Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 25 min czytania

Wrota Starożytnych- Rozdział III

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ III

-Widzicie, budzi się. -Podaj mi tę szklankę z wodą. -Po co wam ona? -Głupiś… Cicho…Wracaj na dwór. Pierwsze, co zobaczył Alan, gdy otworzył oczy, to starą pomarszczoną twarz, wpatrującą się w niego z napięciem. Z powrotem przymknął powieki. -A nie, nie, nie zamykaj oczu- ktoś uderzył go delikatnie w policzek.- Nie zamykaj. Niechętnie spełnił polecenie. Tym razem zobaczył dwie twarze. Obok tej starszej, jeszcze jedną, zaczerwienioną. Dwie pary oczu wpatrywały się w niego z przejęciem. -Widzisz, ocknął się- zawołał ktoś.- Ale czy przytomny… Hej, słyszysz mnie? Powiedz coś. Chłopak wymruczał niezrozumiałą odpowiedź, tamtym jednak w pełni to wystarczało. -Ha! Dajcie mu wody, szybko. Poczuł przyjemne zimno w ustach, krople cieczy spływały mu po brodzie. Zakrztusił się, odruchowo podniósł głowę, ktoś energicznie poklepał go po plecach. -No już, uspokój się. I wypij jeszcze. Dopiero teraz obraz wyostrzył się na tyle, by mógł dostrzec gdzie i z kim się znajduje. Na skraju łóżka siedziała starsza kobieta, podtykająca mu pod nos kubek z wodą. -Pij, pij- mruknęła, jakby wypicie wody było sprawą życia lub śmierci. Nie miał jednak zamiaru się sprzeciwiać. -Dziękuję- wymamrotał cicho. Siedzieli przez chwilę w milczeniu przyglądając się sobie nawzajem z zaciekawieniem. W końcu nieznajoma machnęła ręką, wstała i odstawiła naczynie na stół. -Miałeś szczęście- burknęła.- Diablo szczęście. -Gdzie jestem?- rozejrzał się po izbie. Łóżko, stolik, kilka regałów, skrzynia i niewielkie palenisko to wszystko, co zauważył. Otarł spocone czoło, jeszcze raz spojrzał na staruszkę, przymknął oczy. -To sen?- zapytał, nie do końca rozumiejąc co robi.- Kim jesteś? Gdzie ja jestem? Ta już miała odpowiedzieć, gdy drzwi otworzyły się a do pokoju wszedł wysoki, rumiany mężczyzna. Na widok Alana uśmiechnął się i klasnął uradowany. -Już wstał! -Głupiś…- fuknęła starsza kobieta.- Wracaj do rąbania drewna. Ocknął się a jakże, ale jeszcze nie wstał. Mężczyzna gapił się na chłopaka z dziecięcą bezczelnością, podrapał się po nieogolonej brodzie i wyszedł z powrotem na dwór. Staruszka wygładziła burą tunikę i westchnęła ciężko. -Gdzie jestem?- powtórzył jeszcze raz Alan. -W lesie. -Kim jesteś? -Nazywam się Mim. -Czy to sen? Zaśmiała się chrapliwie. -Bardzo byś chciał, by to był sen. Ale nie jest, niestety. Alan z powrotem opadł na łóżko. Błysk światła, szum powietrza, a potem chropowate kamienie i gryzący dym. To były jego ostatnie wspomnienia. Powoli, opornie wracała do niego reszta świadomości. Widok portalu. Zamarł na chwilę. Portal. Emanujące blaskiem przejście. Przeszedł przez nie? Na to wygląda, zaprowadziło go tutaj. Jest pewien? W tej chwili każda, kiedyś dla niego rzecz pewna, była zatarta i zamazana. -Znaleźliśmy cię na gruzach- ocknął się słysząc ochrypły szept staruchy. Siedziała na stole, przyglądając się swoim długim, poczerniałym paznokciom.- W runiach Amaroth, gdy grzebaliśmy trupy. -W Amaroth? -Uhym- skinęła głową. Spojrzała na niego z ukosa.- Miałeś szczęście, nie byłeś ranny, tylko trochę hmm… pokiereszowany. Zawlekliśmy cię tutaj, do tej chaty w lesie. Nie martw się, raczej nikt tu nie przyjdzie. Chciał jeszcze o coś zapytać, jednak zrezygnował, wciąż nie mógł uwierzyć. To nie jest jego świat. To inny wymiar. -Sanuk!- wrzasnęła nagle Mim z siłą o jaką by ją nie podejrzewał. Do chatki wpadł Sanuk, w jednej ręce nerwowo ściskając siekierę, pod pachą trzymając kloc drewna. -Idź, do miasta. Oczywiście masz kupić to co zwykle, bez szaleństw. -Jeszcze nie skończyłem- wymamrotał tamten ze skruchą, na dowód wymachując siekierką. -Głupiś- prychnęła.- Zostaw i idź, przecież musimy go nakarmić. Choćby jak cię namawiali bierz tylko to, co ci poleciłam inaczej znowu cię na coś nabiorą. I pamiętaj, niedługo spodziewamy się gościa, wiesz co to oznacza. -Gościa?- tamten zamrugał nerwowo. -Tak. Tego, co zawsze- mruknęła, podeszła do niego, energicznie wypychając za drzwi. Sanuk potulnie wyszedł na zewnątrz, bez sprzeciwu, chociaż Mim była od niego dwa razy mniejsza. Rzucił drewno i wbiegł pomiędzy drzewa. Kobieta obserwowała uważnie, dopóki na dobre nie zniknął. W końcu zatrzasnęła drzwi. -Idiota, mogłam sama iść, pewnie znowu czegoś zapomni- gderała cicho, kręcąc głową.- Połóż się jeszcze, odpocznij. -To twój przyjaciel?- spojrzał na nią niepewnie. Zaśmiała się cicho. -To mój syn. Ale jest lekko szurnięty- rzuciła swobodnie i popukała się w czoło, jakby nie było to nic nadzwyczajnego. Sanuk wrócił wieczorem, kolację zjedli w całkowitym milczeniu. Po skończonym posiłku, Mim wytarła usta rękawem i bez skrępowania zaczęła męczyć chłopaka pytaniami, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej, skąd pochodzi i jak udało mu się przeżyć. Odpowiadał z oporem tylko tyle ile pamiętał, oszczędnie, chociaż szczerze. Jednak opowieść o portalu z każdym słowem wydawała mu się coraz bardziej bezsensowna.

***

Gruzy wyglądały przygnębiająco. Znajdował się wśród sczerniałych kamieni, szczątków budynków sterczących samotnie z hałd popiołów. Wszystko to osnute było mglistą zasłoną dymów z wciąż jeszcze tlących się desek i belek. Rozglądał się z niedowierzaniem, przerażony i wstrząśnięty widokiem ruin miasta Amaroth. Mim krzątała się nieopodal, myszkując pomiędzy domami, co jakiś czas wołając Sanuka, by pomógł jej wyciągnąć znalezisko. Nie byli sami. Spotkał już wielu ludzi, snujących się w poszukiwaniu bliskich, pomagającym w szybkim pochówku zmarłych a czasami po prostu plądrujących, w nadziei, że znajdą coś cennego. W zamyśleniu patrzył na zgliszcza. Nie był w stanie pomóc Mim i zbliżyć się do ruin, uczynić cokolwiek, stał tak pośrodku w rozterce. Więc to tutaj wysłało go to przejście. Podły żart losu. -Przydałbyś się na coś wreszcie- fuknęła Mim, kulejąc w jego stronę.- Nie gap się tak! -To koszmar- jęknął. -Tak, koszmar. Gdzież to nieszczęsne dziecko, Sanuk! Alan cofnął się o krok, usiadł na ziemi. Więc to tutaj znalazła go Mim, zapewne podczas jednej z ich wypraw. -Sanuk!- Mim wydzierała się coraz głośniej. Chłopak podniósł głowę, miał wrażenie, że usłyszał rżenie koni. Pozostali ludzie także przerwali swoje zajęcia, pilnie nasłuchując. Głosy były coraz bliżej, nagle zza jednej z kamienic wyskoczył Sanuk, biegnąc w przerażeniu, jak pijany przewracając się raz po raz. Jedną ręką kurczowo trzymał rozcięty policzek, z którego spływała krew. -Sanuk! Mężczyzna skulił się na środku placu, bełkocząc coś niezrozumiałego. Jedną ręką wskazywał na gruzy, skąd zbliżały się konie. -Co ci się stało? Przewróciłeś się? Głupiś… Alan próbował oderwać Mim od skomlącego syna, jednak gdy zadarł głowę, zamarł. Tuż przed nimi stało kilkunastu jeźdźców, omotanych szarymi płaszczami. Siedzieli na koniach, w milczeniu wpatrując się w grupkę ludzi. Mim przestała szarpać syna. Zapanowała cisza, sparaliżowani wieśniacy czekali na ruch jeźdźców, spoglądając na nich niepewnie. Alan zacisnął palce na kościstych ramionach Mim, krew odpłynęła mu z twarzy. Jeden z żołnierzy wystąpił naprzód, zdjął kaptur, odsłaniając brzydką twarz dowódcy, ozdobioną- w tym wypadku oszpeconą- tatuażami. Mężczyzna rozejrzał się powoli, omiatając spojrzeniem zbiegowisko. Pod koniec utkwił drapieżny wzrok w skulonej sylwetce Sanuka, skrzywił się. -No co, wy tutaj, wynosić się!- wrzasnął bezładnie.- Ziemia należy do prowincji Północnej, jako poddani macie przestrzegać zakazu. Nie wolno wchodzić na ruiny Amaroth! -Dobry panie…- zaczęła przymilnie Mim. -Zabrania się, słyszysz!- zawył tamten, podjeżdżając jeszcze bliżej. Alan próbował podnieść Mim lub Sanuka, na nic jednak zdały się te starania.- Wynocha! Przegonić tą hołotę! Zamachnął się stopą, chcąc kopnąć Sanuka w twarz, mężczyzna drgnął, zakrywając drżącymi rękoma głowę. Jeźdźcy rozpierzchli się, wymachując nahajkami, ciemne płaszcze nie ozdobione żadnym herbem łopotały w pędzie powietrza. -Sanuk, Mim, musimy uciekać! Mim klęczała w błocie, rzucając wszystkie znane sobie klątwy. Alan szarpnął ją mocniej, kobieta ocknęła się z odrętwienia. -Musimy uciekać- powtórzył. Czuł, że zostanie tutaj to najgorszy z możliwych pomysłów. Dźwignął Mim, po chwili cała trójka zaczęła uciekać. To koszmar, to musi być koszmar, Alan przeskakiwał kupy popiołu, widział jak Sanuk znowu upada, sam nie wiedział kiedy zawrócił i pomagał go podnieść. -Moje oko, oko! Mamo!- bełkotał Sanuk, nieprzytomny ze strachu. -Głupiś…- wycharczała cicho Mim, pocierając blady policzek. Alan rozglądał się gorączkowo. Otaczała go szarość i kamienie, miał wrażenie, że ryki żołnierzy zamiast się oddalać, są coraz bliżej. Szybciej, szybciej. Przez mur. Tą uliczką, schować się w tej piwnicy. Cholera, zamknięte! Uciec, dalej, jak najdalej… Skok, szybciej, aż na skarpę! -Tam są! Za nimi! Za tą wiedźmą!- wrzasnął dowódca, szponem celując w skurczoną sylwetkę Mim. Jeźdźcy pognali niczym widma.

***

-Głupiś, nie rycz! Przestań beczeć! Wymocz ten gałgan w zimnej wodzie chłopaczku. Alan wziął szmatkę i wypłukał ją jak prosiła. Sanuk siedział na łóżku, jęcząc cicho, Mim delikatnymi ruchami wycierała krew spływającą z rozciętej brwi i policzka syna. Alan bez słowa podał jej teraz znacznie zimniejszy materiał. Usiadł tuż przy łóżku i wpatrywał się jak Mim kończy opatrywać Sanuka. -Dlaczego to zrobili?- zapytał w końcu. -Co zrobili?- burknęła Mim. Alan nie odpowiedział. Wciąż miał przed oczyma błyskające podkowy, które omal go nie stratowały. I roztrzęsionego Sanuka, próbującego wytrzeć zakrwawioną twarz. Staruszka prychnęła ze złością. -Któż to zrozumie… Co ci mam odpowiedzieć, chłopaczku? Oni bywają okrutni, chociaż to marne wytłumaczenie. Idąc na gruzy Amaroth ryzykujesz życie, oni mogą się zjawić. Są jak sępy, żerujące na padlinie. Skrzywił się lekko, nie spodobało mu się to określenie, chociaż sam nie potrafił znaleźć lepszego. Mim zirytowana zachowaniem Sanuka trzepnęła go lekko. Ten pociągnął nosem, wstał i wyszedł, trzaskając drzwiami. Mim nawet nie próbowała go zatrzymać. Potarła zmęczone, zamglone oczy. -Kładź się spać, Sanuk wróci. Powścieka się i wróci. Jak zawsze.

***

Ile dokładnie dni minęło odkąd znalazła go Mim? Nie był do końca pewien. Od ucieczki z Amaroth przed obcymi jeźdźcami minęło pięć dni, więc czyżby spędził tu już tydzień? Możliwe. Jest tu jeszcze dłużej? Możliwe. Spędzi tu więcej czasu? Możliwe. Niestety. Dopiero po chwili zdecydował się pomóc Mim, mocującej się z wielką skórzaną torbą. Podszedł i wspólnymi siłami wciągnęli ją do domku. Starucha sapnęła z ulgą, odgarnęła skołtunione włosy i usiadła na krzesełku. Zaciekawiony Alan zajrzał do torby. -Chwasty?- spojrzał na nią zaskoczony.- Tyle trawy. Po co ci to? -Głupiś…- fuknęła.- Żadna trawa, mądralo. To zioła, są mi potrzebna. Dziwi cię to? -Trochę. Będziesz nimi dekorować chatę?- spojrzał na nią niepewnie. Zarechotała cicho. -Jasne, wypcham sobie siennik. Sam sobie dekoruj. Przecież to rośliny lecznicze, nie poznajesz? Postanowił nie odpowiadać, nie zaryzykuje kolejnego wykpienia. Mim wstała ociężale i zaczęła wykładać zioła na stół. -Przyrządzę z nich kilka substancji- dodała.- Dla pewnej osoby. Zadowolony tym wyjaśnieniem? -Będę musiał się zadowolić-odparł. Przyjrzał się jeszcze raz roślinom, jednak wciąż wszystkie wydawały mu się takie same. Wstał i znudzony rozejrzał się po pokoju. Przeciągnął się i skierował do wejścia. -Nigdzie nie wychodź- usłyszał. Odwrócił się zdumiony, Mim ze stoickim spokojem nadal segregowała rośliny. -Nigdzie nie wychodź. Jest niebezpiecznie. -Co masz na myśli? -Tamte sępy mogą wrócić, mogą cię złapać. Są coraz zuchwalsi, zapuszczają się w las. Widziałam ich dzisiaj, z daleka - zmarszczyła brwi.- Wychodząc, możesz nie wrócić, lepiej pomóż mi suszyć liście. -Ale… -Zapal w kominku- przerwała mu głosem nie cierpiącym sprzeciwu.- No już, już, nie dąsaj się chłopaczku. Dlaczego Sanuk może, pytasz? On zna ścieżki. Zna przejścia. Ciebie złapaliby od razu.

***

-I jak ci się podoba?- Mim wytarła ręce w brudny, bury fartuch i z dumą zaprezentowała mu rząd szklanych flakoników napełnionych różnego koloru cieczami. -Wyglądają jak przetwory- zażartował. Mim uśmiechnęła się chytrze, potarła przekrwione oczy. -Czyli rozumiem, że ci się podoba. I bardzo dobrze. Bogowie,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%