Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 1 godz. czytania

Wolny wybór

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Czekaj! - krzyknął chłopak, próbując dogonić idącą parę metrów przed nim dziewczynę. Nad nimi rozciągał się malowniczy, różowopomarańczowy zmierzch. Czerwone słońce leniwie staczało się za horyzont. Po dusznym, letnim dniu, od północy nadciągał przyjemny chłód. Wkrótce miała zapaść noc. Dwoje młodych ludzi, bez obowiązków, bez nadzoru, wałęsało się po okolicy. On upajał się słodką bezczynnością lipcowych dni w jej towarzystwie; ona ciągle szukała jakiegoś zajęcia dla pustych rąk, dla wolnego od trosk umysłu. Nie potrafiła nigdy usiedzieć w szkole - ale w wakacje nie odpoczywała w domu, we własnym pokoju, w łóżku. Zawsze gdzieś szła, prawie gnała - a on gonił za nią, jak kita za szybkim lisem. - Zwolnij trochę, dziewczyno - wysapał, dopadając ją, chwytając od tyłu za barki. - Olimpiada dopiero za trzy lata. Jeszcze nie zbierają kadry. - Nie marudź, bo zacznę naprawdę biec, i wtedy już mnie nigdy nie dogonisz - odparła mu, nie zatrzymując się, nie odwracając się do niego, i nie zdejmując jego dłoni ze swoich barków. Podmuch wiatru uniósł jej długie, proste blond włosy, i połaskotał nimi twarz chłopaka. - To ja stanę, odetchnę, i poczekam tu - odparł, puszczając ją, przystając - aż okrążysz ziemię dookoła, i złapię cię, jak będziesz mnie dublować. - Dobra - wzruszyła ramionami. - Ej, poczekaj! Zawędrowali, błądząc bez celu po pustych uliczkach, do parku. Czaili się przez chwilę na skraju zieleni. Ponure sylwetki drzew rzucały na nich karykaturalnie długie cienie. Słońce stało nisko a tego wieczorne promienie padały na ziemię niemal poziomo. - Idziesz? - spytała dziewczyna, zniecierpliwiona. Nominalnie, żaden park to nie był, i nie figurował jako taki na żadnym oficjalnym świstku. Ot, fragment niezagospodarowanego terenu, gdzie nikt nic nie zbudował, a rosnącej trawy i chwastów nikt nie skosił a drzew nikt nie ściął. Ludzie nazywali go jednak Parkiem, albo Ogrodem. Nikt natomiast - lub przynajmniej rzadko kto - odwiedzał to miejsce. Mimo zieleni, mimo drzew, mimo kojącego cienia, biła z niego jakaś nieznośna, cmentarna atmosfera. Gdyby przystanąć, popatrzyć przez chwilę - przeszywał człowieka zimny dreszcz, a na czoło występował pot. Oczy zaczynały nerwowo biegać, aż w końcu twarz sama odwracała się w przeciwną stronę a nogi zaczynały paniczną ucieczkę. Grasowanie w takim miejscu mogło być rozrywką tylko dla znudzonych, żądnych adrenaliny dzieciaków. Gosia szła między drzewami bez strachu. Nie była lubiącą się bać nastolatką. To miejsce nie budziło w niej perwersyjnego lęku; przyjemnego dreszczyka płynącego z obcowania sam na sam z nieokreślonym zagrożeniem. Jakby zupełnie nie wyczuwała grobowego nastroju, wiszącego wśród gałęzi jak stara pajęczyna. Całkiem możliwe jednak, że po prostu nie robił na niej wrażenia. Ot, park. Drzewa. Odgłosy rozmowy Gosi i Adama - ich przekomarzania, zrzędzenia i droczenia się - dudniły głucho pośród drzew; jak w kartonowym pudle. Oprócz ich głosów i kroków, w Ogrodzie nie zabrzmiał żaden inny, choćby najcichszy dźwięk. W dziuplach nic nie mieszkało, a na gałęzi nie przysiadł żaden ptak. - Ty, ciekawe, czy tymi liśćmi możnaby się zbakać? - Zbakać... Nic, tylko zbakać... - kręcił głową Adam. - Czy ty naprawdę nie masz lepszych rozrywek? - Może nie - rzuciła zjadliwie, nie odwracając się nawet do niego; szła uparcie przed siebie. - Ćpunka. - Jezu, Adaś, ty to ze mnie narkomankę, alkoholiczkę i w ogóle ikonę dekadencji robisz - odparła Gosia, robiąc minę zbitego pieska. - A ja tylko nowej rzeczy chcę spróbować. Ot i cała Gosia. Tylko spróbować. Było to dla niej coś zupełnie naturalnego - prawie jak wdech i wydech. Wielce prawdopodobne, że ten organoleptyczny odruch przyswoiła sobie, gdy tylko nauczyła się oddychać i pewnie tylko brak uzębienia uratował jej niemowlęcy kciuk przed odgryzieniem. Gdy podrosła, nauczyła się chodzić, a w jej otoczeniu zaczęły pojawiać się pozostawione samopas małe przedmioty, nie omieszkała się tego i owego spróbować. Zjadała namiętnie siarkę z zapałek. Próbowała papierosów. Gryzła i połykała. Połknęła plastikowego klocka w przedszkolu. Nie smakował jej - ale tak jakoś wyszło. Na plastyce kradła kolegom i wcinała kredki świecowe. Popijała wodą od farb. Chleb lubiła jeść z truskawkową pastą do zębów. Mleko jej nie obrzydzało. Jako ośmiolatka znała już smak wina i piwa, i uczucie rauszu po setce. Bez ceregieli zjadła dżdżownicę. Pomimo tego wszystkiego, dożyła wieku dziesięciu lat w dobrym zdrowiu i bez nietypowych dla dziesięciolatki uszkodzeń narządów wewnętrznych. Jako nastolatka, była pierwsza do spróbowania marychy - ot, żeby spróbować. Naćpała się, a potem rechotała jak głupia przez kilka godzin. Nigdy nie sięgnęła po nic twardszego - nie tyle z rozsądku, co z tej prostej przyczyny, że kokaina nie wydała jej się warta spróbowania. Wierną przyjaciółką trawki też nie została. Po trosze dlatego, że nikt jej za darmo nie rozdawał, a Gosia groszem nie śmierdziała, a po trosze dlatego, że bogatsza w wiedzę praktyczną o marihuanie, ruszyła szukać nowych doznań. Niedawno - a miała już siedemnaście lat - odkryła, że liście klonu robią to samo, co gandzia, za darmo. Teraz, gnana nową ciekawością, podskakiwała, usiłując zerwać czerwony liść. Adam, jej rówieśnik, wiernie człapał za nią, z cichą nadzieją, że kiedyś jej żądza poznania skieruje się na niego. - Podsadź mnie! - zakomenderowała Gosia. Chłopak zignorował rozkaz. Minął ją i wolnym krokiem poszedł dalej, kręcąc głową. Za jego plecami, dziewczyna uparcie podskakiwała, wybijając się wysoko w górę, a jej palce o centymetry mijały czerwony liść. Drzewo nie było stare. Wyrosło tu ponoć zaraz po wojnie. Pięćdziesiąt lat - nic w porównianiu z tysiącletnimi dębami. A jednak robiło wrażenie. Nie tyle zadziwiało, co odstręczało. Wyglądało szkaradnie, odrażająco; groźnie. Pokrywała je zupełnie czarna kora. Mocnego pnia nie porastał od strony północnej mech. Nie rosły na nim huby. Nie wydało także żadnych owoców. Rosły na nim tylko liście. Czerwone, błyszczące liście. Wściekle karmazynowe bez względu na porę roku. Ponoć zawsze tak było. Rzekomo wyrosło, wykiełkowało z ziemi całe czarne a pierwsze pączki na młodych gałązkach były szkarłatne, nie zielone. Nigdy nie wydało kwiatów, żołędzi czy kasztanów. Nie pyliło. Nie więdło i nie gubiło liści na zimę. Było jakby martwe. Od chwili wzejścia, niby żywy, rozwijający się, rosnący trup. - Chodź tu! - irytowała się Gosia. - Gonia, odpuść sobie! - Nie to nie, łaski bez! - I co? - wybuchnął Adam. Ciągle plecami do niej, zaczął ognistą perorę. - I co? Urwiesz durny, czerwony liść i się nim zbakasz? Tego chcesz? A może wytrzęsiesz całe drzewo, aż wszystkie liście spadną, i będziesz zajadać, jak chipsy? Jak rany, Gonia, ja cię lubię, ale czasem to cię w ogóle nie rozumiem. To już liście klonu niedobre? Znudziły się? Musisz koniecznie znaleźć coś nowego, i to muszą akurat być liście z tego drzewa, tak? Boże, co za dzieciak z ciebie! Tylko spróbować... Do szału już mnie doprowadza to twoje "tylko spróbować" ! Co ty jesteś - zwierzę, co się nie umie powstrzymać? Przecież nawet zwierzę czasem się powstrzyma! Ale nie, Gosia nie, Gosia musi... Zmęczył się. Zamilkł, wylawszy z siebie jednym tchem potok gorzkich słów. Gosia mu nie odpowiedziała. Ale ona nigdy nie milczała. Powinna mu ten wywód przerwać po drugim zdaniu, zwrzeszczeć, złajać - a na koniec przymilnie pogodzić się z nim, bo nie chciała potem sama łazić po mieście. Lubiła go. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego, że jednak coś powiedziała. Zagłuszyły ją jego gniewne słowa. Usłyszał ją; usłyszały ją jego uszy. Ale nie jego mózg. Nie było to na tyle stanowcze, by zbić go z tropu. Nie sprzeciwiała się jego słowom, nie krzyczała na niego. Pod jego czaszką dudniło echo tylko jednego słowa - "Mam!" Adam obejrzał się za siebie. Gosia leżała na ziemi - z zamkniętymi oczami, z twarzą bez wyrazu. Chłopak podbiegł do niej i zaczął nią potrząsać, pewien, że dziewczyna robi sobie głupie żarty. Gdy jednak nie zareagowała na łaskotanie, które zwykle sprawiało, że wiła się, rycząc ze śmiechu, zaczęła ogarniać go panika. Uniósł jej głowę i palcami macał miejsce przy miejscu tył jej czaszki, szukając jakiegoś guza czy rozcięcia. Nie natrafił jednak ani na stłuczenie, ani na krew. Przyłożył rękę do czoła. Było chłodne. - Jezu... Jezu... Ręce zaczęły mu się trząść. Starając się opanować drżenie, przycisnął dwa palce do jej białej szyi, gdzie - jak pamiętał - przebiegała tętnica. Pod uciśniętym miejscem nie wyczuł jednak pulsu. Cofnął dłoń, jak oparzony. Spojrzał na te dwa palce z wyrzutem. Kłamcy! Może stracił czucie w palcach. Albo po prostu w złym miejscu przyłożył. Wodził rozbieganym wzrokiem po ciele leżącej bezwładnie koleżanki. Ręce mu latały, usta drżały a oddech rzęził. Wstydził się. Przez moment walczył ze skrępowaniem, słusznym w każdej innej sytuacji - po czym przycisnął dłoń mocno do jej mostka, uciskając lewą pierś, próbując wyczuć bicie serca. To ani drgnęło pod jej wątłymi żebrami; miał wrażenie, że jej te żebra połamał, szukając pulsu. Nie usłyszał ani nie wyczuł oddechu, przysuwając twarz do jej ust. Ogłupiały, roztrzęsiony i spanikowany, przywoływał w myślach dawne lekcje z pierwszej pomocy. Wyciągnął z jej ust głupi czerwony liść i cisnął go ze wstrętem na bok. Zatkał jej nos i nachylił się nad nią. Przez blisko kwadrans, jak w transie, robił jej na przemian sztuczne oddychanie i masaż serca. Potem przez godzinę łkał, tuląc ją w ramionach - zimną i bezwładną.

***

Adam snuł się bez celu po mieście. Nareszcie nikt go o nic nie pytał, nikt na niego nie krzyczał, nikt nie patrzył mu na ręce. Nie miał chwili spokoju od chwili, gdy znaleźli go w Parku, trzymającego martwą dziewczynę. Był w szoku. Siedział w kompletnym bezruchu, przyciskając Gosię kurczowo do siebie. Widział idących ku nim policjantów. Zamajaczyli przez chwilę w polu widzenia jego wytrzeszczonych oczu, wbitych nieruchomo w jakiś nieokreślony punkt. Nie zareagował jednak w żaden sposób na ich pytania, szturchnięcia, a w końcu krzyki. Słyszał je - ale nie był w stanie zmusić się do czegokolwiek: jakiegoś gestu zrozumienia czy słowa obrony. Nie miał siły zaprotestować, gdy wyszarpywali dziewczynę z jego objęć. Nie sprzeciwił się, gdy ją zabrała w czarnym worku karetka, a jego skuli i w kajdankach odwieźli na komisariat. Nie odpowiadał zasypującym go pytaniami funkcjonariuszom, czym doprowadzał ich do szału - ale miał prawo do milczenia. Milczał, niezdolny wydusić z siebie choć jednego dźwięku, gapiąc się wciąż gdzieś w pustkę. Dopiero gdy w nieruchome oczy spojrzała przybyła na komisariat matka Adama, niewidzialna bariera - niby lustro weneckie, zza którego oglądał świat - pękła. Nieruchoma, pozbawiona wyrazu twarz wykrzywiła się w wyrazie bezgranicznego żalu, a z kącików skupionych oczu pociekły słone łzy. - Mamusiu... - wyszeptał chłopak, ledwie słyszalnie. Kobieta objęła go. Płakała razem z nim. - Wszystko będzie dobrze, Adasiu... Zobaczysz... - tłumaczyła mu, siląc się na pogodny ton. - Mamo... Mamo, ona nie żyje... - Wiem, synku... Wiem... - To moja wina... - To wcale nie jest twoja wina, Adasiu - tłumaczyła mu, gładząc jego niesforne włosy. Jemu, a może tak naprawdę sobie. Bo w tamtej chwili tylko on wiedział, co się stało - a nikt nie był w stanie wydobyć od niego tej prawdy. Wobec tego wysnuli własne, koszmarne, odrażające, nieprawdziwe, oszczercze teorie - a on nie mógł zadać im kłamu; prawda uwięzła mu w gardle. Dopiero widok matki, jej głos, i jej ciepły uścisk otworzył mu usta. Wówczas zaczął się tłumaczyć. Szyja go rozbolała od kręcenia przecząco głową, gardło - od powtarzanego raz za razem "nie". Nie, nie zamordował Gosi. Nie, nie uderzył jej. Nie udusił jej. Nie pobił jej. Nie dźgnął jej nożem. Nie, nie kłócili się o nic tuż przed jej zgonem. Nie, nie miał zamiaru z nią współżyć ani przed ani po zgonie. Nie, nie chciał jej zgwałcić. Nie, usiłował ją ratować. Nie, stłuczenie żeber mogło powstać wskutek masażu klatki piersiowej. Nie, trzymał ją tak, bo ją kochał, a ona właśnie umarła. Nie, nie próbował zataić jej śmierci przed policją. Nie, nie zadzwonił na policję od razu, bo był w zbyt wielkim szoku, żeby zrobić cokolwiek. Nie, nie zadzwonił po karetkę dlatego, że próbował ratować ją sam. Nie, nie miał alibi. Był przy niej, gdy zmarła - to fakt. Nie próbował zaprzeczać. Nie, nie miał alibi. - Czy to, że kochałem... kocham tę dziewczynę od małego to jakiekolwiek alibi? - spytał, patrząc z gorzką miną na funkcjonariusza naprzeciwko, załamując ręce. - Nie... Niestety... - pokręcił głową policjant. Żal mu było chłopaka, ale musiał mu powiedzieć prawdę. Starą prawdę, że od miłości tylko krok do nienawiści, a od nienawiści tylko pół kroku do ohydnej zbrodni. Ten sam scenariusz powielony po tysiąckroć w każdym zakątku ziemi - zmieniały się tylko nazwiska, miejsce, czas i narzędzie zbrodni. I choć posterunkowy jako człowiek współczuł siedzącemu naprzeciwko chłopakowi, bo widział przed sobą tylko zmaltretowanego przeżytym koszmarem dzieciaka, nie zbrodniarza, to jako urzędnik państwowy musiał wyciągnąć od niego całą prawdę, i czekać, aż medycyna sądowa potwierdzi jego zeznania. - No właśnie... - zaczął funkcjonariusz, po długiej chwili milczenia. - Mówisz, że kochałeś tą dziewczynę... Adam skinął tylko, wbijając wzrok w splecione palce opartych na stole dłoni. - Przepraszam, że o to pytam, ale rozumiesz, musimy ustalić pewne fakty... - tłumaczył policjant, uciekając wzrokiem w bok, gdy Adam spojrzał na niego spode łba. - Chodziliście ze sobą? - Nie... - Ale mówisz, że ją kochasz... - Tak... - Czy ona wiedziała o tym? - Nie - odparł Adam krótko, zaciskając usta. - Ale czemu? - A po co jej miłość siedemnastoletniego gnojka? Jak dziewczyna ma siedemnaście lat, to jej w głowie dwudziestolatni bruneci o brązowych oczach, a nie rówieśnik, kumpel jeszcze z czasów piaskownicy... Pan nigdy nie był w moim wieku i nie uganiał się za taką Gosią? - Jasne. - No to sam pan rozumie... Dziewczyny potrzebują jakichś romantycznych zrywów, książąt z bajek, przyjeżdżających na białym koniu, uroku nieznanego i takich tam... A mnie miała na codzień. Zresztą, nie wyglądam na księcia z bajki, co? Tu oboje zaśmiali się cicho. Po chwili jednak minęła wesołość, a miny im zrzedły; musieli wrócić do nieprzyjemnej rozmowy, w której zachowywali pozory uprzejmości, ale jeden drugiemu nie mógł ufać. - I, powiedz mi, nie męczyła cię ta sytuacja? - Oczywiście, że męczyła - odparł Adam, po czym westchnął ciężko. - Chodzić krok w krok za kimś, jak cień, i nigdy nie móc jej mieć... To jest męczące... Słuchać, że lubi, że uwielbia, że jaki fajny jestem, że umiem rozśmieszyć, pocieszyć... Słodkie... Ale co z tego, skoro i tak śliniła się do tego czy innego przystojnego bęcwała z prawem jazdy? - I nie doprowadzało cię to do szału? - drążył posterunkowy. Sondował Adama pod bardzo konkretnym kątem. - Nie miałeś ochoty, żeby coś tym zrobić? Cokolwiek. - A co ja mogę? Nie jestem Bogiem - wzruszył chłopak ramionami. - Ale nie myślałeś, żeby tak zebrać się w sobie, stanąć przed nią, spojrzeć jej w oczy jak mężczyzna i wyznać, co czujesz? - Boże, nigdy... Przecież ja przy niej to się rozpływałem jak masełko na patelce. Prawdopodobnie skończyłoby się na tym, że wypłakałbym jej tę miłość na ramieniu, a to chyba by nie było zbyt męskie... - Nie próbowałeś nigdy zgrywać twardziela? Tak, żeby zrobić na niej wrażenie? - Gdzie tam! Wiedziała, że ciapa jestem, ledwo biegam, i w ogóle... Nawet nie mam jak udawać twardziela... Nie mam takich muskułów, żeby się napiąć, żeby dziewczynie oczy z orbit wyszły. - A miałbyś siłę, żeby ją uderzyć? Adam spojrzał na funkcjonariusza, mrożąc go wzrokiem. - Nigdy. Jakiegoś kolesia to bym i może od biedy obił... jakiegoś paralityka albo flegmatyka... Ale dziewczynę? Prędzej by mi ręka uschła i odpadła, niżbym ją podniósł na dziewczynę. A już tym bardziej Gosię... Zresztą skopałaby mi tyłek, gdybym ją chociaż pacnął - mówiąc to, Adam uśmiechnął się słabo. - Czyli nie byłbyś w stanie zrobić nic Małgosi tylko dlatego, że nie mogłeś jej mieć? - Nie. Nigdy. - A czy nie przypominasz sobie jeszcze czegoś z tamtego wieczora... Czegokolwiek? - Nie, nic nie przychodzi mi do głowy... - Ale... coś gwałtownego tuż przed tym, nim zauważyłeś, co się stało? - Mówiłem panu, że niewiele pamiętam od momentu, gdy weszliśmy do parku. Pamiętam, że szliśmy wśród drzew, a potem tylko, że Gosia leży nieżywa. Tylko tyle... - Mówiłeś też, że się o nic nie kłóciliście... O czym zatem rozmawialiście? - Nie pamiętam! Nic. - Ale pamiętasz, że się nie kłóciliście - drążył mężczyzna. - No tak... Ale to tak, jak wyrwać kartkę ze środka zapisanego zeszytu, i nie pamiętać, co na niej było, ale wiadomo, że nie była to Inwokacja z Pana Tadeusza. - Czyli, krótko mówiąc: nic... Nic także nie znaleźli policyjni patolodzy. Gosia nie została pobita, pchnięta nożem, zastrzelona. Nikt jej nie popchnął, na nic nie wpadła, niczego sobie nie złamała. Znaleźli na niej odciski palców Adama, bardzo dużo odcisków - na jej twarzy, szyi, na jej koszulce. Jego ślinę na jej ustach. Jego łzy na jej szyi. Miała lekkie stłuszenie żeber, ale nie powstały krwiaki; nie wystąpiły żadne inne odruchy obronne żywego organizmu. Jakikolwiek ślad Adam pozostawił, zostawił na jej ciele dopiero po jej zgonie. Analiza toksykologiczna także nie wykazała niczego. Gosia nie miała we krwi alkoholu, śladów środków odurzających, toksyn ani innych niebezpiecznych chemikaliów. Jej krew była czysta. Nie została upita, otruta ani naćpana. Jej organizm nie wykazywał śladów działania żadnych czynników fizycznych ani chemicznych, ani zewnętrznie, ani wewnętrznie. Żadnych guzów, siniaków, chorobowych przebarwień skóry, rozszerzonych źrenic, stłuczeń narządów wewnętrznych. Pod paznokciami nie znaleziono śladów krwi, fragmentów skóry, które zostałyby tam, gdyby przed śmiercią walczyła, broniła się. Nie był to także zawał. Tak jakby umarła nagle i zupełnie bez powodu. Zeznania Adama tylko to potwierdzały, a za jego słowami stanęła murem jego rodzina, oraz matka Gosi, która znała chłopaka od małego i była przekonana o jego niewinności; ojciec dziewczyny nie ferował wyroków. Pracował całe dnie, kolegi córki nie znał, i nie wiedział, co o nim myśleć. Ot, sympatyczny chłopak, wyglądał na miłego i raczej nieszkodliwego - ale co niby tak naprawdę wygląd mówi o człowieku? Koniec końców, wypuścili chłopaka, z braku dowodów czegokolwiek - czy to przestępstwa, czy nagłej śmierci.

***

Adam snuł się bez celu po mieście. Koszmar oskarżeń, pytań i wyjaśnień się skończył - ale wolność w obliczu samotności nie napawała go optymizmem. Błąkał się, idąc gdzie oczy poniosą, nie zwracając uwagi na mijanych ludzi, na samochody na przekraczanych ulicach, na krzyki, nawoływania, zaczepki. Gapił się nieruchomo w ziemię tuż przed sobą; przewijającą się przed nim drogę donikąd. Zgubił swoją przewodniczkę. Wraz z nią, zgubił cel. Stracił na zawsze obiekt swych uczuć - a z nim, uczucia. Nie czuł gniewu, strachu. Tylko pustkę. Nic go nie cieszyło i nic nie rozwścieczało. Nic się nie liczyło. Szedł przed siebie, choć nigdzie nie zmierzał. Nagle, wzdrygnął się i przystanął. Rozejrzał się dookoła nerwowo, jakby obudził się z głębokiego snu. Przez chwilę nie miał pojęcia, gdzie jest, jak to bywa zaraz po przebudzeniu. Szybko jednak rozpoznał pustą okolicę. Wyrwany ze snu niepamięci i braku czucia, obudził się w swoim najgorszym koszmarze. Ocucił go odurzający zapach śmierci, bijący od parku - złowieszcza aura, silniejsza niż kiedykolwiek. To ona odstręczała i zmuszała do panicznej ucieczki każdego, kto choć na chwilę przystanął w tym miejscu, na skraju Parku. To ona ściągała teraz Adama do Ogrodu - dalej, głębiej. Zaznał wśród tych drzew bodaj najsilniejszego uczucia, jakie spotyka człowieka, w całej jego rozciągłości - rozpaczy. Wspomnienia, choć chaotyczne, i poszarpane przez szok, przerażenie i smutek, rozmyte i rozmazane przez łzy, tkwiły głęboko wryte w delikatną materię młodego umysłu. Wracały do niego uporczywie w snach. Na jawie, Adam wrócił do nich. Przyszedł zmierzyć się z koszmarami; spojrzeć im w twarz, nie ulec, i odejść zwycięski, choć pokonany. Wszedł do Ogrodu. Czuł, że grunt ucieka mu spod nóg; że śliska się po błocie, po bagnie przesiąkniętym krwią, której odór durzył go i usypiał. Szedł jednak naprzód z zaciętym wyrazem twarzy, mijając milczących mieszkańców parku. Wbijał palce w korę, rozdrapywał ją, ciągnąć po niej paznokciami. Uderzał pięścią w ich pnie. Jakby karał je za to, że nie pomogły, nie ratowały jej, nie broniły jego. Bił drzewa za swoją bezsilność tak, że aż leciały drzazgi; tak, że krew spłynęła po zaciśniętych pięściach. Zatrzymał się, by rozmasować skrwawioną dłoń. Lizał rany. Wtedy, pomiędzy omszałymi pniami, zobaczył czarne drzewo z czerwonymi liśćmi, które nie spadały nawet zimą. Jakie to dziwne, pomyślał. Bo choć pamiętał Park - choć nie mógł zapomnieć tragedii, jaka się w nim rozegrała, nie mógł wymazać z pamięci widoku martwej Gosi, i nawet w snach widział znienawidzone, bezczynne drzewa - to tego jednego zupełnie nie pamiętał. Tak jakby skryło się gdzieś w zakamarkach umysłu, w jakimś fałdzie mózgu, i nie wychylało się. Jakby zniknęło z jego wspomnień, pragnąc uniknąć odpowiedzialności. Jak diabeł zaprzeczający swojemu istnieniu - diabeł, który coś zmajstrował. Tylko co? Adam podszedł do czarnego, obmierzłego drzewa i przyglądał się mu, mierzwiąc brwi. Bił od niego smród winy, odór zła, zapach śmierci - ale chłopak nie mógł znaleźć żadnych dowodów grzechu, prócz przeczucia; prócz przemożnej świadomości, że drzewo było winowajcą. Stało, milczące, czarne, martwe. Jego czerwone liście pozostały niewzruszone na podmuchy wiatru. Na czarnej, wilgotnej ziemi, leżał jeden suchy liść. Z tego drzewa nigdy nie spadały liście. Nawet zimą. Nie zrywał ich nawet wiatr. Mam! Przypomniał sobie nagle, jak Gosia skakała, usiłując taki liść zerwać. Jak kazała mu sobie pomóc, i jak psioczyła na niego, gdy odmówił. A potem - jak znalazł ten liść na jej języku; wyciągnął go, by móc ją ratować, tłocząc własne powietrze w jej nieruchome płuca. Gdy schylił się, by wziąć go w dłoń, ten zbrązowiał, skulił się i pod jego dotykiem rozpadł się. Adam cofnął rękę, zaskoczony. Powstał z kucków i stojąc tuż pod drzewem, uniósł głowę i spojrzał na wiszące nad nim gałęzie, obwieszone szkarłatnymi liśćmi. Skupił wzrok na najniższej z nich; na liściu dyndającym na jej końcu - w zasięgu jego ręki. Podskoczył - raz i drugi - ale zdobycz wymykała się jego palcom. Raz po raz chwytał tylko powietrze, milimetry od celu. Liść zdawał się być poza jego zasięgiem; widoczny, tak bliski, a jednak niedostępny. Zupełnie jak Gosia, przeszło mu przez myśl. Wybił się i chwycił karmazynowy liść, niemal miażdżąc go w zaciskającej się pięści. Patrzył na niego, leżącego płasko na jego dłoni. Zastanawiał się, czy to ten liść - taki liść - zabił Gosię. Czy umarła właśnie od tego, że wzięła go do ust. Położył go sobie na języku.

***

Patolog orzekł, że zgon był natychmiastowy. Gdy ci sami policjanci, którzy znaleźli Adama ściskającego martwą Gosię, odkryli w Ogrodzie jego zwłoki, w pierwszej chwili pomyśleli, że desperat poszedł sobie odebrać życie w miejscu tragedii; że Romeo chciał umrzeć tam, gdzie Julia. Jednak sekcja zwłok nie wykazała żadnej próby targnięcia się na własne życie. Gdyby Adam chciał dramatycznie pożegnać się ze światem, powiesiłby się, a jego szyję zdobiłaby sina obręcz. Nic takiego jednak nie odkryto. Żadnych pręg, zadrapań, ran, dziur. Ani kropli krwi. A w żyłach ani grama niedozwolonych substancji. W żołądku nie znaleziono śladów trucizny ani środków nasennych. Nie było to więc samobójstwo. Nikt także go nie zabił. Przesłuchano dziesiątki świadków, począwszy od rodziny Adama i Gosi, poprzez ich wspólnych znajomych, kończąc na ludziach mieszkających w okolicy Ogrodu. Nie, nikt nic nie widział. Chłopak był w Parku sam. Nie, nie zdradzał się z zamiarem udania się tam. Nie, nikt nie winił go za śmierć Gosi. Nie, nikt nie żywił do niego żalu czy nienawiści z powodu jej śmierci. Przecież ratował ją, prawda? Robił jej sztuczne oddychanie i w ogóle. On ją lubił, panie władzo. Zresztą, jego też nie sposób nie lubić było - taki ciapowaty, ale sympatyczny chłopak. Jedynie ten czerwony liść w jego ustach zdziwił doktora Sulika. Dał go do analizy - choć przecież był to tylko zwykły liść. Adam nie udusił się nim - znaleźliby go głęboko w gardle, nie w jamie ustnej, gdyby do tego doszło. Laboratorium nie odesłało doktorowi żadnych rewelacji - ot, czerwony liść. Nie miał właściwości trujących ani narkotycznych, które mogłyby doprowadzić do zgonu. Nie zwrócono także Sulikowi liścia - ten rozpadł się zaraz po pobraniu próbki. Śledztwo umorzono z powodu braku winowajcy. Adam po prostu umarł. Ot tak, po prostu. Państwo i urząd zapomniały o sprawie, gdy tylko zamknięto jej akta. Ludzie jednak nie zapomnieli. Dla policji Adam i Gosia byli tylko nazwiskami. Dla rodzin i znajomych, dla sąsiadów - nieodżałowaną stratą. Mijały tygodnie, a oni wciąż zachodzili w głowę, co się tak naprawdę stało. Wyjaśnienia, że dwoje młodych ludzi umarło w tym samym miejscu, ot tak, po prostu, nie trafiały do nich. Nie chcieli słuchać o tym, że nie ma żadnych medycznych podstaw do wyjaśnienia tajemnicy ich śmierci. Tajemniczy Ogród, gdzie doszło do obu tragedii, owiały legendy; gdy brakuje faktów, a prawda jest niezadowalająca, człowiek zwykle dokłada swoje trzy grosze. Nawet pod koniec wieku, na progu nowego tysiąclecia, ludzie wymyślają, a potem wierzą w swoje bajki - o czarnej Wołdze, o diable, który pyta o godzinę, o złodzieju nerek. Ogród Śmierci. Tak go sobie nazwali. I drżeli na samą myśl o nim. Mówili, że ktokolwiek tam wejdzie, natychmiast umrze.

***

Pan Staszek szedł nierównym chodnikiem w iście żółwim tempie. Stawiając krok za krokiem, wspierając się na laseczce, posuwał się naprzód centymetr za centymetrem. Co jakiś czas musiał zatrzymywać się, żeby odpocząć. Potem ruszał dalej, rozpędzając powoli do prędkości pół kilometra na godzinę. Staruszek miał za sobą dwie wojny, długie blizny na ciele i nigdy nie zagojone rany w umyśle. Nie było czasu, aby się wyleczyły, bo skoro tylko jeden oprawca poszedł do piachu, na wyrosły od niegodziwych kolei losu garb wsiadł kolejny, i tak jeździł na nim przez następne czterdzieści lat. Pan Staszek postradał przez te wszystkie lata zdrowie, rodzinę, pieniądze, a i rozumu niewiele mu zostało na stare lata. Pomarli mu rodzice, potem bracia, siostry; potem żona. Nawet własne dzieci przeżył - karierowiczów, balangowiczów, alkoholików; bo to nie przystało nie pić. Czego nie ukradła mu śmierć, to wydarło mu państwo. Jak miał jakiś grosz, to wyłudzili podatkiem. Jak miał coś wartościowego w domu, to się do niego włamali - nieważne, czy właściciela nie było, czy był - i wynieśli wszystko ci czy inni złodzieje. A on nie miał siły ich zatrzymać. No i bał się, żeby nie zabili. Lękał się o swoje liche zdrowie, jakby było coś warte. Kiedyś może i było, ale dziś... dziś pogarszało się z dnia na dzień. Nie mógł jeść, co chciał, bo tylko od wody nie dostawał biegunki czy zgagi. Ledwo chodził na wychudłych nogach. Ledwo się poruszał przez zwapniałe, powykręcane stawy. Wszelkie zawiasy w jego ciele były przerdzewiałe i przetarte, a wszelkie furtki - niedomknięte. Nie trzymał moczu. Czasem się ślinił. Niekiedy, we śnie, przychodziły wspomnienia pięknych lat młodości, gdy przez dwadzieścia lat Polska była wolna, a on młody, jurny, sprawny, i mógł wszystko: jeść, pić, tańczyć do białego rana i mieć każdą kobietę. Potem, ze smutkiem budził się w osiemdziesięcioletnim ciele, w małym mieszkanku w szarym blokowisku, pod koniec wieku, na początku którego się urodził. Czasami prześcieradło było mokre, a pokój cuchnął uryną. Bywało, że ledwo podnosił się z łóżka. Zdarzało się, że siedział pół dnia bez śniadania, bo nie miał siły wstać. Jak już się ubrał, to szedł na zakupy, nakupić jedzenia na tydzień, żeby potem nie musiał chodzić kilka razy w tygodniu. Wciskał chleb do zamrażarki, żeby po tygodniu był świeży. Dobrze, że przynajmniej winda była, bo gdyby musiał schodzić po schodach, to pewnie usiadłby w fotelu i umarł, bo nie wyobrażał sobie schodzić z czwartego piętra, a tym bardziej wchodzić z powrotem. Zatrzymał się, by zaczerpnąć powietrza, akurat na skraju Ogrodu. Przez chwilę w ogóle nie zwrócił nań uwagi. Stał, mocując się ze swoim ciałem, z własną słabnącą wolą, by zrobić kolejny krok. Wtedy park ściągnął jego wzrok; jego słabe, zasnute mgiełką, niedowidzące, krótkowzroczne oczy. Pan Staszek nie widział wyraźnie dalej jak na dwa kroki, ale usilnie wpatrywał się jakiś punkt, mrużąc oczy. Odwrócił w końcu wzrok i spojrzał wzdłuż ulicy, wzdłuż ciągnącego się przed nim nierównego chodnika. Na której wystającej płycie się potknę? - pomyślał. Kiedy powinie mi się noga? Kiedy upadnę i co sobie złamię? I czy kiedykolwiek mi się zrośnie, czy do śmierci będę chodził w gipsie i cierpiał? Zmierzwił brwi. Wziął głęboki oddech i skręcił do Ogrodu. Wszedł pomiędzy drzewa i z determinacją parł do przodu. Kości go bolały, stawy nie wytrzymywały ciągłego ruchu - jego długich, stanowczych kroków - ale szedł niestrudzenie, mijając kolejne mroczne pnie. Nie zatrzymywał się, by odpocząć. Tracił dech, a serce tłukło się w jego wychudłej piersi, niemal łamiąc żebra. Przystanął dopiero na widok czarnego drzewa z czerwonymi liśćmi. - A więc to ty... - mruknął, mierzwiąc brwi. - Witaj ponownie... Pamiętał to drzewo. Wzeszło, czarne jak smoła, ze szkarłatnymi pączkami, gdy on miał trzydzieści parę lat - zaraz po wojnie. Lokalne kuriozum, które zawsze napawało go dziwnym lękiem. Powiadali, że ten karmazynowy kolor to od krwi, że ta czerń to od gnijących kości. Bali się tego drzewka. Ale potem wyrósł tu park; drzewa przysłoniły tą koszmarną roślinę. Nikt tu potem nie zaglądał i z czasem wszyscy zapomnieli, że w ogóle tam jest. - Czy to od ciebie dostanę ukojenie? - spytał. Jakby w odpowiedzi, na jego dłoń…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%