło: – Ja boję się, że ten mrok z mojej duszy, rozsieję na wszystkich wokoło. Popatrzeliśmy na siebie zdumieni. – Boję się, że na zawsze pozostanę tą rezerwową, drugą, zastępczynią… – A ja, że jeśli poczuję się szczęśliwy, to zdradzę w jakiś sposób Marysię. – Boję się samotności, ale też boję się ryzykować wchodzenie w związek. – Myślę, że nie jestem dosyć dobry, by ktoś mnie zechciał. – Nie potrafiłem zatrzymać tego potoku wyznań. Ewa chyba też nie. Choć najwyraźniej oboje próbowaliśmy. – Boję się zaryzykować i przenieść się tutaj, choć bardzo bym chciał – dodałem po chwili. – Ja bym chciała fotografować na pełen etat, ale boję się, że nie dam rady się z tego utrzymać. – Boję się, że nie dam rady zaczynać wszystkiego od nowa. – Ja się boję, że dla jakiegokolwiek związku będę musiała poświęcić zbyt dużo, zrezygnować z marzeń. I że znowu się rozczaruję… Woda w czajniku się w końcu zagotowała i Ewa wstała, żeby zaparzyć herbatę. Po chwili postawiła dwa kubki na stole. Pomimo, że była gorąca, pierwszy łyk dał spragnionym ustom orzeźwienie. I zatrzymał obopólną spowiedź. Z każdym następnym łykiem czułem się coraz bardziej zrelaksowany i jakby odświeżony. Przekąsiliśmy małe co–nieco i dopiliśmy herbatę. – Idę się umyć, wiesz, gdzie jest twój pokój – powiedziałem biorąc z walizki ręcznik i przybory toaletowe. – Miłej nocy, dziękuję za wszystko i przepraszam za to całe zamieszanie. – Nie ma sprawy, uważaj nad wodą – odparła. Woda w jeziorze była nadzwyczaj ciepła, więc postanowiłem się w niej zanurzyć. Było już ciemno, tylko Księżyc w pełni kładł na tafli jeziora srebrzystą poświatę. Zanurkowałem, ale tylko raz, bo wrażenie totalnych ciemności było tak silne, że nie chciałem ponownie tego przeżywać. Gdy wróciłem do domu, Ewa była w swoim pokoju. Światło było zgaszone, ale wydawało mi się, że słyszę zduszony płacz. Poszedłem do siebie, położyłem się i poczułem jak po policzkach spływają mi dwie wielkie łzy. Po chwili usnąłem jak kamień.
Obudziłem się późno, słońce było już wysoko na niebie. Spojrzałem na zegarek. Było wpół do jedenastej. Codziennie, nawet w weekendy, wstawałem około szóstej – siódmej rano. Tak długo spałem ostatnio jako nastolatek. Wstałem i poszedłem do łazienki. Odruchowo spuściłem wodę, i dopiero po chwili dotarło do mnie, że spłuczka się napełnia. „Jakim cudem?” – pomyślałem. Sprawdziłem jeszcze kran przy umywalce – poleciała woda. Bojler był włączony. Narzuciłem szlafrok i poszedłem do kuchni, z której dobiegały odgłosy krzątaniny. – Cześć Ewa, jak się spało? – zapytałem wchodząc. – O, jesteś. Bardzo dobrze, spałam jak dziecko. – A woda? Był majster? – Nie, wstałam wcześnie i jak szukałam łyżeczki do kawy, znalazłam instrukcję, jak włączyć pompę. Pomyślałam, że spróbuję i… udało się! – powiedziała z dumą. – No tak, instrukcja… – westchnąłem, zapomniałem o niej. Powinienem być zły, na siebie, na nią, na cokolwiek, że okazała się lepsza ode mnie, ale nie czułem tego. Byłem z niej po prostu dumny. – Brawo, świetna robota. – Potem poszłam zobaczyć wieś. Spotkałam jakąś kobietę, która pokazała mi, gdzie rosną kurki. Zebrałam trochę, starczy dla nas na śniadanie. I trochę jagód też zebrałam. – wskazała na słoik stojący na blacie. – Ach, no i zrobiłam kilka niezwykłych zdjęć – dodała po chwili. Z każdym wypowiadanym zdaniem moje brwi szły w górę o kilka milimetrów. Gdyby nie skończyła, wypadłyby mi oczy. Było coś jeszcze. Widziałem już Ewę jak się śmiała czy uśmiechała, ale to były chwile. A teraz była po prostu radosna. Ja sam czułem się też inaczej. Od śmierci żony nosiłem na sercu wielki ciężar, jakby dysk ze sztangi ciężarowca. Teraz ten ciężar znacznie zmalał. Wzięcie głębokiego oddechu nie było już takie trudne. – Wezmę tylko szybki prysznic i pozwól, że w dowód wdzięczności, to ja przygotuję śniadanie. – Powiedziałem i ruszyłem do łazienki. Gdy odświeżony wróciłem do kuchni, zabrałem się za oczyszczenie grzybów. – Chcesz je na maśle, czy z jajkami? – zapytałem. – Na maśle – odparła – szkoda dusić taki smak. Podsmażyłem trochę cebulki, dodałem masło i grzyby, i po dziesięciu minutach siedzieliśmy nad talerzami pachnącej potrawy. – Pycha – stwierdziła krótko Ewa wycierając chlebem talerz. Nigdy nie byłem mistrzem w kuchni, a kurki zrobiłem pierwszy raz w życiu. Nie wiem, dlaczego podjąłem się tego, bo mój racjonalizm powiedziałby, że polegnę przy pierwszej próbie. Po śniadaniu stwierdziłem, że skoro lekarz kazał mi odpoczywać, to dziś będzie dzień lenia. Wziąłem koc, poduszkę i poszedłem zainstalować się na hamaku nad brzegiem jeziora. Ewa wzięła leżak, szkicownik i umieściła się w pobliżu. Nie musieliśmy nic ustalać, to wszystko wyszło naturalnie. I tak było dobrze. Słoneczko pięknie grzało, cień drzew i bryza znad jeziora dawały ochłodę – wakacje pełną gębą. Nic dziwnego, że po pół godzinie odpłynąłem w krainę snów. Przed oczami przepływała typowa senna kawalkada postaci i miejsc, które nie dawały się wytłumaczyć w racjonalny sposób, ale we śnie miały swój własny sens. Po pewnym czasie ujrzałem obraz z dzieciństwa, dom mojej ciotki w Konarzynach, gdzie często jeździliśmy z rodzicami na niedzielne obiady, a szczególnie jesienią, łącząc wizyty z grzybobraniem w pobliskich borach. Po chwili jej kot wskoczył mi na pierś i zaczął wpatrywać się we mnie mrucząc pod nosem „Zapomniałeś… zapomniałeś…”. Kot z każdą chwilą stawał się cięższy i w pewnym momencie zaczęło mi brakować oddechu. Próbowałem go zrzucić, ale nie mogłem. Coraz rozpaczliwiej walczyłem o oddech… i w tym momencie usłyszałem swoje imię. To Ewa potrząsała mną, próbując obudzić. Ocknąłem się i wziąłem głęboki oddech. – Co się stało? – zapytałem półprzytomnie. – Coś ci się śniło i jęczałeś przez sen. Martwiłam się, że znów masz problemy z sercem. Mój oddech powoli się uspokajał, więc zapewniłem ją, że wszystko w porządku, że to tylko sen. – Długo spałem? – Jakieś dwie godziny – odparła. Wstałem z hamaka i podszedłem do brzegu jeziora, by opłukać twarz. Kątem oka zobaczyłem, że w szkicowniku pojawił się jakiś rysunek. – Pokażesz? – wskazałem na jej leżak. – To nic takiego – powiedziała, – bazgroły. Na kartce widniał rysunek domu mojej babci. Pięknie odwzorowany, ale w niezwykłych, magicznych wręcz kolorach. Jakby był częścią jakiejś baśni, a co najważniejsze, rezonował z moją duszą. Po chwili spojrzałem na Ewę. – Jest piękny. – W jej oczach dojrzałem zadowolenie z pochwały. Spojrzałem na zegarek i zobaczyłem, że zbliża się druga po południu. Czas coś zjeść. – Jesteś głodna? – zapytałem. – Jak wilk – odparła. – Zapraszam cię na obiad do zajazdu, tu niedaleko, kilka kilometrów stąd. Podobno mają najlepszy żurek na Kaszubach. Ale nie tylko żurek. Ewa zgodziła się i po czterdziestu minutach wchodziliśmy do przestronnej sali z kilkunastoma stolikami. Usiedliśmy i zamówiliśmy dania. Było spokojnie i w miarę cicho, więc mogliśmy rozmawiać nie podnosząc głosu. – Opowiedz mi o swojej rodzinie – poprosiła Ewa. – Babcia była mamą mojego ojca. Tata stamtąd pochodzi – powiedziałem, mając na myśli miejscowość, w której był dom, w którym spędzaliśmy weekend. – Mama pochodzi