Fantasy · 37 min czytania
Wrota Starożytnych-Rozdział XII
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
ROZDZIAŁ XII
Lekkie szuranie. Delikatne stąpanie nóg, zaraz niknące, rozpływające się w ciszy. Głuchy tupot, podeszwy uderzające o wilgotną ziemię. Cienie przemykały pośród drzew, prawie niezauważone. Ciche sapnięcie, czyjś zmęczony oddech. Kroki, nierówne, ale uparcie prące w górę. Po ścieżce. Coraz wyżej. Las szumiał cicho, znużony całodziennym upałem. Chłodne powietrze koiło, uspokajało, zachęcało do snu. Cisza świdrowała w uszach, przenikała umysł na wskroś, opadała na cały świat. Krwawe słońce powoli chowało się za horyzontem. Crhack przystanął, oparł ręce na kolanach. Idący przed nim Gothard także się zatrzymał, spojrzał na niego z cieniem drwiny. -Używki niszczą twoją kondycję, panie. Mężczyzna parsknął cicho, uniósł głowę. -Daleko jeszcze?- warknął. -Nie. Niedługo dojdziemy do celu. Crhack wyprostował się, przeczesał palcami włosy. Ruszyli dalej. Wydeptana ścieżka wiła się pomiędzy pniami drzew, prowadząc ich coraz dalej i dalej. Ostro wystrzeliwała w górę, wędrowcy nie zrezygnowali jednak, wytrwale pokonywali kolejne zakręty. Druid szczelniej otulił się wypłowiałym płaszczem, nasunął na głowę kaptur. Zmrużył ciemne oczy, gdy przed sobą dostrzegł słaby zarys budowli. A więc to tutaj. Wciąż słyszał za sobą świszczący, nierówny oddech Crhacka, ta droga musiała być dla niego torturą. Tym lepiej, pomyślał, uśmiechnął się mściwie. Bez zastanowienia odgarnął gałęzie dzikiego bzu i wszedł na niewielką polanę. Crhack dogonił go, teraz oboje stanęli, otoczeni absolutną ciszą. W powietrzu unosiła się mdła, odurzająca woń kadzideł. Gothard bez słowa wskazał na kamienne przejście znajdujące się przed nimi. Ociosany z grubsza blok, pozbawiony jakichkolwiek ozdób, był brzydki i chropowaty. Za nim ciągnęły się wąskie, koślawe schodki. -Wejście do świątyni Saan. Crhack zacisnął usta. Kolejna ścieżka. Ileż można… -Wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego, się na to zgodziłem. Nie mam pojęcia, jakim cudem mnie przekonałeś- mruknął, poprawiając ciemnozielony szal, oplatający jego szyję. -Mam swoje sposoby- odparł druid.- Ty też je masz…prawda? Crhack zignorował pytanie, spojrzał w niebo. Nad nimi rozpościerało się matowe, szarzejące sklepienie. Zapowiadała się bezgwiezdna noc. -Chodźmy dalej. Przeszli przez wejście, ruszyli schodami. Kroki odbijały się słabym echem, cienie pełzły po ścianach, jednak po chwili rozmyły się w mroku. Wyżej, dalej, jeszcze… Aż do braku tchu. Aż do ostatniego stopnia. Aż do nieruchomej postaci, stojącej na końcu drogi. Węgle rozżarzyły się pomarańczowym blaskiem, rzucając wkoło ciepłe światło. Crhack i Gothard stali w milczeniu, przyglądając się przygotowaniom reszty druidów. Za chwilę miano ich wprowadzić, kapłani w milczeniu przygotowywali niezbędne rzeczy. Crhack przyglądał się im z zainteresowaniem, uważnie śledząc wszystkie ruchy. Widząc, z jakim namaszczeniem i skupieniem odprawiają swoje małe ceremonie, uśmiechnął się złośliwie. -Bywacie zabawni. Gothard wyrwany z zamyślenia, spojrzał na niego pytająco. -Czy to nie początek do powrotu magii, czarów i guseł?- ciągnął dalej Crhack.- Wasza sekta jest o krok od tego- skrzywił się lekko. Gothard poczuł silne ukłucie, jakby coś szarpnęło jego wnętrznościami. Crhack uśmiechał się prowokująco, jednak dziekan wykorzystując wszystkie swoje siły, zachował spokój. Nie da się sprowokować. Nie może, jeszcze nie teraz. Gdy będzie po wszystkim, zapomni o hamulcach. Wtedy zrobi to z przyjemnością, ale teraz obowiązywały go pewne reguły. Uśmiechnął się sztucznie. -To nie magia, mylisz pojęcia. Magia ograniczała się do prymitywnych sztuczek, ułudy i iluzji. Nie była prawdziwa, choć niektórzy o tym zapomnieli. Druidzi wykorzystują siły żywiołów, wszystko, co może nam zaoferować natura. -I bożkowie. Gothard otworzył usta by odpowiedzieć, lecz Crhack machnął ręką. -Zaprzeczacie sobie. Nawet teraz. Prowadzisz mnie tam, gdzie według was działają siły wyższe. A tam wasza nauka miesza się z wydumanymi domysłami. Jak to mówicie? Ziemia, powietrze, ogień, woda i przeznaczenie? Jak dla mnie to wszystko jest śmiechu warte. Jedno wielkie kłamstwo. Gothard znowu przybrał ugrzeczniony, pełen wyrozumienia uśmiech. Kręcący się nieopodal adept spojrzał na niego ze strachem. -Wierzysz w coś, Crhacku? -Tak- odparł tamten bez zastanowienia.- W siebie. Przyszedłem tu tylko dlatego, byś przestał mnie męczyć. Niczego się nie dowiemy. -Czasami człowiek jest zbyt słaby by udźwignąć ciężar wydarzeń. Wtedy potrzebny jest nam drogowskaz. Nawet taka silna osobowość jak twoja nie będzie w stanie podołać wszystkim życiowym przeszkodom. Gdy wierzysz w siłę wyższą, koleje losu możesz odnaleźć w tym wszystkim sens i… -Nie chcę tego słuchać, Gothardzie. Oprócz profesorskiej gadaniny chcę dowodów. A ty mi ich nie dajesz- uśmiechnął się pobłażliwie.- Chodźmy już. Ty ich nie chcesz wiedzieć, pomyślał ze złością druid. Twoje oczy są zamknięte! Ciemne sylwetki postaci chwyciły metalowe misy, wypełnione rozżarzonym węglem. Blade twarze oświetlił ognisty blask. Gothard zdjął kaptur, spojrzeniem odprowadził milczących kapłanów. Zaraz podążą za nimi. -Zdejmij buty. -Co? -Zdejmij je. Tamto miejsce jest święte. Jestem druidem. Wierzę w to. Ona może dać nam odpowiedź. Crhack patrzył na niego w osłupieniu, z coraz większym niedowierzaniem. W oddali tliło się słabe światło. Boso ruszyli w jego kierunku. Bez broni i płaszczów. Ze zdecydowaniem i pewnością Gotharda oraz pogardą Crhacka. Znaleźli się w surowej, niewielkiej komnacie, zwieńczonej ostrymi, gotyckimi łukami. Piaskowe kolumny ułożone były w krąg, każda podpierała część stropu. Crhack spostrzegł, że talerze z węglami zostały już ułożone. Ktoś dodał do nich mirry i kilka nieznanych mu ziół, teraz powoli sączących mdławy zapach. Stanęli pośrodku, w słabej poświacie ognia. Skierowali wzrok przed siebie. Na skuloną postać. Pod jednym z filarów kuliła się drobna, szczupła dziewczyna. Proste, rdzawego koloru włosy zasłaniały jej twarz. Nagie, prawie przeźroczyste ramiona obejmowały chude nogi, drżące ręce zacisnęły się w pięści. Nagle drgnęła, podniosła głowę. Duże, beznamiętne oczy wpatrywały się w nich bez wyrazu. Drobne usta rozchyliły się lekko, szepcząc jedno słowo: -Czekałam… Crhack zauważył coś jeszcze. Nadgarstki dziewczyny były skute łańcuchami, długie, żelazne sznury zostały przymocowane do dwóch stojących naprzeciwko siebie kolumn. Uwięziona niczym na smyczy. Skrzywił się z odrazą. -Co roku jedna z adeptek jest wybierana na medium- wyjaśnił cicho Gothard.- Zamykana tutaj, staje się łącznikiem między nami a światem pozaziemskim. To wieszczka, która potrafi wpaść w trans. Chcę, by pomogła nam znaleźć odpowiedź na nasze pytania. -A więc według ciebie naćpana smarkula wyjaśni ci, jak znaleźć meteoryt?- odparł z kpiną Crhack -Przeceniasz jej siły. I moją cierpliwość. Druid nie odpowiedział, nie zamierzał. Bez słowa dorzucił ziół. Ich aromat coraz mocniej odurzał i stępiał zmysły. Gothard dał znak by się odsunąć, w milczeniu czekali na reakcję dziewczyny. Mieli wrażenie, że powietrze zaczęło drgać. Ta siedziała spokojnie z nogami przyciągniętymi do tułowia, wpatrując się dużymi oczyma w obu mężczyzn. Patrzyła na nich, ale ich nie widziała. Źrenice dziewczyny skryte były za mgłą, nadając spojrzeniu martwy, nieobecny wyraz. Crhack przyglądał się jej z mieszaniną odrazy i fascynacji. Wyraz jej twarzy nagle się zmienił, przestał być nieobecny. Skrzywiła się lekko. Opary unosiły się nad jej głową niczym mgła. -Żenada- wycedził Crhack, tłumiąc wściekłość. Skierował się do wyjścia. -Crhack, syn Regavy- zawyła przejmującym głosem wieszczka. Podziałało. Mężczyzna się zatrzymał. Gothard stał nieruchomo, teraz przypominając jeden z wielu posągów wykutych w świątyni. Nieustannie wpatrywał się w dziewczynę. Crhack dostrzegł, że drzwi, którymi przyszli, są zamknięte. Powoli odwrócił się w stronę dziewczyny. Spojrzał na nią, upiorny ognik zamigotał w jej źrenicach. -Powiedz nam, co się stanie z meteorytem- Gothard go zignorował, podszedł bliżej.- Odezwij się… -Dziecko gwiazdy…pytasz o nie?- ciałem dziewczyny wstrząsnął dreszcz. Crhack otarł pot z czoła. Młoda wieszczka spojrzała na niego, w jej oczach błysnął obłęd. -Bestia!- rzuciła się w jego stronę, rozcapierzając dłonie niczym szpony. Jęk łańcuchów, krzyknęła cicho, upadła. Spróbowała jeszcze raz, po raz kolejny zniewoliła ją żelazna smycz. Crhack poczuł dziką ochotę, by ją uderzyć. Ale niczego nie zrobił. Stał, niezdolny do żadnego ruchu. Dziewczyna cofnęła się, jej ciało wygięło się w łuk. -Dziecko gwiazdy niesie zmiany, ich początek… -Jak możemy je zdobyć?- głos Gotharda stawał się coraz bardziej nerwowy.- Kto je ma? -…coś się zmieni, wkrótce… nie przyniesie zagłady, nie przyniesie szczęścia… będzie zapowiedzą, wytyczy ścieżki. Przymknęła oczy, zaśmiała się cicho. Otoczyła ją szara smuga dymu. -… otrzymacie zapłatę, jak wszyscy… -Nie takie zadano pytanie!- krzyknął Crhack. -Czcij ze mną dziecko gwiazdy, złóż mu hołd!- krzyknęła, łańcuchy napięły się z cichym jękiem.- Ten, kto je posiada nie jest godzien… -Milcz! -Zaśpiewaj, dalej, chcesz znać odpowiedzi, zadaj pytania, o niewierny- zaśmiała się cicho, uderzyła pięścią o kamienną posadzkę. Odpowiedział jej głuchy odgłos. Szarpnęła się, upadła, splątane włosy opadły jej na twarz.- Rozpadniecie się w proch, rozpadniecie, jak wszyscy, jak ja… -Odpowiedz, kto ma kamień? Szaleńczy, histeryczny śmiech, echo odbijało się o ściany, wypełniając przestrzeń. -Mów! -Nie! -Ja ją… -Nie!- krzykną Gothard, chwycił go za ramię.- Nie waż się jej tknąć. -Synu Regavy- wieszczka spojrzała mu w oczy.- Niedługo otrzymasz odpowiedź.
Crhack z ulgą powitał świeże powietrze. Gothard w milczeniu wpatrywał się w zarys drzew. Stali na szczycie, sami, w ciszy. Kapłani przyjdą dopiero wtedy, gdy ich sylwetki stopią się z mrokiem drzew. Nie wcześniej. Zostawili ją samą, gdy zrozumieli, że nie dowiedzą się niczego więcej. -Co miała na myśli? Jakieś koncepcje?- chrząknął cicho Gothard. Crhack uśmiechnął się z triumfem. -Niczego nam nie powiedziała. Niczego, rozumiesz to słowo? Zbluzgała nas, zapowiedziała pożogę i zmiany. To wiem i bez tego. Świat się zmienia. A pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi. Pogawędka z tą wariatką dała mi tyle samo, co dyskusja z nogą od stołu. Zrozumiałeś metaforę? Gothard nie odpowiedział. Nie miał pojęcia, jak mogłaby brzmieć riposta. Poczuł zawód i rozgoryczenie. Znaki są więcej niż wyraźne, kamień spadł na ziemię. Tylko dostał się w niepowołane ręce. Dlaczego nam nie pomogłaś? Dlaczego? Crhack ukradkiem spojrzał w stronę ciemnego otworu skąd niedawno wyszli. Zacisnął usta. -Wracajmy, Gothardzie.
***
Igon wsunął rękę do torby. Na dźwięk szeleszczących papierków, uśmiechnął się słabo. Cukierki. Truskawkowe, pomarańczowe, te z kwaśnym nadzieniem i karmelem. Najwięcej tych ostatnich. Książę Haban je uwielbia. Poprawił pas, przeczesał palcami włosy. Ciemne, matowe kosmyki przyprószone były przedwczesną siwizną, wysokie czoło przecinało coraz więcej bruzd i zmarszczek. Niegdyś szare, bystre oczy teraz nieco przygasły, coraz częściej zmęczone, zrezygnowane skrywane były przez powieki. Dłonie Igona, dawnego doradcy, prawie codziennie uderzały o blat dębowego stołu, z bezsilną złością i poczuciem beznadziei. Zgrabiałe palce mięły kolejne mapy, kolejne listy i dokumenty, teraz tracące swoją wartość, stające się bezużytecznym śmieciem. Tak, to wszystko już minęło Igonie. Papier pożółknie, atrament wypłowieje… Królewska pieczęć staje się nic nieznaczącym wspomnieniem. Jak wszystko teraz. Powoli traci wartość, odchodzi w zapomnienie. Ty też odszedłeś, pomyślał z goryczą mężczyzna. Stanąłeś w cieniu, przyglądając się jak inni rozdrapują wciąż bolesne rany albo obojętnie wzruszają ramionami. Jak wszystko, na co pracowałeś, biegnie ku zatraceniu. Jak znika. Chcesz wrócić… Do czego? Stare reguły gry przestały obowiązywać. Mężczyzna zacisnął usta, rysy jego twarzy stwardniały. Ponure rozważania przerwał widok starej furtki. Odgarnął bluszcz i dzikie wino, ręką poszukał klamki. Nadgryziony zębem czasu mur oddzielał zamek i otaczający go ogród od opuszczonej części posiadłości. Znajdował się tam zabytkowy, zapuszczony domek letni, teraz otoczony przez wiekowe dęby i lipy, dzikie róże i pokrzywy. Już dawno przestała prowadzić do niego jakakolwiek ścieżka. Mimo to, teraz Igon szarpnął nerwowym ruchem klamkę, która w końcu ustąpiła. Zatrzasnął drzwi, był po drugiej stronie. Świat pogrążony w złotym półmroku zdawał się drzemać. Odgarnął chwasty i ruszył przed siebie. Drogę znał doskonale. Po kilkunastu minutach marszu był na miejscu. Solidny, drewniany dworek ginął pod ciężarem zieleni i cienia. Zmurszałe, pokryte mchem dachówki zlewały się z otoczeniem, jedynie jasne okna, w których nieśmiało tliło się światło udowadniały, że ktoś może tu jeszcze mieszkać. Pchnął drzwi, wszedł do środka. Znalazł się w nieco zakurzonym korytarzu, obitym wypłowiałą czerwono-złota tapetą. Sam nie wiedział dlaczego, ale zdjął płaszcz i zawiesił go na bogato rzeźbionym wieszaku. Ot, może z przyzwyczajenia. Nie był pewien. Szeleszcząc torbą pełną słodyczy, szedł dalej. Deski skrzypiały cicho, częściowo tłumione przez dywany. Przeszedł dalej, cały korytarz, aż do przestronnego salonu. Na widok otwartej książki i niedbale rzuconych kredek, uśmiechnął się lekko. Postawił łakocie na stole, obok zwojów zarysowanego papieru. Dopiero teraz dostrzegł, że blat lśnił czystością. Nagle ciężką ciszę przerwały jękliwe dźwięki. Drgnął, nasłuchując, skąd dochodzi ten odgłos. Po chwili skierował się w stronę szerokich drzwi, rozsunął je. Muzyka wypełniła przestrzeń. Smutne, płaczliwe nuty rozpływały się w powietrzu, przesycone niepojętą tęsknotą. Smutkiem. Żalem. Słabą nadzieją. Tak dobrze znał te uczucia. W pustym pokoju stał fortepian. Czarny, zakurzony instrument i dwa krzesła były jedynymi meblami w tej sali. Po wyłożonej kolorowymi płytkami posadzce snuły się resztki kurzu i zeszłych liści, tańczące pod wpływem lekkich podmuchów. Strzępki muślinowych firan delikatnie poruszały się na wietrze. Otwarte na oścież drzwi prowadziły na taras do ogrodu. Zdziczały park pogrążony był w ciszy i bezruchu, jakby czas nie miał tam dostępu. -A więc tu się zaszyłaś- szepnął Igon.- Witaj Varvaro… Siedząca przy fortepianie kobieta przestała grać, jej palce natychmiast zsunęły się z klawiszy. Dźwięki wibrowały jeszcze przez chwilę, w końcu zgasły. Królowa patrzyła na mężczyznę niespokojnym, pełnym napięcia wzrokiem. Cała jej postać wyrażała jedno wielkie zdenerwowanie i niepewność. Wychudła, blada twarz zszarzała i straciła dawny blask. Lekko zgarbiona, szczupła i wątła sylwetka wydawała się giąć pod każdym silniejszym podmuchem wiatru. Suknie z tafty zastąpiła skromna, granatowa tunika, diadem i kolczyki znikły, smukłych dłoni nie zdobiły pierścionki. To nie mogła być królowa, pani Amaroth. Tamta nie tak wyglądała. Nie kuliła się, słysząc kroki, nie uciekała wzrokiem w bok. Igonie, sam wiesz najlepiej, że wszystko przemija. Varvara skinęła lekko głową, spróbowała się uśmiechnąć. Mężczyzna podszedł bliżej. Kobieta musnęła ręką klawisze fortepianu, szepnęła cicho: -Ja…ja próbowałam coś zagrać, zastanawiałam się, ile pamiętam. Ale jest rozstrojony. To bardziej przypomina rzężenie niż muzykę… -Dawno nikt go nie używał- Igon przyjrzał się zaśniedziałym literom, przypominającym o mistrzu, który wykonał instrument.- Minęło wiele lat. Igon podsunął drugie krzesło, usiadł obok królowej. Stąd mógł dokładnie dostrzec siateczkę zmarszczek, otaczającą jej oczy. -Gdzie jest Haban?- zapytał. -W bibliotece, przegląda książki. Tak bardzo się nudzi- szepnęła, z trudem ukrywając czułość w głosie.- Szuka jakiegokolwiek zajęcia, teraz chce czytać. -Nim sytuacja się wyjaśni, będzie znał wszystkie te książki na pamięć- odparł cicho Igon. Varvara znowu umknęła wzrokiem gdzieś w bok. Zapadła cisza. Od śmierci jej męża nie potrafili ze sobą rozmawiać. Urywane zdania, półsłówka, spuszczanie oczu. Żadne nie chciało bądź nie umiało zacząć szczerej rozmowy. Igon czuł wyrzuty sumienia, złość na siebie i bezsilność. Nie potrafił niczego zmienić, jak bardzo by się starał. Kobieta westchnęła cicho, wygładzając marszczenia sukni. Piękne, smutne oczy spojrzały na mężczyznę. -Jak wytłumaczyć swojemu dziecko to, co się stało?Bogowie… Jak odpowiedzieć na jego pytania? Milczał. Nie znał odpowiedzi. Mógłby powtórzyć, że jest mu przykro. Tak strasznie przykro. Że współczuje i cierpi wraz z nią. Zacisnął usta, zdobył się tylko na gorzki uśmiech. Zrozumiała, skinęła głową. Nie pomoże jej. -Varvaro… Wiesz, że możecie zostać tu, jak długo będzie to potrzebne. To bezpieczne miejsce, nikt nie przyjdzie tu szukać rodziny władcy. -Ja nie mam dokąd się udać- odparła bezbarwnym głosem.- Inaczej nas znajdą, zaszczują. Jestem zdana na twoją łaskę. Nie o to mu chodziło. Urwał na moment, jednak po chwili opanował się, ciągnął dalej: -Hrabina de Vav zaprosiła mnie do swego zamku. Jako jednego ze swoich gości. Wiem, jak to brzmi, ale zdecydowałem się pojechać. Chcę wiedzieć, co planuje Rada, czy znają zamiary Teraakara. Te informacje mogą wam pomóc. Rozumiesz mnie, pani? Skinięcie głową. -Nie zależy mi na świętowaniu, to po prostu konieczne. Opadły już pyły unoszące się nad Amaroth, zniknęła łuna ognia. Musimy iść do przodu-chwycił jej dłoń.- Twój syn jest następcą tronu… -Ten fakt niczego nie zmieni, przecież stracił dziedzictwo. Nikt nie uwierzy w jego pochodzenie- Varvara zbladła, spojrzała na niego z powątpieniem. Igon potarł skronie, westchnął. -Są dowody. Jest pierścień. Jesteś ty. Bądź cierpliwa. W końcu nadejdzie odpowiedni czas. Szybko odwróciła głowę, w jej oczach błysnęła niechęć. Zrozumiał. Miała dość czekania, bezsilności. Nawet, jeśliby chciał, nie mógł nic zrobić. Miał wrażenie, że znowu wszystko zepsuł. Wstał. -Wyjeżdżam niedługo, chciałem cię o tym tylko uprzedzić. Przez kilka dni będziecie tu sami- zawahał się.- Ma nadzieję, że nie masz mi tego za złe? Varvara zmusiła się do uśmiechu. -Nie. Robisz to, co musisz. Bezpiecznej drogi, Igonie. Wracaj z nowinami, oby były dla nas pomyślne. Gdy wychodził, wciąż tam siedziała. Zapatrzona w klawisze fortepianu, tak naprawdę, wędrowała ścieżkami wspomnień. Do odległych czasów, niedostępnych dla niej i jej syna. Przecież wszystko przemija. Cicho zatrzasnął drzwi, przez chwilę nasłuchiwał. Nie zaczęła z powrotem grać. Gdzieś w głębi mieszkania rozległo się głośne szuranie. Haban przemykał po pokojach, niczym domowy skrzat. Igon ruszył z powrotem w stronę drzwi, na widok rozdartej torby słodyczy