Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 50 min czytania

Wrota Starożytnych - Rozdział XIX

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ XIX

Virginia nerwowo zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Patrzyła na nią elegancka, dojrzała kobieta ze starannym makijażem i twardym błyskiem w oku. Jej smukłe palce bezmyślnie obracały pędzelek do nakładania różu. Dotknęła opuszkami skroni, rozcierając lekką smugę pudru i przyjrzała się sobie krytycznie. -Wyglądasz świetnie - Mabel uniosła wzrok znad swojej robótki. Virginia zmusiła się do kwaśnego uśmiechu. -Zawsze to mówisz. -Bo to prawda. Hrabina machnęła ręką, sięgnęła do kosmetyczki wyjmując fiolkę perfum. Gdy skrapiała nadgarstki, kątem oka dostrzegła lśniącą nowością karetę toczącą się żwirową alejką. Kolejny członek Rady dotarł do zamku. Stłumiła przekleństwo. Hamowała kolejne wybuchy złości, starając się być jak najbardziej opanowaną. Przez ostatnie dni miała ochotę kopać, gryźć, tłuc porcelanową zastawę i skląć pierwszą napotkaną osobę. Jednak ograniczała się do mocniejszego zaciśnięcia ust i wbicia palców w aksamitne fałdy sukni. Gdyby przestała nad sobą panować, musiałaby zacząć się tłumaczyć, a tego chciała uniknąć. Przecież tak naprawdę nie ma pojęcia, co się z nią dzieje. Po pożarze dworu przeprowadziła się do Amosa, nawet nie próbując szukać innego rozwiązania. Całe dnie spędzała w bibliotece lub w swojej sypialni, snując się z kąta w kąt. Amosa, który większość czasu spędzał w Tamroth, widywała rzadko. Jeden przelotny, przepraszający uśmiech przyjaciela musiał jej wystarczyć. Tkwiła w jednym miejscu, nie robiąc nic pożytecznego. I to doprowadzało ją do szału. Odstawiła perfumy i jeszcze raz spojrzała na swoje odbicie. Będzie dobrze, Virginio. Po prostu cudownie. -Nie wysiedzę tu dłużej – mruknęła i skierowała się w stronę wyjścia. Mabel tylko skinęła głową, na chwilę odrywając wzrok od kolorowych nici. Virginia zatrzasnęła drzwi i odetchnęła głęboko. Pewnym krokiem ruszyła w stronę komnaty, gdzie miało się odbyć zebranie Rady. Amos był gdzieś na zamku, nie miała jednak ani siły, ani ochoty by go szukać. Niech ten dzień się wreszcie skończy. Uparcie oddalała od siebie myśl, że być może właśnie dziś podejmą jakąś konkretną decyzję. Zerknęła przez okno na podwórze akurat w momencie, gdy z powozu wysiadał hrabia Erwin, ponury jak noc zimowa. Zanim weszła do sali, zatrzymała się na moment. Większość członków Rady powinna być już w środku. Miała wrażenie, że kiedyś już to przechodziła, że nie po raz pierwszy staje przed drzwiami, których otworzyć nie chce. Jednak były to inne wrota, inne chwile. Poprawiła naszyjnik z pereł i pchnęła drzwi. Uniosła głowę. Przez okna wsypywały się promienie słońca, oświetlając długi stół i siedzące przy nim osoby. Druid Gothard spojrzał na nią przelotnie by po chwili wrócić do obserwacji własnych paznokci. Po sali przetoczył się niemrawy pomruk, który musiał starczyć jej za przywitanie. Igon, siedzący naprzeciw okna w ogóle nie zdawał się jej zauważać. Pogrążony w ponurych myślach, obserwował wirujący w powietrzu kurz. Dopiero, gdy napotkała jasne spojrzenie Amosa, poczuła, że ucisk w gardle zmalał. -Co straciłam?- mruknęła, zajmując krzesło obok przyjaciela. -Całą wymianę uprzejmości – odparł, delikatnie unosząc kąciki ust. Po chwili powiedział głośniej: -Hrabina de Vav jest wtajemniczona w cel spotkania. -Nie wątpimy – wtrącił Roland, uśmiechając się chytrze do Virginii. Amos ciągnął dalej: -Sprawa Teraakara, sprawa Tor Saven. Tylko tyle albo aż tyle. -Czy wybierzemy regenta dla Południowej Prowincji?- zapytała Virginia. Na moment zaległa cisza, kobieta dostrzegła błysk wahania w oczach Amosa. Powoli pokręcił głową. -Wszystko w swoim czasie. Virginia kątem oka dostrzegła, że Igon nieznacznie się ożywił. Posiwiał, pomyślała. Amos nerwowo obracał sygnet regenta, jakby jeszcze raz chciał się upewnić, że postępuje słusznie. -Więc? - Virginia uniosła brwi. Nie była przyzwyczajona do niezdecydowania. -Nie udało mi się znaleźć innego wyjścia aniżeli atak na Tor Saven. Druid Gothard uniósł głowę, zaskoczony wpatrując się w Amosa. Roland, ignorując powagę sytuacji, parsknął nieprzyjemnym śmiechem. Virginia nie zauważyła, kiedy regent wstał. Wpatrywała się w niego oczyma okrągłymi z zaskoczenia. Lekko zgarbiony Amos w spokoju czekał na reakcję. -To żart? – mruknął sceptycznie hrabia Erwin, który był już na sali. -W żadnym wypadku - blady Igon zdobył się na cierpki uśmiech. -W takim razie się upiłeś – stwierdził Roland. – Szukasz zaczepki? Virginia nerwowo oplatała kosmyk włosów wokół palca. Miała wrażenie, że znalazła się za szklaną ścianą. Usta Amosa poruszały się, ale nie mogła dosłyszeć słów. Nie, tego się nie spodziewała. Słaby, nieporadnie sklecony spokój ducha znowu rozpadł się na kawałki. -Oszalałeś – wykrztusiła. Amos spojrzał na nią dopiero teraz. W ciemnych źrenicach dostrzegła morze spokoju. -Skoro ja to i my wszyscy - odparł cicho. Zapanowało poruszenie, nagle głosy zlały się w niezrozumiały bełkot. Nie zauważyła, gdy z krzesła podniósł się Gothard, elegancki jak zawsze, a przygłuchy hrabia August próbował przekrzyczeć samego siebie. Stanowczo pokręciła głową. -Mylisz rozsądek z desperacją. Chcesz wywołać wojnę totalną? -Posłuchaj… -Nie dam ci mojego głosu, zresztą, jak większość – odparła twardo. -Potrzebuję was wszystkich. -Szkoda, że nie przygotowałeś nas na to wcześniej – syknęła ze złością. Nie dbała, czy ktokolwiek ich słyszał, zresztą, zapanował ogólny chaos. Amos mocniej zacisnął ręce na oparciu krzesła. Po chwili skinął w stronę Igona. Mężczyzna ruszył w ich kierunku. -Co to…- zaczęła, ale Amos tylko chwycił ją za łokieć i pociągnął na korytarz. Za nimi wyszedł milczący Igon. -To przestaje się robić zabawne. -Przecież nigdy nie było – mruknął mężczyzna, zatrzaskując drzwi. – Czy wysłuchasz mnie bez wrzasków? -On wie, tak? – skinęła głową, nieufnie patrząc na Igona.- Może to jego pomysł? -Częściowo – westchnął Igon. Spojrzała na nich wściekła i rozczarowana. Za drzwiami burza wciąż trwała. Chłód korytarza nie koił jej złości, przez chwilę kręciła się w kółko, sama nie wiedząc, czego chce. Mężczyźni przyglądali jej się bez słowa, ku jej rozdrażnieniu. Ku swojej większej goryczy, zrozumiała. Nie wtajemniczyli jej. Amos nie wyjaśnił jej niczego wcześniej. Czuła bunt, złość przekornego dziecka, które nagle zostało odsunięte w bok. Zdziwiła się, że w takiej chwili potrafiła się dąsać jak smarkula. -Bezczynność nic nam nie da – Amos oparł się o ścianę, nie spuszczając wzroku z przyjaciółki. -Jak to sobie wyobrażasz? Wojsko? Pobory? Bogowie, przecież nie jesteśmy gotowi, przecież… to nie tak! – krzyknęła. -Nad przygotowaniem planu, taktyki spędziłem trzy dni, nie wychodząc z gabinetu. Nie podsuwałbym niepewnego, ryzykownego pomysłu. Kobieta pokręciła głową, nerwowo pocierając skronie. -To bezsensowny zryw. Zginą ludzie. -Jak na każdej wojnie – odparł Igon. Kobieta spojrzała na niego znużona. Nagle cały upór wyparował. -Zburzycie kruchą równowagę. Zburzycie spokój – dodała ciszej. -Skarbie, spokój to fikcja – Amos spojrzał na nią jak na małe dziecko, które wciąż nie może pojąć, że po zimie następuje wiosna. - Teraakar nie zaniechał podboju. Zachodnia prowincja jest niezależna tylko na papierze, Eviel tłumi i będzie tłumił powstania. Na Południu szerzy się anarchia. Nikt nie odbuduje miasta Amaroth, skoro ludzie są rozproszeni. Ile może przetrwać Tamroth? Poczuła silne, nieprzyjemne ukłucie. Nie chciała znać odpowiedzi na to pytanie. -Do walki dojdzie prędzej czy później, nasze poselstwa od dawna są odsyłane z niczym. Jeśli chcemy się bronić, musimy zaatakować. Nie możemy czekać bezsilnie. -Zaczekajmy na jego błąd. -Teraz popełnia błąd, dając nam czas do namysłu – odparł Igon.- Więcej go nie popełni. Walki na terenie Wschodu to zniszczenie ostatniego ustronia. Nie od dziś wiadomo, że najlepszą formą obrony jest atak. Zdruzgotana Virginia opadła na parapet. Potrzeba mi mocnego drinka, pomyślała ponuro. Szybko odpędziła od siebie tę myśl. To nic nie da, jak na złość. Więc desperacja sięgnęła granic, przemknęło jej przez głowę. Napadały ją kolejne niewesołe myśli, wizje końca. Spojrzała na spokojny dziedziniec. Przecież coś właśnie się kończy. Tak naprawdę jej głos nie miał żadnej wagi. Mieli rację, nie mogą się teraz wycofywać. Będzie bolało, Virginia, ostrzegła samą siebie. Zmrużyła bladozielone oczy. Czuła na sobie wzrok obu mężczyzn, którzy wydawali się zupełnie pogodzeni z sytuacją. Ile razy zastanowili się nad decyzją? Hałas, który wcześniej dobiegał zza drzwi, powoli wygasał. Widać reszcie skończyły się pomysły na kłótnię. -To nie będzie łatwa rozmowa – westchnęła z ociąganiem. Kąciki ust Amosa uniosły się lekko. -Nikt nie gwarantował, że będzie – wyciągnął w jej kierunku rękę. Dotknęła jego palców. Robię błąd, duży błąd. -Zgoda, poprę cię. Przegrałam. Igon tylko skinął głową. Virginia minęła go bez słowa i dumnie wyprostowana weszła do zalanej słońcem sali.

***

Alan osłonił ręką oczy, przystanął. Jak zwykle, nie miał dość obserwowania górskich hal. Znudzony Luka cierpliwie czekał, aż chłopak skończy się zachwycać krajobrazami. -Pośpiesz się – mruknął w końcu. Alan ocknął się z zamyślenia i skinął głową. Pięli się coraz wyżej, gdzie trawa była bardziej skąpa, a wiatr zimniejszy. Podmuchy powietrza szarpały połami płaszczy, wplątywały się we włosy. Alan co raz tracił oddech, palce nieznośnie drętwiały mu z zimna. Luka bez emocji przeskakiwał kolejne skały, co pewien czas sprawdzając, czy nie zgubił towarzysza. W milczeniu maszerowali dalej. Alan wsunął rękę do kieszeni. Jest. Ostatnimi czasy sprawdzał jego obecność coraz częściej. Jednak przyłapywał się na pragnieniu by pewnego dnia jego palce natrafiły na pustkę. Był tchórzem, nie miał odwagi pozbyć się meteorytu, liczył naiwnie, że pewnego dnia sam zniknie. Że pozbędzie się kłopotów. Westchnął, wczepił się palcami w kępę trawy i podciągnął. Wciąż nie zdecydował, co zrobi. Ray i Mirle wydawali się spokojnie czekać, aż sam poruszy ten temat. Przekleństwem rozładował złość. Zajęty ponurymi myślami dopiero po chwili spostrzegł, że Luka się zatrzymał. Chłopak spojrzał na bladą twarz poety, ten uśmiechnął się słabo. -Właściwie to jesteśmy na miejscu. Ta wąska ścieżka między głazami wyprowadzi cię na halę. -Dzięki – wymamrotał Alan. Był pewien, że Xylocopus już tam jest. I był. Pochylony nad czymś głową zdawał się nie zauważać nikogo i niczego. Luka przyglądał się przez chwilę czarodziejowi, w końcu klepnął Alana w ramię i zbiegł z powrotem w dół zbocza. Chłopak podszedł bliżej, zrzucił torbę i płaszcz. -Luka mnie przyprowadził – wymamrotał, nie znajdując lepszego sposobu by zacząć rozmowę. Czarodziej podniósł głowę. -Widzę – odparł beztrosko mężczyzna. – Usiądź. Zaraz skończę, daj mi chwilę. Alan usiadł obok. Dopiero teraz zauważył, że Xylocopus zajęty był szkicem znajdującym się w notesie. Niewielki ołówek szybko sunął po papierze, zostawiając za sobą krótkie, ciemne kreski. Sprawnymi pociągnięciami tworzył czarno-biały obraz, stopniowo dodając szczegóły. -Od pewnego czasu męczy mnie dziwny sen – zaczął Xylocopus, nie przerywając rysowania. – Strzępy jakichś wydarzeń, ta sama scena, którą każdej nocy przeżywam na nowo. Czasami pojawiają się tam obcy ludzie, czasami śnię o Rozie, o tobie. Stoję w samym środku zamieszania, i jak na złość, mogę być tylko obserwatorem. -To dobrze? -Sam chciałbym wiedzieć. Czasami sny nie oznaczają nic. Niektórzy mówią, że to, co śnimy to nasze pragnienia i lęki. Inni widzą w tym przepowiednie albo chaotyczne obrazy, które stwarza nasz umysł. We wszystkim jest trochę prawdy, zresztą… to nieważne. -Nieważne? Więc czemu szkicujesz? – uśmiechnął się chłopak. Ołówek stopniowo zwalniał. Xylocopus dodał kilka grubszych kresek, mocniej zaznaczył usta niewysokiej dziewczyny. Była łudząco podobna do Rozy. Xylocopus nareszcie uniósł oczy. W kącikach ust pojawiły się zmarszczki. -Rodzaj odreagowania. Rysując koszmary, zamykam niepokój w kartce. -Ciekawy sposób. Xylocopus przyglądał się uważnie Alanowi. W końcu bez pośpiechu zamknął szkicownik i odłożył go na trawę. Dokończy jutro, jeśli znowu powróci sen. Przez chwilę milczeli, obserwując czyste, jasne niebo. Alan zdawał się zapomnieć, dlaczego miał spotkać się z Xylocopusem. Po chwili usłyszał jego głos: -Spróbuj złamać ołówek – spojrzał zaskoczony na czarodzieja. – Przecież nie przyszedłeś tutaj by gapić się w niebo. Niebieskie i niebieskie, nic w nim ciekawego. Złam ołówek. Alan przyjrzał się leżącemu na dłoni przedmiotowi. Skoncentrował na nim wszystkie swe myśli, przypominając sobie wskazówki Astrei. Miał wrażenie, że wie, co zrobić, jakie słowa dobrać. Poczuł zimny strumień energii przemykający mu po grzbiecie, który stopniowo się nasilał. Złamać ołówek. Oby tylko nie urwał Xylocopusowi ręki. Poczuł, że drętwieje mu kark, zmrużył oczy. Ołówek drgnął lekko. Świat zawirował mu przed oczyma, nagle horyzont zlał się ze sklepieniem. Ledwo dosłyszał cichy trzask. Otworzył oczy, zamrugał nerwowo. Czarodziej westchnął i otrzepał rękę. -Widzisz różnicę między łamaniem ołówka na pół, a rozszczepianiem go w drzazgi? Alan uśmiechnął się cierpko. -Przedobrzyłem? -Wyobraź sobie, że tak. Niepotrzebnie piorunowałeś go wzrokiem tak długo. -Nie umiem panować nad energią – chłopak wzruszył ramionami. -To kwestia ćwiczeń, niewiele ci brakuje. Musisz być bardziej zdyscyplinowany. Wtedy pozbędziesz się kłopotów. Inaczej siłą woli mógłbyś kogoś zabić. -Nie sądzę – Alan pokręcił głową. – Nie znam zaklęcia. Xylocopus uniósł brwi, przejechał palcami po krótko ostrzyżonych włosach. -Tak sądzisz? Atta była utalentowaną dziewczyną, znała zaklęcie i mogła ci je przekazać. Myślę, że wiele w tobie drzemie i sam nie do końca znasz swoje możliwości. Nie przekreślaj żadnej opcji. -Nie użyłbym go. Nie potrafiłbym. -Jesteś tylko człowiekiem – odparł czarodziej. Odchylił głowę, muskając ręką szkicownik. – Więc nigdy nie zaprzeczaj, chyba, że jesteś aż tak głupi. Alan nie odpowiedział. -Bierzmy się do ćwiczeń. -Zgoda. Przepraszam za ołówek. -Nie szkodzi, mam drugi. Rysunki nie zawsze muszą odnosić się do snów – dodał po chwili Xylocopus. Alan skinął sztywno głową. – Na papier można przelać coś więcej niż urojenia. -Nie mam talentu do rysowania – odpowiedział oschle chłopak. Czuł na sobie badawcze spojrzenie czarodzieja, które drażniło go coraz bardziej. – Zaczynajmy.

***

-Znalazłam cię – Mirle uniosła głowę, stwierdzając fakt. Siedzący na kamieniu Ray nie wyglądał na zaskoczonego. -A szukałaś? – zapytał, mrużąc lekko oczy. Dziewczyna oparła ręce na biodrach i odrzuciła w tył włosy. -Na prośbę Xylocopusa i Caleba. Nie chcą by ktokolwiek włóczył się w pojedynkę po stokach. Takie szwendanie przestało być bezpieczne. Chłopak skinął głową i powoli zsunął się ze skały. -Już będę grzeczny – mruknął. Mirle skinęła głową, mając wrażenie, że chłopak ma na myśli coś kompletnie odwrotnego. Na Raya natknęła się przypadkiem, gdy była bliska rezygnacji z poszukiwań. Intrygowało ją, dlaczego chłopak samotnie zapuszcza się na hale, jednak przypisywała to znudzeniu i braku lepszych zajęć. Poza tym okolice kusiły samotnymi spacerami, buszowaniem wśród dzikich traw i wsłuchiwaniem się w zawodzenie wiatru. Tylko, że ta romantyczność zupełnie nie pasowała do Raya. Dziewczyna wygładziła materiał spódnicy i skinęła głową w stronę wąskiej ścieżki. -Tędy przyszłam, za kilka minut będziemy w obozie. -Tak ci się śpieszy? – Ray uśmiechnął się kpiąco.- Za nic nie wrócę tak szybko, zresztą, Alana tam nie zastaniemy. Pewnie ćwiczy sztuczki z czarodziejem. -Popieram go, skoro uważa, że innej nauki mu nie potrzeba - odparła.- Przecież pamiętasz naszą ostatnią rozmowę. -O Prowincji Północnej? Trudno zapomnieć. Chylę czoła dla twojego uporu i matczynego instynktu. Bo nie potrafię inaczej wytłumaczyć sobie, dlaczego chcesz iść z nim na Północ. -Ty nie zamierzasz, tak? – mruknęła, zła, że w ogóle zaczęła rozmowę. Ray wskazał na niewielki zagajnik i pociągnął ją za sobą. -Nie zdecydowałem jeszcze – odparł z udaną obojętnością. – Wciąż tkwimy w Rawengladzie, w obozie powstańców, przy czarodzieju. Po co się śpieszyć z decyzjami? Nie mogąc znaleźć sensownej odpowiedzi, postanowiła milczeć. Gdy kilka dni temu Alan z zaciśniętymi nerwowo pięściami oznajmił im, co planuje, nie wahała się. Za daleko to wszystko zaszło. Podświadomie wciąż czepiała się tej drogi, jako swego celu. Nie miała pojęcia, dokąd mogłaby się udać. Mim? Mirrora? A dalej? Podróż w dwójkę na Północ to beznadziejny pomysł, pomyślała i odruchowo spojrzała na idącego przodem Raya. Nie, nie przekona go. Pomysł był absurdalny. -Gdzie my właściwie jesteśmy? – przerwała ciszę, rozglądając się wkoło. Nie spodziewała się, że Ray mógłby znać inne ścieżki niż te pokazane przez Rozę. Tymczasem znaleźli się na niewielkiej polanie, otoczonej niewysokimi drzewami. Przez szpary w liściastym sklepieniu sączyły się promienie słońca. -Inna droga do obozu – odparł zadowolony Ray. – Uzgodnijmy, że nie będziemy rozmawiali o Alanie i jego zbolałej duszy. Naprawdę nie wiesz, co to za drzewa? -A powinnam wiedzieć? – Mirle zmarszczyła brwi. Ray podwinął rękawy koszuli i podszedł do jednego z pni. Dotknął chropowatej kory, uśmiechnął się. Półelfka z niezdecydowaniem stanęła na środku polany. Zielone oczy zaokrąglały się coraz bardziej. -Zgłupiałeś?! Złaź z tego drzewa! -Nie martw się, nic mi się nie stanie. -Połamiesz gałęzie – krzyknęła, podbiegła bliżej. Znowu zadarła głowę, obserwując pnącego się coraz wyżej chłopaka. – Ray, dlaczego… Urwała. Poczuła jak coś miękkiego uderza ją w czoło i po chwili ginie wśród trawy. Ray roześmiał się, energicznie potrząsając gałęziami. Odruchowo zasłoniła twarz, czując delikatne uderzenia o ramiona, głowę, dłonie. Spojrzała w dół. W zielonej trawie zanurzały się ciemnoczerwone kulki, przypominające pojedyncze koraliki. -Czereśnie – zawołał Ray. – Nie gryzą, naprawdę. Mirle schyliła się po owoce. Wyglądały jak pojedyncze krople krwi. -Zostaw je, wystaw ręce i łap – chłopak rzucił w jej stronę garść owoców. -Zejdź z nimi na dół - uśmiechnęła się. Trzaski i szelesty nagle ustały, Ray zeskoczył, pojawiając się tuż przed nią. W kącikach jego oczu kryło się rozbawienie. -Masz liście we włosach – zauważyła cicho. Ray w odpowiedzi pokazał jej dłonie pobrudzone sokiem, pełne dojrzałych czereśni. Zagryzła wargę i bez wahania wyciągnęła rękę po owoce. W ustach poczuła cierpki smak, który po chwili zamienił się w słodycz. Ray miał rację, nie było sensu śpieszyć się do obozu. -Wiedziałeś o tym miejscu i nie zaprowadziłeś nas tu wcześniej? – szepnęła z udanym wyrzutem. -Przecież właśnie to zrobiłem. -Faktycznie. Przymknęła oczy, bezwiednie wybierając kolejne owoce z rąk chłopaka. Pachniały latem, miały w sobie ciepło słońca. Gdzieś nad nimi szumiał wiatr, obijając się o zgarbione pnie. Gdy dotknęła szorstkiej dłoni Raya, poczuła, jak kąciki jej ust lekko zadrgały. Słodki zapach czereśni mieszał się z jego oddechem. Ciepło dotykające skóry. Zabawne, przecież stoją w cieniu. Poczuła muśnięcie na swoim policzku. Jego palce zostawiały piekący ślad. Prawdziwy, realny. Nie mógł być złudzeniem. Postąpiła krok naprzód, wciąż z przymkniętymi powiekami. Miała wrażenie, że świat na moment wstrzymał oddech. Chciała spróbować kolejnej czereśni. Tylko tyle. Słodycz i zapach owoców ustąpiły czemuś innemu, nowemu. Nie spodziewała się. Zawirowało jej w głowie, świat zmysłów uderzył ze zdwojoną siłą. Z palców wysunęły się ostatnie czereśnie. Ciemnoczerwone, wpadające odcieniem w czerń. -Pamiętasz, co wywróżył ci Luka? Pamiętała. Uśmiechnęła się niewyraźnie. -Dlaczego o to pytasz? W źrenicach Raya coś błysnęło i zgasło. Potrząsnął lekko głową, szukając jej ust, rękoma obejmując talię. Nagle wszystko zdawało się zatrzymać. Czas przestał być liczony w sekundach, a zaczął w biciach serca. Słyszała je jak odległe echo, gdzieś na granicy świadomości. Świat stał się taki prosty, nieskomplikowany. Jakby składał się z samego słońca i smaku owoców. Oby ten moment przeciągnął się w wieczność. Oby cały świat ograniczał się do jego zapachu, jego szorstkiego szeptu, jego spojrzenia. Oby wszystko wydawało się tak bezczelnie jasne i zrozumiałe jak teraz.

***

Sztylet wirował w powietrzu, obracając się wokół własnej osi. Po chwili zapikował w dół by z sykiem wbić się w ziemię. Roza patrzyła z niedowierzaniem to na nóż, to na Alana. -Chyba robię postępy – uśmiechnął się chytrze. Dziewczyna przesunęła palcem po ostrzu oblepionym grudkami ziemi. -Jeśliby pokierować sztylet we właściwym kierunku, możnaby kogoś zabić – spojrzała na niego z ukosa. – Nie kusi cię to? -Lista oczekujących jest długa. -Kpisz sobie. -Kpię. Tak przynajmniej sądzę. Roza ze świstem wciągnęła powietrze, westchnęła i padła na trawę obok chłopaka. Z założonymi za głowę rękoma, obserwowali niebo, rozmawiając o wszystkim, i o niczym. Oboje powinni być już w obozie, jednak wciąż znajdowali się w wyższej partii gór, gdzie stoki dłużej były wystawione na ostre promienie letniego słońca. Dziewczyna podniosła rękę, zatoczyła koło w powietrzu, przymknęła powieki. -Muszę zabrać tutaj Aldera. -Spodoba mu się. -Powiem mu dopiero, gdy będzie już po wszystkim, gdy… -Gdy z waszą pomocą żołnierzy dla Eviela diabli wezmą. Jutro, mam rację? Roza skrzywiła się lekko. Podniosła się na łokciach i spojrzała ponuro na chłopaka. -Skąd wiesz? -Od Xylocopusa – odparł Alan, zadowolony, że zaskoczył dziewczynę. A wszystko wskazywało na to, że mu się udało. Roza potrząsnęła głową, wyraźnie straciła humor. Nie na tym mu zależało. Dziewczyna ponownie opadła na trawę, skuliła się. Ze zmarszczonymi brwiami wpatrywała się w niewidoczny dla Alana punkt. -Powiedziałem coś złego? -Po prostu mi o tym przypomniałeś. Przepraszam, pomyślał. Roza nadal się nie poruszyła. -Jeśli chcesz, możemy już zejść – usłyszała ściszony głos Alana. Zacisnęła mocno powieki. Pod nimi niczym senny koszmar stanął widok kobiety wiszącej na murach miasta. -Za chwilę – odparła ochryple. Nie chciała schodzić. Nie chciała spotykać Caleba, czekać na rozwój wydarzeń. Wiedziała, że postanowień nie można cofnąć, ale była gotowa. Jutro. Przecież chce wziąć w tym udział. Wciąż ma głos w tej sprawie. Pragnie go rozgniewać. Byś żałował. Alan czeka. Czas wracać.

***

Złoty kluczyk, jedno zgrzytnięcie, drugie zgrzytnięcie. Wypolerowana szkatułka zabłysła w mdłym świetle świec. Danae musnęła ręką wieczko, ciesząc palce dotykiem drewna. Pod opuszkami wyczuwała cienkie linie wijące się po obrzeżach, układające w delikatny ornament. Przymknęła oczy, całkowicie zdając się na zmysł dotyku. Wszystko podziwiała oczyma wyobraźni. Po chwili uniosła powieki, przyglądając się szkatułce. Wyciągnęła mały klucz z zamka, odłożyła go na bok. W komnacie panowała idealna cisza. Nie zakłócały jej odgłosy miasta, szuranie służby ani miarowe kroki Eviela. Była sama. Nareszcie. Wstrzymała oddech. Po chwili odsunęła dłonie i delikatnie uniosła wieko. W przestrzeń pomknęła cicha melodia. Wygrywana ujmującymi prostotą, nieporadnymi uderzeniami przypominającymi odgłos dzwonków. Z zapartym tchem obserwowała niewielki mechanizm, znajdujący się w środku pudełka, nieosłonięty, nie zakryty przed ludzkim wzrokiem. Maszyna wyczarowywała muzykę. Danae zagryzła wargę, obserwując grającą pozytywkę. Ze zdumieniem odkryła, że boi się głośniej odetchnąć jakby tym mogła wszystko zepsuć. Sztywna i wyprostowana, zapominając o niewygodnym krześle, utkwiła wzrok w pozytywce, zasłuchana w dziecinną melodyjkę. Być może kobieta nie zdawała sobie sprawy, że zaczyna nerwowo obracać obrączkę na palcu, na której kilka lat temu Roza kazała wyryć błogosławieństwo dla matki. Świece płonęły równym, jasnym światłem, rzucając cień na policzki kobiety. Tempo melodii stawało się coraz wolniejsze, maszyna traciła rytm i werwę, nieporadnie starając się dociągnąć piosenkę do końca. Nie udało się, po chwili wszystko zamarło w połowie dźwięku. Cisza. To już? Koniec? Tak. Piosenki z pozytywek nigdy nie są zbyt długie. Danae nie poruszyła się ani teraz, ani po kilku minutach. Patrzyła na wypolerowany blat stołu, na nieruchome, milczące pudełko, myślami błądząc wśród wspomnień i niewesołych wizji przyszłości. Obrączka w jej palcach na chwilę przestała się obracać. Chciała zrobić tak wiele, ale nigdy nie miała odwagi. Mocno zacisnęła zęby, niemal usłyszała chrupnięcie szkliwa. Chciała znów usłyszeć dobrze znaną melodię, cisza trwała za długo. Po raz kilkunasty, setny, przestała liczyć. Piskliwa muzyka mogła zagłuszyć niepokój. Z lekkim zniecierpliwieniem sięgnęła po klucz by ponownie nakręcić pozytywkę.

***

Alan obserwował powoli gasnące słońce. Ognista kula bez pośpiechu ześlizgiwała się z nieboskłonu, znacząc go krwawym światłem. Rozległe wzgórza przygasały, zieleń zamieniała się w zgaszoną szarość. Ostatnie promienie słońca pasmami kładły się po łąkach, już nie grzejąc. Nadchodził chłodny…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wrota Starożytnych - Rozdział XIX — czytnik · opowiadania