Erotyka · 10 min czytania
Wojtek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Piłam kawę w jakiejś kawiarni. Takie banalne. Biała filiżanka. Cukier. Facet dwa stoliki dalej. Przed nim identyczna filiżanka. Cukier. Sterta papierów. Machałam nogą, zabijałam czas. Umierała cicho minuta za minutą. Spojrzałam na faceta. Z nudów? On patrzył w papiery. Przerzucał je. Poczuł mój wzrok. Patrzyliśmy przez chwilę na siebie. Odległość między nami napięła się niczym struna. Brzdęk. Potrąciłam dłonią filiżankę. Obrus spijał ciepłą kawę z cukrem. Facet uśmiechnął się. Do siebie? Do mnie? Na wszelki wypadek odwzajemniłam uśmiech. Ciekawe, po co? Kelnerka z wymuszoną uprzejmością doprowadziła stolik do porządku. Miałam ochotę opuścić to miejsce. Spojrzałam na zegarek. Słabo mi wychodziło mordowanie czasu. Zamiast wyjść poprosiłam jeszcze jedną kawę. Facet przygląda mi się cały czas. Dlaczego się na mnie gapisz? pytam głośno. Ja się gapię? odpowiada pytaniem. Nie mam ochoty na tę rozmowę. Wstaję. Podchodzę do baru. Płacę. Wychodzę nie spoglądając na faceta. Białe płatki śniegu lepią się do mojej twarzy. Mrużę oczy. Męska postać idzie w moim kierunku. Głowa schowana w ramionach. Granatowa kurtka. Boże, Norbert... Zwalniam kroku. Serce rzuca się biegiem. Naciągane i banalne. Dwoje kochanków spotyka się przypadkiem na ulicy. Mało wiarygodne. Tylko w książkach i filmach zdarzają się rzeczy niespodziewane. Codzienność rzadko serwuje takie desery. Słodkie ciastka nieoczekiwanych zdarzeń. Norbert zbliża się. Spoglądam na jego twarz. Jego twarz? To nie Norbert. Kompletnie obcy facet mija mnie obojętnie. Zatrzymuję się rozczarowana. Skostniały mi dłonie. Sięgam do kieszeni po rękawiczki... Musiałam zostawić je w kawiarni. Zawracam powoli. Kilkanaście metrów przede mną znajomy facet. Hej! woła. Twoje rękawiczki... Dziękuję, mówię z wdzięcznością (wcale nie musiał troszczyć się o moje zmarznięte ręce) i przyglądam mu się. Zostawiłaś na stoliku... Dziękuję, powtarzam cicho. Właściwie dlaczego wyszłaś? pyta nagle. Bo... Ale tego mu nie powiem. Wyszłam, bo nie chciałam narażać serca na przyspieszone bicie. Nie chciałam fundować organizmowi kolejnej dawki adrenaliny, źrenicom nienaturalnego rozszerzania, a udom dotyku męskiej dłoni... Spieszę się, odpowiedziałam prawie zgodnie z prawdą. Jak masz na imię? (to on) Czy to ważne? (to ja) Wchodzimy z powrotem do kawiarni. On pił kawę. Ja herbatę. Rozmawialiśmy o rzeczach nieważnych i bardzo nieważnych. Palcem głaskałam białe płótno obrusu. Zgniatałam znalezione kryształki cukru. On opuszkiem masował brzeg talerzyka. Miał na imię Wojtek. Był brzydki i podobał mi się. Lustrowałam Wojtka, a on mnie. Nagle zorientowałam się, że zabiłam przynajmniej kilkadziesiąt minut więcej niż powinnam. Lecę, powiedziałam wstając. Odprowadzę cię, rzucił szybko. Wyszliśmy. Śnieg prószył mocniej i mocniej. Nie wiedziałam dokąd mam iść z Wojtkiem u boku. Na zajęcia byłam spóźniona. Szłam więc nie wiadomo dokąd, a on mnie tam odprowadzał. Po około godzinie on zapytał: a może wejdziemy gdzieś na chwilę? Rozgrzejemy się kawą i znów wyjdziemy pochodzić? Absurd sytuacji zaczął mnie bawić. Uśmiechnęłam się wesoło. Nagle mocno go polubiłam, choć wcale nie znałam. Po raz trzeci weszliśmy do tej samej kawiarni. Spotykaliśmy się tam coraz częściej. Siadaliśmy coraz bliżej. Mimochodem wpasowywalismy swoje życia – jedno w drugie. Moja godzina czternasta i jego godzina czternasta stawały się nasze wspólne. Już nie zabijałam czasu. A on przekornie szybko dokonywał żywota. Wojtek niczemu się nie dziwił. I to mnie w nim fascynowało. Miałam wrażenie, że codziennie na śniadanie zjadał dużą porcję zrozumienia i popijał szklanką słodkiej akceptacji. Dlaczego się spotykamy? zapytałam pewnego dnia w naszej kawiarni. Twojego powodu nie znam, odpowiedział. A ja po prostu lubię z tobą oddychać, dodał. Przysunęłam się bardzo blisko i wydychałam powietrze prosto w jego usta. Wysunął język i dotknął mojej górnej wargi. Wstrzymałam oddech. Wodził językiem po mych ustach. Byłam mokra. Ściskałam mocno uda. Piersi czekały na dotyk. Jego duża dłoń na mojej szyi. Palce we włosach. Przepraszam, czy podać coś jeszcze? głos kelnerki. Nie, dziękujemy. Wstaliśmy szybko i zaczęliśmy się ubierać, nie patrząc na siebie. Jakby zawstydzeni tym, co się stało. Marzyłam, byśmy znaleźli się gdzieś zupełnie sami. Tylko ja i on. Mój zdrowy rozsądek pukał cichutko do drzwi. Nie ma nikogo w domu, odpowiadałam uparcie, wbijajac wzrok w pośniegowe błoto. Szliśmy szybko. Jak nigdy. Prowadził mnie dokądś. Chciałam iść z nim. Być z nim. Szybko i mocno. Teraz.
Weszliśmy do małego mieszkania. Pachniało drewnem. Gorączkowo pozbywaliśmy się grubych kurtek. Skłębione lądowały na podłodze, nic nie rozumiejąc. Porozrzucane buty, topniejące zlepki śniegu, wśród nich my na drewnianej podłodze. Zachłysnęliśmy się sobą, wpadliśmy w wir cielesności. Porwał nas, przejął kontrolę. Wojtek szarpał moje ubranie, a w tym szarpaniu było coś delikatnego. Nagle przypomniało mi się, że mam na sobie rajstopy. To takie…