Fantasy · 45 min czytania
Wrota Starożytnych- Rozdział XI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
ROZDZIAŁ XI
-Jesteśmy… Ray oparł ręce na biodrach, uśmiechnął się z satysfakcją. Cała czwórka zadarła głowy, w milczeniu wpatrując się w mury miasta Tamroth. Mirle poklepała konia po szyi, pociągnęła go za wodze i wysunęła się naprzód. -Nie będziemy tu chyba tak stać- rzuciła w ich stronę.- Chodźmy… Alan nie pozwolił sobie dwa razy powtarzać. Przeciskali się przez tłum, z trudem prąc do przodu. Alan wpadł pomiędzy zbieraninę kolorowych postaci, ledwie doganiając Raya. Minęli potężną bramę i wykutego w niej kamiennego gryfa, wbijającego w nich posępne spojrzenie. Chłopak obejrzał się jeszcze raz, mając wrażenie, że stwór odprowadza ich wzrokiem. -Jesteśmy w Tamroth- Astrea stwierdziła fakt. Istotnie. Byli w Tamroth. Szli po tamrothańskiej ulicy, mijali tamrothańskie kamienice. Strzeliste budynki pyszniły się bogactwem barw i ozdób, szokowały ilością wieżyczek, okienek, kolorowych dachówek. Alan jak zahipnotyzowany wpatrywał się w popielate gołębie, siedzące na głowach zmurszałych figurek cherubinów. Ptaki przekrzywiały prześmiewczo główki, paciorkowatymi ślepiami obserwując motłoch. Minęli stragany, grupę turystów i zbiegowisko druidów z zainteresowaniem przeglądających wystawy. Ray wbił ręce w kieszenie, rozglądając się ciekawie. -Dawno nie byłem w tej dziurze- mruknął cicho, po chwili dodając głośniej.-Dokąd teraz, przewodniczko? Mirle zatrzymała się, pozwalając by reszta ją dogoniła. Stanęli na środku brukowanej ulicy, popychani przez prący tłum. Wszyscy ciągnęli w stronę rynku. Dziewczyna poprawiła torbę, odrzuciła w tył włosy. -Idziemy do Marouhi…Zatrzymuję się tam zawsze, nie będziemy mieć problemu ze znalezieniem noclegu. Draco wszystkiego dopilnuje. Chodźmy. -Marouhi?- zapytała cicho Astrea, unosząc brwi. Mirle skinęła głową. -Marouhi. Nie pytali o nic więcej. Wkrótce zboczyli z głównej drogi i skierowali się w jedną z węższych uliczek. Tłok nie zmalał, wręcz przeciwnie. Znużeni upałem wędrowcy, odziani w podróżne tuniki starcy i jazgotliwi kupcy parli uparcie w jednym kierunku, niczym rwąca rzeka. Alan i jego towarzysze poddali się nurtowi, kocie łby prowadziły ich przed siebie. Mirle rozglądała się z zaciekawieniem, błysnęła ząbkami. -Spodobałoby ci się tu- zwróciła się do Raya. Chłopak spojrzał na nią podejrzliwie spod opadającej, ciemnej grzywki. -Dlaczego tak sądzisz? -Nie lubisz dzielnic pełnych pubów, karczm i gospod?- dziewczyna udała szczere zdziwienie. -Zapewne tak samo mocno jak ty- odparł spokojnie. Mirle otworzyła usta by odpowiedzieć, lecz w ostatniej chwili zrezygnowała pod znaczącym spojrzeniem Alana. Tłum powoli rzedniał, rozpływając się w siateczce ulic. Mirle nie skręciła ani razu, z podniesioną głową prąc do przodu. Kamienice nachylały się zaciekawione, kim są nowi goście. Powietrze przesiąknięte było zapachem piór, gorąca, żywności. Pachniało miastem- mimo wszystko jedynym w swoim rodzaju. -Jesteśmy prawie na miejscu- podjęła po chwili Mirle, na dowód wyciągając rękę przed siebie. Wskazała na wyrastający ze ścian kamienic łuk, ginący pod wijącym się bluszczem i oblężony przez stadko wszędobylskich gołębi. Spod ciemnozielonych liści wybijał się niezatarty, wyryty napis: MAROUHI -Wkraczamy do dzielnicy wędrowców- uśmiechnęła się słabo Mirle. Alan mimowolnie skinął głową. Był gotowy. Przekroczyli łuk, tak jak wielu innych. Dotarli na niewielki, okrągły plac, z którego rozchodziły się mniejsze dróżki. Mirle skierowała się w prawo. Marouhi była najbardziej hałaśliwym miejscem, w jakim kiedykolwiek znalazł się Alan. Ciasnym, głośnym i żywym jak żaden inny. Lekko zaskoczony przyglądał się zupełnie różnym domom, pozłacanym przez promienie słońca, watahom ptaków, ludziom pędzącym przed siebie. W tym tłumie stał się nagle zagubiony i zdezorientowany. Przystanął, lecz tylko na moment. Ray widząc jego zaskoczenie, mocno chwycił go za łokieć i pociągnął za sobą. -Daleko jeszcze?- zawołała Astrea, sapiąc cicho. -Nie. Już jesteśmy. Stanęli natychmiast, podążając za wzrokiem półelfki. Zatrzymali się przez wysoką, kremowego koloru kamienicą z czerwonymi dachówkami. Framugi okien ozdobione były roślinnymi motywami, same okna szczelnie zasłaniały zasłony. Jedynie drzwi były otwarte. Ze środka bił blask, jak z otwartego pieca. Alan zirytowany, tym, że większość nieznajomych go potrąca, przysunął się bliżej Mirle. -To tutaj? -Tak. Gospoda Draco- wyjaśniła półelfka.- Znajdzie dla nas miejsce, dobrze ją znam. Wygląda może nieco demonicznie, ale jest uczciwa… -A więc to jest kobie…- zaczęła Astrea. Nie dokończyła, przerwał jej głośny trzask i głuchy łomot. Ze środka, jakby pod wpływem niewidzialnej siły wyleciał skulony, żylasty mężczyzna. Z hukiem wylądował na klepisku, wzniecając tumany pyłu. -I żebyś się tu więcej nie pokazywał, łajzo! Na zewnątrz sprężystym krokiem wyszła wysoka kobieta, w otoczeniu dwóch osiłków. Splotła ręce na piersi, wściekłym spojrzeniem przeszywając tarzającego się mężczyznę. Ten podźwignął się z ziemi, posłał jej ponure spojrzenie. -Ale ja tylko… -Tylko, tylko- przedrzeźniała go nieznajoma.- Wynoś się! Natychmiast! Tamten zmełł w ustach przekleństwo, cofnął się. Kobieta zacmokała z dezaprobatą, skinęła na towarzyszy. Zrozumiał. Wstał, otrzepał ubranie. Ludzie rozstąpili się, przepuszczając pomstującego mężczyznę, teraz kulejącego w stronę głównego placu. -Skurczybyk, jeszcze będzie się tłumaczył- żachnęła kobieta, krzywiąc się lekko. Alan przyjrzał się jej z zaciekawieniem. Wysoka, prawie dorównująca wzrostem mężczyznom, wzbudzała niewątpliwy respekt. Czarne jak smoła włosy splecione w gruby kok odsłaniały jej śniadą skórę. Ciemne oczy, otoczone gęstymi rzęsami beznamiętnie omiotły zgromadzonych. Smukła, ubrana w obcisłą, czarną koronkową suknię mocno kontrastowała się z kolorowym otoczeniem. Wysunęła lekko brodę, zgrzytnęła zębami. -Panoszą się tacy, klientów mi straszą- wymamrotała. Odrzuciła w tył głowę, długie, srebrne kolczyki zabrzęczały cicho. Nagle uśmiechnęła się, błyskając bielą zębów.- Zapraszam do środka wszystkich strudzonych! Po awanturze nie pozostało żadnego śladu. Tłum zafalował, rozległo się kilka radosnych okrzyków. -Tak - powiedziała po chwili ciszy Mirle.- To jest właśnie Draco.
***
-Nareszcie mnie odwiedziłaś, Kocico- Draco uśmiechnęła się nieco drapieżnie w stronę Mirle. Półelfka skinęła głową, kładąc ręce na blacie. -Potrzebuję dwa pokoje, dla mnie i moich…-zawahała się- towarzyszy. Zatrzymamy się tu na jakiś czas. -Na samej górze, tuż przy poddaszu są wolne- odparła Draco, marszcząc lekko brwi.-Nie docierają tam pijackie wybryki gości, wymarzone miejsce, jeśli chcecie odpocząć. Który z nich należy do ciebie?- skinęła w stronę rozmawiających na uboczu Raya i Alana. Mirle drgnęła gwałtownie, chcąc zaprotestować. -Ja n… -Mirle, możemy już iść do pokoi?- przerwała jej Astrea, w tym momencie podchodząc do lady. W odpowiedzi Draco przysunęła w jej stronę dwa klucze. Dziewczyna sięgnęła po nie, na moment jej ręka znieruchomiała. Jeszcze raz niepewnie spojrzała na właścicielkę zajazdu, gotowa się cofnąć. Bezczelnie wbiła spojrzenie w dwa, nienaturalnie długie kły. Draco zauważyła to spojrzenie. -Weź klucze, bez nich nie otworzysz drzwi. -Jesteś wampirzycą. -Astrea- syknęła Mirle ostrzegawczo. Draco jakby na to czekała. -Nie jestem- odparła słodko.- Według legendy rodzinnej była nią moja babka, ale nie wiem, ile jest w tym prawdy. To jak wyglądam to tylko pozory. Nie pijam krwawych drinków. Astrea zagryzła wargi, czerwieniąc się lekko. „Nic już nie mów” poprosiła ją w myślach Mirle. Draco, jakby nieprzejęta niezręczną sytuacją, zabrała się za układanie kieliszków na półce. -Przeproś ją ode mnie- szepnęła druidką, patrząc błagalnie na Mirle.- Nie chciałam aby… -Idź już, proszę-przerwała jej półelfka, bez powodzenia starając się ukryć wyrzut. Dziewczyna chwyciła klucze, bez słowa skierowała się w stronę schodów. Alan zauważył to, rzucił kilka słów stronę Raya, chwycił torby i także wbiegł na górę. Ray poprawił rękawy kurtki, rozglądając się z zaciekawieniem po sali. Po chwili jego wzrok napotkał stojącą przy barze Mirle. -Zajmę się końmi-zawołał i szybko znikł za drzwiami. Draco odprowadziła go zaciekawionym spojrzeniem. Zmrużyła żartobliwie ciemne oczy, zakrywając je wachlarzem rzęs. Lekko wydęła wargi. -Mam nadzieję, że to ten. Tamten jest za młody. -Zapomnij-uśmiechnęła się Mirle.- Żaden. -Masz okazję to zmienić, Kocico. -Nie sądzę. Niczego nie mam zamiaru zmieniać-Kocica przekrzywiła nieznacznie głowę, usiadła na krześle.- Mogę trochę czerwonego wina? -Dla ciebie zawsze- roześmiała się kobieta, podzwaniając srebrnymi kolczykami.
Kolacja była wyborna. Żadne z nich nie pamiętało, kiedy ostatni raz czuło wspaniałe uczucie sytości i ciepła, rozlewającego się po całym ciele. Aromat wina oraz jedzenia odurzał i przyjemnie pieścił zmysły, wesoła gwara w gospodzie uspokajała. Mogli odpocząć. Nareszcie. Po dniach udręki, trudów podróży, niewoli i beznadziei nareszcie mogli odetchnąć z ulgą. Potrzebowali tego, choć żadne nie zamierzało się do tego przyznawać. Chcieli spędzić ten wieczór w spokoju. Nie potrzebowali niczego więcej… Alan przejechał palcem po lśniącym blacie stołu. Jedną ręką podparł głowę, ciążącą mu coraz bardziej. Sen i zmęczenie przymykały powieki, namawiając je na odpoczynek. Chłopak otrząsnął się, jakby chciał odegnać znużenie. Wbrew pozorom było dosyć wcześnie. Słońce na pożegnanie złociło budynki miodowym blaskiem, niebo zmieniało barwy na pastelowy róż i czerwień. Dzień dobiegał końca. -Uważaj, zaraz zaśniesz z głową w talerzu- do rzeczywistości przywołał go świdrujący głos Draco. Kobieta nachylała się nad nim, dolewając Mirle wina. Alan najpierw wbił wzrok w dzbanek a potem w krwistoczerwone paznokcie kobiety. Niech mówią, co chcą, ona ma w sobie coś z demonicy. -Nie zasnę- wymamrotał w końcu, by potem na zaprzeczenie swoich słów ziewnąć potężnie. Draco roześmiała się, błysnęła śnieżnobiałymi kłami. -Wiem skarbie. Tutaj mało kto śpi w nocy… Postawiła naczynie na stole i, lekko kręcąc biodrami, skierowała się w stronę baru. Ray odprowadził ją bezczelnym spojrzeniem. -Fascynujących miewasz przyjaciół- zwrócił się cicho w stronę sączącej napój Mirle. Półelfka przytaknęła głową. -Prowadzi ten zajazd odkąd pamiętam. Zawsze się tu zatrzymuję. -Wybrałaś dobre miejsce- odparła Astrea, sięgając po kolejny kawałek pieczeni. Uśmiechnęła się do siebie, w końcu podniosła oczy na towarzyszy. W błękitnych źrenicach błyskały wesołe ogniki.-I jeszcze jedno. Kąpiel. Nareszcie się wykąpię, w ciepłej wodzie, z pianą i olejkiem. Koniecznie lawendowym. Przyznali jej rację. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem, do środka wpadła kolejna hałastra. Trupa wędrownych bardów hałaśliwie rezerwowała kilka pokoi. W tle grała muzyka, ktoś wyciągnął skrzypce, zaintonował piosenkę. Draco dwoma krzykami ujarzmiła niesforną grupę. Usłyszeli czyjś rechot, zapach korzennego piwa. Ray żartował, Mirle wybuchła srebrzystym śmiechem. Kolczyki Draco pobrzękiwały wesoło, czarny kok lśnił w świetle kaganków granatowym blaskiem. Na ulicy pociemniało, zapalały się pierwsze pochodnie. Wędrowna grupa bardów, uzbrojona w kilka lutni i harfy zagłuszyła inne odgłosy. Wschodził księżyc. W dzielnicy rozrywki i wędrowców, w Marouhi nikt nie zamierzał kłaść się spać nim wybije północ.
***
Część 22 / 2
Alan przeciągnął się leniwie, mimowolnie na jego ustach zadrgał lekki uśmiech. Wciąż nie otwierając oczu przesunął ręką po gładkiej pościeli. Dawno nie czuł się tak wypoczęty. Był niemal pewny, że zaraz do rzeczywistości przywróci go brutalne brzęczenie budzika i krzyki Anny. Podświadomie na nie czekał. Bez skutku. Gdy wreszcie odemknął powieki zobaczył drewniany strop i pozłacany, nieco zaśniedziały żyrandol. Starał się wmówić samemu sobie, że nie poczuł ukłucia rozczarowania. Odsunął kołdrę, spuścił bose stopy na podłogę. Przeczesał palcami włosy i rozejrzał się. W drugim łóżku spał Ray, z głową wtuloną w poduszkę, jego ubranie leżało niedbale ciśnięte na krzesło. Alan wstał i podszedł do okna, delikatnie je otwierając. Okiennice poddały się naciskowi rąk z lekkim zgrzytem, w końcu odsłaniając chłopakowi widok miasta. W twarz uderzył go rześki podmuch wiatru. Z przyjemnością wdychał zapach świeżości i z zaciekawieniem przyglądał się panoramie Tamroth. Setki, jeśli nie tysiące dachów, wieżyczek, kolumn układało się w barwną mozaikę, błyszczącą porannym świetle. Zmrużył oczy, w oddali dostrzegł wysoką, smukłą wieżę, wystrzelającą ponad resztę budynków. Biały kamień odbijał blask słońca, jakby za chwilę miał je rozszczepić na tysiące kolorowych smug. Dumna, osłonięta pręgami mgły, górowała na zboczu wzgórza. Alan oparł się o parapet, pochłonięty kolejnymi widokami. W oddali majaczyły szare ściany uniwersytetów i kamienic, czerwone dachy urzędów, kolorowe, porośnięte bluszczem domy Marouhi. Błękit nieba przecięła banda gołębi, popielate punkty wkrótce zlały się z barwami miasta. -W pewnym sensie wygląda wspaniale, prawda? Ray przeciągnął się, wymachując koszulą. Leniwym krokiem podszedł do Alana -Nigdy nie byłeś w mieście? Alan milczał. Ryk samochodów. Smog. Tam, gdzieś wysoko w górze majaczące przebłyski błękitu spomiędzy drapaczy chmur. -Byłem- odparł opornie.- Ale… wyglądało inaczej. Ray wychylił się, lustrując pustą uliczkę. -Mam nadzieję, że zostaniemy tu na dłużej. By upijać się nocami i spać do południa. -Takie masz plany?- Alan spojrzał na niego z ironią. Ray udał całkowitą powagę. -Nie inaczej- zaśmiał się cicho, zeskoczył z parapetu i chwycił miednicę. Opłukał twarz, po chwili spojrzał z powrotem na Alana. Z ciemnych kosmyków włosów skapywały kropelki wody.- Zejdźmy na dół. I nie mów o tych planach Mirle. -Nie mam zamiaru- odparł ze źle skrywanym rozbawieniem Alan.
***
-I co sądzisz? -Wyglądam fatalnie. -Przesadzasz. Alan poprawił luźną koszulę o zgniłozielonym kolorze, ale nie poczuł się przekonany słowami Raya. Mirle przyjrzała się mu krytyczne, w końcu skinęła głową. -Ray ma rację, wyglądasz dobrze. Twoje aktualne ubranie nie nadaje się do noszenia. Chłopak nie odpowiedział, jeszcze raz przyjrzał się swemu odbiciu. Lniana koszula i założona na nią ciemna bluza, spływały po chłopaku, sprawiając wrażenie za dużych. Zszedł z krzesła, na którym dotychczas stał, naciągnął rękawy. Mirle przejechała dłonią po belach materiału, uśmiechnęła się. -Nie przepadasz za zakupami? -Zgadłaś- odparł ponuro. Nie chodziło jednak tylko o to. Spojrzał jeszcze raz w lustro. Z trudem poznał siebie samego. Coś się zmieniło… I to nie dotyczyło tylko stroju. Ray odwrócił się, podzwaniając sakiewką. -Pieniądze zabrane Wawrzynowi nareszcie się do czegoś przydały- powiedział z zadowoleniem. Alan wzruszył ramionami, zbyt zajęty zapinaniem rzemieni. Z ulgą opuścił sklep. Kolejny z wielu podczas kilkudniowego pobytu w Tamroth. Natychmiast po wyjściu oblał go żar promieni, leniwe gorąco przeniknęło powietrze. Odetchnął głęboko i spojrzał w dół uliczki. Gdzieś w oddali kotłowała się grupa ludzi, zlewająca się w jedną masę. Przyglądał się im w zamyśleniu, do rzeczywistości przywalał go dopiero dźwięczny głos Mirle. -Dom miecznika Gaspara jest gdzieś niedaleko. Alan nie odpowiedział. Już rano postanowili, że znajdą dla niego ubranie, które podoła trudom podróży. I znajdą miecz. Miecz. Tylko, po co? Nie był zachwycony tym pomysłem, wciąż go nie rozumiał. Jednak ani Ray ani Mirle nie chcieli zrezygnować, postanawiając za wszelką cenę go zaciągnąć do miecznika. Po chwili stanęli przed wysoką kamienicą z czerwonych cegieł, pokrytą pnącym się w stronę słońca dzikim winem. Alan poczuł dziką ochotę by odwrócić się i ruszyć przed siebie. Ray bez słowa pociągnął go za rękaw. Weszli do schludnego pokoju przesyconego mdlącym zapachem drewna. Na ladzie leżał rząd mieczy, ułożonych w pedantycznym porządku. Idealnie czysta podłoga lśniła w świetle świec. -Witam, w czym mogę pomóc?- nagle w pokoju pojawił się starszy mężczyzna, witając gości grzecznościową regułką. Wypielęgnowane ręce wytarł w śnieżnobiały fartuch, wygładził materiał, odchrząknął. Po tej krótkiej ceremonii spojrzał na Alana, czekając na reakcję. -Przyszliśmy po miecz. Dla mnie- odparł z desperacją. Chciał jak najszybciej to skończyć. Miecznik jakby się ożywił, z ciekawością spojrzał na chłopaka. -Jak dobrze władasz mieczem? -Bezna… -Całkiem dobrze- przerwał mu Ray.- Robi postępy. Gaspar skinął z zadowoleniem głową. -Zaraz coś znajdziemy- na chwilę zniknął za drzwiami. -Nic nie mów, przynajmniej nie teraz- odparł Ray nim Alan zdążył ponownie otworzyć usta. Wrócił Gaspar, podał mu długi, prosty miecz. Alan chwycił go, ugiął się, starając utrzymać ostrze. -Zamachnij się- powiedział Ray. -Chyba żartujesz- jęknął Alan, tracąc równowagę. -Za długi- zawyrokował Gaspar. Krótszy, z pozłacaną rękojeścią. Machnięcie, unik, ciche przekleństwo. -Za ciężki. Niedopasowany, za lekki, zbyt toporny. Kolejne ostrza przecinały powietrze, niezadowalając miecznika. Alan poczuł narastająca złość. Broń nie jest mu potrzebna, nie zamierza jej używać. Mimo to próbował, wciąż próbował… -Teraz ten. Zamachnął się bez specjalnego zapału, ostrze gwizdnęło cicho. Zamachnął się jeszcze raz, drugi, trzeci. -Sparuj cios-polecił Ray, sam wyciągając broń. W pokoju rozległy się ciche szczęki uderzeń metalu o metal. Alan wykręcił młynka mieczem, odetchnął głęboko. Gaspar skinął z aprobatą głową. -Odpowiedni dla ciebie. Długi, ale nie masywny. Lekki stop, więc nie będzie ci zbytnio ciążył. Chłopak uważniej przyjrzał się broni. Popielata, matowa rękojeść. Długa, cienka klinga lśniła bladym, błękitnym światłem. -Obusieczna głownia, jak mówiłem wyjątkowo poręczny miecz… Tuż przy rękojeści widniał cienkimi liniami wygrawerowany ptak. Uśmiechnął się. Smukła czapla wzbijała się do lotu, rozpościerając skrzydła. Niewielkie, czarne oko wydawało się przenikać chłopaka na wylot. Przesunął opuszkiem palca po grawerunku, niewielkie, hebanowe ślepie błysnęło lekko. Nie zauważył, jak Gaspar skończył wywód. Nie interesował go zresztą. Podniósł głowę, napotykając uprzejme, senne spojrzenie miecznika. -Sądzę, że się panu spodoba. -Na pewno-odparł chłopak. Zabawny mieczyk, przemknęło mu przez głowę. Jeśli chcą bym kontynuował zabawę w rycerza, niech im będzie. Wtedy nie przypuszczał, jak bardzo zadrwi z niego los.
***
Gdy wrócili do gospody było popołudnie. Zastali Draco w opustoszałej sali. Siedziała na ladzie baru, piłując paznokcie, dziś mające barwę ciemnej purpury. Założyła nogę na nogę, rozcięcie koronkowej suknie powiększyło się, ukazując uda kobiety. -Ładne… kabaretki- mruknął cicho Ray. Mirle uśmiechnęła się z pobłażaniem. Alan prześlizgnął wzrok po sylwetce Draco, nie na długo jednak, po chwili szybko skierował się na górę. Ułożył miecz na stole wraz z innymi zakupami i żywnością. Zauważył, że łóżka są zaścielone, rzeczy poukładane a miska, którą rozbił wczoraj przez przypadek- uprzątnięta. Zostawił rzeczy i z powrotem zbiegł na dół. -Dokąd poszła Astrea?- rzucił pytanie w przestrzeń. -Rano wspomniała coś o dalekiej rodzinie, chciała się z nimi widzieć- wyjaśniła Mirle.- Dziwne, skoro stwierdziła, że nie zamierza mieć z krewnymi żadnego kontaktu. -Może zmieniła zdanie- zasugerował Ray. Półelfka żachnęła cicho: -Gdy poczuła, że bez dachu nad głową przygoda przestaje być przyjemna. To arystokratka, co może wiedzieć o życiu w siodle? Ray wzruszył ramionami, rozparł się na krześle i położył nogi na stół. Podwinął rękawy koszuli i założył ręce za głowę. -Wróci, choćby po to by się pożegnać- powiedział Alan. Mirle machnęła ręką. -Nie mówmy o tym- przerwał im Ray.- Nie chcę teraz myśleć, czy nasza czarodziejka jeszcze tu wróci, czy nie. Zastanówmy się, co zrobić z tak dobrze zapowiadającym się popołudniem.
-Żenię się, słyszycie? Poślubię najpiękniejszą dziewczynę w mieście! Draco kochana, kolejka dla wszystkich! Zebrani krzyknęli z aprobatą, pochwalając pomysł nieznanego młodzieńca. Chłopak, zataczając się lekko, nieprzytomny ze szczęścia, kurczowo trzymał się stołu by nie upaść. Draco krzyknęła wesoło, z pomocnicami zabrała się za rozlewanie trunków. Krwistoczerwona suknia szeleściła z każdym ruchem. Alan oderwał wzrok od granatowego gorsetu właścicielki zajazdu, odgonił od siebie kilka natrętnych myśli. Była fascynująca, ale gapienie się na nią przez cały czas stawało się powoli lekką przesadą. -Skoro darmowa kolejka, żal się nie załapać- zaśmiał się Ray i ruszył w stronę baru. Przyszły pan młody wpakował chłopakowi do rąk kufel piwa. Po dłuższej chwili, lawirując między tłoczącymi się postaciami, wrócił do ich stolika. -Nie zapomniałem i o was, proszę- mruknął z zadowoleniem, kładąc przed nimi cztery szklanki. Alan chwycił pierwszą z brzegu, spojrzał na karminowy płyn. Wino. Kiedyś wraz z kolegami przemycił na wycieczkę szkolną butelkę wina i wódki. Nie pamiętał dokładnie, co było potem, doskonale jednak zachowało mu się w pamięci wspomnienie awantury z Anną. Tylko, że to było tak dawno, tak daleko stąd. Po chwili namysłu, przechylił szklankę, upijając spory łyk. Sponsor darmowej kolejki zaczął na głos wymieniać zalety swej przyszłej żony. Alan niezbyt go słuchał. Alkohol nie smakował specjalnie, nie przyniósł pożądanej ulgi. Czyżby te wszystkie słowa o nim okazały się kłamstwem? W jego przypadku, chyba tak. A szkoda… Astrea, widząc, jak Alan bez zapału sączy czerwony płyn, westchnęła ciężko. -Coś cię trapi… Nie pofatygował się odpowiedzieć. Ray i Mirle umilkli, przyjrzeli się chłopakowi uważniej. Ten nie zwracał na nich uwagi, koncentrując na kryształowej szklance. I winie o kolorze krwi, które nie smakowało tak, jakby chciał i nie pomogło mu rozwiązać problemów. Pan młody rozpłakał się, uśmiechając przez łzy. Musiał bardzo kochać tą dziewczynę. -Alan…- czarodziejka przysunęła się, delikatnie kładąc mu rękę na ramieniu.- Odezwij się. Nie spodziewał się, że tak wiele wysiłku będzie go kosztować odciągnięcie wzroku od szkła. -Tak? Cała trójka patrzyła na niego wyczekująco. A więc to on miał zacząć tę rozmowę. Wciągnął powietrze, zetknął końce palców. Z trudem dobierał słowa. -Dotarliśmy do Tamroth. Udało się, mimo przeszkód- chrząknął cicho.- Musicie być z siebie zadowoleni, osiągnęliście swój cel. Tylko… co ze mną? Dlaczego tu jestem? Co teraz mnie czeka? -To zależy, co chcesz teraz zrobić- odparła cicho Mirle.- Czego oczekujesz? Powrotu do domu? Normalnego życia tutaj? Alan wreszcie zdobył się na uśmiech. Przypominał grymas odbity w…