Melodramat · 12 min czytania
Wolna z wyboru
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Średnio co 30 sekund ktoś na świecie popełnia samobójstwo. Choroby psychiczne to teraz jeden z najpoważniejszych problemów zdrowotnych na świecie. Osoby te, najczęściej chorują na depresję, nie zdając sobie z tego sprawy. Trzy czwarte spośród samobójców to osoby młode, dopiero zaczynające życie. Jest mnóstwo pytań, na które nie da się odpowiedzieć. Ja, jako lekarz specjalizujący się w psychiatrii, nie jestem w stanie na każde pytanie odpowiedzieć w pełni prawidłowo. Dlaczego? Ponieważ każdy człowiek jest indywidualnością. Spojrzenie na świat, przez okulary młodego człowieka z problemami jest inne, niż oglądanie świata oczami osoby szczęśliwej i otoczonej miłością rodzinną. Z każdym dniem poznaję coraz więcej osób borykających się z problemami egzystencjalnymi. To, dlaczego ludzie się zabijają. No cóż, to na zawsze pozostanie tajemnicą…”. Gdybym wcześniej wiedziała, że będę tą osobą, która teraz stoi na szczycie wieżowca, w pięknym i rozwijającym się mieście, może nie przełączyłabym na inną stację w telewizji. Wtedy mój problem nie istniał. Nie istniałam też ja, taka bezbronna, beznadziejnie smutna, rozkojarzona i pusta wewnątrz.
Siedem miesięcy wcześniej
Widzicie, siedem miesięcy, tyle czasu wystarczy by człowiek stał się kimś innym. Aby zniknął, stał się nierozpoznawalny i niewidzialny. Czy to długo czy krótko, nie wiem. Nie będę tego oceniać. Osobiście uważam, że mogło to nawet trwać miesiąc. Skoro możemy czekać lata na kogoś, a gdy ktoś taki się pojawi, zakochujemy się w bardzo krótkim czasie. Może tydzień? Może miesiąc? Jakby to było ważne. Czas… to nic. Ukazuje tylko jak szybko mija życie, a wraz z nim szczęście, uśmiech i radość. Jakby nie istniał czas, każdy byłby wolny. Wolny od przymusowej pracy, od punktualności, od rozkazów i kazań. Być wolnym… Jaką cenę musimy zapłacić by się tak czuć? Co mam zrobić, by być ptakiem? Albo pumą? Szczerze mówiąc, to nawet bycie muchą by mnie zadowoliło. Dlatego teraz jestem kimś innym, ale w tym samym ciele. Postanowiłam poczuć się wolną. Przez te kilka sekund spadania będę wolna... Przejdę do rzeczy. Młoda kobieta, pracuje w kawiarni, w weekendy ma zajęcia na uczelni (studiuje zaocznie). To ja. Nie jestem chuda, nie mam hollywoodzkiego uśmiechu i nie maluję się. Nie oznacza to, że się nie myję. Po prostu, dbam o siebie, ale nie jest to moim priorytetem. Warto byłoby powiedzieć co nim jest. Otóż, sama nie wiem. Zawsze chciałam być wolną kobietą, bez mężczyzny. Chciałam się usamodzielnić – stąd praca w kawiarni. Przyjaciele? Mam kilkoro dobrych znajomych, ale wątpię czy skoczyliby za mną w ogień. Rodzeństwo? Mam starszego brata – wyjechał do Anglii i pewnie stamtąd nie wróci. Rodzice? Po rozwodzie, wciąż się nienawidzą i nie odzywają do siebie, czego komentować chyba nie muszę. Żyłam sobie spokojnie, w małej i taniej kawalerce. Na drugim końcu miasta (tani wynajem). Praca mnie nie pochłaniała, bo jak bycie kelnerką może być czymś fascynującym? Studiowałam też bez żadnych problemów – nie licząc kilku warunków na moim koncie. Byłam tylko człowiekiem, tym typem zniewolonego, szarego, ale uśmiechającego się do nieznajomych. Ale po co się uśmiechałam? Chyba po to, żeby opowiadać teraz tą beznadziejną historię. Nie zachęcam do dalszego czytanie, w ogóle! Wręcz odradzam. Nie skończy się to źle dla Ciebie, ale mimo wszystko humoru nie poprawi. Pewnego pięknego i słonecznego dnia, po południu, przyjmowałam zamówienie od młodych osób. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie te ciągłe uśmieszki i głośne śmiechy, gdy tylko odwracałam wzrok. Nie mogłam się unieść. Nic mi na to nie pozwalało. Jak zwykle nie zareagowałam. A powinnam! Grzecznie poszłam na zaplecze, wylałam kilka łez i wróciłam z powrotem, by obsłużyć klientów. I tak było dzień w dzień. Przychodzili i mnie męczyli, nękali. Każde ich spojrzenie było pełne pogardy, braku szacunku i obrzydliwości co do mojej osoby. Nie wiedziałam dlaczego. Czy to chodziło o moją pracę? O mój strój? Może o mój wygląd? Trwało to trzy miesiące. Prawie 90 dni pozwalałam dzieciakom nabijać się ze mnie. W końcu nie wytrzymałam. Przyszli do kawiarni, było ich pięcioro – czterech chłopaków i jedna dziewczyna. Zamówili cztery piwa i jeden sok pomarańczowy. Mieli ze sobą dowody, na moje nieszczęście, lecz nawet to nie przeszkodziło mi w pewnym planie. Oczywiście, jak zawsze zachowywali się jak banda dzieciaków, dopóki nie zobaczyli rachunku. - Ile? – zapytał chłopak, o blond włosach i śnieżnobiałym uśmiechu. – Przecież to kurwa niemożliwe! – Krzyknął i podał rachunek chłopakowi o ciemnych włosach, karnacji i pięknych zielonych oczach. - Chyba panienka sobie dodatkowe usługi naliczyła – popatrzył na mnie z pogardą. - Może ruchać by chciała? – Zaśmiał się piegowaty rudzielec, wypijając końcówkę piwa. - Zapłaćcie i idziemy – powiedział stanowczo wysoki brunet, o lekko kręconych włosach. - Sam to zapłać! – Zawołał blondyn i rzucił rachunek na stół. Byłam zdziwiona, gdy brunet wyciągnął portfel i podszedł do mnie, do baru. Uśmiechnął się delikatnie i wyszeptał. - Rozumiem, że są nieznośni. Dobry pomysł z tą kasą, przynajmniej nie będą pani męczyć – głośno westchnął patrząc na złych kolegów. – Proszę – podał mi 100 zł, - mam nadzieję, że wystarczy za te wszystkie nieprzyjemności. - Oczywiście – odparłam chłodno. - Nie przyjdą już tutaj, zadbam o to. Co mnie podkusiło, by się odezwać i powiedzieć: - A czy pan przyjdzie? - Nie liczyłbym na to – wbił wzrok w blat. – Do widzenia. - Do widzenia. Chłopak podszedł do kolegów i wszyscy razem wyszli z kawiarni. To wtedy wszystko się zaczęło zmieniać. Do kawiarni nie przychodzili ci upierdliwi chłopcy, była cisza i spokój. Nikt mnie nie krytykował, nie oceniał. Wszyscy byli mili i przyjemni. I to mnie zaczęło drażnić. Codziennie uśmiechałam się osiem godzin w pracy. Już, kurwa nie mogłam znieść