Fantasy · 43 min czytania
Wrota Starożytnych - Rozdział XX
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
ROZDZIAŁ XX
Z odmętów ciemności zaczęły wyłaniać się kształty. Bure plamy powoli zamieniały się w krzesła, szafy. Zobaczył przed sobą niewielkie wybrzuszenie, ale wciąż nie potrafił stwierdzić, co właściwie widzi. Dopiero po chwili zrozumiał, że to fałdy kołdry. Alan przetarł powieki kciukiem. Kanty mebli wyostrzyły się znacznie. Przez chwilę, oszołomiony, wsłuchiwał się w ciszę. Myśli jeszcze nie zaczęły płynąć, zamiast tego, kotłowały się pod czaszką. Gdy wreszcie oprzytomniał, zdał sobie sprawę, że tak naprawdę cisza nie istnieje. Słyszał tykanie zegara, chrobot myszy pod deskami, przytłumioną rozmowę dochodzącą gdzieś z dołu. A przede wszystkim nerwowe kroki, trzask drzwi i krzyki. Chłopak zmarszczył brwi i wysunął się z łóżka. Do wschodu słońca było jeszcze daleko, a na ulicy panowało zamieszanie. Odgarnął ręką zasłonę. Szyby kamienicy naprzeciwko były powybijane, drzwi wisiały na zawiasach, kołysząc się lekko. Po chwili ulicą przemaszerowało kilku uzbrojonych mężczyzn. Alan obserwował, jak wyważyli wrota i wpadli do środka. Wyprowadzili kilka osób. Chłopak poczuł znajome ukłucie, ale nie zdziwił go ten widok. Wiedział, że podobne sceny rozgrywają się w całym mieście. Eviel szukał winnych. Xylocopus to przewidział. Latarnie płonęły ostrym światłem. Ulica była pusta. Tylko na chwilę, zaraz znowu przemaszerują nią żołnierze. Alan odwrócił się, wyszedł na korytarz. Powoli zszedł po schodach, potykając się w ciemności. Co jakiś czas przystawał, drętwiejąc na myśl, że drzwi mogą zostać wyważone, że pokoje wypełni wrzask żołnierzy. Słyszał stłumione uderzenia, dochodzące gdzieś zza ściany. Zacisnął rękę na poręczy. To nic, uspokajał się. To niemożliwe, Xylocopus otoczył kamienicę iluzją. Dla ludzi z zewnątrz dom wygląda na zdemolowany. Mimo to nie zapalali świateł, mówili szeptem. Doczłapał do kuchni. W mdłym świetle lampy naftowej siedzieli Mirle i Ray. Dziewczyna kuliła się w kącie, w słabym świetle jej włosy wydawały się być koloru smoły. Ray opierał się o szafkę, w zamyśleniu wpatrując się w butelkę wina. -Xylocopus nie wrócił? -Nie – Mirle pokręciła głową. Naciągnęła na nogi przykrótką koszulę. – Długo to będzie trwać? -Masz na myśli naloty straży? – Ray uniósł głowę. – Zapewne dopóki Eviel nie uzna, że ma wystarczająco dużo więźniów. Alan usiadł obok przyjaciela, podparł głowę rękoma. Aresztowania trwały bez przerwy, właściwie od wieści o śmierci Rozy i rozbiciu grupy powstańców. Skrzywił się na tę myśl. Powstańcy. Roza. Nie potrafił przyjąć tego do wiadomości, umysł uparcie wypierał informacje. Przecież widział ją tak niedawno. Możliwe jest by wszystko runęło w przeciągu kilku godzin? Zimny pazur drażnił jego żebra, kłuł wnętrzności. Znowu usłyszeli łomot, czyjś przeraźliwy krzyk. Mirle poderwała głowę, odruchowo przysuwając się bliżej chłopaków. Chciała coś powiedzieć, ale Ray przyłożył palec do ust. Kolejne głuche uderzenie, szamotanina. Alan był pewien, że dochodzi z mieszkania obok. Milczeli, wsłuchując się w tłumione odgłosy. -Są blisko. Ray zastukał paznokciem w szkło butelki. W stłumionym świetle wyglądał upiornie. -Alan, chcesz wina? Znalazłem pod klapą w podłodze. -Nie, dzięki. -Żałuj. -Jasne, upij się – mruknęła kąśliwie półelfka. – Tak najłatwiej. Ray chciał coś odpowiedzieć, lecz znowu rozległ się głuchy łomot. Alan miał wrażenie, że ktoś wali metodycznie jego głową o ścianę, a czaszka powoli zaczyna się kruszyć. Wzdrygnął się. Niech ta noc się wreszcie skończy, pomyślał ponuro. Mirle przesunęła lampkę, westchnęła cicho. Jej oczy zaokrągliły się jeszcze bardziej. -Jak do tego mogło dojść? – szepnęła. – Widzicie jakiś powód? Nie odpowiedzieli. Ray sięgnął po butelkę.
***
-Jak się czujesz? Luka wzruszył ramionami. -Trochę obolały. Zresztą, jak mam się czuć? Xylocopus zagryzł wargi. Wpatrywał się w chudą sylwetkę poety, wyraźnie rysującą się na tle sinego nieba. Ciemne włosy unosiły podmuchy wiatru. Luka wsunął ręce do kieszeni, garbiąc się jeszcze mocniej. Od początku rozmowy nie spojrzał na Xylocopusa. Wpatrywał się tępo przed siebie, jakby czekając na kogoś jeszcze. Coś się zmieniło. Czarodziej czuł wyraźnie, nawet jeśli nie potrafił tego określić. To nie będzie łatwa rozmowa. -A Caleb? -Nie widziałem go. Chyba prowadzi niedobitki oraz kobiety z dziećmi w wyższe partie gór. Tylu zdołał uratować. Resztę wywieziono do miasta. Xylocopus przypomniał sobie to, co widział wcześniej. Nerwowe podniecenie i zamieszanie, które wciąż ktoś kontrolował. Przygotowywano się na coś długo oczekiwanego. Rozmowa znowu się urwała. Co mógł powiedzieć? Że szkoda i jest mu przykro? Tak, jest mu cholernie przykro. Ale żadne słowa nie pasowały do tej chwili. A Roza? Jak ma poruszyć ten temat? Przymknął powieki i wziął głęboki wdech. -Co z Alderem? – zapytał w końcu. Luka spuścił głowę, zaczął grzebać w kieszeni jakby nie usłyszał pytania. W końcu zerknął na czarodzieja. Ze spojrzenia chłopaka biła bezdenna rezygnacja. Zrobiło mu się zimno. Luka milczał. Bardzo długo. -Nie widziałem go – odparł cicho. – Nie wrócił z innymi. Caleb podobno z nim rozmawiał. Nie będę zgadywać, co czuje. Zresztą, naprawdę musisz pytać? Jakbyś nie wiedział… Xylocopus wytrzymał jego spojrzenie. Rezygnacja Luki na moment zamieniła się we wściekłość, w furię, która malowała się w jego nieco dziecinnych oczach. Po chwili zgasła, zostawiając smutek. Czarodziej podszedł bliżej, położył mu rękę na ramieniu. -Musimy pogrzebać Rozę – odparł, starając się panować nad głosem. – Luka, musimy to zrobić. Wiesz o tym ty, ja, Caleb i Alder. Chcę byś odśpiewał modlitwy. Chodzi o pożegnanie Rozy. Nie mamy wiele czasu. Nie mamy w ogóle czasu, pomyślał. Obserwował skulone plecy Luki, jego zaciśnięte pięści i spuszczoną głowę. Poeta przypominał nieszczęśliwą pokrakę. Wiatr zawiał mocniej, przynosząc ze sobą pojedyncze krople deszczu. Nawet nie zauważyli, gdy wzeszło słońce. Biała kula powoli rozpraszała szarość.
***
Zamachnął się. Szpadel zderzył się z ziemią, grunt niechętnie poddał się jego naporowi. Nacisnął mocniej. Spocone ręce ślizgały się po drewnie, osuwały, piekły, bolały. Wyciągnął łopatę i z furią zaatakował ponownie. Alder zacisnął zęby, obserwując jak zielona trawa znika, a pojawia się ziemia. Uderzył raz jeszcze. Ponownie. Znowu. Wiatr zawodził wściekle, tutaj, gdzie powietrze było rzadsze, gdzie oddychanie sprawiało ból i stawało się wyzwaniem. Chłopak zamachnął się jeszcze raz. Szpadel złośliwie ześlizgiwał się po kamieniach, uciekał, nieposłuszny i uparty. Kopał grób. Dla Rozy. To ostatnia przysługa, jaką mógł jej oddać. Niezbyt głęboka dziura, gdzie każą mu ją zostawić. Wyobrażacie to sobie? Idioci. Nic nie rozumieją. Walił w grunt, bez ładu, bez składu. Obraz powoli zaczynał się zamazywać, świat tracił swoje kontury, barwę i jej nasycenie. Bezlitośnie pastwił się nad kawałkiem gruntu. Chciał zabić. Wszystkich. Każdego. Zmiażdżyć, zgruchotać, zagryźć, rozdrapać. Rozbić niebo, bezczelnie sięgnąć boskości. Czuł się przeklęty, potępiony, naznaczony okropną blizną. Pragnął tylko unicestwiać. Nie potrafił inaczej, nie w tej chwili. Szpadel nieporadnie uderzał o kamienie. Ta ziemia nikogo nie przyjmie, pomyślał z furią i rozpaczą. Jest jałowa, twarda i nieprzystępna. Martwa. Jak ja, jak ona, jak my wszyscy. Wyczerpany osunął się na kolana, by po chwili znowu wstać.
***
Część 22 / 3
Dzień był szary i pochmurny, jak wszystko tutaj. Z szeroko otwartymi oczami obserwowała swoje odbicie w zwierciadle. Pomiędzy masywnymi ramami widziała leżącą na skraju łóżka kobietę. Wydawała się być wysuszona, prawie przezroczysta. Jej spojrzenie bezmyślnie ślizgało się po pokoju. Mahoniowe meble, stara porcelana, zakurzone zasłony. Miała wrażenie, że zapomniała, jak wyglądają, jaki mają zapach. Są chłodne czy ciepłe? Próbowała sobie przypomnieć, jak wygląda jej mąż i córka, którą kiedyś miała. Nazywała się Danae, ale równie dobrze mogła pozostać bezimienna. Podniosła głowę, usiadła na łóżku. Przeczesała palcami rozczochrane włosy. Chyba obudziła się z głębokiego snu. Nie pamiętała, jak się tu znalazła. Obojętnie spojrzała na swoje palce. Dotknęła obrączki i westchnęła cicho. Poczuła, jak z powrotem wlewają się w nią wspomnienia i uczucia, które z wolna ją przytłaczały. Niemal widziała, jak lustrzane odbicie blednie. Ucieszyłaby się. O tak, po prostu zapomnieć. Nie czuć. To takie tchórzliwe, a jak przyjemne. Jednak z każdą chwilą przeszłość wracała. Danae nieruchomo siedziała na skraju łóżka, zagryzając wargi aż do krwi. Nagle zrozumiała wszystko. Poczuła, jak świat znowu wiruje, ściany zaczynają osaczać. Wstawała, chwiejnym krokiem podeszła do krzesła. Tępy ból kotłował się gdzieś w niej, przyduszał, szarpał. Znowu chciała biec przed siebie, byle dalej, znaleźć kryjówkę, gdzie wszystko przeczeka. Uśmiechnęła się gorzko. To niemożliwe. Nie da się uciec przed sobą samym. Wiedziała już, co zrobi. Wszystko wykrystalizowało się w ciągu kilku sekund. Nie potrafiła i nie chciała tego pojąć. Myśl o śmierci Rozy przestała ją przerażać. Świadomość zabijała, ale może właśnie chciała umrzeć. Zdjęła skromną sukienkę, rzucając ją w kąt. Podeszła do szafy. Dotknęła jedwabnych fatałaszków, pokręciła głową. Potrzebowała czarnego aksamitu. Otworzyła następną szufladę. Kolejno wyrzucała ubrania, beznamiętnie mnąc tiule, koronki, złocenia. Niech idą precz. Jest. Spojrzała na zwiewną tunikę, kryjącą ciało od szyi aż po kostki. Musnęła dłonią materiał. Miała ją na sobie tylko raz, na pogrzebie matki. Gdy się ubrała, usiadła przy lustrze. Wzięła głęboki oddech. Musi pożegnać Rozę. To jedyny cel, do którego zamierzała dążyć. Musi pomóc zmarłej pożegnać się z żywymi, a żywych przekonać by zapomnieli o zmarłej. Oznajmić, że odeszła. Zostanie jej płaczką. Nie uroni ani jednej łzy, ale w tej chwili przestało to być ważne. Patrzyła na swoje odbicie. Na bladą, zmęczoną twarz. Chwyciła pędzelek, wyjęła jasny, właściwie biały puder. Muskała skroń, policzki, szyję. Nadgarstki przewiązała czarnymi tasiemkami. Palcem roztarła na powiekach cień, przypominający sadzę. Usta były skrzywione jakby w bolesnym grymasie. Rozpuściła włosy. Biel i czerń, dużo czerni. Zdjęła buty, boso wyszła na korytarz, potem na podwórze. Przeszedł ją gwałtowny dreszcz, kamienny bruk piekł zimnem. Nie zatrzymywana, niepytana, skierowała się w stronę tylnych wyjść, prowadzących na stoki.
***
Caleb wydawał się być jeszcze bardziej zgarbiony niż zazwyczaj. Alan obserwował twarz mężczyzny, ściśniętą w nieprzyjemnym grymasie. W jaskiniach panowała uciążliwa cisza. Ciężka i nachalna, unoszącą ze sobą niewygodne pytania. Caleb westchnął, potarł twarz dłońmi. -Alder jest już na miejscu. Właściwie odkąd wykopał grób i położył w nim Rozę, nie rusza się stamtąd. Czeka na nas. -Chciałbym iść z wami – powiedział cicho Alan. Caleb skrzywił się lekko. -Jak wiele osób, ale nie mogę wszystkich tam ciągnąć. Nie chcę tłumu. -Bardzo mi zależy – Alan podniósł głowę. -Ja i Mirle zostaniemy w jaskiniach – mruknął Ray. Xylocopus zdawał się w ogóle ich nie słyszeć, tak jak i Luka. Caleb, widząc zdecydowanie Alana, westchnął cicho. -Zgoda. Dzień pozostawał pochmurny. Pojedyncze krople spadały na ziemię zapowiadając deszcz, ten jednak nie przychodził. Wiatr giął źdźbła trawy, szarpał płaszczami. Luka maszerował obok Alana, skubiąc rękaw kurtki i rozglądając się wokół. Alan obserwował, jak sylwetki Mirle i Raya maleją, a w końcu zlewają się z tłem gór. Teraz pozostało mu wpatrywać się w wąską drogę, wiodącą coraz wyżej.
-Jesteś pewien decyzji? Nie sądzę, aby to był dobry pomysł. Caleb obejrzał się, sprawdzając czy Alan i Luka są wystarczająco daleko, by nie usłyszeli rozmowy. Xylocopus sapał z wysiłku, otarł spocone czoło. -Więc? -Eviel uwięził większość moich ludzi i wszystkich, którzy ze mną współpracowali. W Rawengladzie zrobił czystkę, zresztą, wiesz o tym. -Twoje powstanie upadło. Historia to zrozumie. Nie wykorzystuj zemsty jako siły napędowej. Caleb uśmiechnął się gorzko, podwinął rękawy. -Zemsta jest dobrą motywacją. A więc wszystko idzie ku zatraceniu? -Po co ta patetyczność? – parsknął Xylocopus. – Wszystko się zmienia, idee słuszne czy zbrodnicze rodzą się i upadają. Eviel nie jest wieczny, tak jak i Teraakar. Nie wyprzedzaj faktów i nie kieruj życiem ani uczuciami Aldera. Nie w tej chwili. Caleb nie odpowiedział. Zmarszczył brwi, słowa czarodzieja nie przypadły mu do gustu. Nareszcie wąska ścieżka urywała się, wprowadzając ich na niewielką polanę. Na zboczach rosły kosodrzewiny, uparcie czepiające się gruntu. Alan oparł ręce na kolanach, zmęczony marszem. Po chwili uniósł głowę. Czuł, jak jego obawy i uczucia budzą się ze zdwojoną mocą. Wściekłość i żal wróciły, mieszane ze współczuciem i strachem. Naprzeciwko nich stał młody mężczyzna z łopatą w ręce.
Przymknąłem Jej powieki. Słyszę czyjeś kroki, ale nie rozpoznaję twarzy. Gdzie jestem i co się dzieje? Czy ktoś coś powiedział? Nie znam tego języka. Obce słowa, obcy głos. Ktoś śpiewa. A więc? To już? Stoję i nie wiem, co dalej. Wszystko mnie boli, jestem jednym wielkim bólem. Tak, wciąż jestem. Niestety.
Głos Luki wibrował w powietrzu. Dźwięki tworzyły słowa, a słowa zdania. Błagalne, z nadzieją, że po przejściu istnieje coś lepszego. Poeta stał pośrodku nich, wpatrując się w ciało Rozy. W jej twarz. Nagle uniósł głowę i umilkł. Po chwili wszyscy obserwowali dwie ciemne sylwetki, zbliżające się w ich stronę. Wiatr wciąż zawodził wściekle, pędząc po niebie ołowiane chmury. Alder zamknął oczy.
Wciąż Ją widzę. Pod powiekami, żywą, prawdziwą. To szaleństwo, wiem. Przecież jest tak daleko.
Część 33 / 3
Alan obserwował zbliżającą się kobietę. Na chorobliwie bladej twarzy odznaczały się oczy, okolone czarnym cieniem. Szła boso. Zawiązane na nadgarstkach tasiemki unosiły się pod podmuchami wiatru. Alan instynktownie cofnął się o krok. Nieznajoma uśmiechnęła się słabo. -Znalazłam was. Towarzyszący jej mężczyzna był jednam z powstańców. -Nic nie mogłem zrobić – uniósł ręce, uprzedzając pytanie wściekłego Caleba. – Błąkała się po halach, jak w transie, wołając Rozę. Gdy ją spotkaliśmy, chciała tylko ją zobaczyć. Caleb, nie mogłem jej tam zostawić. -Ile osób jeszcze wie? - zapytał Xylocopus. -Nikt więcej. Przecież to jej matka – mężczyzna urwał. – Nie można inaczej. Spojrzeli na kobietę. Zdawało się, że wiatr zaraz ją zdmuchnie. Alan był pewny, że nieznajoma jest sennym majakiem. A jeśli nie? Może w tym świecie anioły wyglądają właśnie tak? -Pozwólcie mi zostać – powiedziała cicho. Jej spojrzenie błądziło po twarzach zebranych, by zatrzymać się na wzroku Aldera. Po chwili spojrzała na grób. Zacisnęła ręce i dodała nerwowo: -Chcę tylko pożegnać córkę. Mam błagać? A więc błagam. Może to ma znaczenie. Proszę.
W czerni, smutna, upiorna. Kobieta stała obok mnie, wpatrując się w moją Rozę. Wsłuchana wraz ze mną w pokrętną pieśń, która była całkowicie zbędna. Rzucam garść ziemi. Część pyłu unosi wiatr, drobiny wirują w powietrzu. Część upada na Jej dłonie, twarz, włosy. Obca kobieta zaczęła się modlić, blade usta poruszały się bezgłośnie. Świat nabierał kształtów, to je tracił. Tracę Ją z oczu, ziemia powoli zakrywa ciało Rozy, bezlitośnie mi Ją odbiera. Wepchnęli mi do ręki łopatę. Gdybym miał jeszcze moment… Obca kobieta chwyta rękoma głowę, wołając czyjeś imię. Kogo wzywa? I tak nikt tu nie przyjdzie. Jestem pomiędzy. Zaraz znowu wszystko zgaśnie.
***
Woda spływała strużkami po ścianach, żłobiąc nowe szczeliny. Krople lśniły perliście, tworząc na skałach ułudę srebrnego nalotu. Mirle szczelniej okryła się kocem, pociągnęła nosem. Sztuczki natury niespecjalnie ją interesowały. Trąc zaczerwienione policzki, zerknęła na nieruchomego Raya. Zdawał się spać a przynajmniej drzemać. Skrzywiła się lekko. Alan wciąż nie wrócił. Właściwie się o niego nie martwiła. W ogóle. Prawie. No, może trochę. Powinna mieć odwagę przyznać się do tego przed samą sobą. Czuła, że niełatwo przyszło mu się pogodzić ze śmiercią Rozy. Podobne przygnębienie widziała u chłopaka po śmierci Astrei. Znowu muszą przechodzić bolesny etap leczenia ran. Westchnęła. Jednak podświadomie wiedziała, że zniosą i to. Przecież to nie koniec drogi, mają dotrzeć do elifckiego miasta. Alan się nie podda, choć być może jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy. Odgarnęła wilgotne kosmyki za uszy, zerknęła w stronę wyjścia. Niebo zasnuły szare chmury, wydawało się, że zaraz spadnie deszcz. Delikatnie szturchnęła Raya. -Ray? Śpisz? -Bardzo zabawne – mruknął chłopak, przecierając powieki. Dziewczyna objęła kolana, opierając na nich głowę. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywała się w ciemny kąt jaskini. -Długo nie wracają – powiedziała cicho. -Budzisz mnie tylko po to by oznajmić rzecz oczywistą? – chłopak stłumił ziewnięcie. – Nie ma ich, przecież widzę. Półelfka spojrzała na niego z ukosa. -Racja, głupia jestem. Wybacz, że cię obudziłam – odparła kpiąco. – Zapomniałam, że wszystko, co nie dotyczy ciebie obchodzi cię tyle, co nic. Zwłaszcza, gdy chodzi o Alana czy mnie. -Nie dramatyzuj – wymruczał, unosząc się na łokciach. – Mam udawać, że się przejąłem? -Mógłbyś. -Być może wykażę się następnym razem. -Następnym? – Mirle uniosła brwi. – Nie będzie następnego razu. Tym razem Ray ociągał się z odpowiedzią. Wpatrywała się uważnie w jego profil, żałując, że twarz chłopaka pozostaje w cieniu. -Jadę z wami dalej – powiedział cicho. -Jak to jedziesz?! -Nie musisz cieszyć się aż tak bardzo – odparł, lekko urażony. Mirle patrzyła z niedowierzaniem na Raya, nie wiedząc, czy ma to uznać za kolejny żart. -Skąd taka zmiana decyzji? Nie uwierzę, że los Alana cię wzruszył. Zwłaszcza, gdy podbił ci oko. Chłopak odruchowo dotknął miejsca, które jeszcze kilka dni temu zasłaniał opatrunek. Skóra wciąż miała lekki odcień fioletu, a brew przecinała wyraźna blizna. To z kolei była pamiątka po potyczce z Sethem. -Myślę, że moje interesy są najmniej ważne. Przecież wszyscy na tym skorzystamy – odparł spokojnie. -Mydlenie oczu – parsknęła cicho. – Cały ty. -A co chciałabyś usłyszeć? – zapytał nagle, wysuwając twarz z cienia. Spojrzał wprost na nią, przysuwając się bliżej. W jego spojrzeniu dostrzegła ciekawość, skórę łaskotał ciepły oddech. – No dalej. Co chcesz, bym powiedział? Dziewczyna zagryzła wargi. Ray wpatrywał się w nią z udawanym spokojem, choć gdzieś w kącikach oczu czaiło się napięcie. Otworzyła usta, ale nic nie odpowiedziała. Umysł podsuwał jej jedną, natrętną myśl. Z niepokojem odkryła, że była rzecz, którą chciałaby usłyszeć. Miała nadzieję i nie wierzyła w nią jednocześnie. Zacisnęła palce na fałdach koca, zła na siebie, że dała się tak zaskoczyć. -To mogłoby być wiele rzeczy, ale przestałam się łudzić. Nie jesteś wspaniałomyślny – odparła. Ray uśmiechnął się słabo, pokręcił głową. Z powrotem się położył, zakładając ręce za głowę. -Mydlenie oczu – szepnął wystarczająco głośno, by usłyszała. – Cała ty.
***
Widziała w lustrze jego profil. Widziała, jak siada na krawędzi łóżka, głaszcze pościel. Leżała skulona na jednym skraju łóżka, on był na drugim. Zbyt daleko. Znowu dzieliła ich przepaść nie do pokonania. -Danae – szept był dziwnie miękki, poruszający struny uśpione od lat. Na moment ogarnęło ją szalone pragnienie, by gładził ją po policzku, wtulił twarz w jej włosy. Zacisnęła powieki, niemal pewna, że zaraz poczuje jego dłoń. Czekała, a sekundy się wydłużały. Nic się nie stało. -Danae. Uniosła powieki. Wpatrywała się w zarys męskiej sylwetki, w jego dłonie. Co robił przez cały dzień? Siedział w gabinecie? -Proszę, skończmy z tymi podchodami. Potrzebuję cię. Do czego, Evielu? Bym poleciła ci jakąś książkę wartą przeczytania? A może byś czuł, że w swojej samotności – o ironio – nie jesteś sam? -Jesteś moją żoną. Byłam też matką. Na stopach wciąż czuła pył, brud ziemi. Tunika płaczki zyskała zapach świeżego powietrza. Czarne cienie rozmazały się po policzkach, tworząc smugi -Wiem, że to dla ciebie trudne – Eviel schylił głowę. – Jak dla nas wszystkich. Ale spróbujmy porozmawiać. Nie chcę by tak było zawsze, rozumiesz? To smutne, wiem. Ale co jeszcze chcesz usłyszeć? To, czego ja chcę chyba przestało być ważne. Sama już nie wiem… Nigdy nie wiedziałam. Mój błąd. Moja słabość, moja wada. Gdybym mogła coś naprawić, cofnęłabym się wiele lat wcześniej. Niestety, przekręcić w tył wskazówki zegara to za mało. Nie pomożesz mi, pomyślała. Jej wzrok powędrował w stronę dłoni i srebrnej obrączki. -Niedługo odbędzie się egzekucja reszty złapanych. Nie potępiaj mnie, to część moich obowiązków. Tak po prostu musi być. Nie proszę cię, byś mi towarzyszyła… Nie zamierzam. -… ale byś wróciła. Do mnie, do życia. Danae, jest tyle dni przed nami. Proszę, nie marnuj tego. Zegar tykał sennie, przez grube kotary docierały tylko pojedyncze snopy dziennego światła. Kobieta przytuliła twarz do poduszki, wsłuchując się w łagodny głos Eviela. Dlaczego do niej nie podejdzie? -Wiem, że mnie słyszysz. Chcesz mi zrobić na złość? To nic. Będę czekał. Eviel zamilkł, przez chwilę przyglądał się żonie. W końcu wstał. Słyszała jego świszczący oddech, a potem skrzypnięcie drzwi i oddalające się kroki. Znowu została sama. Długo jeszcze leżała nieruchomo. Ten ciemny pokój dawał jej poczucie bezpieczeństwa. W sennej atmosferze i półmroku rzeczywistość wydawała się mniej straszna, a przyszłość zbyt daleka, by się o nią martwić. Nie wiedziała, co zrobi. Po pogrzebie Rozy poczuła chwilową ulgę, a zaraz potem znużenie. Przypomniała sobie słowa Eviela. Mieli wiele dni przed sobą… Bogowie, jakich dni? Czym wypełnionych? Wspólnymi posiłkami, zdawkowymi rozmowami?…