Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 41 min czytania

Wrota Starożytnych - Rozdział XVIII

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ XVIII

{i}Rozważcie to panowie, orły i jaguary Choćbyście byli ze złota, Choćbyście byli z jadeitu, I tak pójdziecie tam, Do miejsca ludzi bez ciała.{/i}*

Luka zmarszczył brwi i przez chwilę analizował wypisane na kartce słowa. Mocniej przygryzł ołówek, ale nie miał pojęcia, co mógłby jeszcze dodać. Pogrubił litery, by tekst stał się wyraźniejszy, na jego twarz wstąpił lekki uśmiech. Natchnienie przychodziło gwałtownie i równie niespodziewanie znikało, pozostawiając po sobie strzępy wierszy i sentencji, bez początku i bez końca. Ale nie przejmował się tym. Każde małe dzieło było jego ukochanym dzieckiem, w które wierzył i które miało dla niego sens. Musnął palcem ogryziony, pomięty kawałek papieru i schował go do kieszeni. Siedział na porośniętej mchem skale, szarej bryle wyrastającej z miękkiej, zielonej murawy. Przez chwilę przyglądał dzikiemu krajobrazowi, który go otaczał. Czuł go każdym zmysłem. Zapach lata, szelest traw, cierpkie owoce w ustach, odczuwał to wszystko, chłonął życie i świat. Nim będzie za późno, przecież w dzisiejszych czasach nikt nie może być pewny jutra. Soczyste barwy traw i drzew składały się na idealną kompozycję. Chłopak wsunął źdźbło w kącik ust. -Luka, zejdź na ziemię. Caleb stał obok niego, przyglądając mu się z rozbawieniem. -Otoczenie działa inspirująco – odparł zaczepiony, zsuwając się ze skały. Caleb wykonał nieokreślony ruch ręką, poprawił torbę i bez słowa podszedł na skraj łąki, która kończyła się stromym zboczem. Luka niechętnie powlókł się za nim, z wyraźnie znudzona miną. Jego towarzysz wpatrywał się przed siebie, tak długo, że chłopak zaczął się niecierpliwić. -Wracamy do jaskiń? -Za chwilę. Spójrz, widzisz tamten szlak? Tak, tenprzechodzący przez wzgórze. Z północy przybędą nim rzeczy przeznaczone dla żołnierzy rawengladzkich. -I co z tego? – mruknął Luka, wsuwając ręce do kieszeni. Lekko zgarbiony z wysuniętą do przodu głową bez emocji przyglądał się jasnobrązowej wstążce drogi. Caleb parsknął chrapliwym, nieprzyjemnym śmiechem. -Bogowie, co z tego?! Nie dopuszczę by Eviel otrzymał dostawy z północy. To projekt, jaki przygotowuję już od dłuższego czasu. Naszym zadaniem jest przypilnować by towar nigdy nie dotarł do Rawengladu – mężczyzna zmrużył oczy. – Rozumiesz, co mam na myśli? -Tak, teraz tak. Wesprę was duchem i wierszem. Wojownik ze mnie żaden – Luka wyciągnął na dowód pomiętą kartkę i jeszcze raz przyjrzał się nagryzmolonym wcześniej słowom. Caleb machnął ręką. Zarzucił torbę na ramię i poprawił kaptur. Ze zgorszeniem spojrzał na chłopaka, wciąż wpatrującego się w kartkę. Luka zdawał się być przy nim chudy i niepozorny. Miał wrażenie, że chłopaka można złamać jak byle suchą gałązkę. Dlatego nie wymagał od niego poświęcenia w bitwie. Musiał przyznać, czuł do niego słabość, zresztą jak większość powstańców. Jak Xylocopus. Klepnął Lukę w ramię i bez słowa skierował w stronę hal. Cały Caleb. Poeta przyglądał się przysadzistej, nieco pokracznej sylwetce mężczyzny, w końcu bez pośpiechu ruszył za nim. Budził w nim niewątpliwy respekt i szacunek. Cokolwiek przyniosłyby przyszłe dni, Caleb i jego decyzje będą oparciem. Na tę myśl przyspieszył kroku. Brodzili w wysokich trawach, nie kontynuując rozmowy. Caleb, pogrążony we własnych myślach, mruczał coś pod nosem, przestając zauważać Lukę. Chłopak nie zamierzał mu przerywać. caleb nie był najlepszym rozmówcą, z pewnością lepiej wychodziło mu machanie mieczem niż dyskusja. Dla mężczyzny czyny znaczyły więcej niż słowa, może dlatego tak nie znosił arystokracji. Luka odezwał się dopiero, gdy w oddali zamajaczyły wejścia do jaskiń. -Czy Xylocopus już wie? -O ataku? – Caleb zamrugał nerwowo. - Oczywiście. Sam pomagał mi ustalić szczegóły. Nie zdziwię się, jeśli w końcu zobaczymy na murach plakaty z jego podobizną. Sam się o to prosi. Luka, przestań wpatrywać się w tą kartkę! Chłopak znowu wcisnął zwitek do kieszeni i wsunął ołówek za ucho, nie chcąc więcej drażnić Caleba. Weszli do jaskiń, duszne letnie powietrze ustąpiło chłodniejszym podmuchom. Caleb bez pożegnania pokuśtykał w swoją stronę, teraz całkowicie pochłonięty rozmyślaniem. Luka znowu został sam, stojąc pośrodku groty i rozglądając się nieprzytomnie.

***

Alan założył ręce za głowę i wlepił wzrok w sufit. Właściwie nie chciało mu się wstawać. Przez szczeliny w grubych kotarach do pokoju wpadały cienkie smużki światła, nieznacznie rozjaśniające pokój. Mimo to, druga część sypialni ginęła w półmroku. Alan wędrował wzrokiem po ścianach obwieszonych obrazami, z każdą chwilą czując się coraz mniej pewnie. Malowidła były niepokojące. Przekręcił się na bok i przez dłuższą chwilę podziwiał każde po kolei. Miał wrażenie, że przyciężkie ramy zaraz porwą tapetę i wszystko runie w dół, gruchocząc deski. Ale nic się nie stało. Sny Xylocopusa wciąż trwały zaklęte w ramy, kotary broniły dostępu światła, a w pojedynczych promieniach wirował kurz. Nagle chłopak drgnął, zmarszczył brwi. Gdzieś z dołu dochodziło szuranie i przytłumiona rozmowa. Westchnął i odsunął ciężką kołdrę. Może jednak czas zejść na dół? Rozmowa z Xylocopusem skończyła się niedługo przed brzaskiem. I co? I nic. Czarodziej wysłuchał ich, nie przerywając ani słowem. Alan opowiadał w ciszy, czując na sobie wzrok Raya, Mirle i Luciusa. Rubinowe oko gekona świdrowało go bacznym, zaciekawionym spojrzeniem. Z każdym zdaniem czuł coraz większy mętlik, miał wrażenie, że słowa nie mają sensu a cała historia jest niczym wyrwana z niedorzecznego snu. Dopiero teraz mógł w spokoju przypomnieć sobie całą podróż, od początku do końca. Co pewien czas Ray zaciskał mocniej usta, Mirle nerwowo zakręcała kosmyk włosów wokół palca. Wszyscy woleliby zataić niektóre wydarzenia z podróży. Xylocopus chłonął jego opowieść. A potem zaprosił ich na spoczynek. Alan opuścił bose stopy na podłogę, wstał, przeciągnął się leniwie. Jeśli to próba jego cierpliwości, zrobi wszystko by ją wytrzymać. Narzucił na siebie koszulę i nie zastanawiając się, wyszedł na korytarz. Owiał go przyjemny zapach kawy. Rozmowa stała się wyraźniejsza, teraz doskonale rozpoznawał głos Raya i Mirle. Zbiegł po schodach i wszedł do przestronnego, jasnego pokoju. Ray siedział na stole, z kubkiem w ręku, zaś Mirle skuliła się w fotelu. -Nareszcie wstałeś – Ray skinął głową. Alanowi musiało to wystarczyć za powitanie. -Zostawiliście coś dla mnie? Gdzie Xylocopus? – chłopak porwał ze stolika bułkę, rozglądając się za nożem. -Nie widzieliśmy go – odparła Mirle. – Gdy zeszliśmy, śniadanie było gotowe, a jego ani śladu. Zauważyłam tylko Luciusa na szafie – wzruszyła ramionami. Alan chwycił kubek z kawą zbożową i usiadł na dywanie. -Więc… co teraz? – Ray odstawił napój. -Nic. Nie możemy wyjść z mieszkania, zresztą, nie ma to sensu. Zaczekamy na niego, przecież w końcu wróci. Zna już naszą historię, a ja nie wyjdę stąd, dopóki nie dowiem się paru rzeczy. -Po to tu jesteśmy. Nie ustaliliśmy nic nowego – Mirle niedbałym gestem odgarnęła włosy, wstała i podeszła do okna. Alan dopiero teraz spostrzegł, że dziewczyna chodzi boso i ma na sobie cienką, zwiewną koszulkę nocną, sięgającą kolan. Zwykle spięte włosy, teraz zmierzwione, wiły się po plecach półelfki. Ray przyglądał się jej przez dłuższą chwilę, błądząc wzrokiem po jej sylwetce. Alan wykorzystał całą siłę woli, by skupić się tylko i wyłącznie na stygnącej kawie. Xylocopus wrócił po kilku godzinach, zbywając ich pytania ogólnikami. Alan kolejny raz zacisnął pięści, w ostatnim momencie przypominając sobie o cierpliwości. Miał nadzieję, że zachowanie Xylocopusa ma sens, tylko on jeszcze go jeszcze nie dostrzegł. Czarodziej przyniósł wraz z sobą kufer, proponując by wybrali nowe ubrania. Pozwolił wejść Luciusowi na ramię i z filiżanką herbaty usiadł w fotelu. -To zakupy dla nas zajęły ci tak dużo czasu? – mruknął Alan, unosząc głowę znad skrzyni. Xylocopus uśmiechnął się, odsłaniając rząd równych zębów. -Między innymi. Będziecie mi wdzięczni za troskę. Nasza aura bywa zabójcza dla nietutejszych. Ray niedbałym gestem rzucił na sofę kilka ubrań. Na widok pytającego spojrzenia Alana, zmrużył oczy: -Szukam czegoś czarnego. Xylocopus obserwował napój koloru jasnego brązu. Dochodziło południe, na dywan i ściany padały słoneczne pasy, rozjaśniając ponury nastrój. Grzebali w skrzyni, spokój Xylocopusa udzielił się także Alanowi. Bez pośpiechu, nieco mechanicznie przebierał ubrania, szukając czegoś odpowiedniego. W kieszeni ciążył mu meteoryt. Z trudem powstrzymywał się by go nie wyjąć. Gdy skończyli, mężczyzna skinął głową. -Dużo lepiej – mruknął cicho. Mirle wygładziła ciemnozielony materiał spódnicy. Rozcięcie sięgało nieco powyżej kolan. Gdy Ray nareszcie się przebrał, stanęli przed Xylocopusem. W milczeniu zawarte było całe wyczekiwanie i pytanie. Mężczyzna zrozumiał. -Lucius popilnuje domu – skrzywił się lekko. – Wiecie co jest towarem deficytowym w tym mieście? Zaufanie. Potrzebuję go ja, potrzebujecie i wy. Wstał, filiżanka szczeknęła cicho. Spokojnie odstawił naczynie na blat stołu i delikatnie ściągnął jaszczurkę z ramienia. -Wasza historia jest częścią większej opowieści – ciągnął dalej. Podszedł do komody, wyciągnął z niej skórzane rękawiczki. Alan obserwował jak szczęka mężczyzny zaciska się i rozluźnia na zmianę. – Odszukanie odpowiedzi bez poznania wszystkich wątków jest niemożliwe – dopiero teraz na nich spojrzał. Wokół jego oczu pojawiły się zmarszczki. Chwycił leżący notes i ołówek, schował je do kieszeni. – Otulcie się szczelniej. Na górskich stokach jest chłodno.

***

Xylocopus szedł na przedzie, wyprostowany i zupełnie obojętny. Ludzie rozstępowali się przed nimi, podejmując grę. W udawanym zamyśleniu mijali przechodniów. Wiatr targał poły płaszczy, korony nielicznych drzew, tłukł okiennicami. Ray postawił kołnierz kurtki, wsuwając ręce do kieszeni. Mirle stłumiła kichnięcie, z niechęcią rozejrzała się dookoła. Zatęskniła za kojącym szumem lasu, bezkresnymi równinami i brakiem ograniczeń. Przed oczyma stanęła jej łagodnie uśmiechnięta twarz Mirrory. Poczuła lekkie ukłucie, zrozumiała jak mocno tęskni za dawnym życiem. Miasto było obce, nieprzyjazne, żyjące według własnych zasad i kaprysów. Patrzyła na mieszkańców i nie wiedziała, czy powinna im współczuć czy też się ich bać. Ukradkiem zerknęła na idącego przed nią Xylocopusa. Jeśli rzeczywiście prowadzi ich na stoki, jak ma w tym cel? Naciągnęła na zziębniętą dłoń rękaw, drugą schowała do kieszeni płaszcza Raya, grzejąc palce od jego ciepłej ręki.

-Alanie, kup gazetę. -Gazetę? Po co? -Och, tak po prostu. Chłopak odłączył się na chwilę od reszty by zaraz wrócić. Xylocopus uśmiechnął się z wdzięcznością. Skinął głową w stronę znajomego kataryniarza, polerującego grające pudło. -Domyślasz się dokąd idziemy? -Nie zastanawiałem się nad tym – odparł cicho chłopak. Xylocopus nic nie dodał. Błękit nieba zdawał się być daleko, tak samo jak słońce. Wiatr poganiał chmury na dalsze niebiańskie pastwiska. Alan niewiele zapamiętał z tej drogi. We wspomnieniach utkwiły mu szybkie kroki, stukot obcasów i wiele obcych twarzy, które mijali. Pamiętał mur z ogłoszeniami i nieustający szum wiatru. Potem duszny sklepik zegarmistrza i nierówne tykanie zegarów. -Witam pana – Xylocopus dotknął palcem ronda kapelusza, ale nie zatrzymał się, by porozmawiać. Ten tylko na moment oderwał wzrok od swojej pracy. Bez słowa poprowadził ich przez obskurny korytarz na tyły kamienicy. Na śmietniku żerowały bezdomne koty. Mirle skarżyła się, że jest jej zimno, ale nie przyjęła płaszcza ani od Raya, ani Alana. Xylocopus tylko sztucznie się uśmiechał. -Ścieżka jest stroma. Uważajcie na obsuwające się kamienie. Brudne podwórko kończyło się za drzwiami w murze, prowadzącymi na peryferie miasta. Zostawili za sobą ścisłe zabudowania, przemykając się pomiędzy ruinami strażnic. Kamienie uciekały im spod stóp, cicho tocząc się w dół. Świat nagle stał się bardziej wyrazisy, słońce świeciło mocniej, wiatr był rześki. -Dokąd idziemy? – wysapał Alan. – Czy nie mogliśmy wyjść po prostu bramami miasta? Xylocopus parsknął śmiechem, przeczesał palcami krótkie włosy. Wyglądał na rozbawionego. -Bramami miasta?! To wyjątkowo udany żart, Alanie. Bramą można wejść, ale wychodzi się zazwyczaj rzadko. Ta droga wyprowadzi nas na hale, poza tereny Rawengladu. Nie sądzę byśmy wrócili przed zapaleniem latarni, zresztą, nie ma to znaczenia. -Skoro mówisz, że nie ma…- mruknął cicho Ray. -Dlaczego powrót przed zapaleniem latarni jest taki ważny? -Obsesja na punkcie zdrady jest rzeczą straszną – Xylocopus odłożył gazetę na jedną ze skał. Wiatr natychmiast rzucił się na kartki papieru, porywając je do szalonego tańca. Alan schylił głowę. Z trudem słyszał własne słowa pośród jednostajnego szumu wiatru: -Lubisz mówić zagadkami. -To ty nie potrafisz poskładać słownych puzzli. Ha, jeszcze kawałek i będziemy mogli stanąć. Zbocze stopniowo stawało się coraz łagodniejsze, a marsz łatwiejszy. Wysokie trawy i kępki turzyc czesała dłoń wiatru, gdzieś w dole bladą murawę znaczyły ciemniejsze plamy drzew. W oddali majaczyły ciemne wzgórza. Mgła już dawno znikła. Xylocopus nareszcie się zatrzymał, oparł ręce na biodrach. Osłaniając ręką oczy, przez chwilę obserwował zdziczały górski krajobraz. -Mam ochotę krzyczeć- roześmiał się bez powodu. – I porozmawiać z echem. Alan schylił głowę, by czarodziej nie zauważył pobłażliwego uśmiechu. -Nie, Ray, nie kładź się. Zaraz ruszamy dalej. Jednak ktoś miał do nas dołączyć, damy mu jeszcze chwilę czasu. -Dołączyć? – Mirle zmarszczyła brwi. – O kim mówisz? -Zaufanie, pamiętasz, co o tym mówiłem? Naprawdę sądzicie, że latałem za waszymi ubraniami przez całe przedpołudnie? – zacmokał cicho.- Muszę was znowu rozczarować. Nie jestem wróżką, uprzedzam. Sam nie zrobię wszystkiego. Potrzebuję sojuszników. Alan nie słuchał. Usiadł obok Raya, bezmyślnie obserwując klucz lecących żurawi. Jakby z oddali słyszał głos Mirle i ironiczne odpowiedzi Xylocopusa. Cały ranek stał się jedynie mglistym wspomnieniem. Teraz siedział na stoku, wpatrując się przed siebie i czując jak ślepiec. Z zamyślenia wyrwało go dopiero drgnięcie Raya i gwałtowne zamilknięcie Mirle. Gdy wreszcie się ocknął, zrozumiał, że tylko on siedzi i tylko on nie zauważył nadejścia kilku osób. Uniósł głowę i zamarł. Roza stała nieopodal, w za dużym męskim ubraniu, z lekko przekrzywioną głową i zadziornym uśmiechem. Gdy napotkała wzrok Alana, kąciki jej ust zadrgały lekko. -Witam ponownie.

***

Luka podniósł głowę i rozdziawił usta. Xylocopus przygotował go na to, nie szczędząc wyjaśnień, ale mimo wszystko widok nieznajomych mocno nim poruszył. Od dawna nie widywał nowych twarzy. Jaskinie, zaciszne polany i samotne skały były jego ulubionymi miejscami, niespecjalnie przepadał za towarzystwem innych ludzi. Teraz zaś wraz z pozostałymi obserwował garstkę ludzi zmierzających w ich stronę. Wśród nich są nowi. Luka zagryzł wargę i spojrzał na zapisaną kartkę, którą miął w dłoniach. Najgorsze było to, że spotkanie z obcymi jest nieuniknione.

***

Alan z zaciekawieniem przyglądał krzątającym się po jaskiniach ludziom. W większości byli to mężczyźni, jednak spotykał i kobiety, a kilka razy był niemal pewny, że w którymś kącie usłyszał dziecięcy szczebiot. W ogromnej grocie powstało kilka obozowisk, których centrum stawały się małe ogniska. Gdzieniegdzie leżały koce, torby i starannie ułożona broń. Alan ze zdziwieniem obserwował dwójkę staruszków siedzących za stołem i grających w karty. Udawał, że nie dostrzega spojrzeń pełnych zaciekawienia i nieufności. Każdy jego krok był obserwowany. Xylocopus ignorując pytające spojrzenia zaprowadził ich do jednego z ognisk. -Bywa tutaj chłodno – mruknął jakby na usprawiedliwienie. Gdy Alan już miał zadać kolejne pytanie, ten przyłożył palec do ust. Stojąca obok Roza, widząc irytację Alana, stłumiła śmiech. Gdy czarodziej oddalił się, usiedli, a dziewczyna przysunęła się bliżej wędrowców. Objęła kolana rękoma i wbiła w nich bystre spojrzenie. -Musi mieć do was duże zaufanie lub jesteście mu bardzo potrzebni, skoro was tu przyprowadził – rzuciła, patrząc na nich bezczelnie. Alan wiedział, że nie wolno mu zostawiać tej zaczepki bez odpowiedzi, jednak zdobył się tylko na wzruszenie ramionami. Roza odgarnęła kosmyki za ucho i przysunęła się bliżej nich. -Xylocopus pokazał nam to miejsce bez waszej wiedzy?- Mirle nareszcie przerwała milczenie. Córka Eviela pokręciła głową, mrużąc lekko oczy. -Wiedziałam, że zechce tu kogoś przyprowadzić, nie sądziłam jednak, że to będziecie wy. Caleb – skinęła głową w stronę stojącego nieopodal, czyszczącego miecz mężczyzny - ufa czarodziejowi. Nikomu innemu nie pozwoliłby na sprowadzenie obcych. Jeśli Xylocopus za was ręczy, musi mieć powód. Alan przyglądał się Calebowi, słowa Rozy docierały jakby z oddali. -Kim jest Caleb? -Tym, który jako pierwszy zaczął zdzierać propagandowe plakaty Eviela. Ale dosyć o nas… - machnęła ręką, uśmiechając się kwaśno. – Nie jesteście z Rawengladu, prawda? Powiedzcie, co jest zza zachodnią granicą? Gdzie byliście? Czy wiedzieliście inne miasta? Do jaskiń przybywało coraz więcej ludzi. Alan potwierdził swoje podejrzenia. Kilkanaście kroków od niego przebiegło troje dzieci, z radosnym wrzaskiem okładając się kijami. Rozpalano kolejne ogniska, rozkładano prowiant, przygotowywano posiłki. Jak dotąd nikt nie wyglądał na prawdziwego żołnierza. -Inne miejsca są równie ciekawe co zeszłoroczny śnieg – mruknął z przekąsem Ray. – Nudne i nijakie, nie masz czego żałować. Roza wydęła wargi i prychnęła cicho, zupełnie niezrażona. Znowu przekrzywiła głowę, uporczywie wpatrując się to w Raya, to w Mirle. Przypominała małą dziewczynkę, która za wszelką cenę chce poznać zakończenie bajki. -Opowiedz mi o nich – uśmiechnęła się lekko. Do jaskini weszła kolejna grupa. Uzbrojeni ludzie z wyraźną ulgą zrzucali torby i płaszcze. Stojący wśród nich blondyn spojrzał w ich stronę, nagle utkwił wzrok w Rozie. Krzyknął donośnie, dziewczyna przerwała dyskusję, odwracając głowę. Na widok jasnowłosego chłopaka, zerwała się z ziemi i pobiegła w jego stronę. -Podejrzewałem, że opowieść o Tamroth nie okaże się wystarczająco ciekawa – Ray uśmiechnął się, obserwując jak Roza z impetem dopada chłopaka, a ten zdecydowanym ruchem przyciąga ją do siebie. Dziewczyna ze śmiechem zaczęła przeczesywać palcami jego włosy. Alan niechętnie odwrócił wzrok od całującej się pary. Prześlizgiwał się spojrzeniem po kolejnych twarzach, gdy w końcu zobaczył Xylocopusa. Rozmawiał z młodym chłopakiem o szczuplej twarzy i wyraźnie nieszczęśliwej minie. Czarodziej klepnął go w ramię i wskazał na Alana. Po chwili oboje ruszyli w ich kierunku.

Chłopak o imieniu Luka co pewien czas kręcił się niespokojnie, ale nie odezwał się ani słowem. Alan przyglądał się nieznajomemu i pomiętym kartkom, których nie wypuszczał z rąk. Nie wiedział, co to może mieć wspólnego z ich historią. Chłopak o łagodnych orzechowych oczamch i ołówku zatkniętym za uchem wydawał się mieć takie same wątpliwości. Xylocopus nie śpieszył się z wyjaśnieniami. Gdy się zbliżył, ognisko zapłonęło mocniej, rozsyłając ciepły blask. Czarodziej potarł skronie i westchnął. -Zapewne będą chcieli wygłosić toast lub coś w tym stylu. Caleb tego nie cierpi, ale ludziom potrzebna jest motywacja, wyjaśnienie o co walczymy. Mamy trochę czasu… Luka, przynieś to, o co cię prosiłem. Chłopak skinął głową i z wyraźną ulgą skierował się inną część jaskini. Xylocopus odprowadził go spojrzeniem. -Luka – powiedział, wskazując na drepczącego chłopaka - beznadziejnie zakochany w poezji. Mimo to przyznam, że niektóre jego wiersze są warte uwagi. -Zorganizowałeś wieczorek poetycki? – na twarzy Raya błąkał się złośliwy uśmiech. Xylocopus nie dał wyprowadzić się z równowagi. -Prosiłem Lukę o przyniesienie dokumentów, które dałem mu na przechowanie. Doświadczenie uczy by w domu nie trzymać nic cennego. Luka posiada fragmenty Vethy które są moją własnością. Nie, Mirle, to nie oryginały. Wątpię by wszystkie zapisy zachowały się do dzisiejszych czasów. To kopie, ale nie o to chodzi. Liczy się treść, a nie wiek papieru. -Co ma to wspólnego z nami? – zapytał Alan. -Sporo – odparł cicho Xylocopus. – Wasza historia jest częścią większej opowieści. By znaleźć odpowiedzi, potrzeba sięgnąć głębiej. -Czyli przewertować epopeję? – Ray zmarszczył brwi. – Co znajdziesz w mitach i legendach? -Jestem czarodziejem, przyjmijcie to wreszcie do wiadomości – fuknął…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wrota Starożytnych - Rozdział XVIII — czytnik · opowiadania