Przygoda · 9 min czytania
Wolontariusze
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Thomas DeWitt skinął na młodego, dwudziestokilkuletniego kamerzystę i zeskoczył ze starej, zardzewiałej ciężarówki. Westchnął ciężko, ściągając okazały bagaż na ziemię. Afrykański wieczór był upalny, więc mężczyzna, zlany potem i oblepiony ciemnoczerwonym, wszechobecnym pyłem, czuł się wyjątkowo niekomfortowo. Był Brytyjczykiem i jego żywiołem była wilgotna, deszczowa aura. Zaklął pod nosem, gdy okazało się, że walizka została w kilku miejscach uszkodzona. W środku znajdował się drogi sprzęt i co najważniejsze, ubrania na zmianę. DeWitt pozwolił, by jego pracownik wziął większość bagaży. Sam czuł się skrajnie wyczerpany po tej długiej, niemal katorżniczej drodze z lotniska w Entebbe do niewielkiej wioski w Ugandzie.
Zdusiwszy w sobie chęć natychmiastowego powrotu na Wyspy, skierował się do jednego z niewielu murowanych budynków. W porównaniu z otaczającymi go niedużymi budkami, wyglądał niemal jak pałac. Z napisu na drewnianej tabliczce wyczytał, iż znajduje się tu szkoła. Odetchnął z ulgą i wszedł do środka, gestem ręki przywołując do siebie kamerzystę objuczonego pakunkami.
Było już pod wieczór, więc lekcje pewnie dawno się skończyły. Po wąskim, zabrudzonym korytarzu kręciło się jednak kilka osób. Uśmiechnął się z wymuszoną grzecznością do chudego, czarnoskórego nastolatka.
– Dzień dobry. Czy mówisz po angielsku?
Chłopak zaprezentował zadziwiająco białe, acz niekompletne uzębienie, po czym powiedział coś niezrozumiale. Thomas bezradnie rozejrzał się po korytarzu i jego wzrok spoczął na kamerzyście.
– Jay, jak się nazywał ten cały wolontariusz - kierownik? – Zerknął na nieco wystraszonego towarzysza.
Część 22 / 3
– Him.. Himely. Gordon Himley – odparł po chwili. Czarnoskóry chłopak wydał z siebie odgłos, jakby nagle doznał olśnienia i obejmując Thomasa za ramiona poprowadził go do niewielkiego gabinetu. Brytyjczyk mimowolnie wzdrygnął się na tę niespodziewaną poufałość. Nie lubił, gdy ktoś go dotykał. Nim jednak zdołał poinformować o tym nastolatka, znalazł się w surowym, przykurzonym pomieszczeniu. Za prowizorycznym biurkiem, o dziwo, zasiadała młoda kobieta. Podniosła pytające spojrzenie na przybyłych.
– Dzień dobry. Nazywam się Thomas DeWitt i chciałbym się spotkać z panem Gordonem Himleyem – powiedział uprzejmie.
– Witam – odparła z obco brzmiącym akcentem. Najprawdopodobniej pochodziła ze wschodniej Europy. Thomas wiele podróżował w swoim życiu, więc świetnie się w tym orientował. Od ponad trzydziestu pięciu lat był dziennikarzem. Kobieta tymczasem wstała z miejsca i posłała mu przepraszający uśmiech. – Niestety Gordon jest w Kampali. Może ja mogę w czymś panom pomóc?
– Hmm... – Tom na moment się zmieszał. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. – Jestem dziennikarzem i dostałem za zadanie nakręcenia krótkiego reportażu na temat jednego z waszych wolontariuszy – zaczął. Kobieta uniosła brew i odniósł wrażenie, że jej twarz nabrała nieco mniej przychylnego wyrazu.
– Ma pan wymagane dokumenty? Wizy, pozwolenia? A jak ze szczepieniami? – Zapytała chłodno. DeWitt skinął na Jaya, który rzucił walizki na ziemię i gorączkowo zaczął szukać papierów. Trwało to dobrą chwilę, więc dziennikarz bardzo dokładnie przyjrzał się nowopoznanej kobiecie. Ona zresztą również nie pozostała mu w tym względzie dłużna.
Thomas uznał, że bez wątpienia jest służbistką, nieugiętą i nieprzekupną. Obawiał się też, iż ma cechy charakteryzujące przysłowiowe jędzy. Czuł to podświadomie, zdając się na przeczucie, gdyż nic w jej wyglądzie na to nie wskazywało. Była wysoka, szczupła i zadziwiająco ładna, jak na kobietę pozbawioną wszelkich wygód. Na jej młodej, ogorzałej od słońca twarzy nie było ani grama kosmetyku. Co ona, u licha, robiła w sercu Afryki?
Część 33 / 3
Jay wręczył wolontariuszce plik dokumentów, a ta zasiadła za biurkiem i zaczęła je bardzo wnikliwie czytać. Wyraz po wyrazie, strona po stronie. Thomas się zniecierpliwił. Czy nie mogła, po prostu dać im jakiegoś kąta do spania i pokazać łazienki?
Po dobrych dziesięciu minutach złożyła schludnie kartki na brzegu biurka.
– Wygląda na to, że wszystko w porządku – posłała im wymuszony uśmiech. – Poproszę Okello by zaprowadził panów do ich... domku.
– Dziękuję – Thomas uśmiechnął z wdzięcznością. Z miejsca wybaczył jej brak dobrego wychowania, gdyż myśl o odpoczynku poprawiła mu nastrój. Nim jednak opuścił gabinecik, jeszcze raz obejrzał się przez ramię.
– A... nie wie pani…