Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 16 min czytania

Wojenna Ścieżka Miłości

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wstawaj! – ledwo usłyszał odległy głos jakiegoś człowieka. W uszach szumiało mu bowiem tak mocno, że nawet odgłosy wybuchów, strzałów i jęki ludzi ranionych lub padających na ziemię i wydających z siebie ostatni powiew życia, zdawały się dochodzić gdzieś z oddali, jakby śnił i różne dźwięki mieszały się w jego głowie. - Wstawaj mówię! – ponownie ta sama osoba krzyknęła, teraz już ze znacznie bliższej odległości. Poczuł szarpnięcie za ramię, ale jego zdrętwiałe kończyny i ogromny ból głowy uniemożliwiały jakiekolwiek ruchy. - Wstawaj, już czas. – spokojny i czuły głos matki brzmiał z kuchni, przylegającej do jego pokoju. Nie poruszył się jednak. Po chwili poczuł, jak matka delikatnie gładzi go po głowie. Lubił to, ale rano, kiedy trzeba było wstać do szkoły, było to zdarzenie przez niego niepożądane. Chciał umknąć pod pierzynę, lecz matka uprzedziła jego zamiary i szybkim ruchem ściągnęła z niego okrycie. Teraz już musiał wstać, bo zimno w domu nie pozwalało długo leżeć bez ruchu. Jego ciałem znowu targnęło mocne i gwałtowne szarpnięcie za ramię, które tym razem niemal od razu postawiło go na nogi. Ciągle czuł, że świat wokół niego wiruje, a boląca głowa nie jest tego w stanie opanować. Chwilowo nic nie pamiętał. Ktoś włożył mu karabin do ręki i krzyknął: - Ruszaj! Jakiś wybuch nie może powstrzymać żołnierza Armii Czerwonej! Powoli i nieudolnie zaczął iść na naprzód. Wokół niego znów odezwały się odgłosy walki, ale cały czas były mu raczej odległe. Po kilkunastu krokach zaczęło powracać poczucie rzeczywistości. Widział wokół siebie przerażonych, młodych mężczyzn trzymających w ręce karabiny, którzy, zupełnie zdezorientowani, nie potrafili zrobić z nich jakiegokolwiek użytku. Obejrzał się, żeby ogarnąć spojrzeniem większą część terenu. Setki ludzi biegnących w tym samym kierunku, co on… Potknął się i przewrócił na ziemię. W tym samym momencie seria z karabinu maszynowego położyła na ziemię „towarzyszy” biegnących obok. Przypomniał sobie, że jest na wojnie, a to bitwa… bitwa o… Stalingrad. - Popatrz synu, Stalingrad. – odezwał się spokojny, lecz jak zwykle szorstki głos ojca. Siedział on obok niego na tylnym siedzeniu samochodu, którym kierował dobry znajomy ich rodziny. - Wielkie wspaniałe miasto, nazwane tak na cześć naszego wodza. – ostatnie dwa wyrazy nie brzmiały dumnie i wyniośle, lecz raczej złośliwie i ironicznie. Nie rozumiał wtedy dlaczego. Bardzo szybko jednak skończył się nad tym zastanawiać i widząc wielkie i wspaniale budowle miasta, do którego przyjechał pierwszy raz w życiu, przywarł nosem do szyby samochodu i zapomniał o całym świecie dookoła. Ciągle nie widział wyraźnie. Wszystko wokoło było dla niego jakby we mgle, jakby ktoś wcisnął zmniejszenie ostrości i wszystko zaczęło się zamazywać. Wciąż leżał na ziemi, ale z całych sił próbował się podnieść. Coś podświadomie mówiło mu, aby tak właśnie zrobił. W końcu uczynił to i ruszył do przodu. Kilka kul przeleciało bardzo blisko niego, słyszał ich świst i niemal czuł ich zapach. Ludzie biegnący obok niego padali jeden za drugim, a on, nie w pełni świadomy gdzie i po co, gnał do przodu. Uparcie biegł przed siebie. Po chwili zdał sobie sprawę, że obok zostało już niewielu. Reszta została gdzieś z tyłu, gdzie już na zawsze miała pozostać leżąc bezwładnie na ziemi – przynajmniej w pamięci tych, którzy stąpali naprzód chociaż przez jeden dzień. Nagle ktoś chwycił go mocno za rękę i przyciągnął do siebie. Nie oponował. Stał z otwartą buzią wpatrując się w paradę, w paradę na cześć wielkiego wodza Związku Radzieckiego. Kolumny żołnierzy idących w milczeniu jeden za drugim, pojazdy bojowe, czołgi, zastępy harcerzy i harcerek śpiewających jakieś pieśni o kraju i o jego przywódcy, ludzie pracujący w fabrykach, hutach,… Nie rozumiał dla kogo i po co, ale podziwiał. Był tak tym zafascynowany, że nawet nie zdawał sobie sprawy, kiedy począł iść razem z nimi, aby jeszcze lepiej się wszystkiemu przyjrzeć, jeszcze chwilę podziwiać. Po chwili poczuł mocny i zdecydowany uścisk swojego starszego brata, który miał się nim opiekować na paradzie. Co roku chodził tam ze swoją matką, lecz tym razem nie mogła. Zachorowała. Jakiś nieznany mu żołnierz Armii Czerwonej przyciągnął go do ziemi z taką siłą, że nie mógł wyzwolić się z uścisku. Wpadł prosto w mokrą ziemię, a błoto pokryło całe jego ubranie i twarz. - Musimy tu zostać! – krzyknął coś tamten – Niedługo artyleria zrobi swoje, choć jak zwykle się spóźnia, i będzie po wszystkim! – Musiał krzyczeć, bo hałasy dochodzące ze wszystkich stron nie pozwalały na rozmowę zwykłym tonem. Słuchał go, ale nie rozumiał dokładnie sensu. Myśli przebiegały mu tak szybko, że nie mógł myśleć o jednej sprawie, nie mógł się skoncentrować na jednej konkretnej rzeczy. Spojrzał natomiast na jego twarz. Przedstawiała obraz człowieka niecierpliwie oczekującego, ale zdecydowanego na to, co chciał i co musiał zrobić. Była inna niż te wcześniejsze podczas biegu. Tamte były to twarze ludzi śmiertelnie przerażonych i zupełnie zdezorientowanych, którzy nie wiedzieli co mają zrobić i co muszą, aby nie zasilić szeregów tych, którzy upadli po raz ostatni i już się nie podniosą. Wiedział, że czeka na coś, co może wszystko uspokoić, ale oczekiwanie wydzierało dziurę w jego duszy. Wolałby wybiec naprzeciw temu, co znajduje się za murem - cokolwiek miałoby to być, niż czekać bezradnie i nie wiadomo jak długo, aż to coś, co miało przynieść spokój nadejdzie. Nie próbował się jednak wyrwać nieznanemu mu człowiekowi, ale z zaufaniem wciąż przy nim czekał, a ten cały czas trzymał go mocno i zdecydowanie za ramię. - Schowaj się tu! – krzyknęła jedna z jego koleżanek ze szkoły. Podbiegł szybko i przykucnął obok niej za niewielkim murkiem. - Poczekamy tutaj, aż przyjdzie, a wtedy pobiegniemy i zaklepiemy się. – powiedziała wskazując, że wybiec należy z lewej strony, tak aby ominąć szukającego. Byli dziećmi i bawili się w chowanego. Rzecz jak najbardziej zwyczajna dla „starszych”, ale dla nich najczęściej nadzwyczaj poważna. Choć bawili się zaledwie kilkadziesiąt metrów od swoich domów – znajdujących się w jednym z wielu miast nieopodal Stalingradu, które w dużej części były wyludnione, bo ludzie emigrowali właśnie do tej metropolii - mieli wrażenie jakby rodzice byli daleko, a oni musieli wziąć sprawy w swoje ręce. Mieli wrażenie, że to nie beztroskie gry z rówieśnikami blisko ognisk domowych - które, choć nie były zamożne i nie opływały w żadne rzeczy ponad te niezbędne do przeżycia, to w gruncie rzeczy były szczęśliwe – lecz prawdziwe życie. Dlatego on tak niecierpliwie wyczekiwał nadejścia kolegi, który ich szukał. Chciał wybiec i już dłużej nie pozostawać w ogromnej niepewności, ale ufał bez reszty koleżance, która nakazywała gestem ręki, aby czekać. Leżąc tam obok człowieka, który go uratował, nie mógł zebrać myśli. Leżał i wpatrywał się w niewielki wyrywek muru znajdujący się przed nim. Wydawać by się mogło, że znieruchomiał, że pogrążył się w czymś w rodzaju oszołomienia czy zapomnienia. Ciągle jednak część jego osoby funkcjonowała bez zastrzeżeń. Nagle bowiem intuicyjnie zerwał się z ziemi z taką szybkością, że nawet jego „towarzysz” nie był w stanie zareagować. Wyciągnął ręce w kierunku jakiegoś żołnierza, aby go chwycić. Nie zdążył. Gdy był już niezmiernie blisko, niemalże u celu, lecz na jego klatce piersiowej wytrysnęły dwa czerwone strumienie i pokryły twarz spieszącego na ratunek. Mimo to chwycił go i razem z nim przywarł do ziemi. Spojrzał w jego kierunku. Jego mundur był przesiąknięty czerwoną, gęstą cieczą. Trzymał go mocno. Czuł bezradność, złość, żal… Gdy poczuł szarpnięcie, złapał jeszcze mocniej. Jednak siła, która go pochwyciła była większa. Wbrew jego woli przeciągnęła go po ziemi kilka…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wojenna Ścieżka Miłości — czytnik · opowiadania