Fantasy · 40 min czytania
Wrota Starożytnych-Rozdział XVII
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
ROZDZIAŁ XVII
Widelec szczęknął cicho. Spokojnie odłożyła srebrne sztućce i odsunęła talerz. Nie była głodna. -I jak minął dzień, kochanie?- usłyszała. Drgnęła jakby przebudzona z głębokiego snu, spojrzała przed siebie. Szpakowaty mężczyzna całą swoją uwagę skupiał na posiłku. Spuściła głowę, wbijając wzrok w wyszorowany, błyszczący blat stołu. Straciła apetyt zanim weszła do jadalni. Jedzenie smakowało jak piasek, wino miało aromat octu. Przy każdym kęsie była niemal pewna, że zęby zamiast jedzenia z chrupotem miażdżą szkło. Ostre odpryski kaleczą język, w ustach pojawia się słodki posmak krwi. Mężczyzna nachylił się po następną porcję sałatki. Nareszcie uniósł wzrok. -A więc? Zdarzyło się coś ciekawego? W sali zapanowała martwa cisza. Niczym w grobowcach, marmurowych grobowcach ze Wzgórz Nieobecnych. Jej wzrok powędrował przez mahoniowy stół koloru gorzkiej czekolady. Cholerny, długi, masywny kloc drewna. Nie rozumiała upodobań męża do potężnych mebli. Mebli, które dzieliły skuteczniej niż mur. -Czytałam – wyszeptała. Sama nie zorientowała się, kiedy słowa wypadły z jej ust, podobne do szklanych kulek i opadły na blat. Potoczyły się powoli by w końcu stanąć w bezruchu. Szczęk. Szczęk jednej pary sztućców. -Jakaś ciekawa książka? Może znam tytuł? – w jego głosie brzmiała życzliwa nuta choć podszyta obojętnością. Ot, zwyczajowe pytanie, na które nie musi się mieć odpowiedzi. Przełknęła ślinę, oblizała wyschnięte wargi. Jej palce kurczowo zacisnęły się na sztywnym, nieprzyjemnym materiale sukni. Znowu uniosła głowę. Ich spojrzenia spotkały się. Natychmiast uciekła wzrokiem w bok. -To…to poezja – bąknęła.- Znalazłam stary tomik w bibliotece. Ale ty przecież nie czytujesz wierszy. Nie będziesz ich znał. Mężczyzna skinął głową. W kącikach oczu pojawiły się zmarszczki. Wiedziała, że tam są. Zawsze, gdy lekko wykrzywiał usta, jego twarz pokrywała siateczka cienkich bruzdek. Skończył danie, zdecydowanym ruchem odsunął talerz. Sięgnął po kieliszek z białym winem. -Nic nie zjadłaś – zmarszczył brwi. -Nie miałam apetytu. -Jesteś chora? Zacisnęła powieki, mocno, mocniej, żeby nie zobaczył, co czai się pod nimi. Potarła ręką skronie. O tak, jest chora. Jest bardzo chora. -Nie, to tylko ból głowy. Poza tym zjadłam śniadanie dosyć późno. No dalej, uśmiechnij się. Wtedy nic nie zauważy. Tak, teraz lepiej. Życzliwy, ciepły uśmiech, dziękujący za troskę. Nawet, jeśli ta troska miała wartość garści pyłu. -Powinnaś bardziej o siebie dbać- odparł, nachylając się w jej stronę. A ona instynktownie odchyliła się w tył, chociaż tak naprawdę dzielił ich dwumetrowej długości mahoniowy stół. -Wiem, kochany. Obiecuję, że będę uważała- odparła z zakłopotaniem. Cisza a właściwie jej trup krążył nad nimi, ciężki i bezwładny. Wypowiadane słowa nikną natychmiast, wpadają w pustkę. Nad stołem unosił się zapach niedojedzonego obiadu, dania zaczynały powoli stygnąć. Odwróciła głowę, udając, że bardzo zainteresowała ją panorama miasta. Jej palce bezwiednie obracały srebrną obrączkę z wyrytymi w niej słowami błogosławieństwa. Jak zza szyby usłyszała pukanie, ktoś wszedł do komnaty. Głos jej męża nabrał siły, której nie było podczas małżeńskiej rozmowy. -Masz jakieś wieści? -Tak, Evielu, nasz wywiad zdobył informację, gdzie grupują się powstańcy. Na te słowa ogarnęło ją nieprzyjemne zimno, z trudem pohamowała niepokój. Udała, że nie słyszy, że jej tu nie ma. Chciała wyjść, jednak było za późno. Jej wzrok wciąż błądził po szarych budynkach i gołębiach szybujących w powietrzu. -Przejdźmy do komnaty, tam omówimy sprawę. Moja żona…nie musi o tym słyszeć- Eviel wolno podniósł się z krzesła i wskazał na drzwi. Sam zaś skierował się w stronę żony. Nie podchodź, błagała bezgłośnie. Eviel podszedł i pocałował ją w czoło. -Spotkamy się na kolacji. Przeczytaj jakąś powieść, może coś mi polecisz- mrugnął do niej porozumiewawczo.-Tak dawno nic nie czytałem. Poczuła ostry zapach męskich perfum, ale nie zamknęła oczu. Starannie nałożyła na twarz maskę uśmiechu i zdobyła się na odwagę. -Czy… czy będziecie rozmawiali…o niej?- szepnęła, czując na ramieniu rękę strachu. Spostrzegła, jak Eviel kamienieje, jak jego mięśnie spinają się, a szczęka powoli zaciska. Niedobrze. -Tak, moja droga- szklane kulki toczą się po podłodze. Słyszy jak szept zamienia się w zimny syk.- Moi agenci przynieśli mi informacje o tej dziewczynie. -O twojej córce…- odparła głucho, ale wyraźnie. Wiedziała już, że złamała tabu i za karę przy kolacji nie padnie ani jedno słowo.- Przynieśli informacje o Rozie, twojej córce… Zastanawiała się, czy chciał ją uderzyć. Na pewno przemknęło mu to przez myśl. Coś błysnęło w jego oczach i zgasło. Z powrotem zmatowiały. Mężczyzna czekający na namiestnika Eviela chrząknął znacząco. -Panie… -Do kolacji - rzucił oschle. Słowa poszybowały niedbale i uderzyły w policzek kobiety, zostawiając piekący ślad. Trzasnęły drzwi. Wsłuchiwała się w zdecydowane kroki. Jeszcze chwila. Ucichły. Nieśmiało dotknęła policzka, jakby spodziewała się poczuć pod opuszkami ranę. Nic nie znalazła. Wolałaby krew. Wolałaby łzy. Do komnaty wkradła się służba, sprawnie sprzątając po posiłku. Po chwili wymknęła się dyskretnie, nie przeszkadzając pani zamku, która wciąż tkwiła przy stole. Była im wdzięczna za to i jeśli kiedyś zdobędzie się na żywsze uczucia, wynagrodzi im taktowność. Wstała i skierowała się na taras. Nie słyszała swoich kroków, odbijających się o marmurową posadzkę ani szelestu sztywnej, koronkowej sukni. Nie dotarł też do niej zgrzyt zawiasów, gdy otwierała drzwi. Owiał ją wiatr, zimny i gwałtowny, wplątujący się we włosy, wpychający pod dłonie. Przymknęła oczy, chętnie wystawiając twarz na podmuchy powietrza. Zastanawiała się, jakie wieści przyniósł doradca Eviela. Wytropili jakieś grupy? A może to tylko kolejne fałszywe poszlaki? Wolałaby drugie rozwiązanie. I tak czeka ją bezsenna noc i zabawa w podchody, by wyżebrać jakiekolwiek informacje od Eviela o córce. Bo przecież Roza była ich dzieckiem, nawet jeśli teraz traktują ją jak obcą. Spuściła głowę i westchnęła cicho. Całkowicie straciła ochotę na lekturę, zresztą, czeka ją kolacja w ciszy, temat nie jest potrzebny. Ostatnio zdarzało się to coraz częściej. Jej wzrok prześlizgnął się po szarych dachach domów, brukowanej ulicy, powędrował w stronę łopoczących sztandarów. Pogoda przypominała jesienną szarugę, chociaż był środek lata. A może to ona ostatnio nie dostrzegała kolorów świata? Tak, to możliwe. Nagle wszystko stało się jej obojętne. Wiatr głaskał jej policzki, muskał granatowy materiał sukni. Oparła się o chropowaty mur. Wicher pochodzi ze szczytów gór. Z wysokich, dzikich hal. Być może te same podmuchy, które czuje ona, owiewały twarz jej córki. Hrabina Danae, żona Eviela, Namiestnika Rawengladu uśmiechnęła się na tę myśl. Na jeden z nielicznych promieni, który błysnął w ostatnio przeżytych dniach jej życia.
***
Choć Mirle nie spała już od dłuższego czasu, nie otworzyła jeszcze oczu. Z przymkniętymi powiekami, wsłuchiwała się w ciszę, wciąż jeszcze będąc na pograniczu snu i realnego świata. Otrzeźwiło ją dopiero parsknięcie koni i cichy hałas. Poderwała głowę, zmarszczyła brwi. Napięcie, jakie towarzyszyło jej od kilku dni, znowu wzrosło. Kątem oka dostrzegła nieruchomego, śpiącego Alana i brak Raya. Wstała, otuliła się kocem i cichcem podeszła do koni. Słońce jeszcze nie zdecydowało się na świt, świat pogrążony był w szarości. Naciągnęła rękawy na skostniałe ręce i podeszła bliżej wierzchowców. Gdy zobaczyła stojącą nieruchomo postać, wydęła lekko wargi. Jakżeby inaczej… -Dlaczego nie jestem zdziwiona, że tu się znalazłeś - rzuciła cierpko. Ray ocknął się z zamyślenia i spojrzał na dziewczynę. W ręku trzymał miecz i sfatygowaną torbę. Jego nogi do kolan ginęły w gęstej mgle. -Nie uciekam. -Doprawdy? -Doprawdy. -Tylko stoisz przy koniach, kompletnie ubrany, gotowy do jazdy. Rzeczywiście, musiałam się pomylić. -Skąd u ciebie ten sarkazm? -Och - uśmiechnęła się lekko - miałam dobrego nauczyciela. Wsunęła ręce do kieszeni, starając się ignorować dokuczliwe zimno. -To tchórzostwo - odezwała się w końcu. Nie miała pojęcia, jak powinna zacząć rozmowę ani co chce nią osiągnąć. Być może odejście Raya okaże się lepszym wyjściem. Są już w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie, w nieodpowiednio dobranym gronie. -Nie tchórzostwo a realizm - Ray wzruszył ramionami i niedbale rzucił torbę na ziemię. Mgła pochłonęła ją łapczywie. Chłopak podszedł do Mirle, na tyle blisko, iż mogła dostrzec różne odcienie fioletu malującego się po jego okiem. Przełknęła ślinę.- Ułatwiam zadanie Alanowi i tobie. -Ułatwiasz je, ale sobie – prychnęła, starając się ukryć niepewność. -Skoro tak sądzisz… - Ray skierował się w stronę koni. -On ci uratował życie! – zawołała. Chłopak przystanął i spojrzał na nią zdziwiony. No dobrze, nie powinna przytaczać tego argumentu, nie chciała tego robić. Jednak teraz była zdecydowana rzucać Rayowi pod nogi każde zobowiązania i długi, byleby nie odjechał. Dlaczego jej tak zależy? Dobre pytanie. -To cios poniżej pasa - Ray zdawał się bawić całą tą sytuacją. -Co nie znaczy, że się nie liczy- odparła, coraz bardziej zirytowana.- I dobrze o tym wiesz. Obiecałeś mu. Oboje obiecaliśmy – dodała ciszej. Zapanowała niezręczna cisza. Ray zagryzł dolną wargę i spojrzał w bok.. Decyzję podjął już wtedy, gdy Alan się na niego rzucił. Była prosta i logiczna, wydawała mu się jasna. Nagle Mirle wszystko skomplikowała, dobijając się do jego honoru i poczucia obowiązku. Te rzeczy potrafią niezmiernie utrudniać życie, pomyślał ponuro. Mógłby odmówić, przecież wystarczy kilka słów, lakoniczne wyjaśnienie a nawet jego brak. Jednak ceną za wolność będzie rozczarowane spojrzenie Mirle, niczym piętno wypalone w jego pamięci. -Jesteśmy już tak blisko - głos Mirle obijał się o ściany jego czaszki, wwiercał w umysł.- Doszliśmy tu razem. Sądzisz, że rozsądnie jest rozstawać się i włóczyć w pojedynkę? Tutaj, na ziemiach okupowanych przez Teraakara? Przez jedną, popapraną kłótnię dwóch smarkaczy… Gdy Ray wciąż milczał, wzięła głęboki oddech. -Zostań dopóki nie odnajdziemy Xylocopusa, aż dowiemy się czegoś więcej o meteorycie. Nie każę ci się godzić z Alanem. Nie musicie być przyjaciółmi. Ale nie niszcz całego trudu. Zacisnęła mocniej pięści, mimowolnie wstrzymała oddech. W spojrzeniu Raya wyczytała odpowiedź.
Alana otrzeźwił chłód i podniesiony głos Mirle. Jakby zza szyby słyszał rozmowę dwójki osób, parskanie koni i monotonny szum wiatru. Niechętnie uniósł powieki. Jednak zanim to zrobił, przypomniał sobie wydarzenia z poprzedniego dnia. Każde kolejne wspomnienie spadało na jego świadomość z ciężarem ołowianej kuli, boleśnie ją tłukąc. Poczuł bezsilną złość i przygnębienie, bo żadna ze spraw nie została rozwiązana a teraz czeka go ponowne starcie. Nie chciał przeżywać tego dnia, nie chciał się budzić i zmierzyć z przeciwnościami. Czuł się słaby i niezdolny do jakiegokolwiek działania. Jednak mimo gorących próśb życie nie kwapiło się być zrobić dla niego wyjątek. W końcu usiadł na trawie, trąc jeszcze powieki. Bez słowa przyjął od Mirle śniadanie, starając się skupić tylko na jedzeniu. Był dumny z siebie, że całkowicie ignorował obecność Raya. Czuł unoszące się wokół nich napięcie, które doprowadzało go do cichego szału. Co gorsza, nie miał odwagi ani siły by je przerwać. Gdy już prawie udało mu się skierować myśli na inny, mniej bolesny tor, odezwała się Mirle: -Dosyć - odstawiła blaszany kubek, spojrzała twardo na Raya i Alana. Tamci odpowiedzieli jej pełnym udawanego zdziwienia wzrokiem.- Zachowujecie się jak dwaj smarkacze! Obrazili się, bo usłyszeli parę słów prawdy. I co teraz?! - rzuciła kpiąco.- Każdy z was zabierze zabawki i przejdziecie na dwa krańce podwórka? -Ta przemowa ma jakiś cel?- mruknął Alan. Ray wbił wzrok w swoje palce. Świeży opatrunek nad okiem wyraźnie odcinał się od ciemnych włosów. Mirle wydęła usta. -Ma. Nie chcę byście tak zakończyli wspólną podróż. To brzmi naiwnie? Owszem, ale to prawda, przykro mi. Nie każę wam zostać przyjaciółmi. Ale chyba stać was na pominięcie dumy i zawieszenie broni. Ray podniósł wzrok, który bezcelowo błądził po linii horyzontu, dopiero po dłuższym czasie zatrzymał się na Alanie. Chłopak poczuł nieprzyjemny dreszcz, ale nie odwrócił głowy. To starcie okazało się trudniejsze niż wczorajsza bójka, pomyślał z ponurym rozbawieniem. Wpatrywali się w siebie, ale więcej było w tych spojrzeniach bezradności niż konkretnych uczuć. Mirle ma rację, prawda boli tak samo mocno jak upokorzenie. Gdzieś w głębi spojrzenia Raya wciąż dostrzegał urazę i czuł, że sam ją hoduje. Wiedział, że nie wszystko zostało powiedziane, zrozumiane, wyjaśnione. Wyciągnięcie ręki na zgodę wydawało się być nieosiągalne. Nie był pewien, czy nadszedł na to odpowiedni moment. Ray schylił lekko głowę, jednak się nie poruszył. Dotarcie do Rawengladu było najważniejsze i za to był gotowy znieść wiele. W milczeniu zapadła decyzja, ciche porozumienie, ale nie całkowite zapomnienie wczorajszego wydarzenia. Na to potrzeba było czegoś więcej. -Ray będzie towarzyszył nam do Rawengladu. -A potem?- zapytał Alan. Dziewczyna zawahała się na moment i pytająco spojrzała na Raya. -Sam zdecyduję - odpowiedział. Alan nie pytał o nic więcej. Nie miał pojęcia, co czeka ich dalej. Liczył, że Xylocopus rozwiąże wszystkie zagadki. Mirle najwyraźniej uznała temat za skończony, przynajmniej na razie. Chcąc skierować rozmowę na mniej drażliwy temat, z westchnieniem spojrzała na majaczące w oddali miasto. -Mamy szansę dotrzeć tam przed zmrokiem - powiedziała.- Powinniśmy ruszać. Ray wstał, niedbale otrzepał kurtkę. -W drogę – uśmiechnął się, nieco blado, ale w oczach mignął znajomy im, łobuzerski ognik. - Ale jeśli napadnie nas uzbrojona banda, odstąpię pierwszeństwo Alanowi. Z pewnością uprzejmie wytłumaczy łotrom, że bić się jest… -Ray… -Tak, tak, wiem.
***
Część 22 / 2
Roza energicznie potarła zaczerwienione od zimna policzki. Z przyjemnością wdychała rześkie, górskie powietrze. Sen bez szemrania odleciał z jej powiek, teraz bystrze przyglądała się leżącymi u jej stóp halom. Dalej rozciągały się wzgórza, przykryte kołdrą mgły. Niedługo tę przegna wiatr, odsłaniając całe bogactwo odcieni zielonego. Alder stanął obok niej. Spod kaptura wysypywały się blond włosy i spojrzenie szarych oczu. Chwycił dłoń Rozy i w milczeniu podziwiał surowy krajobraz. -Widziałem jak wychodziłaś. -Pozwoliłam ci jeszcze pospać- mruknęła, żartobliwie mrużąc oczy.- Jesteś wdzięczny? -Szalenie – uśmiechnął się łobuzersko. Po chwili jednak spoważniał.- Co ze zwiadem? -Potwierdziły się przypuszczenia Caleba. Niewielki oddział z rozkazu namiestnika będzie przeczesywał niższe partie gór. -To jak szukanie wiatru - mruknął chłopak, obejmując ją mocniej. Skinęła głową, bardziej do siebie niż do niego. Caleb z pewnością nie przepuści okazji by dopiec przeciwnikowi. -Nasz przywódca znowu chce się bawić w kotka i myszkę. Nie zdziwię się, jeśli wyśle na spotkanie żołnierzom oddział powstańców. -Miał oszczędzać siły przed prawdziwym starciem… -Znasz Caleba - westchnęła. Nie podobał jej się pomysł z atakiem, choć oddział był mały. Czasami nie była pewna, czy uczestniczy w walce o wyzwolenie miasta ze szpon Teraakara, czy zabawie w rycerzyki. Prędko odgoniła tę myśl, zła, że w ogóle powstała. Nigdy jeszcze nie zwątpiła w swoją decyzję i drogę, jaką obrała. Jedna niewielka prowokacja tego nie zmieni. -Zgłoszę się na ochotnika – rzuciła po chwili. -Razem się zgłosimy - usłyszała. Skinęła głową, bez protestów. Szanowała jego decyzję, zresztą obecność Aldera zawsze dodawała jej siły. Gdzie ty, tam i ja, pomyślała
***
Alan wczepił palce w końską grzywę i rozejrzał się niepewnie. Krajobraz w Prowincji Zachodniej był skrajnie odmienny od tego, jaki oglądał we wschodniej części królestwa. Przyzwyczajony do monotonnych, płaskich, przerażających ogromem równin, teraz z ciekawością przyglądał się masywnym wzniesieniom o barwie soczystej zieleni. Dzikie wzgórza zdawały się przytłaczać, uparcie brnęli aż na szczyt by potem znowu runąć w dół stoku. Twarz smagał zimny wiatr, tarmoszący włosy i ubrania. Alan przez całą jazdę słyszał tylko i wyłącznie chaotyczny szum wichru. W oddali wyrastał łańcuch górski, wybijający się ponad falujące szmaragdowe morze. Zmrużył oczy i przyjrzał się najbliższemu szczytowi, który sprawiał wrażenie jakby chciał za wszelką cenę wyłamać się z górskiego pasma. Na łagodnym, północnym stoku stały rozsypane budynki, uparcie trzymające się zbocza, choć chłopak był niemal pewny, że za chwilę wszystkie potoczą się w dół. Gdy dotarli do podnóża góry, słońce powoli ześlizgiwało się ku zachodowi. Mirle zsunęła się z siodła, wyczerpana szybką jazdą. -Mamy teraz iść w górę? - jęknęła. Ray bez entuzjazmu skinął głową. Alan rozejrzał się wkoło, okolica zdawała się być wymarła. Nieopodal przycupnął niewielki lasek, składający się ze skarłowaciałych, wybiedzonych drzew. -Tu jest za cicho - Ray zgadywał jego myśli. Mirle prychnęła cicho, pociągnęła za sobą konia. -Idźmy stokiem, w stronę lasu. Przecież mieszkańcy muszą mieć jakąś drogę, chyba, że do miasta dojeżdżają na kozicach. Alan niechętnie pociągnął się za nimi. Entuzjazm, że są już tak blisko celu zabrał gdzieś ze sobą wiatr. Miarowo zbliżali się w stronę gąszczu drzew, coraz większą nieufnością obdarzając tutejsze okolice. Kamienie uciekały spod kopyt zwierzętom, buty ślizgały się na skałach. Przyroda zdawała się drwić z ich wysiłków. Alan pomstował w duchu na wszystko i wszystkich, krzywiąc się z bólu przy każdym z upadków. Nagle Mirle stanęła i bez słowa wskazała coś za nimi. Odwrócili się. W ich kierunku szybko zbliżała się grupa jeźdźców. Przytuleni do końskich szyj, mknęli wprost na wędrowców. -Na konie - mruknął Ray. -Ray, kim oni… -Pojęcia nie mam, wsiadaj na konia! Alan wprawnie dosiadł wierzchowca i natychmiast przylgnął do jego ciała. Zwierzę instynktownie wyczuło zaniepokojenie właściciela. Parskając gniewnie, ruszyło przed siebie. Kamieniste zbocze utrudniało jazdę, wiatr zawodził wściekle, przeszywając zimnem. Obca drużyna zbliżała się wyjątkowo szybko, z każdym ich okrzykiem chłopak czuł, jak cierpnie mu skóra. Jednak przebycie przez granicę nie pozostało niezauważone. Zdesperowani, runęli pomiędzy skarłowaciałe drzewa, szukając kryjówki. Alan odruchowo zasłonił twarz ręką, gałązki bezlitośnie smagały go po głowie. Usłyszał krzyki, mocniej szarpnął za wodze. Dalej mignęły mu włosy Mirle, przyspieszył. Hałas narastał, powstało zamieszanie. Kątem oka dostrzegł grupę ludzi z łukami i przemykającego pomiędzy pniami jasnowłosego chłopaka. Za nimi pomiędzy zarośla w hukiem wpadli jeźdźcy.
***
Pokój wydawał się być czysty wręcz do przesady. Jednak sposób jego urządzenia zdradzał, że właściciel odznaczał się dobrym gustem oraz miłością do starych, potężnych mebli. Mężczyzna wygodniej rozsiadł się na czarnym skórzanym fotelu i w zamyśleniu przyjrzał się raportowi. Na jego czole pojawiła się pionowa zmarszczka, tak jak i w kącikach oczu. Szpakowate włosy przyprószyła pierwsza siwizna, bardziej jednak dodawała mężczyźnie powagi niż lat. Eviel, Namiestnik Rawengladu przeglądał w zamyśleniu raporty, jakie dostał od swojego podwładnego. Analizował mapy, zdania i opinie, jego wzrok przesuwał się po literach wolno, ale z uwagą. W ciemnych źrenicach błyszczała inteligencja i chłodne wyrachowanie. Musi przewidzieć bilans zysków i strat, na emocje nie było tu miejsca. -Konnica będzie zbędna… - wymruczał do siebie i niedbałym gestem odrzucił plik papieru. Przeniósł wzrok na imponujący obraz wiszący nad kominkiem. Uśmiechnął się słabo, ciesząc oczy dziełem sztuki. Uwielbiał obrazy i książki, teraz jednak