Horror · 1 godz. 12 min czytania
Woźny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Do uszu mężczyzny w niebieskim uniformie dobiega szept. Zatrzymuje się w połowie schodów i kładzie na ziemię wiaderko wypełnione mętną wodą. Rozgląda się wokoło, czując jak ciśnienie powoli zaciska swe ręce na jego piersi. Znowu... - myśli strwożony, modląc się przy tym, by nie miał racji. Nasłuchuje, ale wokół panuje cisza. Zanurza w wiaderku starego, wysłużonego mopa, wyciąga i monotonnymi ruchami zaczyna myć kolejne stopnie schodów. Lubi wykonywać tą czynność. Jest ona łatwa, relaksująca i nie trzeba przy niej główkować. Dzięki niej może na jakiś czas przestać myśleć o swoich problemach. Nie jest ich wiele, ale są za to ogromne i przerażające. Najgorsze są "wizje". Są tak realne, że często zastanawia się, czy one na pewno są tylko przywidzeniami. Boi się ich i zrobiłby wszystko, by go nie dręczyły. One jednak nie chcą dać mu spokoju. Zazwyczaj pojawiają się wieczorami i w nocy, przychodząc i odchodząc falami, a on nie potrafi nijak temu zaradzić. Najbardziej przerażające jest to, że pojawiają się one coraz częściej. Mogą dopaść go w kuchni, w pracy czy nawet na ulicy. Tam jest najgorzej, bo wie, że kiedy one się pojawiają, to dzieje się z nim coś dziwnego, coś co mogą zauważyć ludzie, a co mogłoby im się nie spodobać albo nawet ich przerazić. Więc chociaż tego nie chce, to musi unikać ludzi i usunąć się w cień... Nagle w głowie mężczyzny wybucha kłębowisko wrzasków. Dzika kakofonia poczyna bezlitośnie rozsadzać czaszkę. Natrętne głosy krzyczą w jego głowie bezustannie, niczym wściekłe i oszalałe psy w schronisku, ujadające i ujadające, kłapiące pieniącymi się pyskami wysadzonymi długimi, ostrymi kłami."Hej Czacha! Ty stary chuju! - Obłąkane dzieciaki podbiegają i odskakują, wirując szaleńczo wokół niego. - Gdzie masz, pierdolcu, swoją nogę?! Słyszysz dziadzie?! Słyszysz?! Słyszysz... słyszysz...". Zdezorientowany wymachuje rękami na wszystkie strony. Raz próbuje odgonić od siebie bandę zdziczałych, drących się dzieciaków, a po chwili próbuje ich złapać i brutalnie uciszyć, ale nie potrafi. Są na wyciągnięcie ręki, wystarczy je chwycić, przyciągnąć do siebie i szybkimi ruchami łamać ich karki, ale za każdym razem wymykają mu się. "No i co kaleko?! Spróbuj nas złapać, jak możesz! Tylko nie zgub nogi Czacha!". Szydercze śmiechy wzmagają na sile, otaczając mężczyznę z każdej strony. Czuje jak świat zaczyna wibrować, tracić barwy, rozmywać się. Ciało wiotczeje, zupełnie jakby utraciło nagle wszystkie kości. "Dajcie mi spokój, wy małe skurwiele!" - krzyczy, ale w jego głosie słychać błaganie. Zatyka uszy rękami, ale to nic nie daje - jazgot napiera, nieugięcie odbijając się echem i eksplodując wewnątrz jego głowy. "Nie!!!" - krzyczy mężczyzna, czując, że obłęd przejmuje nad nim kontrolę. "Moja głowa... dajcie mi spokój... proszę, dajcie mi spokój...". Mężczyzna w niebieskim uniformie osuwa się na ziemię i, przyjmując embrionalną pozycję, chowa głowę głęboko w ramionach. "Ja chcę tylko chwilę spokoju...".
*****
- Musimy zrobić to dzisiaj - rzekł szeptem Radek. - To nasza ostatnia szansa. Norman spojrzał na kolegę z ławki i napotkał wzrok równie radosny, co jesienny pogrzeb. Na jego twarzy widoczna była stanowczość, ale i strach, zupełnie jakby patrzyło się na obraz namalowany dwoma kolorami. - Nie wiem, czy to dobry pomysł... - odparł Norman. - No wiesz, możemy mieć kłopoty... - Już mamy kłopoty i gorzej już być nie może. Cichy, chyba nie chcesz garować rok w tej samej klasie? Bo ja na pewno nie. Obaj pochylili się nad zeszytami nawet nie spoglądając na ich zawartość. Nauczycielka stojąc obok biurka starała się przekazać swym uczniom wiedzę o czymś, na co akurat większość nastolatków nie zamierzała poświęcać większej uwagi. Na palcach jednej ręki zliczyć można było osoby, które starały się usłyszeć słowa polonistki, niknące w gwarze rozwydrzonej młodzieży. - Jak chcesz to zrobić? - odezwał się wreszcie Norman, przemyślawszy pokrótce słowa kolegi. - Przecież nie włamiemy się do budy. - Spojrzał na niego i od razu wiedział, że takie on ma właśnie zamiary. Na potwierdzenie Radek nieznacznie przytaknął głową. - Wieczorem szkoła jest pusta i spokojnie można zajebać dziennik. - No a jak masz zamiar do niej wejść? - Już o to się nie martw. - Na twarzy Radosława Talarczyka wykwitł szeroki uśmiech, którego nie powstydziłby się sam szatan. - Wyczaiłem, że nikt nie sprawdza, czy po lekcjach zamknięte są tylne drzwi na salę gimnastyczną. - Skąd to wiesz? - Po prostu wiem - odparł szybko. - Po ostatniej lekcji pójdę na wszelki wypadek sprawdzić, czy są otwarte. Jak coś, to je otworzę. - A klucz? - Tych drzwi nikt nie zamyka na klucz - odpowiedział, chichocząc przy tym jak przedszkolak. - Jest tylko sama zasuwa. Cichy z uwagą słuchał, czując przy tym, że nabiera nadziei, a jednocześnie respektu dla kolegi z ławki. - Brzmi to całkiem nieźle - rzekł Norman ważąc swoje słowa. - Nie, to nie brzmi nieźle. To brzmi idealnie - sprostował Radek, szczerząc przy tym niepełny szereg zębów. W jego oczach tańczyły radosne ogniki i widać było, że nabrał pewności odnośnie swojego planu. Norman Cichocki również nabrał otuchy, jednak nie podzielał takiego entuzjazmu, jak jego kolega. Nadal podchodził do całej tej sytuacji z pewnym dystansem i wiedział, że błędem będzie nie brać pod uwagę wszystkich możliwości, które mogą towarzyszyć temu przedsięwzięciu. Nie uważał się za znacznie bardziej inteligentnego niż Radek, ale zdawał sobie sprawę, że w pewnych sytuacjach jego kumpel wykazuje poziom mądrości niższy od przeciętnego. Już nieraz przez jego pomysły wpadało się w tarapaty i nic nie wskazywało na to, że z wiekiem będzie ich coraz mniej. Dlatego mimo klarowności wymyślonego przez niego planu, Norman nie potrafił wystrzec się pewnych zastrzeżeń. - A co z woźnym? - zadał pytanie Cichy i ujrzał momentalną zmianę wyrazu twarzy Radka. Znał go na tyle dobrze, że mógł się domyślić, iż tym pytaniem podkopał fundamenty jego planu, gwałtownie zmieniając jego stan emocjonalny. Radosne ogniki, które płonęły w jego oczach, przygasły nagle, jakby zostały zdmuchnięte, a na ich miejscu pozostała tylko ciemność. - A co ma być? - odparł zbity z tropu. - Talar, jak się nie mylę, to Czachor sprząta budę po lekcjach... - Pieprzyć Czachę! To totalny idiota - warknął Radek widocznie poirytowany. - No tak - odparł - ale mimo wszystko jednak buda nie będzie dziś pusta... - Słuchaj: jak tchórzysz, to mów od razu, ale jeśli chodzi o mnie, to ja mam gdzieś tego kalekę i z tobą czy nie, to i tak tam idę. Norman zamilkł i odwrócił wzrok w stronę okna. Tuż za szybą znajdował się zupełnie inny świat, świat wolności i nieograniczonych możliwości, świat kuszący i czekający z wyciągniętymi ramionami, by wtopić się w niego i zapomnieć o zmartwieniach. Był tuż, tuż, lecz na jego drodze stała pewna przeszkoda. Stanowiła ją bariera, którą można było pokonać tylko w jeden sposób: trzeba było zaliczyć semestr i zdać do następnej klasy. Jeżeli nie zdoła tego uczynić, to będzie skazany na cało-wakacyjny pobyt w obozie szkoleniowym dla trudnej młodzieży, gdzieś na odludziu, gdzieś gdzie zapewne jesień trwa przez cały rok, a słońce wydawane jest na kartki. Dla Normana Cichockiego wolność znaczyła bardzo wiele. Wiedział, że czasami niełatwo jest ją zatrzymać i jeżeli stawiało się ją ponad wszystko, to należało też o nią walczyć. Żyje się tylko raz, pomyślał Norman i spojrzał na siedzącego obok kolegę. - O której idziemy?
*****
Norman narzucił kaptur na głowę i zasunął zamek błyskawiczny po samom szyję. Odruchowo sięgnął do kieszeni po komórkę, by sprawdzić która jest godzina, ale szybko przypomniał sobie, że zostawił ją w domu żeby ją naładować. Talar spóźniał się coraz dłużej. Cichy zaczynał się niecierpliwić, chociaż musiał przyznać sam przed sobą, że wzrastała w nim jednocześnie swego rodzaju nadzieja. Może jednak nie przyjdzie, pomyślał i na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. W tym samym momencie zza ściany wyłoniła się postać, która pogrążona w cieniu zbliżała się w stroną Normana. Po charakterystycznym kroku poznać było, że oto zbliża się jego wierny kompan niejednej libacji. Ubrany w dresy i czarną bluzę z kapturem szedł raźno, zupełnie jakby brał udział w jakiejś paradzie ulicznej. - Elo, Cichy - przywitał się na swój sposób. - I jak tam? Teren czysty? - Wygląda na to, że wszystko w porządku - odparł, uważnie przyglądając się Talarowi. Na jego twarzy w ogóle nie dało się wyczytać zdenerwowania, co wprawiło Normana w zdziwienie, ale i lekką złość. Trudno było mu zrozumieć beztroskę, jaką widocznie jego kumpel wykazywał w obliczu tak poważnej sytuacji. Dla niego to tylko zabawa, pomyślał wzburzony i już miał mu to wygarnąć, lecz przemówił Radek: - No to bierzemy się do roboty, nie? - Nie czekając na odpowiedź Talar ruszył wzdłuż ściany, a po chwili wahania, to samo uczynił Cichy. Szli powoli, przylgnięci do muru, niczym zawodowi żołnierze czający się na swojego wroga. Norman, który starał się zachować jak największą ostrożność, nie potrafił pozbyć się wrażenia, że jego kompan świetni się bawi, wczuwając się zapewne w jedną z postaci z gier komputerowych. Minęli kawałek ściany, gdzie tuż nad ich głowami znajdowały się cztery małe, prostokątne okna, za którymi były szkolne ubikacje. Parę metrów dalej, po lewej stronie natrafili na długi szereg okien. Przechodząc obok nich Norman zajrzał do środka, zupełnie jakby chciał się upewnić, że nikt z klasy go nie dostrzeże. "Widzimy cię i wiemy co masz zamiar zrobić." - chórem przemówiliby wszyscy uczniowie, a górująca nad nimi nauczycielka, trzymając mocno dziennik, uśmiechałaby się diabolicznie. "Chodź i spróbuj..." - zaprosiłaby go równie serdecznie, co modliszka swojego partnera. Ale sala była całkiem pusta, a gdyby nawet ktoś się w niej znajdował, to musiałby siedzieć pod stolikiem schowanym w najciemniejszym kącie, gdzieś gdzie sięga tylko wyobraźnia. - Idziesz? - przemówił Radek, wyrywając Normana z chwili zadumy. - Idę, idę. Dotarli do załomu ściany i zatrzymali się. Niespełna trzydzieści metrów dalej znajdowała się przybudówka, złączona ze szkołą, niczym brodawka z twarzą. Nie byłoby w niej nic dziwnego, gdyby nie to, że z jej okna padało światło. - O w mordę... - rzekł przejęty Norman. - Mówiłem ci, że... - Dobra, nie marudź, Cichy - uciął szybko Talar. - Idziemy i już. Nie ma się czego bać. - Spojrzał koledze w twarz i z cieniem cynizmu, po raz drugi zagrał na jego honorze. - Chyba znowu nie wymiękasz, co? W jednej chwili Norman poczuł, jak krew uderza mu do głowy, a ręka charakterystycznie zaświerzbiła. Miał ogromną ochotę odpowiedzieć mu na jego pytanie prosto i zwięźle, używając przy tym najlepiej rąk i nóg, zawsze skorych do kontaktu z innymi ludźmi. Z trudem zdołał jednak zapanować nad sobą, starając się nie brać słów Radka na poważnie. Ich bujna znajomość trwała już dość długo więc wiedział też, jak w niektórych sytuacjach mógł nim manipulować. To była obustronna umiejętność, więc w takiej sytuacji Cichy nie mógł pozostać mu dłużny. - Pomyliłeś mnie chyba ze swoim kluskiem tuż przed każdym stosunkiem z dziewczyną - zripostował Norman, starając się zachować przy tym spokój i powagę. Przez krótki moment, kiedy zaległa między nimi cisza, Cichy bacznie przyglądał się swojemu kumplowi, szukając u niego oznak zdenerwowania, bądź zażenowania, lecz jedyną reakcją był głupkowaty uśmiech. - Rozumiem, że idziemy dalej - powiedział z taką pewnością, jakby to była jedyna możliwość i ponownie zwrócił wzrok na dobudówkę, z okna której padało światło. Skubaniec, znowu dopiął swego, pomyślał Norman, zdając sobie sprawę, że po raz kolejny w ten czy inny sposób uległ Talarowi. - Idziemy, ale na pewno nie pod ścianą - odparł Cichy. - Nie ma sensu iść dalej wzdłuż niej, bo to czysta głupota tak się skradać, niczym dzieci, idąc przy tym prosto na tą kanciapę. Pójdziemy na około, omijając tamte krzaki. - Wskazał palcem na krzewy okalające z pewnej odległości przybudówkę tuż przy załomie ściany, a dalej biegnące wzdłuż długiego muru, na końcu którego znajdowały się tylne drzwi na salę gimnastyczną. - Wiem - odezwał się Radek - bo też taki miałem zamiar. Tylko, że wcale ich nie ominiemy, bo przylega do nich siatka. Będziemy musieli przejść przez te krzaki, ale to już jest pikuś. Ponownie zapanowała cisza i gdyby dobrze się przysłuchać, to dałoby się usłyszeć ich własne myśli, a głównie myśli Normana. Już od początku sam pomysł tego przedsięwzięcia wzbudzał w nim mieszane uczucia. Zdawał się być bezmyślny i zupełnie nierealny. Będąc teraz skrytym w cieniu i planującym przedzieranie się w mroku przez chaszcze, by w końcu włamać się do szkoły, w której przebywał obecnie woźny, zdał sobie sprawę, że niewiele się pomylił oceniając cały ten plan. - No to jak? Idziemy? - zadał pytanie Talar, który najwidoczniej nie zamierzał zmienić już swojej decyzji, czekając tylko na potwierdzenie ze strony Normana. Raz jeszcze zaległa cisza i chociaż trwała ona zaledwie kilka sekund, to i tak obaj wówczas nie mieli wątpliwości, co należy teraz wykonać. Dla formalności Cichy odpowiedział: - Idziemy. I ruszyli przed siebie. Droga jaką pokonali, biegnąc skuleni, jakby pod ostrzałem artyleryjskim, zajęła im jakieś dziesięć sekund. Talar nie wahając się ani sekundy dłużej, wkroczył w krzaki, które pochłonęły go jednym haustem, zupełnie jakby były stworzone do łykania ludzi. Na samym skraju krzewy były na tyle przerzedzone, że wejście do nich nie sprawiało większego problemu. Mimo to Norman zatrzymał się, czując wzrastającą niepewność. Wiedział, że musi ruszyć dalej, jednak widok chaszczy poskręcanych w chaotyczny sposób i pogrążonych w mroku był dla niego odpychający. Podświadomość nastolatka, będącego w swoim mniemaniu dorosłym mężczyzną, obudziła nagle mroczne, irracjonalne obawy, zupełnie jakby duży Norman stał się małym Normankiem, spod łóżka którego każdej nocy wypełzały długie, szponiaste łapska, ociekające ciemną breją, gotowe pochwycić go żelaznym uściskiem i zabrać w nieznane. Stojąc w miejscu, jak betonowy słup, zdał sobie jasno sprawę z tego, że jest przestraszony, a jego odwaga i męstwo były stanowczo przez niego wygórowane. - Cichy, idziesz czy co? - Spośród gęstwiny krzewów dobiegł głos Radka, zupełnie jakby to krzaki przemówiły jego głosem. - Pośpiesz się, bo jeszcze cię ktoś nakryje. Słowa te podziałały jak zimny prysznic, wyrywając Normana z odrętwienia. Jego oczy nabrały większego wyrazu, tak jakby właśnie wyszedł z jakiegoś transu. Zbierając całą siłę woli postanowił udowodnić sobie, że nie jest tylko lękliwym małolatem, ale młodym mężczyzną gotowym stawić czoła każdej przeszkodzie. Nie kwapiąc się na odpowiedź, skulił się i wszedł w krzaki. Odgarniając rękami gałęzie, brnął w głąb chaszczy, starając się nie spoglądać za siebie, bo wiedział, że gdyby to zrobił, to zawróciłby, a wówczas nie znalazłby już siły w sobie, by ponownie tu wejść. Słyszał przed sobą chrzęst wyginających i łamiących się gałęzi, stwierdzając przy tym, że jego towarzysz znajduje się jakieś dziesięć metrów od niego. Z każdym kolejnym krokiem czuł, że krzaki naciskają na niego coraz bardziej. Nigdy wcześniej nie doznawał uczucia klaustrofobii, ale teraz, będąc pośród gęstej roślinności, okalającej go z każdej strony, poczuł, że myśli zaczynają wirować chaotycznie, a w klatce piersiowej, na którą naciskał coraz większy ciężar, serce gwałtownie zaczyna przyśpieszać. Uspokój się, uspokój się, tłumaczył w myślał sam sobie. Podczas gdy zagłębiał się w krzaki coraz głębiej i głębiej, w jego głowie pozostała tylko jedna logiczna myśl: "Trzeba się stąd jak najszybciej wydostać". Chociaż kierował się właśnie tą myślą, to nagle zwolnił i przystanął. Czuł jak jego niepokój staje się coraz większy, chociaż nie wiedział, co dokładnie go wywołało. Nasłuchiwał uważnie, wytężając słuch maksymalnie, ale wokół niego panowała niczym nie zmącona, martwa cisza. Wtem zdał sobie sprawę, co tak bardzo go przestraszyło: chodziło właśnie o tą ciszę, bo jej w ogóle nie powinno być. Jej miejsce miały zastępować odgłosy kroków i szelest gałęzi, pośród których przedzierać miał się Radek. Ten jednak nie dawał żadnych oznak swojej obecności, zupełnie jakby wyparował, a jedyną pozostałością po nim miało zostać absurdalne pytanie, czy on w ogóle kiedykolwiek znajdował się w tym miejscu. - Talar? - drżącym głosem przemówił Norman. - Gdzie jesteś, Talar? Do cholery, odpowiedz, gdzie jesteś?! - Pytanie znikło w krzakach, wchłonięte jak woda w gąbkę, a jedyną odpowiedzią była tylko cisza. Co się z tobą dzieje? - zadał sam sobie pytanie, czując jak jego umysł powoli zbliża się do niebezpiecznej granicy dzielącej logiczne myślenie od histerii. Miał wrażenie, jakby zaczął cofać się w czasie, powoli wracając do okresu dzieciństwa, gdzie każda obawa nabierała monstrualnych rozmiarów, zdolnych zaćmić jego rozum i pogrążyć w cieniu szaleństwa; znaleźć się w miejscu, gdzie małe dziecko zagubione w mętnym cieniu zerka z trwogą na okalające go gęsto stare, sękate drzewa, z każdej strony wyciągające do niego swe długie, chwytliwe gałęzie i zupełnie jak szpony spod łóżka, gotowe siłą przygarnąć go do siebie i zanieść w miejsce, gdzie mogły się z nim na swój sposób pobawić. Na nic nie zdałyby się temu dziecku płacz i krzyk, bo i tak nikt by go nie usłyszał ani nie zobaczył, gdyż znalazłby się tam, skąd już nie da się wrócić i nikt nie wiedziałby, gdzie go szukać... I nagle koszmar stał się rzeczywistością, kiedy na ramieniu Normana zacisnęło się ciężkie łapsko. "Nareszcie cię mam Normanku - zacharczała istota z koszmaru. - A teraz chodź się ze mną pobawić!". Z ust Normana Cichockiego wyrwał się paniczny wrzask, przeszywając powietrze, niczym błyskawica. Nie przestając krzyczeć, chłopak, jak w amoku, zaczął się szarpać, próbując uwolnić się z uścisku mocno wrzynających się w ciało szponów. Jak przez wodę do uszu jego dobiegały słowa stojącego za nim stworzenia. "...Cichy... - wołał przytłumiony głos. - ...Cichy, co z tobą, do cholery?". Nagle Normanowi zabrakło tchu i jego krzyk ucichł, a wówczas głos tajemniczej osoby dobiegł do niego wyraźniej: - Zamknij się idioto! Pojebało cię czy co?! Usłyszawszy te słowa, panika u Cichego powoli zaczęła blednąć. Żelazny uścisk zelżał, a długie, ostre szpony zamieniły się w zwykłe ludzkie palce. Norman spojrzał w tył, a jego oczy nadal duże jak spodki, ujrzały wykrzywioną w złości twarz Radosława Talarczyka. - Po jaką cholerę drzesz tak gębę?! - rzucił gniewnie Talar. - Ja... ja... - Cichy starał się odpowiedzieć, ale nie miał pojęcia, jak ma to zrobić. Poczuł się jak dzieciak, kiedy przerażenie zamieniło się w wstyd. Stali tak przez chwilę w kompletnej ciszy, otoczeni gęstwiną krzaków. Radek wpatrując się nieruchomo w twarz Normana, oczekiwał jakiegoś wytłumaczenia, ale ten nie wydusił z siebie nic więcej. - Musisz się leczyć na łeb - powiedział już spokojniej Talar. - Mówię poważnie. A teraz chodź idziemy, bo na serio ktoś nas wyczai, a wtedy nie będzie już tak wesoło. Nie mówiąc nic więcej, obaj ruszyli i trzymając się w miarę blisko siebie, krok po kroku przedzierali się przez chaszcze.
*****
Do uszu Zygmunta Czachora siedzącego w pomieszczeniu dla woźnych dobiega nagle odgłos krzyku, zagłuszając na krótki moment płynącą z radia pieśń. Starszy mężczyzna podnosi wzrok z nad gazety i spogląda w stronę okna, za którym panuje półmrok. Przez chwilę zdaje się być zaskoczony i zdziwiony, lecz nie odczuwa żadnego strachu. Nie tym razem, małe skurwiele, myśli, odkładając na stół gazetę. Wstaje nieśpiesznie z krzesła i spokojnie podchodzi do stojącej w kącie szafki. - Dzisiaj, moje kochane dzieci, Czacha porozmawia z wami bardzo poważnie. - Otwiera drzwiczki, schyla się i wyciąga z wiaderka krótką siekierkę. Jego oczy pozostają beznamiętne, niczym dwie małe monety osadzone w czaszce. - I raz na zawsze wbije wam coś do głowy.
Część 22 / 2
*****
Będąc w połowie drogi, srebrna poświata rzucana przez wyłaniający się nieśmiało zza chmur księżyc, wniknęła w głąb krzaków, dzięki czemu Cichy i Talar, widząc więcej szczegółów, mogli przyśpieszyć kroku. W pewnym momencie chaszcze zaczęły rzednąć, aż w końcu nagle się urwały i obaj wyłonili się z nich, przygarbieni jak sędziwi staruszkowie. - Nareszcie - przemówił Norman, czując wyraźnie, jak strach, niczym para wodna, ulatnia się z niego. Radek spojrzał na niego wzrokiem wyrażającym lekką pogardę. - Pamiętaj, że to jedyna droga powrotna - rzekł uszczypliwie Talar. - I nie licz na to, że będę trzymał cię za rączkę, kiedy będziemy wracać. - O co ci znowu chodzi? - zapytał Norman wyraźnie poirytowany, chociaż dobrze wiedział, co ma na myśli jego kompan. - Aa, nic takiego. Nie przejmuj się Cichy, przecież każdy ma chwilę słabości. - Słowa te przesiąknięte cynizmem, Talar wypowiedział równie spokojnie, co ksiądz tłumaczący dziecku, że Bóg jest miłosierny i wybacza ludziom wszystkie grzechy. Norman spojrzał spode łba na Radka chłodnym wzrokiem, czując napływającą złość, jednak wstyd nie był mu wówczas obcy. Z niechęcią zdał sobie też sprawę, że odczuwa winę, tak jakby dokonał jakiegoś okropnego czynu. - Nie wiem o co ci chodzi - odparł wymigująco, gdyż tylko na to było go stać. - Idziemy czy nie? - Oczywiście. - Talar odwrócił się i ruszył wzdłuż niedługiego kawałka ściany, nie osłoniętego już krzakami. Norman spojrzał kątem oka na zarośla, tak jakby chciał się upewnić, czy przypadkiem coś ze środka nie wyciąga rąk, by raz jeszcze zaprosić go do zabawy, ale szybko odwrócił wzrok i podążył za Talarem. Towarzyszący mu blady cień przylepiony do ściany, zniknął w chwili, gdy ona się skończyła. Tuż za jej rogiem stał Radek z wymalowanym na twarzy szerokim uśmiechem. Jego ręka spoczywała na klamce drewnianych drzwi, uchylonych do wnętrza budynku. W jednym momencie ukrywana głęboko w myślach złudna nadzieja, że jednak szalony plan kradzieży dziennika nie wypali, prysnęła jak bańka mydlana. Talar pchnął drzwi do środka. - Droga wolna. - Wyciągnął rękę gestem zaproszenia i zachichotał jak dziewczynka. Kurwa, cieszysz się idioto jak szczur na otwarcie kanalizacji, pomyślał Cichy widząc przesadną radość na twarzy kolegi. Norman nie do końca wiedział dlaczego, ale jego kumpel coraz bardziej zaczynał go drażnić. To przez ten cholerny stres, tłumaczył sam sobie. - Głupi ma pierwszeństwo - próbował zażartować, starając się jednocześnie o uniknięcie wejścia do szkoły jako pierwszy. - Więc pójdę za tobą. - Cichy, jest coś, czego się nie boisz? - zapytał ni to szyderczo, ni dokuczliwie Talar. - Jak na razie widzę, że to ty pękasz - odparł szybko, puszczając kolejną uszczypliwość mimo uszu. - Chciałbyś. - Radek bez najmniejszych oznak strachu, czy niepewności, przekroczył próg drzwi i zniknął w ciemności. Norman miał wrażenie, że przeżywa deja-vu, kiedy stojąc nieruchomo jak głaz i wpatrując się w czarną dziurę w ścianie, wahał się, czy iść dalej. Nie mogę ponownie się spalić, powiedział sobie w myślach i zrobił pierwszy krok. Był ciężki i z trudem noga oderwała się od ziemi, ale nim się zorientował, Normana pochłonął mrok. Po krótkiej chwili wzrok jego przyzwyczaił się do panującej ciemności i pośród niej poczęły wyłaniać się zarysy sali gimnastycznej. Światło księżyca, choć wyjątkowo słabe, przenikało przez szereg zabarwionych na pomarańczowo okien, ciągnących się wzdłuż ściany na wysokości jednego metra. Było ono blade, jakby właśnie konało i miało zupełnie zaniknąć, jednak pozwalało ujrzeć otaczającą go przestrzeń. Pod przylegającymi do ściany tarczami do koszykówki, Norman dostrzegł swego kompana, idącego pośpiesznie w stronę ściany, w której znajdowały się kolejne drzwi. Nie czekając ani chwili dłużej, ruszył za nim. Wbrew obawom czuł się mniej zdenerwowany niż to zakładał. Co prawda stres nie opuścił go ani na chwilę, ale zaniknął ten irracjonalny strach, który wcześniej pojawił się w jego głowie zupełnie niespodziewanie, niczym wyskakujący z cylindra królik, z tym że to miłe zwierzątko znajdowałoby się w zaawansowanym stadium rozkładu. - Oto chwila prawdy - przemówił stojący przy drzwiach Talar, kiedy dołączył do niego Cichy. Radek nacisnął klamkę i drzwi... nie poruszyły się. Świadomie bądź nie, Norman poczuł ulgę. Chyba właśnie takiej sytuacji oczekiwał, ale nie spodziewał się, że do niej dojdzie. No cóż, staraliśmy się, jak mogliśmy, pomyślał sobie Cichy. Ale tak to już bywa. Trudno, już nic tutaj nie poradzimy, więc idziemy do domu. Już miał to powiedzieć, kiedy Talar raz jeszcze szarpnął klamkę, tym razem wkładając w to więcej siły i napierając na drzwi drugą ręką. Te skrzypnęły i ustąpiły, dając za wygraną. Radek spojrzał widocznie zadowolony na swego kumpla , lecz napotkał twarz wyrażającą skromną ilość entuzjazmu, jeżeli w ogóle można tak było to nazwać. - O co chodzi? - zapytał Talar. - Nie cieszysz się? - A niby z czego mam się cieszyć? Że drzwi są otwarte? - Cichy nawet nie starał się kryć swojego niezadowolenia. - Ucieszę się, jeżeli nikt nas nie złapie i wyniesiemy ten pieprzony dziennik. - No to nie ma na co czekać. Dziennik sam do nas nie przyjdzie - odparł takim tonem, jakby tłumaczył dziecku, że Ziemia jest okrągła. Mimo to Norman zauważył u niego zawahanie. Każdy ma chwilę słabości, pomyślał sobie, lecz zatrzymał tą uwagę dla siebie. Talar powoli ruszył przed siebie, opuszczając tym samym salę gimnastyczną. Cichy nie ociągając się uczynił to samo i tak oto znaleźli się w korytarzu biegnącym w prawą stronę, wprost na szatnie, a następnie skręcającym w lewo. Podążając nim, po około dziesięciu metrach docierało się do szkolnego sklepiku, a po dodatkowych pięciu metrach napotykało się szare, metalowe drzwi. Z odległości takiej nie sposób było odczytać napisu na wiszącej na nich tabliczce, ale obaj dobrze wiedzieli, jak on brzmi. Spod drzwi pomieszczenia dla woźnego, wydobywała się cienka kreska światła. - I co teraz? - zadał szeptem pytanie Norman. - Jak to co? - odpowiedział równie cicho Talar. - Idziemy dalej. - Ale przecież Czacha pewnie tam siedzi. - No to chyba lepiej tam, niż żeby łaził po szkole, nie? Cichy zdał sobie sprawę, że słowa jego kompana miały sens, lecz ani trochę nie zmniejszyło to jego niepokoju. To nie może być takie łatwe, pomyślał sobie, starając się zachować przytomność umysłu. - No a jeżeli akurat łazi po szkole? - odparł po chwili namysłu i spojrzał na swojego przyjaciela. Znał go na tyle dobrze, że z łatwością mógł odczytać z jego twarzy jego nastrój i patrząc wtedy na niego był pewien, że to pytanie wyraźnie go sfrustrowało. Zdarzało się to wtedy, kiedy ktoś go denerwował albo nie potrafił sobie z czymś poradzić. W tamtej chwili Radosław Talarczyk najwyraźniej wykazywał oba te objawy. - Kurwa, weź się już zamknij, bo zrzędzisz gorzej niż moja stara - wycedził głośniej aniżeli chciał i nie bacząc na reakcję swojego kumpla, ruszył pochylony tuż przy ścianie w stronę szarych drzwi. Szlag by cię trafił, Talar, pomyślał poirytowany i nadal pełen obaw Norman, i podążył za Radkiem. W połowie drogi między szatniami a pomieszczeniem dla woźnego, Talar zatrzymał się i spojrzał na Normana. - Słyszysz to? - wyszeptał Radek. - Mówiłem ci, że ten kuternoga siedzi w tej swojej izolatce. Cichy zmarszczył brwi, jak to miał w zwyczaju robić, kiedy dziwił się czemuś, bądź został zaskoczony, lecz po chwili dotarło do niego znaczenie słów kumpla. Od strony drzwi dobiegały jakieś dźwięki. Po krótkiej chwili Norman rozpoznał w tych dźwiękach melodię. Ledwo dosłyszalne nuty zakłócały ciszę, wibrując ulotnie pośród korytarzy. Nie sposób było określić, jaka to piosenka, ale była ona bardzo spokojna i powolna. Dla Cichego jednak nie była ona wcale relaksująca, wręcz przeciwnie - była ona dobitnym dowodem świadczącym o powadze sytuacji. - Teraz albo nigdy - wyszeptał dziarsko Talar. - Idziemy. Talar ruszył pochylony wzdłuż ściany, a tuż za nim, nie ociągając się, podążył Norman. Sam sobie się dziwił, z jaką łatwością to uczynił, ale ostatecznie wiedział, że innego wyjścia nie ma. Zaszli już tak daleko, że teraz głupotą byłoby odwrócenie się na pięcie i opuszczenie szkoły. Musimy zrobić, co do nas należy, pomyślał Cichy stąpając konspiracyjnie przez ciemny, nieskończenie długi korytarz. Smętny mrok rozjaśniał zaledwie mizerny blask księżyca, zerkającego ostrożnie w głąb oszklonego korytarza znajdującego się obok sklepiku, i dzielącego jedną część szkoły z drugą. Z każdym krokiem zbliżali się do szarych drzwi, spod których złowieszczo skrzyła się jasna kreska. Melodia stawała się coraz głośniejsza, jednak nadal nie dało się określić jej szczegółów. Z resztą to i tak nie miało teraz znaczenia. Liczył się teraz tylko cel ich zadania. Musieli wykonać je jak najszybciej, nie zważając na gwałtownie rozrastający się w ich głowach strach, jednak zachowując przy tym szczególną ostrożność. Norman nie wiedział, jak bardzo obecna sytuacja wpływa na rozum Radka, ale jego emocje wzburzone były jak oceaniczne wody podczas szaleńczego sztormu. Ciśnienie momentalnie podskoczyło mu, kiedy w korytarzu rozległ się pisk. Szybko zdał sobie jednak sprawę, że to tylko szurnięcie podeszwy o linoleum. Po krótkiej chwili, która dla Cichego zdawała ciągnąć się w nieskończoność, dotarli pod drzwi sklepiku. W tym samym momencie melodia urwała się jak zdmuchnięty płomyk i po raz kolejny zapanowała cisza. Obaj przystanęli, zupełnie jakby z końcem piosenki zaprzestali tańca. Talar spojrzał za plecy na Cichego i skinął głową na znak, by szli dalej. Ruszyli ponownie. Omijając sklepik skierowali się w stronę długiego, oszklonego korytarza. Zanim do niego doszli, powietrze znów poczęło drgać, subtelnie poruszane przez melodyjny dźwięk, dobiegający zza szarych drzwi. Korytarz nasiąknięty był przygnębiającą, księżycową łuną. Za szeregiem złączonych ze sobą okien, nieruchomo tkwiły niewielkie tuje, zupełnie jak wbici w ziemię martwi wartownicy. Talar i Cichy przyśpieszyli kroku, przechodząc do szybkiego marszu. Nie rozmawiali ze sobą, ale obaj dobrze wiedzieli, że każda sekunda jest na wagę złota i należy się śpieszyć.
*****
Mężczyzna w niebieskim uniformie kroczy powoli poprzez cień, wyraźnie utykając na lewą nogę. Krótka, strażacka siekierka zwisa z dłoni, dyndając jak wisielec na wietrze. Dociera na koniec sali gimnastycznej i zatrzymuje się tuż przy ścianie. "A więc tędy przychodzicie, wy małe skurwiele." Chwyta klamkę, zamyka drzwi i zasuwa skobel. Odwraca się nieudolnie i kieruje się w stronę, z której przyszedł. Niepełnosprawność nie pozwala mu iść szybko, ale jemu wcale się nie śpieszy. Spokojnie przemierza całą salę, wychodzi z niej i zamyka za sobą drzwi. Wolną ręką wyciąga z kieszeni klucze i odnajduje ten z napisem S.G. Wtyka go do zamka i dwukrotnie przekręca. Dzisiaj, moje kochane robaczki, pan Czacha zapozna was z nową kończyną, myśli sobie, zaciskając pięść na trzonku siekierki. Pomarszczoną twarz wykrzywia zawistny grymas, nadając jej diaboliczny wyraz.
*****
Po krótkiej przeprawie przez korytarz, Cichy i Talar znaleźli się w holu. Na wprost nich znajdowały się szerokie drzwi wejściowe z oknami po obu stronach, dzięki czemu cała ta przestrzeń była oświetlona mglistą poświatą. Księżyc jest dziś po naszej stronie, przemknęła przez głowę myśl Normanowi. Po lewej stronie znajdowało się wejście do sali, obok której na samym początku swej wędrówki obaj przechodzili, a tuż obok było wejście do ubikacji. Zazwyczaj tętniący życiem budynek szkoły, sprawiał teraz wrażenie grobowca: pustego, cichego i mrocznego. Jedynym elementem, który nie pasował do tego tła, była ich obecność w tym miejscu. Ich i woźnego. Strażnik grobowca... - mimowolnie pomyślał Norman i przeszedł go dreszcz. Po ich prawej stronie, w zasięgu około dziesięciu metrów, znajdowały się drzwi, na których wisiała duża, złota tabliczka z wydrukowanym na nich napisem SEKRETARIAT. Obok niego biegł dalej korytarz doprowadzający do kolejnych klas i schodów prowadzących na pierwsze piętro, one w tamtej chwili nie miały jednak najmniejszego znaczenia. Liczyło się tylko pomieszczenie ze złotą tabliczką, a przede wszystkim znajdujący się w jego środku dziennik. Cichy i Talar jednocześnie spojrzeli sobie w oczy i przytaknęli głowami, zupełnie jakby czytali w swoich myślach. Ruszyli w stronę sekretariatu. Z każdym krokiem ciśnienie zwiększało swoją moc, napierając na klatkę piersiową Normana, tak jakby coraz głębiej zanurzał się on w wodzie. Miał wrażenie, jakby szedł po poruszającej się w tył taśmie, poruszając nogami, lecz stojąc nadal w miejscu. To było jednak złudzenie. Pod drzwiami, za którymi znajdował się cel ich wędrówki, znaleźli się po zaledwie kilku sekundach. Zatrzymali się u ich stóp, spoglądając na nie z mieszanymi uczuciami. Była tu i radość, i strach, niepewność i zadowolenie. Wszystko to mieszało się ze sobą, tworząc chaotyczne emocje. - Wchodzimy? - wyszeptał drżącym głosem Norman. - Teraz albo nigdy - odpowiedział bez namysłu Talar. Radek położył na klamce dłoń delikatnie, tak jakby obawiał się, że może się nią poparzyć. Stal była jednak chłodna i zupełnie nieszkodliwa. Spoczywała w bezruchu, czekając na czyjś dotyk. Prosiła się, by ją dotknąć. Delikatnym ruchem Talar nacisnął klamkę, wstrzymując przy tym oddech. Ta powoli opadła i zatrzymała się w miejscu, po czym Radek pchnął drzwi. Te jednak, zupełnie jak na sali gimnastycznej, ani drgnęły. Chociaż Norman stał za swoim kumplem, to miał pewność, że na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie i zapewne niepewność. Wcale go to nie zdziwiło, gdyż to samo poczuł. Na ich drodze pozostała tylko jedna przeszkoda i wszystko zależało właśnie od niej. W tym miejscu znajdował się cel ich wyprawy i punkt kulminacyjny całego planu. Radek raz jeszcze nacisnął klamkę i przyłożywszy bark do drzwi, pchnął je z całej siły. Nie było żadnej reakcji. - Ani mnie nie wkurwiaj! - przemówił głośno do drzwi. Szarpnął jeszcze kilka razy, ale skutek był taki sam. - Pokaż. - Cichy wcisnął się przed swego kompana. - Może trzeba w drugą stronę... - Zacisnął dłoń na klamce i pociągnął do siebie. Nic. Szarpnął mocniej, ale drzwi nie kwapiły się poruszyć nawet o jeden milimetr. Stały nieugięcie, niewzruszone na żaden nacisk, zupełnie jakby były głazem zasłaniającym wejście do pradawnej komory. Norman schylił się i zaczął przyglądać się zamkowi. Nie było w nim jednak nic nadzwyczajnego. Ot zwykła dziurka od klucza. Mimo to badał ją wzrokiem, tak jakby chciał prześwietlić ją na wylot. Wiedział jednak, że jest to bezużyteczne i zdawał sobie sprawę, że nadeszła chwila, kiedy ich zamiary i jakiekolwiek wysiłki okazały się być zbyteczne. Całe to ryzykowne przedsięwzięcie w jednej chwili okazało się jednym wielkim niewypałem. Strach, który dotychczas gościł w głowie Normana, ulotnił się, a jego miejsce zajęła złość. Był zły na siebie, na Talara, na szkołę, na wszystko. Czuł, że odebrano mu coś dużego. Coś, co cenił najbardziej. Odebrano mu nadzieję, ale przede wszystkim wolność. Od tej pory stał się skazańcem, wyrzutkiem, któremu narzuca się wolę, a on nie ma nic do gadania. Stał się niewolnikiem... Nagle Cichy usłyszał głośne chrupnięcie. Brzmiało to jak pękająca gałąź... - Mówiłem wam robaczki, że w końcu wbije wam coś do głowy! Norman odruchowo odskoczył na bok, przewracając się, i spojrzał za siebie. Ujrzał mężczyznę w niebieskim uniformie, górującego nad klęczącym Radkiem, który pustym wzrokiem patrzył na swojego przyjaciela. Ostrze siekiery prawie w całości pogrążone było w głowie Talara. Gęsta, szkarłatna breja wyciekała z jego głowy zalewając całą twarz. Norman poczuł, jak drętwieje mu całe ciało. Jego genitalia momentalnie się skurczyły, a niestrawiony w żołądku pokarm podszedł do gardła. Strach, który jeszcze przed chwilą przestał dawać o sobie znać, teraz powrócił w zwielokrotnionej sile, zaciskając szpony na jego klatce piersiowej. Z jego ust wydobył się zdławiony krzyk, gdyż kurcząca się krtań nie pozwalała na więcej. - Coś was mało dzisiaj jest. - Mężczyzna zaczął szarpać trzonkiem we wszystkie strony. Dało się słyszeć pękające kawałki czaszki i bulgot miażdżonego przez ostrze mózgu. - Ale nic nie szkodzi. Lepiej tyle niż nic, co nie, robaczku? Umysł oszołomionego Normana powoli zaczął zwiększać swe…