Komedia · 1 godz. 10 min czytania
WRAŻLIWY ARTUREK - PODRYWACZKA cz. III
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
WRAŻLIWY ARTUREK
Dosyć już miałam tych wszystkich śmiesznych facecików, pozujących na twardzieli, którzy pod warstwą nieczułości i gruboskórności wcale nie posiadali wrażliwej, romantycznej duszy, jak spodziewa się i marzy o tym większość dziewcząt. Z mojego doświadczenia wynikało, że jedyne co jest ukryte pod maską macho to całkowita pustka i kompletny brak osobowości. A przynajmniej takiej osobowości, która mogłaby zaimponować kobiecie mojego pokroju, a więc romantycznej, uczuciowej i zupełne wyjątkowej. Z tego właśnie powodu zanurzając się w wir poszukiwań na towarzyskich chatach i serwisach randkowych rozglądałam się za kimś będącym dokładnym, przeciwieństwem stereotypowego twardziela czyli mężczyzną czułym, wrażliwym i umiejącym pokochać wyjątkową kobietę nad życie. A nie ulegało wątpliwości, że taką wyjątkową kobietą byłam właśnie ja. A kto sądzi inaczej, niech nie sądzi wcale, bo dostanie w trąbę i będzie cienko piszczał jakby sobie jądra przytrzasnął drzwiami. Po wielogodzinnych próbach namierzenia odpowiedniego kandydata w końcu udało mi się wyselekcjonować właściwą kandydaturę. A przynajmniej tak mi się wydawało. Osobnik płci męskiej, o którym mowa, miał na imię Artur, dziewiętnaście lat i nigdy przedtem nie spotykał się z żadną dziewczyną. Czytał i pisał wiersze, uwielbiał melodramaty, hodował w domu chomika Alfreda i bardzo przejmował się losem porzuconych zwierząt, szczególnie małych piesków. Właśnie o kogoś takiego mi chodziło. Dałam mu się poderwać, to znaczy tak pokierowałam rozmową, że niby to on poprosił mnie o randkę. Delikatnie zasugerowałam mu, że najlepiej byłoby spotkać się w parku przy Cytadeli, a dokładniej na ławce koło stawku. Przystał na to z ochotą. Serce mi zadrżało. Być może to właśnie ten jedyny? Stawił się na tajemne miejsce naszej miłosnej schadzki dokładnie o czasie. Ubrany był w czarne spodnie, kamizelkę tego samego koloru i odcieniu oraz szalik zawiązany mocno pod szyją. Był przystojny, miał bladą cerę i bardzo szczupłą budowę ciała, gęste, uczesane na bok włosy i w ogóle wyglądał jak młody Chopin przed koncertem. Ja natomiast ubrana byłam skromnie i romantycznie, to znaczy – spódniczka w szkocką kratę, sięgająca niemal kolan (to znaczy kończącą się około dwudziestu, a może bardziej trzydziestu nad kolanami), biała koszula z rozpiętymi zaledwie trzema guzikami, złoty łańcuszek z zawieszonym na nim słonikiem, dumnie kołyszącym się między moimi niemal dziewiczymi piersiami i kozaczki z niewielkimi, bo niespełna dziesięciocentymetrowymi obcasami. Zrobiłam na nim piorunujące wrażenie, bo chłopczyna zaniemówił, zarumienił się, przyjmując buraczkową barwę i przez chwilę zabrakło mu języka w gębie. Potem stanął na wysokości zadania, bo podał mi swe chude, ale mężne ramię i zaprosił na kawę z ciasteczkiem do pobliskiej parkowej restauracji. Co mi się tak przyglądasz, Arturze? - zagaiłam rozmowę widząc jego rozmarzone spojrzenie wlepione w moje oczy. Zachwyciła mnie twoja delikatna, dziewczęca cera i wyraz oczu, przypominający niewinną, ciekawą świata sarenkę - odpowiedział lekko się rumieniąc. Dziękuję za komplement i urocze porównanie. To ja dziękuję, że zaczęłaś rozmowę, a ja ci odpowiedziałem i dzięki temu udało nam się zacząć rozmowę i jakoś przełamać pierwsze lody. Oj, najmocniej przepraszam – znów się zarumienił i teatralnym gestem zakrył dłonią usta. - Nie miałem nic zdrożnego na myśli, mówiąc o tych lodach... Wiem, Arturze, wiem - odpowiedziałam ze śmiechem. - A tak w ogóle to bardzo lubię lody. Zwłaszcza z bitą śmietaną. Twarz chłopca przyjęła pąsowy odcień i dopiero wtedy zorientowałam się, że być może niechcący zasugerowałam Arturkowi coś zbereźnego. Przepraszam, przesadziłam z tą bitą śmietaną – przyjacielsko pogładziłam go po ramieniu. - Nie chciałam cię zawstydzać. Lubię też bez. Bez czego? No przecież, że nie bez majtek! – poklepałam go po ramieniu i pomyślałam, że chłopak jest dość zabawny. - Bez bitej śmietany, oczywiście. To co, zamówimy coś? Oczywiście. Gra tak wyśmienita, nastrojowa muzyka, że grzechem byłoby nie skonsumować przy niej czegoś wykwintnego, popijając czymś wyśmienitym. W takim razie co mam zamówić? Raczysz mieć jakieś życzenie? A wiesz, jakoś nie raczę. W końcu nie jestem rakiem - zachichotałam. - Pozostawiam to twojemu wyborowi i myślę, że się nie zawiodę. Niestety zawiodłam się, bo Artur zamówił po kawie bez cukru i maciupeńkiej porcji lodów egzotycznych bez bitej śmietany, które okazały się jakimś kwaśnym niewypałem. Ale cóż, dla prawdziwej kobiety są ważniejsze kwestie niż uciechy podniebienia, więc uzbroiłam się w cierpliwość i przyjęłam moją seksowną minkę numer czterdzieści pięć. Czy to prawda, że kochasz małe zwierzęta, zwłaszcza pieski? Tak, uwielbiam! Kocham je pasjami! To wszystko przez moją wrażliwą naturę. Wzruszam się niemal do łez, widząc ich smutne, pełne zrozumienia, mądre spojrzenie. Kocham je, bardzo je kocham! A jak je kochasz? - zapytałam z niewinną miną. W dupę! - zarechotał siedzący nieopodal podpity młodzieniec. O wypraszam ja sobie! - krzyknął Arturek. A wypraszaj, gówno mnie to obchodzi! No nie, pan takie słowa przy damie?! Co powiedziałeś? Że da mnie? To zajebiście! Jak mi da, to chętnie wezmę. Na stojąco, na pieska, na misjonarza, bez różnicy. Laska ma fajne bimbałki, więc z każdej pozycji będę zadowolony. Przepraszam najmocniej! O czym pan mówi? Bo chyba nie o tym, co mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, to znaczy ucha? - spytał Artur. Ten pajac mnie obraził – krzyknęłam. - Po prostu daj mu w twarz, Arturze! Żeby sobie zwichnął rękę? -zarechotał łysy osiłek. - Daj sobie spokój z tym wymoczkiem, paniusiu! Chodź ze mną. Zwiedzimy okoliczne krzaczory. Pokażę ci w nich, co to jest prawdziwy mężczyzna. Arturze! No zróbże coś! Ten barbarzyńca robi mi niedwuznaczne propozycje! Właśnie, że dwuznaczne! - obruszył się napakowany młodzian. Wie pan, z kim pan zadarł!? - zaperzył się mój wrażliwiec. - Wie pan, jak ja się nazywam? Baltzar Gąbka herbu Zielona Pietruszka? Kręcisz się trochę po mieście? Tak, a co? To, że jestem Krzysztof Jarzyna. Ze Szczecina. O kurwa! Krzysztof Jarzyna ze Szczecina! Szef wszystkich szefów! Co złego to nie ja, przepraszam, do widzenia, proszę pozdrowić szanowną małżonkę, to ja się zwijam. I jak powiedział, tak uczynił, zaszywając się we wspomnianych przedtem krzaczorach. Odprowadziłam go wzrokiem, równocześnie wysilając pamięć, by przypomnieć sobie, czy słyszałam już przedtem o tym pana z warzywniaka. Nie udało mi się, niestety. Artur, kto to jest ten Krzysio Jarzynka ze Szczecinka? - spytałam w końcu z niewinną miną, poprawiając sobie włosy. – Przecież to nie jesteś ty, bo ty jesteś Arturek, a nie Krzysztofek. To moja słodka tajemnica – odparł z nieprzeniknioną miną.- Wiesz, od Panamy aż do Gruzji życie sztuką jest iluzji. Parę starych, dobrych trików, fiku miku i po krzyku. O, nie wiedziałam, że z ciebie taki iluzjonista! Może jeszcze potrafisz wyczarować królika z kapelusza? Niestety jeszcze nie, chociaż pracuję nad tym. Ale za to potrafię bardzo dobrze i czule zająć się rzeczonym królikiem, przytulić go do serca, dać mu odrobinę siebie, szczyptę zrozumienia, wczuć się w jego biedny, króliczy los. To piękne, co mówisz. Jesteś dobrym, wrażliwym człowiekiem. Wiesz, muszę ci coś wyznać. Bardzo ranią mnie takie impertynenckie, bezczelne uwagi jak tego pana bez włosów. Łysego? No raczej. To ja się tu uzewnętrzniam przed tobą, zwierzam się, a ten burak nie dość, że bezczelnie podsłuchuje, to jeszcze moje wyznanie miłości do małych piesków skwitował krótkim, zabójczym: „W dupę”, sprowadzając wszystko do czynności seksualnej, czym w dużym stopniu umniejszył wartość mojego uczucia. Poczułem się, jakby ktoś wbił mi nóż w serce. Albo w plecy – dodałam. Albo w głowę. Albo w nogę. Cieszę się, że tak znakomicie mnie rozumiesz. Doceniam twoją empatię. O Boże, to ta cudowna piosenka. I love it, I love it, I love it! Położył palec na ustach, każąc mi zamilknąć i z błyszczącymi oczami wsłuchiwał się w dobiegające z radia słowa piosenki Louisa Armstronga: „See trees of green, red roses too I see them bloom for me and you And I think to myself what a wonderful world. “ Jeszcze chwilę po zakończeniu utworu milczał, a ja wraz z nim. Po twarzy Artura wywnioskowałam, iż jest bliski płaczu. Co tu kryć, podobał mi się ten przystojny wrażliwiec. Coraz rzadziej można spotkać takich ludzi. Często wzruszasz się, słuchając muzyki? Bardzo często. Mam tak od małego. Od małego, powiadasz? - uśmiechnęłam się i bezwiednie, naprawdę bezwiednie, spojrzałam na krocze chłopaka. Nie zauważyłam tam charakterystycznego wybrzuszenia, więc facet nie był jakimś napaleńcem. Fajnie, ale z drugiej strony chciałabym choć trochę podniecać go seksualnie. Ale cóż – wrażliwość często idzie w parze z nieśmiałością. Chyba po prostu muszę uzbroić się w cierpliwość. To znaczy, chciałem powiedzieć, że odkąd byłem dzieckiem – spąsowiał i skrzyżował ręce na podbrzuszu, zakrywając łono. - Chyba nie będziemy rozmawiać o moim małym? Jakim małym? - niewinnie zatrzepotałam rzęsami, udając, że nie wiem, o czym mówi. - O twoim małym chomiczku? Alfredziku? Właśnie. Nie no, o Alfredziku możemy porozmawiać, jak najbardziej. Wiesz, jak on lubi, kiedy miziam go po futerku? Tak słodko wtedy mruczy... Jak wombat? Jaki wombat? – zdziwił się Artur. Nie wiesz? Takie zwierzę futerkowe, wielkości bobra. Ktoś ogłaszał się w Internecie, że zaginał wombat, cechy charakterystyczne – nie lubi wody i w kakao. Mój chomiczek Alfredzik też nie lubi w kakao – chłopak mocno ściszył głos. Jak to?! To ty małego Alfredzika, ten tego, w kakao?! Nie spodziewałam się tego po tobie! Co to znaczy – ten tego. No wiesz, że kopulujesz z nim. W kakao. Znaczy się – w odbyt. No wiesz co? Sprawiłaś mi teraz olbrzymią przykrość. Jak w ogóle mogłaś tak pomyśleć. No przecież sam powiedziałeś, że nie lubi w kakao. Bo nie lubi. To kubeczka z wodą wchodzi i się pluska, a jak wleję mu tam kakao, to za Chiny nie wejdzie do kubka. Nie wiem, alergię ma czy co? To o takie kakao ci chodziło! – zawołałam tak donośnie, że aż kelner się odwrócił. Zaczęłam się śmiać, coraz głośniej i głośniej, bo im dłużej myślałam o tym nieporozumieniu z kakałem, tym wydawało mi się to śmieszniejsze. W końcu zaczęły mi się bardzo trząść piersi. Zawsze tak mam, gdy jestem tylko o krok od posikania się w majtki ze śmiechu. Artur spojrzał co prawda na mój spory, podrygujący biust, bo doprawdy trudno byłoby tego nie zrobić, ale zaraz dyskretnie odwrócił wzrok. Prawdziwy z niego dżentelmen! A wracając do piosenek… – wydusiłam z siebie, gdy w końcu udało mi się trochę opanować śmiech i podrygiwanie cycuszków. - Przy jakich wzruszałeś się będąc dzieckiem? Było ich tak wiele, trudno wymieniać. Puszek-okruszek... Cycuszek? Nie, kłębuszek. Kaczka... Dziwka czka? Dziwaczka. – poprawił mnie. Tak, oczywiście. I co jeszcze? „A ja kocham moją mamę”, „Na Wojtusia z popielnika”, „Laleczka z saskiej porcelany”. I wiele innych. Zaczął śpiewać wysokim głosem „Laleczkę z saskiej porcelany”. Chwyciłam go za dłoń i dołączyłam się do niego, tworząc uroczy chórek. Razem zaśpiewaliśmy dwie zwrotki i przerwaliśmy, nie znając dalszych słów. Arturek bardzo się wzruszył i wyznał mi zduszonym głosem:. Jeszcze teraz, gdy słyszę w radiu piosenkę, która przypomina mi kogoś bliskiego kiedyś mojemu sercu, wtedy czuję, jak coś łapie mnie za serce i wydaje mi się, że to było tak niedawno, jakby wczoraj. Na przykład jaka piosenka tak na ciebie działa? „Żałuję, że cię znałam, żałuję, że kochałam”, „Ratujmy co się da”, „Jolka, Jolka, pamiętasz?” Znam to, znam. „Jolka, Jolka, pamiętasz, jak szliśmy na cmentarz? Rzuciłem cię na suchych liści kupę, próbowałem pocałować w ...” Znam trochę inną wersję! – przerwał mi trochę niegrzecznie. - Przepraszam cię, robi się ciemno. Nie jest ci zimno? Może dać ci kurtkę? O, dzięki, fajnie, że pomyślałeś! Nie często spotyka się facetów, którzy tak dbają o kobiety. Rozumiem, że dbasz o to, by zaspokoić wszystkie potrzeby kobiet, także te najintymniejsze? No staram się jak mogę. Proszę, jaki skromny! – zaśmiałam się. - Często umawiasz się z dziewczynami? Nie, rzadko. Praktycznie wcale. To co robisz wieczorami? Z reguły spaceruję z psem. Muszę ci powiedzieć, że wczoraj miałem bardzo przykrą przygodę właśnie podczas takiego spaceru. Cóż to takiego się zdarzyło? Znalazłem rannego ptaka. Wróbelka. Elemelka? Nie wiem. Nie przedstawiał mi się. Cóż za brak elementarnych podstaw wychowania – zakpiłam. Spojrzał na mnie podejrzliwym wzrokiem, najwyraźniej sprawdzając, czy aby sobie z niego nie żartuje. Zrobiłam bardzo poważną minę, a potem niedbałym ruchem poprawiłam włosy. Arturo odchrząknął i kontynuował swoją wypowiedź: Mniejsza z tym. Leżał na trawie przy parkowej alejce. Mój Rufus chciał go zjeść, ale nie pozwoliłem na to temu zwierzakowi. Podniosłem delikatnie ptaszka... Brzmi intrygująco... I zabrałem go do domu. Chciałem się nim opiekować, obdarzyć moją miłością, wykurować, a potem wypuścić. A on... A on... Co zrobił? Dał nogę przez okno? Nie. Umarł. O Boże! Jak okrutne są czasem prawa natury! - chłopak zapłakał gorzko. Cóż zrobić? Live is brutal and full of zasadzkas. And sometimes kopas w dupas. Tak! Dupas! Niektórym to tylko dupy w głowie. A on nie żyje. Mógł być naprawdę kimś! Ikar nie żyje! Ikar? – zdziwiłam się. No tak. Tak go nazwałem. Ślicznie. Chodźmy stąd. Tu jest taka przygnębiająca, nieludzko dołująca atmosfera. Kelner! Okey, spoko loko. A co proponujesz? Może spacer po parku? Skoro wieczór taki piękny i słowiki spać nie dają. Oj, ty! - zaśmiałam się. - Znowu o tych ptaszkach. Pamiętam, że jak miałam piętnaście lat, to koniecznie chciałyśmy z koleżankami zobaczyć ptaszka. Ale wiesz – takiego prawdziwego, w realu, a nie na zdjęciach albo na filmie. I koniecznie we wzwodzie. O czym ty teraz do mnie mówisz? - Arturo jakoś dziwnie spąsowiał. No o ptaszkach. Ach, przepraszam, chyba myśleliśmy o czymś innym. Dobrze już, chodźmy. Chodźmy, chodźmy, chodźmy! Chwyciłam chłopca za rękę i pociągnęłam w stronę parkowej alejki. - Zaraz, muszę zapłacić – zreflektował się, gdy już byliśmy na schodach. Cofnął się, rzucił na stół jakiś banknot i wrócił do mnie w podskokach, cały w skowronkach. Wzięłam go pod rękę i ruszyliśmy w głąb parku. Uśmiech goszczący na twarzy Arturka dobitnie zdradzał, że bardzo jest z tego rad. Po chwili minęliśmy kilkuletniego chłopczyka, przechadzającego się z ojcem po parku. Artur nagle bardzo posmutniał. Co się stało? - spytałam spoglądając mu w oczy. - Czyżbyś już marzył o takim gzubie? Najpierw musisz znaleźć odpowiednią kandydatkę na mamę, która zgodziłaby się, żebyś ją zapłodnił. No coś ty? Wolne żarty. Po prostu przypomniał mi się pewien niemiły incydent, którego doświadczyłem kilka dni temu. Jakiś piesek złamał sobie łapkę? Niezupełnie – szybko otarł oczy, ale i tak zdążyłam zauważyć malutką łzę. Szłem właśnie do domu... Szedłem! - przerwałam mu, bo jestem wyczulona na tego typu błędy językowe. Dziewczyna nie mówi „szedłem”, tylko szłam - poprawił mnie boski Arturo. A chłopak mówi „szedłem”. Może chłopak tak, ale mężczyzna mówi „szłem”. Głośno i dobitnie. Szłem. I chyba ja wiem lepiej czy szłem czy szedłem, bo to ja szłem! - zdenerwował się nie na żarty, jakbym chciała skrzywdzić jego pieska. - Szłem, szłem, szłem! I doszłem - zaśmiałam się. Ty doszłaś, ja doszłem. My doszliśmy, oni doszli. Jacy oni? To oni, to oni, kto ich broni, a kto ich chroni - zaśpiewałam stary szlagier. Dobrze się czujesz? W miarę, ale nie dochodzę. Spojrzał się na mnie jak na wariatkę, najwyraźniej nie rozumiejąc dwuznaczności mojej wypowiedzi. Odpowiedziałam Arturkowi hardym spojrzeniem, a potem uśmiechnęłam się, żeby niepotrzebnie nie stwarzać zbyt napiętej atmosfery. Chłopak wziął głęboki oddech i kontynuował swoją wypowiedź: Aha. No i idę se, patrzę se, a tu chłopiec płacze se. Bo to płaczliwy chłopiec był. Być może, ale żal mi się go zrobiło, bo jestem bardzo wrażliwy na krzywdę innych, zwłaszcza małych chłopców. A więc lubisz małych chłopców? – drążyłam temat. Tak, bardzo. Chyba wkraczamy na śliski temat. Dlaczego niby? – zdziwił się Artur. - Sam byłem kiedyś małym chłopcem, pisałem wtedy pamiętniki i teraz wiem, jak to jest, bo czytałem niedawno te moje wspomnienia. To znaczy wiem jak było. Jest. Było. No i płakał ten chłopiec i płakał, aż coś ścisnęło mnie za serce. Podszedłem do niego, przykląkłem, objąłem, przytuliłem i spytałem: „Co się stało, maleńki? Dlaczego płaczesz, why? Czy tatuś cię bije?” I co, bije? Chyba konia. W kiblu. A wtedy ktoś szarpnął mnie za kołnierz, postawił do pionu i ryknął w ucho niemal rozrywając bębenek: „Odpierdol się, gnoju! Ten gówniarz udaje! Szantażuje mnie, bo nie chcę mu kupić zabawki, jakiegoś pieprzonego konika na biegunach! A to sorki...- przeprosiłem grzecznie. Sorki, sorki! Teraz to sorki. Spadaj, pedofilu! - tak do mnie krzyknął. I co bo dalej? Z trudem powstrzymywałam śmiech, ale jestem naprawdę dobrą aktorką, więc udało mi się zachować spokój i powagę. Natomiast Arturo był tak roztrzęsiony, że aż mu ręce drżały i w ogóle ruchy miał bardzo nerwowe. A co miało być?! – odpowiedział. - Zalałem się łzami! Myślałem, że moje wrażliwe serce pęknie z bólu. W tej chwili dopiero zrozumiałem tak naprawdę słowa piosenki Czesława Niemęcza... Niemena. Nie męcz mnie i nie poprawiaj. Proszę cię bardzo! Bardzo! I ten właśnie Czesiu śpiewał: „gdy ktoś słowem złym zabija tak jak nożem...” Lecz ludzi dobrej woli jest więcej... - zaśpiewałam. Co mnie obchodzą jacyś ludzie z Dobrej Woli czy z Żelazowej Woli albo z jakieś innej Koziej Wólki?! Tak mi źle, tak m źle, tak mi szaro! Buuuuu! - rozpłakał się jak małe dziecko. Oj, ty moje biedactwo - zrobiło mi się go żal. Przytuliłam Arturka i zaczęłam całować po policzkach, scałowując jego łzy. Pociągnęłam go za rękę, by usiadł na ławce, a wtedy zajęłam miejsce na kolanach chłopaka, przodem do niego. Całowałam go po czole, policzkach i brodzie, ale dopiero gdy przytuliłam Arturka do piersi, zaczął się uspokajać. Miałam głęboki dekolt i to pewnie ciepło mojego młodego, obnażonego ciała podziało na niego pozytywnie. Proszę cię, daj mi possać, to przestanę płakać – odezwał się chłopak. Co possać? Cycusia. Po krótkim zastanowieniu pomyślałam – a co mi tam, byleby tylko przestał płakać. Byliśmy w ustronnym zakątku parku i raczej nikt się tam nie kręcił, więc wyłuskałam cycuszka spod bluzeczki i wcisnęłam mu go we rozchylone, natarczywe usta. Ssał pierś jak niemowlak, błyskawicznie uspokajając się, o czym świadczył jego błogi wyraz twarzy. Po kilku minutach wypuścił z ust brodawkę i sięgnął po drugiego cycusia. Strzeliłam mu po łapie, karcąc Arturka jak małego brzdąca. Daj Arturkowi cycusia... Daj... - prosił z błagalnym, płaczliwym wyrazem oczu. Nie, słoneczko, na razie wystarczy. Zeszłam mu z kolan i usiadłam obok niego na ławce. Wyciągnęłam z torebki chusteczkę i wręczając mu ją powiedziałam. Wytrzyj buzie, maleńki. Posłuchał jak grzeczne dziecko, które boi się mamy. Dokładnie wytarł oczy, a potem wysmarkał się długo i głośno. Wrzucając zużyty papier do kosza zaczął mi się zwierzać. Wiesz, lubię oglądać zakochanych ludzi, zwłaszcza gdy są młodzi i ładni. Tak jak my jesteśmy młodzi i ładni. Uwielbiam patrzeć, jak czulą się do siebie, jak chłopiec głaszcze swoją dziewczynę po włosach, a ona tuli się do niego jak łania. A wtedy on głaszcze ją po policzkach i ramieniu, a ona chwyta go za rękę. Na jej twarzy pojawia się dziewiczy rumieniec, dziewczyna marzy, by chłopiec chociaż przez moment dotknął jej biustu, tylko musnął jej piersi, chociaż wie, że on tego nie zrobi, bo też jest nieśmiały, bardzo nieśmiały, może nawet bardziej od niej. A ona go kocha i on ją kocha. I tulą się do siebie jak dwa gołąbki. Zawsze się bardzo wzruszam na takie widoki. Może dlatego, że mam takie czułe, dobre, wrażliwe serce. I duszę. Tak, duszę też. Dusisz się? To odepnij sobie kołnierzyk pod szyją – doradziłam biedakowi. Nie, nie duszę się! Mam duszę, rozumiesz? Czułą, wrażliwą dusze! I Serce! Wszystko masz takie wrażliwe? Tak, wszystko. Jestem ekstremalnie wrażliwym wrażliwcem. Gdybyś żył w czasach rzymskich to pewnie mówiliby na ciebie Arturus Wrażliwus. Być może. Bardzo być może – odparł z powagą w głosie. I gdy patrzysz na zakochaną parę, to robi ci się ciepło na duszy? Tak, zdecydowanie. Ciepło i błogo. Dopóki... dopóki... - nagle posmutniał. Dopóki, póki? - zachęciłam go do rozwinięcia wypowiedzi. Dopóki mi się nie przypomni, że ja nie mam żadnej takiej bratniej duszy. Ani tym bardziej siostrzanej. Nie mam nikogo, kto by się do mnie przytulił jak dziewica do swojego mężczyzny! I może nigdy nie będę miał! Everybody loves somebody. Sometimes. A ja co? Nie everybody? Buuuuuuu – znów się rozryczał mój rycerz. Nie płacz – pogłaskałam go p głowie. Jak mam nie płakać? Nikt mnie nie kocha! Buuuuuuuuuuum – łzy spływały mu ciurkiem po policzkach. Na pewno ktoś się kiedyś pokocha. Nie płacz już, Arturku. Na pewno pokocha. Ale kto? Kto? Chcę mieć somebody to love. I wanna hold your hand – mówił do mnie tytułami romantycznych przebojów. Masz, masz my hand. Hold ją mocno! Chwyciłam go za rękę i ścisnęłam z całej siły. To znaczy za duży palec. Ściśle rzecz biorąc w zapadających ciemnościach wydawało mi się, że to duży palec. Przynajmniej na początku. Ale gdy zaczął nagle i szybko rosnąc – przez chwilę zwątpiłam. Ścisnęłam go rytmicznie jeszcze kilka razy, pociągnęłam w górę i w dół i wtedy miałam już pewność. To nie był palec. Artur uspokajał się i łkał coraz ciszej, ale jednak wciąż płakał. Nie jestem z kamienia. Musiałam jakoś pomóc temu biednemu chłopcu. I zrobiłam to najlepiej jak umiałam. Rytmicznie ściskałam, pocierałam masowałam duży palec Artura, który okazał się być jego siusiakiem, a on odwdzięczał się za to, rosnąc, rosnąc i rosnąc. A im był większy, grubszy i twardszy, tym chłopiec mniej pochlipywał i był spokojniejszy. Aż w końcu fifolek przestał rosnąć. Co więcej – zaczął maleć, a materiał spodni, za którym się ukrywał, zrobił się podejrzanie mokry. Co ty narobiłaś najlepszego?! - Arturek udawał zdenerwowanego, chociaż jego błogi wyraz twarzy wskazywał na zupełnie inne emocje. - Jak ja teraz pójdę przez miasto do domu?! Nie przejmuj się. To moja wina. Ale naprawię to. Wszystko wyczyszczę tak, żebyś nie musiał się wstydzić. Wyjęłam z torebki chusteczki higieniczne i zaczęłam nimi energicznie osuszać spodnie w miejscu, w którym doszło do erupcji wulkanu. Jego ptaszek znów zaczął się powiększać, ale nie zwracałam na to uwagi, bo przecież miałam ważną misje do wykonania. Musiałam przecież posprzątać po sobie. A że z natury jestem bardzo czystą i porządną dziewczyną, nie mogłam tego zrobić byle jak – połowicznie i po łebkach. Tylko dlatego rozpięłam Arturowi rozporek i szybko, ale dokładnie osuszyłam mu chusteczką slipki, a potem odchyliłam je i wyciągnęłam na wierzch penisa. Artur zamarł. Widocznie nie spodziewał się, że jestem aż taką perfekcjonistką, jeśli chodzi o czystość. A tak się akurat składa, że jestem. Wyjęłam z opakowania jeszcze trzy chusteczki higieniczne i starannie osuszyłam nimi rosnącego w oczach członka. Potem odciągnęłam napletek - wyłącznie w celach higienicznych – i powtórzyłam czynność, z powodzeniem wycierając wszystko do sucha. W pewnym momencie zauważyłam, że Artur znów był bliski wytrysku, więc chwyciłam go za żołądź i ścisnęłam mocno, trzymając tak długo, aż erekcja zaczęła mu ustępować. Wtedy schowałam mu członka w slipki i zasunęłam zamek błyskawiczny rozporka, zadowolona z dobrze wykonanej roboty. Przepraszam cię, że tak zareagowałem – zaczął się tłumaczyć Arturek. - Mówiłem ci, że jestem bardzo wrażliwy. A wrażliwe mam też ciało. Zwłaszcza strefy, że tak powiem, e..., eee..., eeeeee..., ero.... Erogenne? - pomogłam mu nie mogąc patrzeć jak się męczy. No właśnie. Erogenne. Co przez to rozumiesz? No że ma wrażliwe... pewne części ciała... Na przykład jakie? No na ten przykład... tego, no..., pta..., pta... Ptaszka? Tak… I ją..., jąd... Jąderka? No tak. Skąd wiesz? Kobieca intuicja. A może masz też wrażliwy ten no... O... Od... Odb... Odbyt? - podpowiedział mi, nagle stając się bardzo domyślny. Tak. Skąd wiedziałaś? Nie, Nie, co ty... No może trochę... Czasami. No wiesz... Ale nie wkładasz tam sobie żadnych większych przedmiotów? – zakpiłam, tłumiąc śmiech. Nie, nie, gdzieżby tam. Czasami palec czy dwa. Nic więcej. No chyba, że ogórka. Ale takiego małego, nie myśl sobie, że wielkiego. Nie, nie, co ty? Gdzież bym śmiała pomyśleć chociaż o wielkim. Ale nie jesteś pedałem? Pe... Pedałem?!- aż się zapowietrzył.. Tak. Ciotą. Kopaczem gliny. Gejem. Pedziem. Homo nie wiadomo. Nie, no co ty? Nawet jeśli czasem wsadzam sobie coś, wiesz gdzie. Chociaż nie mówię, że wsadzam, tylko załóżmy, że to robię. Tak hipotetycznie. To wyobrażam sobie, że to jakaś piękna, niewinna dziewica wsadza mi tam swój malutki, niewinny, delikatny paluszek. Aha – odpowiedziałam bez przekonania. Cieszę się, ze mnie rozumiesz. Wiesz co? Robi się zimno. Chodźmy się przejść. Okey. Nie ma sprawy. Wstał i tym razem sam chwycił mnie za rękę. Przechadzaliśmy się w milczeniu po parkowych alejkach. Zapadł już zmrok i zapaliły się latarnie. Arturek nic się nie odzywał, pogrążony w rozmyślaniach. Chciałam go jakoś zagadać, ale moje myśli nie wiedzieć czemu same uparcie wciąż wracały do jednego tematu – grubego, długiego członka z wielką żyłą pośrodku. Co ja co, ale penisa Artur miał naprawdę imponującego. I w dodatku – co nieczęsto, oj, nieczęsto się zdarza – bardzo zadbanego, czystego, pachnącego i z delikatną skórką. Wiesz co, mieszkam nieopodal – sama zdziwiłam się, że to powiedziałam.- Może wpadłbyś do mnie na małe co nieco? To znaczy na miodek? Jak Kubus Puchatek?- zaśmiał się wesoło. Miałam race na myśli herbatkę. Z miłą chęcią – odpowiedział.
*****
Artur usiadł na fotelu, a ja poszłam do kuchni, przygotować herbatę po góralsku. Sobie dolałam jeden kieliszek wódki, a chłopakowi dwa, bo przecież co chłop, toc hłop, choćby był nawet tak mizernej budowy jak Arturek. Gdy przekroczyłam próg z dwoma parującymi filiżankami w dłoniach, zastałam go podczas podziwiania zdjęć powieszonych na jednej ze ścian. Widziałam niekłamane wzruszenie na jego twarzy, gdy przypatrywał się fotografii, na której na tle krwisto zachodzącego słońca kobieta przytulała do piersi rozkosznego bobaska. Bardzo mnie tym ujął i pomyślałam sobie, ze to chyba był dobry wybór umówić się na randkę z wrażliwcem. Kolejny punkt zdobył u mnie chwilę potem, gdy już wrócił na fotel i popijając małymi łyczkami gorący płyn spytał ze szczerym zainteresowaniem: Jak dotąd rozmawialiśmy tylko o mnie, a przecież ty również mimo wszystko jesteś bardzo wartościową, wrażliwą i ważną osóbką. Czy mogłabyś powiedzieć mi coś o sobie? Bardzo, bardzo mnie to interesuje. Dziękuję ci bardzo za to pytanie – uśmiechnęłam się i rozluźniona rozpięłam górny guzik koszuli. - A cóż chciałbyś wiedzieć, młodzieńcze o twarzy bladej i sylwetce dość wysmukłej? Cieszę się, ze doceniasz moją wysportowaną figurę. Ale mniejsza z tym. Powiedz mi, co lubisz robić w wolnych chwilach? Lubię śpiewać, lubię tańczyć, lubię zapach pomarańczy – odpowiedziałam słowami piosenki. O, jak oryginalnie! - zachwycił się. - A co najbardziej lubisz śpiewać? Oczywiście piosenki o miłości. To tak jak ja! - ucieszył się Arturek. - A w jakim repertuarze najlepiej się czujesz? Na przykład w takim: „Serca dwa, serduszka małe dwa, są razem już tyle lat...” O, znam to! To piękne! Przepiękne... - chyba się wzruszył, bo oczy mu się zaszkliły. To może zatańczymy? Wypiłam do końca moją herbatkę, a że zrobiło mi się gorąco, rozpięłam następny guzik koszuli. Włączyłam CD z piosenkami Sade i ciągnąc Arturka za rękę porwałam go do tańca. Pląsaliśmy mocno przytuleni w rytm nastrojowej melodii, aż nagle poczułam na podbrzuszu coś dużego, twardego i podłużnego. - O widzę, że chłopiec się podniecił! – uśmiechnęłam się i ścisnęłam go za ptaka, a ten ku mojemu zdziwieniu natychmiast jeszcze zwiększył swoją objętość. - Ach, przepraszam – zawstydził się, momentalnie mocno rumieniąc się na twarzy. - To wszystko przez to, że jestem taki wrażliwy. - Aha… A co masz najbardziej wrażliwego? – spytałam, choć znałam odpowiedź, mocniej ściskając penisa, który o dziwo jeszcze się powiększył. - No chyba… prącie.. – odpowiedział nieśmiało.. - Prącie? – zdziwiło mnie to określenie. - Czyli co, kutasa? - Tak, prącie. Osobiście wolę operować mniej pejoratywnymi określeniami na rzecz tych, które przyswoiłem sobie na lekcji biologii, ponieważ są bardziej adekwatne i przyjemniejsze w odbiorze. - Czyli jakimi? - Na przykład prącie, jądra, moszna, pochwa, wargi sromowe mniejsze i tym bardziej większe itp. - Czyli innymi słowy potwierdzasz, że najbardziej wrażliwe masz prącie kutasa? - Tak, a ty? - A ja nie. - Wiem, że ty nie, bo nie masz prącia, ale co masz najbardziej wrażliwego? - Mały palec lewej nogi. - Nie?! Żartujesz?! - Wcale nie. Jak sobie go kiedyś przetrzasnęłam niechcący drzwiami, to aż się zwinęłam z bólu. A mój mały cały zsiniał – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem. Arturo na moment zamilkł i mocno zmarszczył czoło, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiał albo próbował przypomnieć. Potem otworzył usta, szybko je zamknął, znowu otworzył i w końcu powiedział cichutko: - Mie śmiej się, ale mój mały kiedyś też cały zsiniał… - Tak?! – zainteresowałam się. – Jak to się stało? - Nie chciałbym o tym opowiadać – znów jego twarz przybrała kolor rozpalonej cegły. - A dlaczego? Mnie to bardzo interesuje. Jak to się stało? – znów ścisnęłam go za członka, który nadal był bardzo duży i równie twardy. - Po prostu… Oberwałem piłką jak graliśmy z chłopakami na boisku szkolnym. I prącie mi całe zsiniało. - A jądra i moszna? - Też. Jak oglądałem sobie potem w szatni, to byłem przerażony. Koledzy również. Radzili mi, żebym udał się z tym do lekarza. Ale nie zrobiłem tego – jestem zbyt wstydliwy i wrażliwy, żeby tak się obnażać przed obcym człowiekiem. - I co? Samo zeszło? - Nie. Dopiero jak mama zaczęła mi nacierać prącie co wieczór jakąś niemiecką maścią dla koni, to po tygodniu siność zaczęła ustępować. - Kiedy to było? - Jakieś pół roku temu. - Co? Pełnoletni chłopak pozwala mamie wcierać maść w swojego penisa? Dlaczego sam sobie tego nie robiłeś? - Bo mama zrobiła to lepiej. - Aha – ręce mi opadły i w ogóle wszystko mi opadło. - W tak razie usiądźmy. Ciężko opadłam na fotel i wzburzona dziwną poufałością Artura z jego mamusią, rozpięłam kolejny guzik koszuli. Chłopak przycupnął obok mnie. Włączyłam telewizor. Właśnie emitowali program o biednej wiosce w Ugandzie czy innym Zanzibarze. Była tam taka bieda, że kobiet nie było nawet stać na zakup zwykłych staników, nie mówiąc już o push-upach, a faceci nie mogli sobie pozwolić na choćby najtańsze slipki i dlatego musieli zakładać sobie jakieś tykwy na fujary. Jednym słowem bardzo interesujący program, w którym wszystkie laski latały topless, a chłopaki z jajami na wierzchu. Co niektórzy mieli naprawdę spore te jajca. - Jacy oni biedni w tej Ugandzie! Chodzą głodni z mosznami i sutkami na wierzchu, a nikt im nie chce pomóc. Buuuuu – chłopak nagle rozpłakał się w wniebogłosy. - Nie płacz, Arturku – uspokajałam go głaszcząc po udzie. – To nie u nas, tylko w Afryce, daleko stąd. Daleko jak jasna cholera. - Pociesz mnie jakoś, bo ja nie wiem, co z sobą zrobię! Jestem zbyt wrażliwy na takie programy. - To co ja mam zrobić? - Pociesz mnie jakoś. Pomóż mi! Buuuuu! – chwycił mnie za rękę i położył na swoim penisie. - Oj, ty biedulku… - zaczęłam rytmicznie ugniatać mu ptaka.. – Nie dudlaj już, nie dudlaj – pocierałam fajfusa i masowałam, aż osiągnął spore rozmiary. - No nie płacz już, nie płacz – wyciągnęłam pałę na światło dzienne i zaczęłam energicznie masturbować Arturka. - O, już mnie lepiej, już mnie prawie pocieszyłaś! Ale nie przestawaj! Nie, nie, nie! Tak, tak tak! No to nie przestawałam. Trzepałam mu konika tak długo i mocno, aż w końcu trysnął na zadziwiającą odległość, co automatycznie natchnęło mnie do zadania może dość intymnego, ale też i ważnego pytania. - Pijesz może jogurty? – spytałam z niewinną miną, chowając mu prącie w slipki. - Tak, codziennie, a co? - Czyli to jednak prawda! Chcesz mieć wytrysk dwumetrowy, pij jogurcik owocowy. - No coś w tym jest. - Wiesz co? – chwyciłam go za rękę. – Skoro zrobiła się tu taka wesoła i luźna atmosfera, to może sobie pośpiewamy? Bardzo lubię muzykę. - Możemy, dlaczego nie? A jaką piosenkę? - Sam wybierz coś fajnego. - Klaun, zakochany klaun… - zaczął śpiewać Arturek. - La, la, la, la, la, la! – zaintonowałam refren. - On ma takie czułe serce… - La, la, la, la, la, la! - Jest jak pęknięty dzban… - La, la, la, la, la, la! Gdy już naśpiewaliśmy, Artur usiadł bardzo blisko mnie i spojrzał w oczy w ujmujący, niewinny sposób. Uśmiechnęłam się zachęcająco i chwyciłam go za dłoń, kładąc ją sobie na kolanie. - Mogę ci się o coś spytać? - To zależy o co? – odparłam z uśmiechem. – Bo jeśli na przykład będziesz chciał się dowiedzieć, czy masturbuję się ogórkiem albo czy golę sobie cipkę, to za żadne skarby nie odpowiem. - A golisz sobie cipkę? - Latem tak. - Aha, no to nie będę o to pytał. - Dziękuję ci serdecznie za twoją wyrozumiałość. - Ależ proszę cię bardzo. Jestem dżentelmenem i nigdy, przenigdy nie uraziłbym kobiety - co ja mówię! Damy! – tak niedyskretnym pytaniem, jak to o usuwaniu włosów łonowych. To naprawdę tak samo niedyskretnie jakbym zapytał, ile palców mieści ci się w pochwie, ale tak wrażliwy mężczyzna jak ja w życiu nie odważyłby się zadać tak intymnego pytania – powiedział Artur. - Wiem o tym i naprawdę to doceniam. Gdybyś był moim chłopakiem to i tak byś wiedział, że jak nie jestem podniecona, to z trudem włożę tam dwa place, a gdy z kolei jestem – to nawet pięć. Ale nie jesteś moim facetem i dopóki nim nie zostaniesz, nigdy nie dowiesz się niczego o tak frapujących szczegółach mojej wzbudzającej zachwyt anatomii. - Okey, skoro tak, to nie powiem ci, ze moje lewe jądro wisi o kilka centymetrów niżej od prawego i że mam dwa pieprzyki na dolnej części prącia. Jak ty tak, to ja tak! A jak! Myślałem, że skoro się ze mną umówiłaś, to już jestem twoim mężczyzną! - Jeszcze nie. Zostaniesz nim dopiero na trzeciej randce.. Oczywiście jeśli w ogóle do niej dojdzie. Zapadła cisza. Pomyślałam sobie, że pewnie Arturowi zabrakło języka w gębie albo załamał się, że na prawdziwie szczere wyznania będzie musiał jeszcze trochę zaczekać. Spojrzałam niego – chyba o czymś intensywnie myślał, bo bardzo zmarszczył czoło. Wreszcie odezwał się po dłuższej chwili: - A jak ja teraz wyjdę i zaraz wejdę to będzie się liczyło jako druga randka? - Oczywiście. Że nie. - Jak to? Jesteś niesprawiedliwa – zrobił płaczliwą minkę. - Nie no, wybacz. Poszedłbyś pięć razy za przeproszeniem do kibla i miałbyś zaliczonych pięć randek? - Sześć. - Pięć! Umiem liczyć, miałam kiedyś czwórkę z matmy! - Kiedy? - W czwartej klasie! - Ogólniaka? - Podstawówki. A co to ma do rzeczy? Czwórka jest czwórka! – zdenerwowałam się nie na żarty. - Może i