Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 40 min czytania

Wrota Starożytnych-Rozdział XIV

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ XIV

Alan był przerażony. Nie mógł go znaleźć. Szukał po kieszeniach, w torbie, w rzeczach Mirle, lecz nigdzie go nie było. Zniknął, tak po prostu. A wraz z nim poczucie bezpieczeństwa. Chłopak upadł na ziemię, palcami grabiąc pył. Meteoryt przepadł. To koniec. Jego broda zaczęła drżeć, zrozpaczony rozejrzał się wkoło. Zimno. Przeraźliwie zimno. Był sam, otoczony szarą, lepką mgłą. Muskała jego policzki, wplątywała się we włosy. Powoli dusiła i odbierała oddech. Jęknął przeciągle. Przepadł, przepadł… Zerwał się, jak szalony zaczął biec. Przed siebie, na oślep, choć wszystko wokół niego było takie samo. Musi znaleźć meteoryt, sam nie rozumiał, dlaczego, ale to było silniejsze od niego. Jak narkotyk, kazało mu go szukać, węszyć, zdobyć za wszelką cenę. Chce poczuć chropowatą powierzchnię kamienia, dostrzec jego lekką poświatę. Nie może go stracić… Gwiazdy skażą go na potępienie. Biegł dalej, nie zważając na kłujący ból w piersiach. Włosy zlepił pot, zaczynał charczeć ze zmęczenia. Potykał się, upadał i wstawał, brnąc przez morze szarej, brudnej mgły. Nagle się zatrzymał, przed sobą ujrzał małego chłopca. Ubrany w elegancki żakiet i jedwabne spodnie, lniane włosy drgały pod podmuchami wiatru. Uśmiechnął się do Alana, wyciągnął rękę. -Weź go- meteoryt spoczywał w zaciśniętej piąstce malca. Alan poruszył bezgłośnie wargami. -No weź… -Haban!- z oddali dobiegł ich wystraszony kobiecy głos.-Haban, odejdź od okna! Mały posmutniał. Schował meteoryt do kieszeni. -Haban! Sylwetkę chłopca pochłonęła mgła. Alan został sam. Biegł dalej. Czuł rezygnację, lecz mimo to wciąż parł do przodu. Zapragnął się wydostać, ujrzeć słońce. Czuł gryzące uczucie wstydu i wyrzutów sumienia. Zgubił meteoryt, jak mógł do tego dopuścić! Zacisnął dłonie, znowu się zatrzymał. Jego oczy rozszerzyły się gwałtownie. Ray klęczał nieopodal, kiwając się lekko. Na szyi miał sznur z szubienicy, koniec liny trzymał w zaciśniętych dłoniach. Chłopak dopiero teraz dostrzegł Alana. Czarne jak węgiel oczy kontrastowały się z woskowego koloru skórą. Uśmiechnął się cierpko. -Zaraz wstanę, pomogę ci go szukać. Tylko…zabrali mi podest. -Miałeś się pojedynkować- mruknął Alan, sam zdziwiony tak logiczną myślą. Ray potrząsnął głową. -Rzeczywiście, rzeczywiście. Ale to załatwię jutro. Gdy wzejdą słońca-twarz Raya wydłużyła się lekko. Jego rysy nabrały drapieżności. Szarpnął za sznur, powróz zaciskał się coraz mocniej wokół szyi, wżynał się w skórę.-Wypiję za twe zdrowie. Ja i błaznujący wisielec… -Ale… -Sza…- Ray przyłożył palec do ust. Sylwetkę chłopaka zakryła kurtyna mgły. Alan znowu został sam. Ruszył dalej, czując dziwną pustkę. Sam, sam, sam… Meteoryt powrócił na niebo. A on przegrał, nie podołał zadaniu. Chłopak maszerował coraz oporniej, jego nogi zaczęły się zapadać. Pogrążył się po kolana. Czuł coraz większą rozpacz. W oddali mignęła mu kobieca sylwetka, usłyszał zimny śmiech. -…nie przyniesie zagłady, nie przyniesie szczęścia… Czcij dziecko gwiazdy! Alan upadł na kolana, bezmyślnie wpatrując się w ziemię. Zostanie tu na zawsze. Przymknął powieki. Sam, otoczony przez żywą mgłę. Słyszał jej myśli, czuł jej oddech. Blisko, bliżej… Ziemia chciała go pochłonąć, lecz nie dbał o to. Zapragnął przestać istnieć… Ogarnęła go ciemność. Chyba umierał…

***

-Niedługo wzejdzie słońce. Granatowe niebo powoli zaczynało szarzeć, z odmętów mroku wyłaniały się zarysy równin i niewielkiego dworu hrabiny de Vav. W oknach budynku tliły się nieliczne światła. Jeszcze przed chwilą sklepienie rozświetlały kolorowe fajerwerki, teraz zaległa cisza. -Wbrew pozorom mamy trochę czasu. Są zmęczeni. Siedzący na koniu mężczyzna nie odrywał wzroku od dworu hrabiny. Zmarszczył brwi. -Czy to dobry pomysł? Będzie dużo ludzi, mogą być kłopoty. -I większa zdobycz. Nie będzie problemów. Ona otworzy nam bramę, bez hałasu i wrzasku. Cichy śmiech. -Pchać się głównym wejściem? Bezczelność. -Twoje drugie imię-padła kąśliwa odpowiedź.- Podzielimy się na grupy. Weźmiesz część ludzi i wpadniesz od strony lasu. Zapalcie pochodnie. Koń pod jeźdźcem parsknął gniewnie, zarył kopytami w ziemię. Mężczyzna uspokoił go, pogłaskał szyję wierzchowca. -Już niedługo-szepnął, uśmiechając się w ciemnościach. Niebo zaczynało blednąć.

***

Alana obudził tępy ból głowy, pulsujący z tyłu czaszki. Chłopak otworzył oczy, zamrugał. Miał wrażenie, że śnił, lecz wspomnienia się zatarły. Pozostał dziwny niepokój. Wzdrygnął się, było mu zimno. Dosyć dziwne jak na środek lata. Powoli docierały do niego zdarzenia z poprzedniego wieczora, a gdy przypomniał sobie całość, jęknął cicho. Czeka go trudny dzień. Wstał, przeciągnął się leniwie. Instynktownie podszedł do torby, włożył rękę. Po palcami poczuł chropowatą powierzchnię meteorytu. Zacisnął palce a potem poluzował uścisk. Odetchnął z ulgą. Ubrał się i wszedł do salonu. Mirle siedziała skulona na sofie, skubiąc kawałek chleba. Na widok chłopaka uśmiechnęła się słabo. -Gdzie reszta?- Alan rozejrzał się po pokoju. Półelfka wzruszyła ramionami. -Astrei nie widziałam od wczoraj, nie mam pojęcia, co się z nią dzieje. Zapewne z przyjęcia wróciła z dwórkami. Zresztą ostatnio przestaje mnie to obchodzić. A Ray…-zawahała się.- Słyszałam, jak wychodził. Tylko tyle. Bo wiesz…-spuściła głowę z zakłopotaniem.- Ray wdał się wczoraj w spór z pewnym baronem. On… wyzwał go na pojedynek. Alan udał zaskoczonego tą wiadomością. Wyjawienie, że podsłuchiwał ich nie miało sensu. Mirle potarła powieki. -Dziś nad ranem mają stoczyć walkę. O dziewczynę- dodała ciszej. Nie odpowiedział. Mirle nalała do filiżanki herbaty, podała mu naczyńko. -Jesteś na niego zła? -Jestem wściekła-prychnęła.- Ale nie powstrzymam go. Z jednej strony chcę by przegrał, by ktoś wreszcie utemperował jego dumę, ale z drugiej…-urwała. Alan pożałował, że zaczął tę rozmowę. Nie był pewien czy chce by dziewczyna dokończyła to zdanie. -Poszukajmy go-wymamrotał. Skierowali się na dół. Nie musieli długo błądzić po zamku, Ray siedział na schodach, gwiżdżąc cicho. Korytarze zdawały się być wymarłe. -Już jesteście- podniósł głowę, uśmiechnął się uspokajająco. Zachowywał się tak jakby baron zaprosił go na spacer alejkami. Mirle oparła ręce na biodrach, ponuro patrząc na Raya. -Wyjdźmy na plac. Tam będą czekać. Ruszyli przez kamienny hol. Wyszli na zewnątrz, wprost w objęcia wściekle wirującego wiatru. Ray zmrużył oczy. Karie stała po przeciwnej stronie, ubrana w elegancką brązową sukienkę, podkreślającą talię. Włosy miała spięte w misterny kok. Na widok Raya zesztywniała, wbiła w niego uważny wzrok. Stojący obok niej baron także się ożywił. Jego zbroja zalśniła w blasku słońca. -Świetnie- mruknął Ray.Zdjął kurtkę i rzucił Mirle. Ray i rycerz wyszli sobie naprzeciw. Bez entuzjazmu podali sobie dłonie, skłonili się sztywno. -To coś więcej niż zwykła walka- wydudnił z wnętrza hełmu blondyn.- Chcę bronić mego honoru i ukarać cię za to, jak postępowałeś z panną Julią. Na pewno zasługuje na lepsze traktowanie, pomyślał kpiąco Ray. Gdy rycerz skończył swoją przemowę, z głębi hełmu wydobyło się ciche buczenie. Blondyn wykonał dziwny ruch, najprawdopodobniej wzruszenie ramionami. Ray oddalił się na kilka kroków. Chwycili miecze. Alan poczuł jak palce Mirle boleśnie wbijają się w jego ramię, jednak nie zareagował. Reszta świata przestała istnieć. Karie stała nieopodal, z trudem kryjąc zaniepokojenie. Na chwilę zapadła cisza. Na jedną, krótką chwilę. Ray zaatakował natychmiast, lecz przeciwnik okazał się równie szybki. Sparował cios i sam ruszył do natarcia. Jego miecz gwizdnął w powietrzu, z jękiem zatrzymując się na klindze Raya. Chłopak parsknął cicho, odskoczył i znowu rzucił się na rycerza. Jego ostrze liznęło zbroję. Rycerz zgiął się, unikając ciosu Raya, ten krzyknął coś niezrozumiałego. Klinga uderzyła o klingę, pióropusz hełmu zafurkotał na wietrze. Ray wbił wściekłe spojrzenie w postać przeciwnika, którego nie mógł dosięgnąć. Blondyn rozpaczliwymi zrywami starał się wgnieść napastnika w ziemię. Chłopak uchylił się, zamachnął, ostrze błysnęło w porannych promieniach. To na nic, pomyślał ze złością Ray. Co innego burdy w gospodach co innego walka z przeciwnikiem wbitym w żelastwo. Moim atutem jest szybkość. Muszę być szybszy. Czy nie tego uczyłem Alana? Przekręcił miecz, prowokując rycerza do ataku. Obrońca Karie bez namysłu skierował ostrze w stronę Raya, odsłaniając się znacznie. Ten mocniej chwycił miecz, schylił głowę i bez namysłu ciął przeciwnika w ramię. Rozległ się zduszony jęk i ciche przekleństwo. Rayowi pociemniało w oczach, zgiął się w pół. Zdążył podnieść wzrok, spojrzeć na Karie. Dziewczyna zbladła. Rycerz zawył desperacko, całym swoim ciężarem rzucając się na Raya. O nie, nie pozwoli na to. Zmrużył oczy, zakręcił mieczem i skoczył. Celnie! Kiedyś będzie musiał podziękować…Wawrzynowi? Czy to teraz takie ważne? Skrzywił się, zamachnął jeszcze raz. Siła rozpędu podziałała. Głowica miecza zderzyła się z hełmem, powodując zniekształcenie. Blondyn zachwiał się i upadł. Wytrzeszczył oczy, zamrugał ze zdziwieniem. Ray uśmiechnął się paskudnie. Kątem oka spojrzał na Karie. Zdziwił się, że to takie proste. Wzniósł miecz. Alanowi zakręciło się w głowie. Palce Mirle raniły jego ramię. Ostrze Raya zdawało się uśmiechać szyderczo. Wystraszony blondyn wybełkotał coś niezrozumiałego. -Ray, nie… Chłopak mocniej chwycił miecz. -Nie… Nie możesz! Stój! Stój, do cholery! Gwałtowne szarpnięcie, czyjeś dłonie odciągające go na bok. Wściekły Ray zacisnął zęby, opuścił ostrze. Miecz z sykiem wbił się w ziemię, obok głowy blondyna. Karie stała tuż przy nim, szarpiąc go za ramię. -Zostaw go, nie dotykaj!- warknęła. Ray spojrzał na nią ze złością.-Puszczaj go! -Jak chcesz, pani-odparł głucho. Uścisk Mirle nagle zelżał. Alan w wyobraźni widział jak dziewczyna zamyka oczy i oddycha z ulgą. Ray z odrazą odsunął się od leżącego, oszołomionego rycerza. Karie klęczała pomiędzy nim a blondynem. -Nie skończyliśmy- wycedził mściwie Ray. Orzechowe oczy Karie zdawały się płonąć. -Skończyliście-odpowiedziała. Blondyn podźwignął się, bezskutecznie próbując zdjąć hełm. Ray odwrócił głowę. Po placu hulał wiatr a ciszę przerywał tylko głuchy bełkot rycerza.

***

Długie, polakierowane paznokcie Karie nerwowo stukały o parapet okna. Ukradkiem spojrzała na równiny. Nic. A więc kiedy? -Dlaczego nam przerwałaś? Na dźwięk ostrego tonu, zagryzła wargi. Spokojnie odwróciła głowę. Ray stał w drzwiach. -Zrobiłam to dla twojego dobra-odparła.- Wiem, że byś się nie powstrzymał. -Powstrzymał, przed czym? -jego oczy zwęziły się lekko. Karie wygładziła materiał sukni, poprawiła fryzurę. Elegancka aż do bólu, urocza i emanująca chłodem. Spojrzała na chłopaka spod przymrużonych powiek. -Zabiłbyś go. Wbił ostrze w gardło, poczekał aż się wykrwawi, bo przypomniało ci się, jak to przyjemnie jest triumfować- skrzywiła się lekko.-Jesteś do tego zdolny, oboje o tym wiemy. Za długo cię znam. Nie mogłam na to pozwolić. -Nie mogłaś, bo oznaczałoby to moje kłopoty czy jego śmierć?- na ustach Raya zadrgał gorzki uśmiech. Karie zacisnęła palce, usiadła na skraju orzechowego stołu. -Sam sobie odpowiedz- odburknęła. Ray podszedł do okna. Znowu wszystko się komplikuje. Po pojedynku zauważył spojrzenie Alana, pełne niedowierzania i rozczarowania. Westchnął. Jak mało go znali… Mirle unikała go za wszelką cenę, wraz z chłopakiem zniknęli gdzieś w zamku. Wygrał? Niby jak? Tym, że powalił głupca, któremu zachciało się stać bohaterem? Nie, Ray. To żałosne. Słyszał cichy oddech Karie za jego plecami. Zignorował ją. Przypomniał sobie ich spotkanie w samotności i bal. Wspomnienia wydawały się odległe. Zatrzyma je dla siebie. -Przerwałam wam, a przez to uratowałam was obu-jej głos nabrał miększego, łagodniejszego tonu. Musnęła jego policzek. Poczuł delikatny zapach perfum. Karie uśmiechnęła się blado.- Nie musiałam wybierać, dzięki bogom. Ale nie chcę by to się powtórzyło. Już nigdy. -Wyjeżdżamy stąd, jak najszybciej-odparł głucho. Miał wrażenie, że drgnęła nerwowo, kątem oka ułowił zmieniony wyraz twarzy. Odwrócił głowę, spojrzał na rozległe równiny, dzikie pola. Po chwili zmarszczył brwi. Na horyzoncie zamajaczył jeździec. Drugi, trzeci, kolejni… Spora grupa zbliżała się galopem do dworu, jadąc wprost na bramę. Trudno byłoby rozróżnić poszczególne postacie, jednak układ jeźdźców wydał mu się znajomy. Tak jak dziki skowyt. Nagle ogarnęła go zimno. Usłyszał jak Karie gwałtownie wciąga powietrze. Jedna lotna myśl przeszyła jego umysł, docierając do każdego nerwu. Wiedział, co zobaczył, choć nie chciał uwierzyć. To przecież niemożliwe… -Karie… -Wybacz mi, Ray-nad uchem usłyszał jej szept.- Naprawdę przepraszam… Tył głowy rozdarł tępy ból, przed oczyma zatańczyły mu wściekle czerwone plamy. Runął na podłogę, topiąc się w ciemności.

***

Karie stała nad nieruchomym ciałem chłopaka, wciąż kurczowo ściskając niewielką metalową pozytywkę. -Ray! Bogowie, co ja zrobiłam… Ray!- szkatułka wysunęła się jej z dłoni, dziewczyna dopadła do nieruchomego.- Jasna cholera, ja nie wiedziałam… Ray, przepraszam, ja… Przerażona dotknęła tyłu jego głowy. Błagam, niech on żyje! Ten cios nie mógł go zabić, prawda? Przeczesała palcami jego miękkie włosy, szukając poważniejszych urazów. Po chwili odetchnęła z ulgą. Był tylko nieprzytomny. Rozdygotana ułożyła jego głowę na kolanach. Co ty robisz, idiotko? Uniosła się lekko i wyjrzała przez okno. Wawrzyn, przytulony do końskiej szyi gnał przez pola, wprost na dom hrabiny. Otworzyła bramę o świcie, tuż przed pojedynkiem, za chwilę wtargnie tu wraz ze swoimi kompanami. Poczuła bolesny skurcz w żołądku. Świetnie, tego jej brakowało… Za późno, Karie. Mogłaś pomyśleć o tym wcześniej. -Mam mało czasu- szepnęła. Spojrzała na nieprzytomnego Raya. Nachyliła się nad nim, jej kosmyki muskały jego twarz.-Nie słyszysz mnie, i chwała za to. Mam mało czasu. Przepraszam. Chciałabym by wszystko inaczej się potoczyło, teraz jednak nic nie zmienimy. Po prostu wybrałam inną ścieżkę. Zostawię cię tutaj, gdzie nikt nie zajrzy. Tyle mogę zrobić, uchronić cię przed gniewem Wawrzyna. Jakby z oddali usłyszała trzask bramy i gruchotane drzwi, pierwsze krzyki. -Bywaj, Ray-delikatnie ułożyła głowę chłopaka na podłodze. Wstała szybko, rozglądając się po komnacie. Zdecydowanym krokiem podeszła do regału, chwyciła pozłacaną figurkę gryfa. Jeszcze raz spojrzała na nieruchomego Raya. Zagryzła wargi aż do krwi. Idź i nie odwracaj się. Spal wszystkie mosty. Zatrzasnęła drzwi, zamykając ja na klucz. Po chwili sprężystym krokiem ruszyła do innych pokoi.

***

Seth kopniakiem otworzył drzwi, jego oczom ukazał się przestronny, marmurowy hol. Uśmiechnął się nieprzyjemnie. -Tutaj!- wrzasnął.- Panowie, czyńcie honory! Zgraja wpadła do środka z dzikim zawodzeniem. Chłopak poczekał aż wszyscy rozbiegną się po dworze. Czas zebrać plony. Zamachnął się pochodnią, skoczył do schodów. Ale… to przecież zbyt proste. Usłyszał szczęk szkła i krzyk kobiety. Schylił głowę. -Seth! W jego stronę biegła Karie. -Jestem pełen uznania-mruknął w stronę dziewczyny. Ta prychnęła cicho. -Będziesz tu tak sterczał?- warknęła zdenerwowana.- Daj mi torbę, przydam się na coś. Widziałam w paru komnatach interesujące rzeczy- błysnęła ostrymi ząbkami. Chwyciła worek i natychmiast ruszyła w przeciwny korytarz. -Wawrzyn kazał potem podpalać, pospiesz się- krzyknął za nią Seth. Machnął ręką i ruszył przed siebie. Nie mają wiele czasu.

***

-To niemożliwe! Zróbcie coś, do wszystkich diabłów, zróbcie!- hrabina de Vav grzmotnęła ręką w stół, zadźwięczały puste kieliszki. -Pani, proszę, zachowaj spokój… -Ja jestem spokojna!- wrzasnęła.- Jesteście mężczyznami! Dumą i chlubą prowincji, psiakrew! Brońcie mojego domu! Rozejrzała się z rozpaczą po sali. Wczoraj stoły uginały się pod ciężarem dań i alkoholu, posadzka święciła w blasku lamp. Teraz stała w pustej komnacie wraz z Amosem, Rolandem i innymi członkami arystokracji. W dworze zapanował chaos. Słyszała wrzaski banitów, słyszała krzyki strachu, uderzenia, głuche zawodzenie. Z każdym tym dźwiękiem czuła, jak rozpada się na kawałki. Jej dom, to, co kochała, jej ostoja, teraz ginęła, niszczona i rozdrapywana przez chciwe szpony. I nikt nie mógł tego zatrzymać. Siedziała bezsilna w porannej sukni, w makijażu i szpilkach. Była bezradna, jak nigdy dotąd. Amos ukląkł przed nią, chwycił końce jej palców. -Virginio, dam rozkaz by osiodłali konie. Wyjedziesz, zabiorą cię do… -Nikt mnie nie zabierze -odparła głucho.- Nie zostawię tego domu. Nie, nigdzie się nie ruszam! -Ale… -Nigdzie! Kto zostanie a kto ucieka?- zawołała. Nikt nie odpowiedział. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wpadł główny skrzypek wczorajszej orkiestry. W rękach ściskał połamany instrument i smyczek, żałośnie rozejrzał się po zebranych. -Atakują dwór- wybełkotał.- Bandyci, zbiry, łotry! -Doprawdy? Sami byśmy nie zgadli- mruknął z przekąsem Roland. Skłonił się w stronę hrabiny.-Ja zostanę. Przegonimy ich! Możemy ruszyć na nich gromadą i… -Kobiety na nikogo nie ruszą a niektórzy mogą się zamachnąć co najwyżej smyczkiem-odparł kpiąco Amos, wskazując na muzyka.-Ale zostanę i ja. Zostaniemy wszyscy. Spojrzał znacząco na pozostałych. Nikt nie zaprotestował. -Czy jest sens udawać bohaterów? Po śmierci nikomu to się nie przyda- mruknęła ponuro hrabina. Jej wzrok pomknął w stronę ogrodu i wyżej, w stronę nieba. Niedługo dotrą i tutaj. Zrezygnowana, nagle zamarła. Wbiła spojrzenie przed siebie, lecz nie to było teraz ważne. Oczyma wyobraźni ujrzała Wieżę.

***

Mirle wpadła do sypialni, Alan już tam na nią czekał. Mocniej ścisnął meteoryt, uspokojony, wsunął go do kieszeni. Dziewczyna rozglądała się nerwowo, przeszukując jeszcze raz pokoje. -Musimy wyprowadzić konie ze stajni, inaczej…-urwała. -Nie musisz kończyć-odparł cicho Alan. Na myśl o tym, co się stanie, jeśli nie zdążą, czuł obezwładniające zimno. Banda Wawrzyna… Seth… Po raz kolejny odczuł, jak los może mieć dramatyczne poczucie humoru. Mirle odrzuciła w tył włosy, wyjrzała przez okno. -Szybko- sapnęła.-Nie, miecz miej przy sobie… -Po co?- Alan znieruchomiał. -Nie zadawaj pytań-mruknęła, nie siląc się na delikatność, wepchnęła mu miecz.-Bierz torby, spotkamy się przy stajni. -Jak to?! -Muszę znaleźć Raya i Astreę-warknęła. Z hukiem zamknęła drzwi.- Nie możemy ich zostawić. Skinął głową, zaczęli biec. -Gdy z nimi wrócę, konie muszą być gotowe. -I będą-odparł.- Powodzenia. Machnęła szybko ręką i skręciła w boczny korytarz. Gdy znikła, poczuł ucisk w żołądku. Został sam. Zacisnął usta i zdecydowany ruszył przed siebie. Pozostała mu nadzieja, że nikogo nie spotka.

***

Otwarcie oczu przyszło mu z takim trudem jakby robił to po raz pierwszy w życiu. Ray przejechał ręką po tyle głowy, jęknął cicho. Ile mógł być nieprzytomny? Po czaszce rozlewał się głuchy, tępy ból, uniemożliwiający racjonalne myślenie. Podźwignął się, usiłując wstać. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał się po pokoju. Przypomniał sobie szept Karie, dochodzący jakby z innego świata. -Mała żmija-mruknął. W zamku panowało poruszenie, słyszał krzyki. Gdy wreszcie dotarło do niego, co się dzieje, poczuł nadciągająca falę zimnej wściekłości. Chwiejnym krokiem podszedł do stołu, czekając aż zawroty miną. Kątem oka dostrzegł leżąca na dywanie szkatułkę. Skrzywił się. Dał się podejść tak łatwo, prosta, banalna sztuczka. -Idiota ze mnie- westchnął. Mimowolnie przejechał palcem po pochwie miecza. Nie odpiął go aż od pojedynku. I dobrze zrobił. Widać dostał możliwość wyjaśnienia paru spraw. Spojrzał na głowicę miecza, sprawdził czy broń wyjmuje się bez problemów. Słyszał jak gdzieś na dole ktoś tłucze szkło. Zdecydowanym krokiem podszedł do drzwi. Szarpnął raz, drugi. Zamknięte. Schylił głowę. Nie uśmiechał się, miał wrażenie, że zapomniał, jak to się robi. Spojrzał na pozłacane klamki. Teraz żaden klucz nie był w stanie go zatrzymać.

***

Rasher, asystent hrabiego Igona zmierzył równiny obojętnym spojrzeniem. Pola, tak samo płaskie jak te sprzed mili, a te za milę nie będą inne. Stłumił ziewnięcie, zaniechał podziwiania widoków. Niedługo dotrą do dworu hrabiny de Vav, tam z pewnością znajdzie ciekawsze zajęcia. Tym…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wrota Starożytnych-Rozdział XIV — czytnik · opowiadania