Filozofia · 4 min czytania
WOLNY WYBÓR
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jechałam pociągiem, była noc, ale w wagonie świeciło światło. Na szybie odbijała się moja twarz prawie jak w lustrze. Twarz Nadziei…podążająca do stolicy…
Przybyłam tu wczoraj z pustymi rękami. Stałam na przystanku czekając na pierwszy lepszy autobus. Przyjechał 519-wsiadłam i zaraz potem zaczął padać deszcz i to jak! Szczęściara- pomyślałam- wysiądę, aż przestanie. Czekając tak, dojechałam do końca trasy i wpadłam w twoje ręce. Stałeś taki zmoknięty czekając na autobus, który zabierze cię w dalszą drogę, ale ja zawróciłam cię z tego źle obranego kierunku. I sama się pogubiłam w tym gąszczu przyczyn i skutków. Patrzyłeś tak na mnie tymi pięknymi oczami, więc wysiadłam z autobusu. Moja lniana sukienka była sucha, a me spojrzenie ciepłe. Dotknęłam twej dłoni –była gorąca, oczy zaćpane i puste, ale od razu je pokochałam. Byłam ci teraz potrzebna, tak bardzo potrzebna…
Ta druga dopadła cię wczesnym rankiem, gdy wychodziłeś z domu z niezawiązanymi sznurówkami. Chciałeś mnie odnaleźć, więc poszedłeś za czarnym kotem skręcając w zaułek. Warszawa-Krakowskie Przedmieście-ulica kozia, kocie łby były ciepłe i zakurzone-słychać samochody i ludzi-mnóstwo ludzi, rozbrzmiewają dzwony w kościele, na ulicach strajki małych, obok kolumny Zygmunta-zjazd miłośników motocykli, słychać wozy policyjne; obłęd!- w takich warunkach można pomylić drogę. Nie znalazłeś mnie, ale ona czekała na ciebie w bramie i dała ci strzykawkę- hałas w głowie ucichł, a samochody odjechały daleko…bardzo daleko.
Tą trzecią to wyrzuciłeś do kosza przez przypadek. A ona tak dbała o ciebie. To było pod wieczór jak wracałeś zalany do domu, stwierdziłeś, że wszystko…