Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Religia · 1 godz. 13 min czytania

Wróg

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wędrowiec szedł już kilka godzin. Niemłode ciało dawało znać o sobie coraz wyraźniejszymi oznakami zmęczenia. Postanowił nieco odpocząć. Gęsty jak dotąd las rozpostarł przed nim miły widok dużej polany, na której dostrzegł mnóstwo krzewów jeżyn i jagód. Postanowił przycupnąć przy obfitszym w owoce krzaczku i odpoczywając pożywić się. Zszedł z wydeptanego traktu, wyjął z przewieszonej przez ramię torby, oprawioną w skórę grubą Księgę, gliniany kubek i usiadł. Uważając, by się nie pokłuć ostrymi kolcami, pozrywał najpierw do kubka jeżyny, po czym otworzył Księgę na stronie, gdzie skończył poprzednio czytać. Zmrużył oczy i odsunął nieco Księgę od siebie, by lepiej widzieć. To już nie te lata, pomyślał z delikatnym uśmiechem na ustach, nie te lata. Kiedy był młody, nie robił planów na przyszłość, gdyż jego życie nie zapowiadało się na długie. Teraz ze starości przestawał dobrze widzieć. Za cud długiego życia był wdzięczny Temu, któremu należało być wdzięcznym. Kiedy jego oczy dobiegły końca strony, do uszu doleciał charakterystyczny odgłos skrzypienia wozu i parskanie konia. Tak, tego był pewien. Uszy miał w najlepszym porządku. Ktoś zbliżał się traktem ku polanie. Szybko schował Księgę i poczłapał ku drodze. Miał nadzieję, że jadą wędrowcy tacy jak on i zabiorą go ze sobą, jeśli tylko pozwoli na to wolne miejsce na wozie. Wyszedł na środek traktu i nasłuchiwał. Tak, podążali z właściwej strony. Będzie im po drodze. Być może jego podróż stanie się lżejsza. Po kilku chwilach na polanie pojawili się dwaj zbrojni jeźdźcy, za nimi dwa wozy i jeszcze jeden koń z uzbrojonym człowiekiem w siodle. Wędrowiec wrzucił do ust jeżynę i czekał, aż się zbliżą. — Dobrze urodzeni – mruknął pod nosem. Jeden z jeźdźców, gdy tylko go dostrzegł, spiął konia i kłusem wyprzedził pozostałych, by sprawdzić, co on za jaki. Był to młody chłopiec, może dwudziestokilkuletni, o słusznej posturze i odważnej twarzy. Groźnego wyglądu dodawał mu pokaźny miecz u boku, kołczan pełen strzał i łuk. Na zadzie konia tkwiła okrągła tarcza z wymalowanym herbem. — Z drogi starcze, bo rozjedziemy – rzucił takim tonem, jakby chciał go przestraszyć. Wędrowiec natychmiast usłuchał „rozkazu” i usunął się na bok. Jeździec zmierzył go z wysokości. Widać długa do ziemi, wypłowiała szata, obute w rzemienne sandały stopy, płócienna torba i siwe włosy dziwnego podróżnika, nie wyglądały jakoś szczególnie niebezpiecznie, gdyż jego ton jakby zmiękł. — Dokąd to tak samemu po puszczy? Nie strach? Mało to zbójców po okolicy grasuje? — A czy ja mam, co by mi to rabować? – odrzekł z nutką rozbawienia w głosie wędrowiec. — Tylko życie, a i to stare. Ale za troskę bardzo dziękuję. Zaraz dojechały wozy i pozostali jeźdźcy. Na jednym wozie siedziały dwie starsze kobiety, obie w strojnych szatach. Na drugim służba. Wędrowiec ukłonił się z szacunkiem. — Pielgrzym? – spytała jedna z kobiet. — Tak, pani. Z Ziemi Świętej idę – przyznał. — Nie boisz się samemu w tej okolicy? – zagadnęła druga. — Też go o to pytałem – powiedział młodzieniec, który nagle zaczął mieć kłopoty z utrzymaniem konia. Wierzchowiec drugiego jeźdźca również zaczął przejawiać oznaki niepokoju. — Jestem stary. Moje życie nie jest dla mnie tak ważne jak kiedyś, jak dla was teraz. Powietrze przecięło głośne wycie wilka. Wszyscy zaczęli rozglądać się wokoło. — To nie wilk – powiedział z przekonaniem drugi jeździec. Był starszym człowiekiem, doświadczonym, na jego twarzy widać było długą bliznę. Zaraz wziął do lewej ręki łuk i uchwycił kilka strzał, tak by szybciej móc je wystrzelić. To samo chciał uczynić młodzieniec, ale nie zdążył. Jego koń nagle stanął na zadnich nogach i zrzucił z siebie jeźdźca. Kobiety krzyknęły z przerażenia, a dwaj słudzy rzucili się na pomoc. Trzeci jeździec również spadł z konia, ale on trafiony został w plecy dwiema strzałami. Starszy żołnierz wystrzelił pierwszą strzałę w niewidoczny cel i zaraz naciągnął cięciwę z następną. Koń młodzieńca ruszył galopem przed siebie, a nieszczęśnik zamroczony leżał na ziemi. Słudzy zostawili go tam i rzucili się do wozu po broń. Następna strzała trafiła jednego z nich i ten upadł przy samym wozie. Inny ledwo zdążył odskoczyć przed następną strzałą. Drugi jeździec zeskoczył z konia, porwał tarczę i w ostatniej chwili zasłonił się przed trafieniem go w pierś. Kobiety skuliły się w wozie, do którego z niespodziewaną szybkością wskoczył stary pielgrzym. Jego oczy zwęziły się w wąskie szparki, ale twarz była niezwykle spokojna, pełna równowagi, zupełnie jakby nie była to dla niego zaskakująca sytuacja. W polu widzenia pojawił się pierwszy napastnik, zaraz potem następni, cała zgraja. Otoczyli ich ze wszystkich stron. Wędrowiec wiedział, że kiedyś byłaby to sytuacja bez wyjścia, całkowicie beznadziejna, ale nie dziś, nie teraz. Sięgnął do płóciennej torby, by na ułamek chwili położyć dłoń na skórzanej okładce Księgi. Jego spojrzenie wzniosło się ku górze i szybko wypowiedział jakieś niezrozumiałe słowa, aby natychmiast gwałtownym ruchem ramienia zasłonić się przed nadlatującą strzałą. Kobiety widziały ten ruch. Ich zdumienie było ogromne. Śmiertelny pocisk wbił się w dużą, prostokątną tarczę. Zaraz potem następne. Wszystkie płonęły. W drugiej ręce również znikąd pojawił się obosieczny miecz, na głowie dziwny hełm. Wędrowiec przemienił się w wojownika, był jakby z innego świata, innej epoki. Napastnicy zbliżali się w błyskawicznym tempie. Mieli przerażające twarze, pełne pogardy, nienawiści i żądzy krwi. Nie mieli już łuków, ale w ich dłoniach błyszczały ostrza kling. Służba pierzchła w las. Pozostał leżący na ziemi młodzieniec, trafiony jeździec i sługa oraz doświadczony żołnierz, który cofnął się blisko wozu, by osłonić starsze kobiety. — Jesteś wierny – powiedział pielgrzym do niego. Ten dopiero teraz zobaczył zmienionego staruszka. Jego oczy stały się wielkie ze strachu. On słyszał o takich ludziach jak ten starzec. Nigdy żadnego jeszcze nie spotkał, ale wiedział o nich z wielu opowieści, że byli niebezpieczni, szybcy i bardzo wielu ludzi po spotkaniu z nimi po prostu się zagubiło, znikło bez śladu. Tych wędrownych szarlatanów nie można było rozpoznać, zanim sami się nie ujawnili. Do głowy mu nie przyszło, że może to być tak stary człowiek. — Nie bój się kłamstw, ale ufaj – powiedział starzec i zeskoczył z wozu, by dać odpór najbliższemu przeciwnikowi. Kątem oka spostrzegł, że młodzieniec odzyskuje przytomność. Chciał przesunąć się w jego stronę. Przyjął tarczą pierwszy cios napierającego z impetem wielkiego napastnika. Z ust wędrowca padał potok niezrozumiałych słów, a miecz ciął ze świstem powietrze odbijając głośnym zgrzytaniem klingę broni przeciwnika. Walka nie trwała długo, ledwie kilka spięć. Napastnik stanął ze zdumieniem, a z dłoni wypadł mu miecz. Jego wzrok padł na własną klatkę piersiową, w której utkwił miecz starca. Ten puścił rękojeść, a swą uwagę skupił na kolejnym nacierającym, który z wielkim krzykiem na ustach biegł w jego stronę. Starzec wykonał nagły unik i cała energia szarżującego minęła się z zamierzonym celem. Po szybkim zwrocie napastnik stał naprzeciw dziwnego wojownika, którego jedyne uzbrojenie stanowiła teraz wielka tarcza. Uśmiechnął się z pogardą i splunął, po czym natarł raz jeszcze. Starzec znów w nieznanym języku szybko, acz spokojnie wypowiedział kilka słów. Zdziwienie kolejnego napastnika było ogromne, gdy w ostatniej chwili tuż przed oczami błysnęła mu zimna stal ostrza. Zaraz padł na kolana z wbitym w serce mieczem. Jego usta szeroko się otworzyły, ale nic nie mógł wypowiedzieć. Kobiety również z szeroko otwartymi ustami obserwowały bieg wydarzeń. Starzec uwijał się szybko i z mistrzowską precyzją w ten sam sposób pozbył się kolejnych, trzech przeciwników. Każdy z nich kończył walkę z wbitym w pierś mieczem. Jednak z żadnego przeciwnika starzec nie wyjmował swej broni. W jego dłoni pojawiał się natychmiast taki sam nowy. Kiedy pozostali napastnicy zorientowali się, że mają do czynienia z kimś niezwykłym, natychmiast zrezygnowali z walki i uciekli do lasu. Na placu boju pozostało ich pięciu, każdy z mieczem w sercu, na kolanach. Jeszcze jeden raniony przez broniącego się rycerza leżał nieopodal. Widok był niesamowity. Wszyscy napastnicy mieli otwarte oczy, oddychali, ale bez najmniejszego ruchu pozostawali na swych miejscach. Starzec szybko podszedł do rannego i z właściwą sobie precyzją, z obcymi słowami na ustach wbił miecz w jego serce. Potem przyjrzał się młodemu chłopcu, który właśnie z pojękiwaniem przewracał się na bok. Kiedy ruszył w jego stronę, starszego obrońcę kobiet miał za swymi plecami. Ten nie wahał się długo. Błyskawicznie odnalazł łuk, naciągnął cięciwę i wystrzelił strzałę wprost w plecy starca. Nie osiągnął jednak zamierzonego celu. Choć strzała uderzyła w jego plecy, z charakterystycznym metalicznym zgrzytem odbiła się i spadła na ziemię. Pod szatą był pancerz. Wędrowiec odwrócił się. W jego oczach nie było złości ani cienia zdenerwowania. Był rozczarowany. — Rodrygu... – starsza z kobiet chciała krzyknąć, ale przejęta niezwykłymi wydarzeniami, jego imię ledwo dosłyszalnie wyszeptała. — Myślałem, że twoje serce jest wierne i dobre – powiedział starzec łagodnie, ale w jego dłoni błysnął następny miecz. Rodryg cofał się małymi krokami. Jego strach był większy niż wtedy, gdy zobaczył zgraję rzezimieszków. W końcu zrobił nagły zwrot i ile sił w nogach zaczął biec tam, skąd przyjechali. — Rodrygu! – krzyknęła druga kobieta, ale tamten był coraz dalej. — To strach przed innym życiem – powiedział pielgrzym i uklęknął przy niemal już przebudzonym młodym człowieku.

***

W karczmie wrzało. Wszyscy obecni poruszali jeden temat: niedaleko pojawił się wróg, pożeracz ludzi, czarownik, który sam przepędził zgraję zbójców, kilku z nich zabijając i zjadając, oraz porywając szlachetnie urodzone niewiasty z towarzyszącymi im jeźdźcami. Banda rzezimieszków była jedynie mało znaczącym tłem. Szarlatan był wrogiem najistotniejszym, niósł strach i śmierć tak niespodziewaną, że mógł znajdować się wszędzie, nawet w tej karczmie. Źródłem tych wieści był rycerz, któremu ledwie udało się ujść z życiem. Pieszo dotarł do karczmy, w wielkim pośpiechu rzucił kilka zdań i po otrzymaniu konia popędził przed siebie, by jak najszybciej dotrzeć do rodziny porwanych niewiast. Każdy, kto miał coś do powiedzenia, wiedział o wrogu prawie wszystko: jak wyglądał, co powiedział i co zrobił. Większość słuchaczy kiwała jedynie głowami i czuła narastające przerażenie. Każdy z nich mógł być przecież następną ofiarą. — Nie da się ich rozpoznać, dopóki sami nie uderzą – mówił czerwony od grzanego wina kupiec, który z powodu swego obycia w różnych stronach przyciągnął największą liczbę słuchających. — Są mili, ułożeni, potrafią pięknie mówić, a wszystko po to, by porwać, zabić i zjeść! Zaraz rozniósł się szmer komentarzy. — Ale jak to możliwe, żeby sam jeden dał radę tylu naraz? – spytał ktoś ciekawy. — Znają się na czarach i są nieśmiertelni. Znów szmer. — To jak się można bronić przed nimi? – spytał ktoś inny. — Trzeba trzymać się swego patrona, najlepiej mieć przy sobie relikwie i krzyż na piersi, żeby zasłonił serce. Diabeł boi się krzyża, święconej wody i najświętszej panienki. — Tak i odpusty trzeba wykupić – dodał ktoś z boku. — Dobre i odpusty – potwierdził kupiec. — Zakonni bracia mawiają, że na msze trzeba co niedziela chodzić, to taki nawet się nie zbliży . — A ja słyszałem, że oni przekupić nawet próbują, żeby do nich przystać – powiedział ktoś trzeci. — Potrafią konia wyczarować, albo i sakiewkę złota na stół wyłożyć, żeby tylko z nimi iść, gdzie zechcą. — Wina! – zakrzyknął starszy jegomość w bogatym odzieniu. — Wy gawędzić będziecie bez końca, a ja mieczem rozpłatam na dwie połowice szarlatana i końmi przywlokę, żebyście jeszcze bardziej portkami zatrząść mogli. Kto ze mną rusza na polowanie?! Odpowiedział mu nerwowy śmiech i sterta kpin. — Same tchórze! Pochowajcie się w swych norach, tylko o tyłkach nie zapomnijcie! – wykrzyknął i siarczyście przeklinając, wyrwał kielich z winem nadchodzącemu karczmarzowi. — Ani by się spostrzegł, już by nie żył – ironicznie stwierdził kupiec. — Trza uważać, oczy mieć szeroko otwarte i z byle kim nie przestawać. Wszyscy pokiwali głowami. Rozumieli zagrożenie. — Może trzeba się zebrać do kupy i obławę zrobić – powiedział młody rycerz, który od jakiegoś czasu przysłuchiwał się wszystkiemu. – Ale nie tak na łapu-capu. Księdza z pobliskiej parafii wziąć ze sobą i niech on dzieła dokończy. Po karczmie przeszedł szmer. — Co tam po jednym księdzu – żachnął się jakiś starszy jegomość. – Po rycerzy zakonnych trza listy słać. Oni znają się i na rzemiośle wojennym, i na egzorcyzmach. — Tak, ale do tego czasu ten szarlatan albo pożre nas wszystkich, albo wyniesie się stąd w inną okolicę. — I niech się wyniesie! – ktoś zakrzyknął. — Niech się wyniesie! – zawtórowali mu inni.

*** Wędrowiec pomógł usiąść młodemu nieszczęśnikowi, który powracał z zamroczenia do rzeczywistości. W jego rękach nie było już miecza i tarczy. — Nic ci nie będzie, dzielny rycerzu – zawyrokował ze spokojem w głosie. — Kim jesteś, człowieku? – spytała z wyraźnym drżeniem w głosie jedna z kobiet. — Pielgrzymem, łaskawa pani – odrzekł delikatnie się uśmiechając. — Ale te... czary... Rodryg, który uciekł... ci ludzie... zabici?... — Czary? Nie, z czarami nie mam nic wspólnego. — Jeśli nie czary, to co takiego? — Wiara, łaskawa pani, wiara. To ona jest silniejsza niż zło, niż stal tych przesiąkniętych duchem władcy powietrza synów buntu. A wasz żołnierz uciekł, bo nasłuchał się bajek i bredni, które opowiadają po karczmach i zakonnych pustelniach. — Ale widziałyśmy, jak znikąd w twych rękach pojawia się broń i jak sieczesz nią tych zbójców... — Miłościwa pani, oni wszyscy żyją, jak sama pani widzisz. To zło, któremu się poddali, wzięło ich w swoje ręce i kazało niszczyć, palić i zabijać. Starzec podszedł do najbliższego z napastników, który nadal tkwił nieruchomo na jednym miejscu. — Ja znam ten stan, dobrze wiem, dlaczego tak się dzieje i kto za tym stoi. Młody rycerz powoli dochodził do siebie, ale nieprzytomnymi jeszcze oczyma zobaczył starca, który właśnie stał obok kogoś klęczącego z mieczem w piersi. Zupełnie nie rozumiał tego, co widzi. Porwał do ręki swoją broń i ruszył do natarcia. — Patryku, nie! – krzyknęła starsza kobieta, która zobaczyła szarżującego na starca młodzieńca. Wędrowiec w ostatniej chwili odskoczył i ostrze miecza ze świstem przecięło powietrze. W jego lewej ręce znów pojawiła się tarcza, którą natychmiast zasłonił się przed następnym uderzeniem. Dźwięczne uderzenia rozlegały się z błyskawiczną szybkością. Młodzieniec wpadł w furię. Był zupełnie nietrzeźwy. Za wszelką cenę chciał powalić starca, widząc w nim swego wroga. Ten zaś robił wszystko, by nie dać się trafić i szukał odpowiedzi na to dziwne zachowanie. Po chwili już wiedział. Ucieczka bandy rzezimieszków nie była ucieczką tego, któremu tę napaść zawdzięczali. Pielgrzym zobaczył w oczach młodzieńca zło, które opuściło trafionych mieczami napastników. Ono trafiło wprost w jego serce, spotęgowane, wściekłe i nienawidzące. To zło nienawidziło jego, ale także tego młodzieńca i wszystkich, którzy tu byli. To zło omotało młodego żołnierza, by wysłużyć się nim i zniszczyć agresora, który przybył w tę poddaną jego władzy okolicę. — Patryku! – kobieta próbowała jeszcze raz powstrzymać chłopca. — To nic nie pomoże – rzucił szybko starzec. – On nie usłyszy. W jego dłoni pojawił się miecz. Tarcza zniknęła, by mógł swobodnie uchwycić jego rękojeść oburącz i z większą siłą dać odpór kolejnym uderzeniom. Z jego ust popłynął potok stanowczych słów, których znaczenia nikt nie potrafił zrozumieć, prócz tego, kto je wypowiadał i tego, do kogo były one skierowane. — Kai ek tou autou ekporeuetai romfaia kseia, ina en aute patakse ta etna... Zon gar ho logos tou Teou kai energes kai tomoteros uper pasan mahairan distomon... – powiedział starzec i wykonawszy szybki unik z półobrotem, wbił precyzyjnie miecz w serce Patryka. Ten puścił swój oręż i zdumiony spojrzał na błyszczącą klingę w swej piersi, potem na wędrowca, a na końcu na kobiety, które w tej chwili opuszczały wóz. — Patryku! – krzyczała starsza. — Co mu zrobiłeś, człowieku?! — Chcę, by miał nowe życie – powiedział ze spokojem pielgrzym. — Kim jesteś? – ponownie spytała druga niewiasta. — Jestem uczniem mojego Pana, który jest Prawdą i Światłością. — Zabiłeś go! — Mój Pan przeze mnie zabija jedynie zło, bunt przeciw Prawdzie, bałwochwalstwo, czary, wszeteczeństwo, nieczystość, zazdrość, gniew i knowania, waśnie i odszczepieństwo, zabójstwo, pijaństwo, kłamstwo i wszystko, co sprzeciwia się Światłu. Nie zabijam ludzi. Życie ma prawo odebrać kto inny. Kobiety popatrzyły na niego z niedowierzaniem. Nie zrozumiały sensu jego słów. Bardziej wierzyły swoim oczom. — Jesteś czarownikiem! – wrzasnęła młodsza z kobiet. — Już wiem, jesteś szarlatanem, który porywa ludzi! Wędrowiec ciężko westchnął. Zmrużył oczy, jakby chciał lepiej widzieć. — Nie masz dość ofiar, synu kłamstwa – powiedział patrząc jakby na kobietę, ale jego słowa wyraźnie były skierowane do kogoś innego. — Od początku żądny jesteś władzy i krwi, ale sąd nad tobą jest postanowiony. Mój hełm, moja tarcza i mój miecz nie są moje. Nie złamiesz mnie, bo wiem, do kogo należę. Idź precz, bo mój Kyrios kupił mnie swoją śmiercią. Młodsza kobieta zaniemówiła. Nie zrozumiała pełnego sensu tych słów, ale coś dotknęło i jej serca. To nie był miecz starca, ale coś bardzo bliskiego jego ostrza. Zapanowała dziwna atmosfera, pełna lepkiej gęstości. Czas wydawał się stanąć w miejscu. Wszyscy prócz wędrowca opadli z sił. Obie kobiety jakby pokonane przez przyciąganie ziemi padły na swe kolana. Starzec wyciągnął z płóciennej torby Księgę i po ułamku chwili znalazł odpowiednie miejsce na jej pożółkłych stronach.

***

Dzień powoli chylił się ku zachodowi. Stary pielgrzym drugi już dzień bacznie przyglądał się ze swego ukrycia pośród gęstego lasu, wznoszącemu się ponad całą okolicą wzgórzu. U jego podnóża roiło się od krytych strzechą, niewielkich domostw, ale nie one przykuwały uwagę. Powyżej wznosiły się wysokie mury, a za nimi potężny zamek z licznymi obronnymi basztami. Cała budowla robiła ogromne wrażenie, przytłaczała swą majestatyczną potęgą i zniewalała. Pielgrzym jednak już dawno otrząsnął się z tego przygnębiającego wrażenia. Wiele lat temu zostawił je w Ziemi, do której przywędrował jako ten, który miał tam przynieść wolność i prawdę. Ziemia ta jednak nie potrzebowała jego wolności, ona dała wskazówkę do wolności dla niego. Obdarła go z fałszywych ideałów, naiwnych wyobrażeń i ślepoty. Wskazała drogę do innego, nowego życia. Kiedy tam jechał z wieloma jemu podobnymi, był całkowicie przekonany o słuszności swej misji. Nie spodziewał się, że wszedł na swoją drogę do Damaszku. Pałał żądzą zdobywania dla jedynie słusznej sprawy wszystkich i wszystkiego, co spotka na swojej drodze. W szczęku oręża wielkiego wojska oraz wezwaniu biskupa Wiecznego Miasta do spełnienia wiekopomnego dzieła czuł swą siłę i miał swą motywację. Nie spodziewał się jednak, że jego losy potoczą się zupełnie inaczej. Teraz stał i patrzył na miejsce, dokąd nakazał mu udać się nowy Zwierzchnik. Zwierzchnik, ponad którego władzą nie było już innej władzy. — Mój Kyrios Swoje życie za mnie oddał, ja oddaję Mu swoje – powiedział cicho i uśmiechnął się. Kiedyś nie rozumiałby tych słów, dziś dobrze wiedział, co mówi. — Już czas, gotów jestem – dodał, poprawił płaszcz, torbę i wyszedł zza krzaków. Bardzo się cieszył, że udało mu się zmienić ubranie. Teraz nie rzucała się tak w oczy jego znoszona tunika i wschodni płaszcz. Był podobny do wszystkich. Może tylko ta ogorzała od mocnego słońca twarz... Kończący się dzień przyspieszał powrót mieszkańców z okolicy do domów, a i podróżni chcieli zdążyć przed zamknięciem bram. Pielgrzym szedł spokojnym krokiem i patrzył na krzątających się przy domostwach ludzi. Sprawiali wrażenie zwykłych i normalnych, ale on wiedział, że ich wnętrza są niespokojne, pełne rozterek, pytań o przyszłość i udręk teraźniejszości. Żaden z nich nie miał w sobie pokoju i prawdziwego odpocznienia, w zamian zaś często nawiedzał ich strach a z nim i ułuda, że może kiedyś zaczną sobie radzić z nim tak dobrze, że przestanie im dokuczać. Wędrowiec wiedział od wielu lat, że nie można sobie poradzić z tym wszystkim samemu i że należy to oddać w ręce, które zaznały już wszystkiego – nawet śmierci. Teraz szedł nową drogą. Nie była ona pozbawiona trudów i bólu, ale miały one sens, wskazywały cel, do którego warto było dążyć, bo przynosił on prawdziwe uwolnienie - doskonałe i ostateczne. Idąc, rozglądał się w poszukiwaniu karczmy. Dzień chylił się ku końcowi, a jemu potrzebny był odpoczynek. Wiedział, że następny dzień będzie pełen trudu. Mieszkańcy podzamcza uwijali się w pośpiechu. Przygotowywali się do nadchodzącego nazajutrz święta. Co bogatsi będą paradować w swych strojnych szatach i rozdawać hojniejsze niż zwykle jałmużny błagającym o grosz żebrakom. Ci biedniejsi z większym zaangażowaniem niż zwykle słać będą swe prośby tam, gdzie i tak nikt niczego usłyszeć nie może. Wszyscy ulegną wzniosłej atmosferze i jak jeden mąż ruszą ku wysokim murom zamku, by tam oddać cześć tym, którym zawierzyli swe życie. Pielgrzym przystanął. Tuż przed nim kołysał się szyld karczmy. Wszedł do środka z nadzieją, że nie będzie musiał dalej szukać miejsca, gdzie mógłby odpocząć. Wewnątrz nie było tłoku, ale większość ław była zajęta przez jedzących i gwarnie rozmawiających ludzi. Odszukał gospodarza i po krótkiej rozmowie mógł odetchnąć z ulgą. Pomimo późnej pory znalazł się dla niego jakiś mały pokój. Nikt nie chciał go wziąć, gdyż jedyne okno wychodziło na stajnię bogatego sąsiada. Jemu to nie przeszkadzało. Większość swego życia spędził w obozach pełnych zapachu i rżenia koni. Zza szynku unosił się miło drażniący nozdrza zapach jakiejś potrawy. Wędrowiec od kilku dni pościł, dziś jednak musiał coś zjeść. Nie dlatego, że ów zapach tak bardzo kusił, ale dlatego, że musiał nabrać sił. Zamówił potrawę i znalazł wolne miejsce w samym kącie karczmy. Stąd mógł widzieć wszystkich wchodzących. Zaraz do stołu podeszła młoda kobieta, położyła na stole półmisek z jedzeniem, chleb, nieduży dzban z wodą i kubek. — A może wina? – spytała miło się uśmiechając. — Nie, bardzo dziękuję – odrzekł również z uśmiechem. – Nie lubię szumu w uszach i chwiejącej się ziemi. Zaraz poszła. Po krótkim dziękczynieniu wędrowiec zabrał się do jedzenia. Nie zauważył człowieka, który właśnie wszedł do karczmy. Człowiek ten podszedł do szynku, zamówił grzane wino i usiadł przy jednym ze stołów, bacznie się przy tym rozglądając. Napięte mięśnie jego twarzy zaznaczały bliznę po dawno otrzymanej ranie. Był skupiony i czymś podekscytowany. Ruchy zdradzały wielką nerwowość jego umysłu. Przymrużonymi oczyma przyglądał się siedzącym wokół ludziom, jakby kogoś szukał, bez nadziei, jakby z obawami. Raz po raz podnosił do ust ciepły napój, ale tak naprawdę nie był nim zainteresowany. Ledwo sączył małymi łyczkami i intensywnie myślał. W głowie miał ułożony plan, co zrobi, kiedy ujrzy człowieka, którego szuka. Wszystko dobrze przemyślał. Wiedział już, co należy zrobić, jak się przeciwstawić szarlatanowi, jak zwyciężyć. Wędrowiec skończył posiłek. Teraz mógł udać się do swego pokoju na spoczynek. Podszedł do szynku. Musiał chwilę poczekać, gdyż młoda kobieta, która miała wskazać mu pokój gościnny, podawała komuś kolejną miskę strawy. W tej samej chwili człowiek z blizną zamarł. Przyłożonym do ust kubkiem wina starał się zasłonić sobie twarz, by stary mężczyzna przy szynku go nie rozpoznał. Rodryg niemal nie oddychał. Choć szukał tego starca, nie spodziewał się odnaleźć go tak szybko. Nie spodziewał się również, że ten człowiek będzie tak bezczelny, tak śmiały, że przyjdzie właśnie tu i teraz. Jutrzejsze święto to czas wyjątkowy. Z wszystkich stron kraju przybędzie tu wielu pielgrzymów, by oddać hołd swej królowej i matce, a on – wróg wszystkiego i wszystkich – w swej naturze ma sprzeciw i stanie się tu jak zatruta kropla w bezkresnym morzu. Po co ten starzec tu przyszedł, nie wiedział, ale co teraz ma zrobić, miał czas przemyśleć kilka tygodni. *** Zmierzch zapadł szybko. Pielgrzym nie miał zbyt wiele czasu na to, by zająć się studiowaniem Księgi, więc więcej czasu poświęcił głębokim przemyśleniom tego, co miało wkrótce nastąpić. Wiedział, że planowanie czegokolwiek nie ma najmniejszego sensu, dlatego skupił się na tym, by samemu być gotowym na każdą ewentualność, nawet na najgorsze. Całego siebie powierzył Temu, za sprawą którego tu przyszedł i dla którego tu przyszedł. Cała ta wyprawa nie była w jego interesie, ale w interesie Tamtego. Tak naprawdę, gdyby pielgrzym miał wybór, byłby teraz w zupełnie innym miejscu. W miejscu bardzo dalekim i bezpiecznym. Jednak będąc tutaj nie żałował. Pomimo wszelkich trudności i niebezpieczeństw. Powierzył się pieczy swego Protektora i zamknął powieki, by wreszcie odpocząć. Sen być może nadszedł, ale nie zdążył przynieść żadnych obrazów. Huk wyważanych drzwi wtargnął w głąb umysłu niczym nagły grom. Wędrowiec nawet nie poderwał się z łoża. W ułamku chwili dopadło do niego kilku silnych mężczyzn i mocarnymi ramionami skrępowało jego ciało. Chwilę później wywlekli go na zewnątrz, gdzie czekało ich jeszcze kilku, po czym uderzony w głowę stracił przytomność. Jasność umysłu przychodziła powoli. W głowie huczało niczym przy wielkim wodospadzie. Tępy ból wędrował, jakby nie mógł znaleźć właściwej drogi, a powieki nie chciały dać oczom światła. Światła i tak było w tym miejscu niewiele. Pielgrzym powoli rozumiał, że znalazł się w lochu. Zapach stęchlizny po chwili przerodził się w przejmujący smród. Gdzieś u powały kopciła niewielka pochodnia. Kiedy tylko się poruszył, ktoś zaraz nad nim się pochylił. — Wraca do siebie, panie! – głośny krzyk wdarł się w pierwsze myśli gwałtownie i boleśnie. Otwierane drzwi skrzypiały metalicznym dźwiękiem bardzo krótko. Komuś wyraźnie się śpieszyło. Tupot wielu nóg zdradzał, że zmierzało do niego kilku ludzi. Pielgrzym poczuł zbliżające się do jego twarzy ciepło. Uchylił powieki, by zobaczyć blask migocącej pochodni. — Nareszcie cię dopadliśmy, ty... – głos był pełen satysfakcji, choć brak właściwego słowa pozbawił go zamierzonego tonu groźby. — To on, Eminencjo. Ten człowiek porwał panią Wilbornu. – Ten głos wydał się znajomy. Po chwili wspomnienie przyniosło właściwą twarz i imię. To Rodryg, dzielny rycerz, który uciekł przed nim w wielkim popłochu. — Już nie będziesz siał zgrozy – powiedział pierwszy głos – ani tu, ani nigdzie indziej. Dziś mamy święto, ale jutro rozprawimy się z tobą czarowniku na stosie pełnym piekielnego ognia. Mamy twoją magiczną księgę. Jesteś bezbronny, a łańcuch da ci przyjemność odpoczywania na tym uroczym miejscu. Złośliwy chichot wielu głosów zakończył krótką przemowę i całe towarzystwo równie szybko opuściło celę. Pielgrzym głęboko westchnął. Stos. Tak, widział już takie przedstawienie niejeden raz. Krzyk palonego człowieka i smród ciała chodziły z nim zawsze bardzo długo. Kiedy myślał o swojej śmierci, zawsze miał nadzieję, że nie będzie mu dane ginąć w płomieniach. Cóż, teraz musiał być gotowy i na taką ewentualność. — Kim jesteś? – usłyszał blisko siebie. — Jestem pielgrzymem z Ziemi Świętej – odpowiedział cicho. — Z Ziemi Świętej? Jesteś krzyżowcem? — Kiedyś nim byłem. — To dlaczego cię tu trzymają? – głos dalej pytał. — Bo uznali mnie za wroga. — Wroga? — Dla nich wrogiem jest ten, który Prawdę przynosi. W Ziemi Świętej znalazłem Prawdę. — Jaką prawdę? — Że nie ma wielu dróg do Nieba, że Nieba nie da się wywalczyć, że Niebo ma inne zasady, niż nam się to zdaje. — Inne zasady, niż nam się zdaje? — Tak. Nasze prawa to bezprawie, nasze pomysły bez wartości, a działania śmierdzą naszym potem. Tak wiele zła wyrządziliśmy, że teraz usiłujemy to ukryć i udawać dobrych. A zło, które mamy jeszcze zamiar uczynić, szczytnymi celami tłumaczymy. Jesteśmy przez to wszystko skazani na zagładę. Śmiem o tym mówić, dlatego wrogiem mnie uczynili. Śmiem przeciwstawiać się złu, zakłamaniu i władcom tego świata, dlategom wróg. Śmiem zdobywać dla Prawdy tych, których oni mają w swoim ręku, dlatego jestem wrogiem. Zapadło milczenie. Po chwili głos znowu się odezwał: — W twojej skórze być bym nie chciał. Pielgrzym uśmiechnął się. — Nie mam powodu, by się zamartwiać. Mogą mnie zabić, nic więcej. Potrząsnął krępującymi go łańcuchami. — Wydają się mocne – powiedział. ***

Przez zamknięte powieki wtargnęła jasna plama światła. Pielgrzym drgnął. Poczuł tuż obok siebie Obecność. Zaraz potem został trącony w bok. — Wstań prędko! Łańcuchy opadły z jego rąk. Kiedy otworzył oczy, intensywność światła nie była już tak rażąca. — Czas byś dokonał dzieł, dla których zostałeś tu wysłany – powiedział wysoki mężczyzna w długim do stóp, białym, wschodnim płaszczu. — Chodź za mną. Wędrowiec teraz mógł zobaczyć, jak wyglądała jego cela. Kamienne ściany z przytwierdzonymi do nich żelaznymi kołami, łańcuchy, słoma i człowiek zwinięty w jakiś udręczony kłębek. — Szybko - ponaglił mężczyzna ze wschodu.— Nie ma czasu do stracenia. Wędrowiec ruszył za swym przewodnikiem już całkiem rozbudzony. Kiedy jednak drzwi lochu otworzyły się same, przez krótką chwilę zwątpił w rzeczywistość widzianych obrazów i doznań. Minęli drzwi, przy których nieruchomo spało dwóch strażników. Wąskie korytarze z kopcącymi pochodniami przemierzali szybko i bez zatrzymywania. Mężczyzna, choć nietutejszy, dobrze znał to miejsce. Każdy zakręt pokonywał zdecydowanie, bez chwili zawahania. Kolejne drzwi znowu otworzyły się same, nawet nie zaskrzypiały. Wędrowiec już wiedział, że ma przed sobą Posłańca. Żaden Posłaniec nie pokazywał się jednak od tak, dla kaprysu, ale tylko w sytuacjach ważnych, kiedy wymagał tego najwyższy interes. Było to dla niego zadziwiające, ale mógł z całą pewnością stwierdzić, że został powołany do misji wyjątkowej. Posłaniec nagle stanął i odwrócił się do niego tak, by mogli stać twarzą w twarz. — Zaraz wyjdziemy na zewnątrz. Zaprowadzę cię w miejsce, gdzie będziesz mógł skryć się w tłumie i zaczekać na właściwą porę. Ona nadchodzi szybko, bardzo szybko. Pamiętaj, abyś był mężny i nie daj zwieść się swym własnym myślom. One będą największym przeciwnikiem w tej walce. Kiedy będziesz zwyciężał, twoje oczy będą widziały więcej, znacznie więcej, niż widzisz teraz. Ale bez zaufania nie zwyciężysz, bez wary nie będziesz mógł osiągnąć nic. Pamiętaj, to wiara zwycięża świat. Niech twoja wiara teraz dojrzewa, niech będzie mocniejsza, niezachwiana. Położono przed tobą zwycięstwo i dano ci prawo podnieść je. Już nieraz wybierałeś dobrze, teraz musisz podjąć kolejną decyzję — zamilkł wyczekująco. Wędrowiec patrzył na niego przez chwilę. Z całą pewnością nie miał zamiaru rezygnować. Obecność Posłańca dodawała mu pewności, że jego droga jest właściwa i jedyna. Jego chwilowe milczenie brało się raczej z wzbierającej w nim radości. Tak, prawdziwej radości. — Dobrze, że się radujesz — Posłaniec uśmiechnął się i sięgnął w zanadrze swego płaszcza. — Twój Miecz — podał mu jego własną płócienną torbę —proszę. Wędrowiec przycisnął ją do piersi, poczuł kształt Księgi i zaraz zadałby mnóstwo głośnych pytań, gdyby Posłaniec nie powstrzymał wydobywającej się z niego eksplozji radości. — Pamiętaj, czym jest ta Księga. To ona potrafi wskazywać Prawdę i nazywać fałsz. Przeciwnik jej nienawidzi i nie mogąc jej zniszczyć, od dawna przekręca jej treść. Korzystaj z tego, co ci dano, bo dar Światła rozświetla wszelkie ciemności i objawia Rzeczywistość. Nie daj się zwieść kłamstwom, bo ich mądrość jest pozorna, a ciemność już pokonana. Masz prawo z tego zwycięstwa korzystać. Potrzeba ci zaufania i wiary. Nie pozwól sobą zachwiać. — Na zakończenie wejrzał w jego oczy z powagą, która zapieczętowała głęboką wartość wypowiedzianych słów. — Możemy iść? — Jak się zwiesz, panie? — zapytał wędrowiec nieśmiało. — Nie jestem panem. Pan jest tylko jeden, a ja jestem twoim sługą, byś mógł osiągnąć cel. Nazywaj mnie Ain. — Ainie, dotąd myślałem, że jestem posłany do boju sam, ale dodałeś mi sił i odwagi. — Pamiętaj, że choć nie będziesz mnie widział, będę blisko ciebie, na wyciągnięcie ręki. Kiedy będzie trzeba, przyjdę ci z pomocą raz jeszcze i jeszcze, i tyle razy, ile będzie to potrzebne, by osiągnąć cel, do jakiego zostałeś powołany. Teraz jednak musimy się rozstać, by nie spłoszyć wiatrów. Ukryj się w tłumie i czekaj chwili, kiedy będziesz pewien, że masz działać. Miej oczy szeroko otwarte i bacz na ludzi, których znasz. Musisz ich unikać, dopóki nie nadejdzie czas. Bądź mocny i mężny, pamiętaj do kogo należysz i komu służysz. Prawda jest z tobą. Po tych słowach wędrowiec został sam. Posłaniec rozpłynął się w powietrzu. Wszystkie doznania ostatniego czasu przekraczały ludzkie pojęcie, ale jednocześnie napawały wielką otuchą, której teraz bardzo potrzebował. Kiedy szedł tutaj z dalekich stron, wiedział, że ma przed sobą trudne zadanie. Teraz, kiedy znajdował się już na miejscu, widok napierającego na miasto tłumu, bez świadomości obecnego w pobliżu Posłańca, byłby trudny do zniesienia. Sam jeden przeciw takiej masie? Sam jeden. Nie, nie był sam, ale czy we dwóch będą mogli zwyciężyć? Posłaniec jest kimś wyjątkowym, przekonał się o tym bez najmniejszych wątpliwości, ale czy on wystarczy? Zamknął oczy. Wątpliwości. Nachodzą go wątpliwości. Posłaniec uprzedzał, że jego własne myśli będą największym wrogiem. Jeszcze przed małą chwilą był pewien wzbierającej w nim siły. Słyszał wokół siebie szum wielu głosów. Ludzi przybywało. Nie można było ich zliczyć. Święto przyciągało ich ku zamkowemu wzgórzu niczym ul pszczoły. Wszyscy chcieli mieć udział w jego lepkiej słodyczy, nie zdając sobie sprawy, po co tak naprawdę tu przychodzą. Wędrowiec wiedział. Znalazł łaskę i zobaczył to przed laty. Szedł, by walczyć przeciw Prawdzie, ale Prawda zwyciężyła i otworzyła mu zaślepione oczy, pozbawiła złudzeń. I teraz nie mógł ulegać złudzeniom. Ani trochę. Powoli przeciskał się przez gęstniejący tłum, by znaleźć się jak najbliżej zamkowego muru. Okalające go szerokie błonia pozbawione były jakichkolwiek zabudowań na wypadek wojny. Miejsca było tam tak dużo, że z całą pewnością pomieści tysiące nadciągających pielgrzymów, jednak on musiał stanąć możliwie blisko wysokiego muru, na którym zbudowano już szeroką platformę dla najznamienitszych gości i wnoszono tam konieczne do uroczystości sprzęty. — Miejsce dla księcia, miejsce dla księcia! — krzyczał ktoś z daleka, by kłębiąca się czeladź ustąpiła drogi nadciągającemu szlacheckiemu pochodowi. Lud rozpychał się łokciami, byle nie znaleźć się pod prącymi naprzód końmi. Wędrowiec dobrze jeszcze pamiętał, jak on sam oczekiwał schodzenia mu z drogi i kornych pokłonów. Z niedużej odległości mógł zobaczyć wyprostowaną i dumną postać jeźdźca, który jechał obojętny na kłębiące się wokół pospólstwo. Niebawem przybędzie następny wielmoża, po nim kolejny i kolejny, gdyż uroczystość była nie byle jaka i nikt z nich nie mógł pozwolić sobie na nieobecność. Cały szlachecki ród tej ziemi i okolicznych włości ściągał na koronację. Wędrowiec zatrzymał się na chwilę. Tak wielu znamienitych rycerzy i on jeden. Kiedy napadli go w gospodzie, nie zdążył nawet zrozumieć, co się dzieje. Czy nie zaskoczą go czymś znowu? Wydawało mu się, że wszystko idzie dobrze, a jednak coś przegapił. Trudności. Nie mógł mieć nadziei, że będzie ich coraz mniej, ale wręcz przeciwnie - musiały się przed nim piętrzyć niczym ten mur, do którego się zbliżył. Trudności chciały pozbawić go siły i przekonania. Wędrowiec zauważył, że koncentrując się na nich traci poczucie celu. Posłaniec przewidział, że największą przeszkodą będą jego własne myśli. Trudności były od zawsze i nigdy nie dało się ich ominąć, ale pokonać - tak. Ci wielcy rycerze, od lat zaprawieni w bojach z całą pewnością będą chcieli stanąć mu na drodze, ale poczucie samotności było fałszywe. Ono pochodziło z jego własnych odczuć, a nie z obiektywnej rzeczywistości. Musiał zaufać zapewnieniom Posłańca. Jego słowa nie miały w sobie

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wróg — czytnik · opowiadania