Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 31 min czytania

Wrota Starożytnych-Rozdział XVI

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ XVI

Wkoło panowała ciemność, duszna i głęboka. Zdawała się przypominać ciężką płachtę, przemocą zarzuconą na świat. W odmętach mroku można było czasami dostrzec zarysy koron drzew, pojedyncze refleksy, skrzące się na tafli wody. Gdzieś w oddali tliły się ogniste punkciki - pochodnie. Widać spóźnieni wędrowcy zmierzali do najbliższej mieściny. Obłoki skradły księżyc, zazdrośnie nie wypuszczając go z objęć. Ciszę przeciął szelest ptasich skrzydeł, stłumiony szmer rzeki. I szept: -Ryava. Znikąd strzeliło światło, rozpraszając najbliższy mrok i oświetlając szczupłą twarz chłopaka. Cienie wydłużyły jego rysy, nadając im posępności. Para ciemnych oczu błyszczała determinacją i skupieniem. Nie zważając na otoczenie, śledziła coś uważnie. Chłopak uniósł rękę otoczoną poświatą i podpełzł bliżej brzegu. Tafla wody zamigotała lekko. Spojrzał w bok, skinął głową. Po chwili wyprostował się i wciąż czujny ruszył w stronę przystani. -Przynajmniej nikogo nie ma - mruknął Alan, rozglądając się po uśpionych łódkach. Tak jak przewidywał Ray. Kłopoty tym razem zostaną mu oszczędzone. Wolał nie wyobrażać sobie, co musiałby zrobić pilnującemu łajby człowiekowi, gdyby takowego spotkał. Bo stróż z pewnością by się ze spotkania nie ucieszył. Alan postawił kołnierz płaszcza, wyciągnął nóż i cichcem podkradł się bliżej. Ze zbyt dużą łodzią mogą sobie nie poradzić, a mała może wzbudzić podejrzenia. Bo dlaczego przekraczają kontrolę, nie posiadając żadnych ładunków? Alan westchnął cicho. Ten plan podobał mu się coraz mniej. Uniósł dłoń i uważnie przyjrzał się zacumowanym łódkom. Zdał się na słowa Raya, który wyjaśnił mu, jakiej ma szukać. Tak, wyjaśnił i pouczył, po czym wysłał na kradzież łajby samego. Alan zmełł w ustach przekleństwo. Z trudem pohamował złość, gdy dowiedział się, że tylko on uda się do przystani. „Udowodnisz w końcu, że na coś się przydajesz. Ty i twoja magia. Mirle i ja zostaniemy przy torbach. Spotkamy się na zakręcie rzeki”. Wciąż nasłuchując, skierował się w stronę wybranej łodzi. Wszedł do wody i przyjrzał się linom. Były solidne i dobrze zamocowane, jednak od czego są zaklęcia? Jeśli nóż zawiedzie, poradzi sobie i z tym problemem. Przytknął ostrze do liny i nacisnął zdecydowanym ruchem. Zajęty przecinaniem sznurów, dopiero po chwili usłyszał kroki. Znieruchomiał, wsłuchując się w odgłosy. Nie inaczej, zbliżały się do niewielkiej przystani. Jęknął w duchu. Dlaczego zawsze muszą być jakieś kłopoty? Nie rozróżniał słów nieznajomych, zresztą nie dbał o to. Rzucił się do rozpaczliwego przecinania lin, błagając w duchu by wreszcie ustąpiły. Czyjś chrapliwy śmiech, stukot butów o deski. No dalej, tnij! Jego usta bezwiednie szeptały zaklęcie. Powoli zaczynał rozróżniać słowa: -…bogowie, istny cyrk się z tego zrobił… Więzy powoli słabły. Może idą do innej łodzi? Niby dlaczego z całej gromady mają wybrać akurat tę, którą on chce ukraść?! -…dała mu w zęby, no przecież! Sam widziałem… Nareszcie! Liny pękły, resztki z cichym pluskiem opadły na dno. Wypuścił powietrze przez zęby, chwycił się burty i wdrapał do środka. Runął na dno łodzi i znieruchomiał. Ułowił kolejny wybuch śmiechu i szuranie butów, rozlegające się nieopodal. Nieznajomi kręcili się obok jednej z łodzi, nie rezygnując z rozmowy. Obok jednej z łodzi, na szczęście nie jego. Alan przymknął powieki i odetchnął głęboko. Nigdy więcej…

Nie miał pojęcia, ile tak leżał. Stracił poczucie czasu, wpatrując się w atramentową twarz nieba i jego srebrne gwiezdne oczy. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że głosy ucichły, tak jak i kroki. Odeszli już? Miał taką nadzieję. Podniósł się z dna łodzi, rozejrzał ostrożnie. Nic. Cisza. -Świetnie - wymamrotał.- Teraz druga część. Sprawdził, czy w łodzi są jakiekolwiek wiosła. Tak, na wszelki wypadek. Dziś nie okażą mu się pomocne. Wyszukał w pamięci zaklęcie, znał je doskonale. Jak wiele innych, pomyślał z ponurym rozbawieniem. Przed oczyma stanęła mu Astrea, jej ładna, skupiona twarz. Poczuł piekące ukłucie, lecz szybko je stłumił. Nie teraz, nie myśl o niej, ale o jej lekcjach, o magii. O energii, jej opanowaniu. Musisz ją okiełznać, pamiętasz? Przypomnij sobie wskazówki, rady, ostatnie spotkanie w zamku. Przymknął oczy. -Onnuves. Łódź poruszyła się lekko, ale chwiejnie. Z każdym mocniejszych przechyleniem, czuł gryzienie nerwów. Spokojnie. Skup się. Potrafisz przecież. Jeszcze raz wyszeptał to samo zaklęcie. Łódź znowu zadrżała, miał wrażenie, że zaraz uniesie ją w powietrze. Nie, to niemożliwe. Skoncentrował się na łodzi, spokojnym nurcie rzeki, cichym sunięciu poprzez fale. Każdą swoją cząstką kierował myśli ku łodzi i rzece, miarowych ruchach, sztuce unoszenia się na wodzie. Czuł, że łódź ruszyła. Zagryzł wargi, nie pozwalając rozpierzchnąć się myślom. Onnuves… Łódź i woda, wilgoć i szmer rzeki. Mokre drewno, tnące ciecz. Nim spostrzegł, zrozumiał, że odbił od brzegu. Łódź, jakby słysząc jego myśli, sunęła po wodzie z cichym pluskiem, powoli kierując się na środek rzeki. Gdyby miał czas, uśmiechnąłby się triumfująco, jednak teraz skupił się tylko na ruchu łodzi. Nie zważał na nic innego, zapadając w dziwny, magiczny bezruch.

Mirle uniosła głowę, wbiła wzrok w ciemność. Nie wiedziała czy powinna się cieszyć czy martwić. Ray podążył za jej wzrokiem. -Alan - mruknął tylko. Dziewczyna skinęła głową, wstała i cichcem podeszła do brzegu. Łódź prawie bezszelestnie zbliżała się w ich kierunku, z odmętów mroku wyłoniła się sylwetka chłopaka. Ciszę i napięcie przerwał Ray, z hałasem wchodząc do wody. Łódź była tuż przy brzegu. Alan dopiero teraz otworzył oczy, spojrzał na nich nieprzytomnym wzrokiem. -Udało ci się - powiedziała Mirle, właściwie bez powodu. - Wszystko w porządku? -Zaraz zwymiotuję – wymamrotał stłumionym głosem Alan, wyskakując na brzeg. Upadł na kolana, łapczywie wdychając powietrze. Ray bez ceregieli zabrał się za przenoszenie toreb. -Dobrze byłoby wyruszyć jak najszybciej. Niedługo mogą się zorientować, że ktoś zwędził łódź. Alan słyszał jego głos jak zza szyby, bardziej teraz zajęty ujarzmianiem głuchego bólu druzgoczącego czaszkę. Kierowanie łodzią za pomocą zaklęcia wyssało z niego większość sił. Mirle uklękła obok niego i położyła mu rękę na ramieniu. -To jeszcze nie koniec - westchnęła. Alan zacisnął usta. Wolałby usłyszeć coś bardziej pocieszającego. Nagle ciszę i skupienie przerwał plusk i zduszony wrzask. Zdawał się jeszcze przez chwilę wibrować w powietrzu. Alan i Mirle spojrzeli w stronę łodzi. Ray machnął wściekle rękoma i tracąc równowagę, runął do wody. W powietrze prysnęły krople. Na łodzi coś się zakotłowało, jęcząc żałośnie. Alan i półelfka znieruchomieli, zaskoczeni wpatrując się w przemoczonego Raya. -Szalg! - chłopak rzucił się w stronę łodzi.- Co to niby jest?! Alan zamrugał i natychmiast zapomniał o bólu. Spojrzał w stronę zirytowanego Raya, trzymającego szamoczącą się postać. -To coś było w łodzi. -Nie coś a ktoś - poprawiła go Mirle. Zignorował ją. -Czyżby Alan w odruchu serca postanowił przygarnąć biedną szumowinę?- Ray spiorunował spojrzeniem wciąż klęczącego chłopaka. -Ryava - mruknął Alan, ciemność zszarzała, ukazując przybłędę. Ray trzymał żylasty nadgarstek należący do starszego mężczyzny, oszołomionego całym zamieszaniem. -Nie zauważyłem go na łodzi, musiał spać jak zabity - wyjąkał zaskoczony Alan. Podszedł bliżej, oświecając twarz nieznajomego. -Jak to nie zauważyłeś?! Mógł spać jak kłoda, ale przecież nie jest niewidzialny! -Nie po oczach – wybełkotał intruz, mrużąc powieki. Blada, pokryta bruzdami twarz zmarszczyła się jeszcze bardziej. Nagle jakby zrozumiał wagę sytuacji. Obcy zerknął na Raya a pod wpływem jego spojrzenia, skulił się. -To twoja łajba?- zapytał ostro Ray. Kropelki skapujące z czarnych kosmyków lśniły lekko w wyczarowanym świetle. Mężczyzna wymamrotał coś cicho. -Twoja?- powtórzył pytanie Ray. -Tak. -A więc świetnie - chłopak pchnął go na deski.- Płyniesz z nami. Alan miał wrażenie, że się przesłyszał. -Chcesz go zabrać?!- Mirle także patrzyła na towarzysza z zaskoczeniem. -Nie inaczej. Problem z kierowaniem łodzią już nas nie dotyczy. -Diabły. Zaraza was wszystkich – burknął mężczyzna, patrząc spode łba. Ray zwrócił się w jego stronę, spojrzał na niego z napięciem. Położył mu rękę na ramieniu, zbliżając się nieznacznie. Rozległo się ciche szczęknięcie. -Widzisz to? Tamten zbladł. -Widzę. -Co to jest? -Nóż. -Do czego służy? Mężczyzna spojrzał na Raya jak na wariata. -No więc?- Ray nachylił się lekko. Mężczyzna bezgłośnie poruszył ustami. Chłopak uśmiechnął się nieładnie. -Tak, to narzędzie bardzo uniwersalne. Skoro masz parę pomysłów, co mógłbym z nożem zrobić, to przestań się awanturować - syknął cicho. -Ray…- zaczął cicho Alan.- Schowaj to. -Nie skończyłem… -Natychmiast. Ray wytrzymał twardy wzrok Alana. -Siadaj - warknął tylko. Alan zacisnął pięści, wstrzymywany jedynie proszącym spojrzeniem Mirle. Właściciel łodzi przestał się awanturować, teraz przyglądał się podejrzliwie trójce oprawców. W jego mętnych oczach błyszczał wyrzut. Alan wsiadł do łodzi. Jego usta zacisnęły się w ledwie widoczną kreskę. Magiczne światło zgasło, pochłonęły ich cienie. Chłopak poczuł, że odbijają od brzegu, znowu kierując się na główny nurt. Słyszał świszczący oddech mężczyzny, skulonego na końcu łodzi. Przed sobą widział zarys wyprostowanej sylwetki Raya. Przeniósł wzrok, wpatrując się w ciemność. Nie chciał wiedzieć, co spotka ich za zakrętem.

***

Słońce bez pośpiechu wspinało się po niebie. Noc odeszła w zapomnienie, żegnana jedynie cichym żalem. W ciemnościach byli bezpieczniejsi. Teraz rzekę i łódź oświetlały snopy porannego światła. Właściciel pechowej łodzi, ponaglany spojrzeniem Raya, chwycił za ster i sprawnie kierował ich coraz dalej. Ray okazał się wyjątkowo przezorny, krępując obcemu dłonie, co jeszcze bardziej rozdrażniło Alana. Płynęli w niezręcznym milczeniu, każdy pochłonięty własnymi myślami. Alan rozglądał się wkoło, obserwując oba brzegi. Zarośnięte tatarakami i zgarbionymi wierzbami przypominały zielony mur. Nad taflą wody śmigały ważki, połyskując w pojedynczych promieniach słońca. Długie gałęzie wierzb zanurzały się w chłodnej wodzie, nie niepokojone przez wiatr. Chłopak przymknął powieki i zanurzył rękę w wodzie. Poczuł zimno otaczające dłoń, przyjemny chłód drażniący palce. Gdyby tylko odgonić ponure myśli i złość, podróż stałaby się przyjemna. Jednak ta nie miała być przyjemna, bo nie to było jej zadaniem. Łódź była tylko kolejnym etapem w jego drodze. Uspokój się, chłopcze. Dalej nie będzie łatwiej. -Ani myślę pomagać wam w przedostaniu się przez kontrolę – zaskrzeczał mężczyzna, mocniej chwytając ster. – Gdy tylko spotkam strażników, to… -To wyjaśnisz, że przewozisz towary do Rawengladu – Ray skinął głową w stronę bagaży i kilku worków. -Sądzisz, że to takie proste?- mężczyzna nieco zbyt gwałtownie przesunął ster. Łódź zachybotała lekko. -Proste, zaręczam ci. Wystarczy, że wykażesz chęci – odparł spokojnie Ray. Alan uniósł głowę, zmarszczył brwi. Miał wrażenie, że za następnym zakrętem drzew jest znacznie mniej. A przez zielone sklepienie odważnie przedzierają się płaty błękitu. -A wykażesz chęci – Ray także wpatrywał się przed siebie.- Uwierz mi.

***

Gothard skrzywił się z niesmakiem. Zrobione na jego rozkaz cappuccino przypominało podrzędną lurę w kolorze błota. Gdzie subtelny aromat i lekka pianka? Gdzie ten wspaniały, delikatny smak, który przywraca chęci do życia? Prosi o tak wiele? Z irytacją odstawił naczynie z parującym napojem na stół. Cappuccino w blaszanym kubku. Szczyt ignorancji, pomyślał z dezaprobatą. Odchylił się do tyłu, z trzaskiem wyłamując kościste palce. Odsunął kubek, nie chcąc patrzeć na podłą parodię jego ulubionego napoju. Podniósł wzrok do góry, zaczynając liczyć ciemne plamy na suficie. Z rosnącą rezygnacją obserwował krzywo zawieszony obrazek i brudne okna. Przyglądał się wyblakłemu obrusowi i łóżku, które ostatkami sił trzymało się w miarę prosto. Nijakiego koloru ściany i wytarty dywan z podejrzaną plamą na środku. Gothard westchnął. Oby jak najszybciej znalazł się w Tor Saven. Inaczej oszaleje lub zatruje się podrobionym cappuccino. Wolnym krokiem podszedł do okna. Zajęty zgadywaniem, czy słońce chyli się ku zachodowi, dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że ktoś puka do jego drzwi. -Wejść - rzucił sucho. Niechętnie odwrócił wzrok od okna. Gość schylił niedbale głowę. -Witaj Gothardzie. -Witam, Batzalt. -Wybacz lekkie spóźnienie. Nie mogłem być wcześniej. -Najważniejsze, że dotarłeś na umówione miejsce - Gothard zmusił się do swobodnego tonu. Jeszcze jeden dzień zwłoki a nie wytrzymałby w tej dziurze.- Dobrze, że się spotkaliśmy. Usiądź. -Dziękuję, postoję. -A twój…towarzysz? -Jest na dole. Małe pokoje go drażnią. -Rozumiem - Gothard bez zapału chwycił blaszany kubek. Ciepło przyjemnie grzało palce. Druid podniósł badawcze spojrzenie na Batzalta. – Słucham więc. -Udało mi się wyśledzić złodzieja meteorytu. -Całkiem dobra wiadomość- uśmiechnął się ponuro Gothard.- Ale go nie złapaliście. -Nie. -To już mniej przyjemne. Dlaczego? -Bo nikt nie przewidział, że zgraja jest tak ściśle powiązana z meteorytem i magią - Batzalt oparł się o stół, stare deski zatrzeszczały cicho. Druid zmarszczył brwi. -Jak to? Jest ich więcej? -Tak. Czwórka. Spotkaliśmy ich w lasach. Dwie kobiety, dwaj mężczyźni. Przynajmniej jeden posługuje się zaklęciami. Batzalt obserwował jak twarz druida nabiera po kolei wszelkich odcieni szarości. Mężczyzna kurczowo zacisnął palce na kubku, jakby bał się, że bez niego zginie. Gothard uporczywie wpatrywał się w Batzalta, może licząc, że to coś da. Nie dało. Twarz mężczyzny była wyciosana z marmuru. -To młody chłopak, właściwie dzieciak – kontynuował Batzalt. - Spodziewałem się, że opór stawiać może tylko jego kompan. Jednak nie wliczałem w ten rachunek zaklęć. Zdołali nam uciec. Mieli szczęście, bo natknęli się na polowanie, a wpadając na nich, narobili zamieszania. Wtedy pościg stracił sens. Gothard spojrzał na napój. Nie miał pojęcia, z czego zrobił go właściciel gospody. -Liczyłem, że nie będzie kłopotów – mruknął bardziej do siebie. Jeśli liczył na pocieszenie lub wyjaśnienie, zawiódł się. Batzalt milczał, cierpliwie czekając aż druid znowu podejmie rozmowę. Gothard potarł skronie.- A więc mamy do czynienia z magią… Ostatnie słowo wypowiedział z nieukrywaną niechęcią. Ale czego się spodziewał? Meteoryt był związany z siłami nadnaturalnymi, więc Gothard czy tego chce czy nie - zaczyna balansować na krawędzi. Poczuł jak żołądek ściskają niewidzialne kleszcze. Z tymi niewesołymi wieściami ruszy w dalszą drogę, najpierw na spotkanie Rady, potem do Tor Saven. Do Teraakara. Walka na dwóch frontach staje się coraz bardziej niewdzięczna. Druid jakby zapomniał o istnieniu Batzalta. Wbił wzrok w deski, myśląc intensywnie, z każdą chwilą coraz mocniej zaciskając palce. Batzalt stał spokojnie. Czekał. Musi zdobyć meteoryt. Nie ma innej drogi. Inaczej zabrnie w ślepy zaułek. -Wyjeżdżasz natychmiast - słowa Gotharda opieszale popłynęły w przestrzeń.- Jeśli są ci potrzebne pieniądze, dostaniesz je. Musisz odnaleźć tych, którzy wciąż mają przy sobie kamień. I zdobyć go za wszelką cenę. A złodziei… -Mam zlikwidować, wiem. Gothard uśmiechnął się posępnie, pogładził brodę. -Gdyby to było takie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wrota Starożytnych-Rozdział XVI — czytnik · opowiadania