Filozofia · 9 min czytania
Wolna wola
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Wolna wola, co za dziwka” Szatan, Adwokat Diabła
Dym z papierosa unosił się powoli w górę. Delikatnie zataczał kręgi, aby rozmyć się w leniwie stojącym powietrzu. Wokoło roznosił się słodki zapach palonego tytoniu. Marco przyłożył papieros do ust i zaciągnął się ostentacyjnie. Odchylił głowę do tyłu i jak najwolniej wypuścił gorzkawy dym. Rozkoszny spokój opanowywał jego ciało. Było coś magicznego w tej chwili. Kładąca wieczorny cień na miasto poświata, ciepły wiatr niosący ze sobą zapach morza, nawet odgłosy miasta, które zdawały się być cichsze i bardziej harmonijne. Tak, ewidentnie wieczór ten krył w sobie jakąś niespodziankę. Marco podniósł się z chłodnej, balkonowej posadzki i oparł się o balustradę. Niedopałek smętnie dymił wetknięty w jego łagodnie zarysowane wargi. Włosy opadły delikatnie na twarz. Chłopak odgarnął je niedbałym ruchem ręki. Spoglądał na przejeżdżające w dole samochody. Napawał się lekkimi podmuchami wiatru. Uśmiechał się sam do siebie. Papieros zgasł. Marco zrzucił jego pozostałości na dół, po czym wyjął następnego z paczki. Zaczął oklepywać się w poszukiwaniu zapalniczki. -Proszę. -Dziękuję. Wdzięczny przyjął płomień. Kiedy tytoń zajarzył się czerwienią Marco wepchnął papieros do ust i znowu zapatrzył się w dal. Niebo powoli stawało się już granatowe. Tylko gdzieniegdzie prześwitywały szkarłatne i purpurowe pasy. Chmury żwawo płynęły na południe. A tuż za nimi podążały ostatnie stada spóźnionych ptaków. -Chciałbyś móc polecieć tam gdzie one, prawda? -Wiesz, niekoniecznie. Wiatr powiał mocniej. Papieros rozjarzył się gwałtownie, po czym równie szybko przygasł. Na ulicy zapaliły się pierwsze latarnie. Usłyszał krzyk. Potem odgłos szybko oddalającego się człowieka. Wzrok powędrował w dół, gdzie nieprzytomny, skąpany we własnej krwi mężczyzna zgiął się w pół i upadł ciężko na chodnik. Z kieszeni wysypały się monety. Zatoczyły kilka kręgów, po czym dźwięcznie zatrzymały się dopełniając swoim radosnym odgłosem tę zatrważającą scenę. Marco wpatrywał się w to bez wyrazu. Czekał mając nadzieję, że coś jeszcze się zdarzy. Po chwili do leżącego podeszła starsza kobieta. Ale zamiast obmyć go z krwi, opatrzyć rany czy chociaż zadzwonić na pogotowie, jak przystało na tak wyglądające panie, kobieta schyliła się i szybko podniosła z ziemi samotne monety. Obejrzała się, czy aby ktoś przypadkiem jej nie widzi, po czym dalej kontynuowała swój spacer. Marco z aprobatą pokiwał głową. Przełożył papieros do drugiej ręki i wyjął z kieszeni drobne, resztę z jakiegoś posiłku na mieście. Patrzył na nie zastanawiając się jak to by było. Tak leżeć na chłodnej i brudnej posadzce, umierać przy akompaniamencie tańcujących pieniędzy. -Chciałbyś być w posiadaniu niebotycznego majątku? Żyć w luksusie? Pływać w dostatku? Ludzie poświęcą także czyjeś życie, aby zdobyć nawet tak małą ilość gotówki. A Ty nie musisz poświęcać nic a nic, wystarczy, że będziesz chciał, a dostaniesz. I to dużo, dużo więcej. -Powiem Ci, że nie chcę i nie sądzę, żebym zechciał. Umrzeć, bo ma się to, czego nie mają inni. Być przedmiotem czczych pożądań i jako taki przedmiot zginąć . Samotnie. Co za godna pożałowania śmierć. W tym momencie tytoń zasmakował realnością i Marco powrócił myślami do rzeczywistości. Właśnie odjechał ambulans wioząc rannego, a może już nieżyjącego mężczyznę. Na chodniku pozostał po nim krwawy ślad. Jutro dozorca go wytrze. Niedopałek zastał chłopaka wpatrzonego w ciemniejącą ulicę. Marco pozbył się go szybko. Wyciągnął kolejnego papierosa, ale tym razem nie miał problemów ze znalezieniem zapalniczki. Już po chwili słodki dym znów uniósł się do góry. Ludzie zaczęli powoli rozmywać się w nadciągającej nocy. Miasto tonące w gęstym mroku szykowało się do odpoczynku. Zaraz ostatnia żona powita w drzwiach ostatniego męża i razem z ostatnimi dziećmi zasiądą do ostatniego stołu, aby jako już ostatni złożyć swe sny w rękach jednookiego Morfeusza. Dym utworzył w powietrzu spiralkę. Potem kolejną i kolejną. Marco patrzył na nie z półprzymkniętych powiek. Światła w oknach zaczęły gasnąć. Znów są razem. Rozdzieleni przez dzień, połączeni przez noc. Zamknięci w swej rodzinnej, ciepłej,