Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 14 min czytania

Woolpit

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Clover Ethelwolf otarła pot z czoła. W Woolpit wyjątkowo nie padało. Co więcej, z nieba lał się niesamowity żar. Kobieta nie pamiętała takiej pogody. - Psia krew, co za upał – to Eben, jej młodszy brat, z ulgą odrzucił narzędzia pracy. – Clov, zróbmy sobie przerwę. - Eben, wiesz, że musimy dziś skończyć to pole. - Clov, daj spokój, jak tu zdechniemy, to na pewno nie skończymy. - Dobra, ale tylko chwilę – dzisiejsza aura dała w kość także Clover. Rodzeństwo udało się na skraj pola, które graniczyło z lasami łownymi ich pana, sir Richarda de Calne. - Mógłbym tu zostać na resztę życia – Eben z lubością przymknął powieki sadowiąc się w cieniu wielkiego dębu. - Masz tu ser i piwo – Clover przystąpiła do rozpakowywania brudnego zawiniątka. – I naprawdę się pospiesz. Polanę zalały dźwięki mlaskania i siorbania. - Clov, masz jeszcze trochę piwa? - Wszystko byś wyżłopał od razu. Nawet o tym nie myśl. - To przez ten upał. - Przestań marudzić i jazda do roboty. Eben już otwierał usta, by zripostować siostrę, gdy nagle usłyszał coś przypominającego łkanie. Popatrzył w stronę lasu i szybko przeniósł wzrok z powrotem na kobietę. Clover, już odwrócona plecami, zastygła na moment, po czym ruszyła przed siebie i nieco podniesionym głosem przywołała brata: - Eben, robota! Ale Eben podążał już w stronę źródła hałasu. Clover w myślach poprosiła swego Anioła Stróża, Achaiaha, by dał jej dużo cierpliwości. - Skaranie boskie! – podkasawszy suknię ruszyła za oddalającymi się plecami brata. Dogoniła go w pobliżu olbrzymiego dębu, którego wychodzące na powierzchnię splątane korzenie utworzyły coś na kształt groty. - Eben! W tej chwili wracaj na pole! Co ty sobie myślisz, nie będę za ciebie tyrać! - Ćssssss – Eben przytknął palec do swoich ust. – Tu ktoś jest – dodał szeptem. - To na pewno było zwierzę, a ty tylko szukasz sposobu, by wymigać się od roboty – Clover mimowolnie zaczęła szeptać. Jednak gdy tylko przestała mówić, do ich uszu dobiegł szelest, a chwilę później trzask łamanej gałązki i zduszony okrzyk. Eben tryumfalnie spojrzał na siostrę. - Jest tam – ręką wskazał splątane korzenie. - Nie potrzeba nam kłopotów. Eben, a jeśli to wiedźma? O Boże, a jeśli to zbójnicy? – Clover szybko zrobiła kilka kroków w tył, jednak brat zatrzymał ją chwytając za łokieć. - Mam bardzo niemądrą siostrę. Myślisz, że zbójnicy chowaliby się przed nami? A wiedźmy nie zapuszczają się na skraj lasu. - Do cholery, po prostu wracajmy do roboty! - A jeśli ktoś potrzebuje naszej pomocy? Pamiętasz, czego uczyła nas matka? To był cios poniżej pasa. Clover przestała się opierać i pozwoliła, by brat poprowadził ją w stronę dębu. Byli już plisko plątaniny korzeni, gdy usłyszeli kolejny zduszony okrzyk. Eben zatrzymał się i spojrzeniem dał siostrze do zrozumienia, aby na niego zaczekała. Sam wziął głęboki wdech i zdeterminowany pokonał odległość dwoma susami. Clover wstrzymała oddech i poczuła, jak krew odpływa jej z zaciśniętych dłoni. W uszach słyszała dudnienie swojego przyspieszonego pulsu. Eben zaczekał, aż jego oczy przyzwyczają się do mroku. - Clov, chodź szybko, to są dzieci! - Dzieci? Co one tam robią? - Nie zadawaj głupich pytań, tylko chodź tu wreszcie! Clover rozluźniła dłonie i poczuła ulgę. To tylko dzieci! Nic groźnego. Na pewno się boją, w końcu były same w tym wielkim lesie. Trzeba się nimi zaopiekować i znaleźć ich rodziców. Kobieta stanęła obok swego brata. - Trzeba je stamtąd wydostać. - Dzieci, nie bójcie się, nic wam nie zrobimy. Mam na imię Clover, jest tu też mój brat Eben. Zabierzemy was do domu. Wyjdźcie stamtąd. Wezwanie pozostało bez odzewu. Rodzeństwo popatrzyło na siebie skonsternowane. - Ile ich tam w ogóle jest? - Wydaje mi się, że dwójka. Wchodzę tam. - Co? – ale Eben już wczołgiwał się do jamy. - Uważaj na ubranie! Dzieci nie opierały się, gdy Eben chwycił je za ręce i zaczął się wycofywać. Chłopiec i dziewczynka byli dość mali, na oko wyglądali na osiem lat. Ich stopy były bose, a ubranie zrobione było z tkaniny nieznanej Clover i Ebenowi – szarej i połyskującej. Nie to jednak było najdziwniejsze. Dzieci były zielone, całkowicie zielone. Zielone od stóp do głów, za wyjątkiem czarnych włosów. Eben szybko puścił ich ręce. Clover krzyknęła, przeżegnała się szybko i zaczęła uciekać odmawiając modlitwę. Zaraz jednak potknęła się o wystający korzeń i upadła. Nastała niezręczna cisza. Cała czwórka przypatrywała się sobie. Dziewczynka zapewne była starsza, ponieważ wysunęła się przed chłopca i żywo gestykulując, zaczęła coś tłumaczyć w niezrozumiałym języku. - Mateczko Święta, miej nas w swej opiece! Eben, ona na pewno rzuciła na nas klątwę – Clover niezdarnie zaczęła się podnosić. - Clov, one nie wyglądają na opętane, może są chore. - Świetnie, to pewnie jakaś zaraza i niedługo umrzemy. Mówiłam ci, żebyś tu nie lazł! Jak zwykle sprowadziłeś na nas kłopoty. A teraz wracajmy na pole. - Chyba żartujesz, to są dzieci, zielone, ale jednak dzieci. Na pewno są głodne. Nie możemy ich zostawić w tym lesie. - Do tej pory jakoś przeżyły. Niech znajdzie je ktoś inny. - Wiesz dobrze, że gadasz bzdury. Zabierzemy je do Starego Richarda. - Jeszcze lepiej! Jak to będzie wyglądało? Zamiast obrabiać pole szwendaliśmy się w pańskim lesie! Sprowadzisz na nas zgubę, Ebenie Ethelwolf! Clover odwróciła się na pięcie i zaczęła maszerować w stronę pola. - Tak naprawdę Clover to złota kobieta, jest tylko trochę przewrażliwiona – Eben podejrzewał, że dzieci nie rozumieją ani słowa, chciał jednak usprawiedliwić siostrę. Dzieci były zadziwiająco lekkie. Wziął je na ręce, aby nie pokaleczyły sobie stóp cierniami. Clover pracowała zawzięcie. - Hej, Clov, nie idziesz ze mną? - Jeszcze czego, myślisz, że w polu samo się zrobi? - Przestań już z tym polem. Zobaczysz, Stary Richard jeszcze nam podziękuje. - Akurat. Będą z tego same kłopoty – mimo wszystko zaczęła zbierać ich rzeczy. – Muszę cię mieć na oku. Eben mrugnął porozumiewawczo do dzieci, po czym ruszył drogą prowadzącą do siedziby sir Richarda de Calne. Za nim wlokła się siostra, posapując z wysiłku, złorzecząc i modląc się na przemian.

Clover dotarła jako pierwsza i rozpoczęła rozmowę ze strażnikiem stojącym przed bramą: - My do sir Richarda de Calne. - Wy? Hahahaha, a to dobre. Dlaczego sir miałby rozmawiać z takimi wieśniakami? - Mamy mu coś ważnego do pokazania. - Coś ważnego, hahahaha, cudownie. Jazda stąd, zawszone kundle! - Jakiś problem? – Eben postanowił wspomóc siostrę. W tym momencie strażnik spojrzał na dzieci, przeżegnał się i zaczął wrzeszczeć: - Precz, pomioty szatana, precz, wam mówię! - Co tu się dzieje? – zebrani odwrócili się. To lady Gillian, urodziwa żona sir Richarda de Calne, wracała z konnej przejażdżki ze swą siostrą lady Isabel.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%