Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 38 min czytania

Wrota Starożytnych - Rozdział XXI

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ XXI

Szedł brzegiem plaży, obserwując jak fale liżą jego stopy. Na wargach czuł posmak soli. Wilgotny, chłodny wiatr smagał skórę, przeczesywał włosy. Alan wsunął ręce do kieszeni, rozejrzał się. Piasek był szary i sypki jak kasza, przypominał popiół. A morze… Morze. Woda wydawała się dotykać nieba. Szarość sklepienia płynnie przechodziła w wzburzoną ciecz koloru rtęci A poza tym, nie było nic. Szarość. Świat z popiołu. Podwinął mokre nogawki, skórę do kostek drażniła zimna morska woda. Obserwował zygzakowatą linię zostawianą przez fale i niszczejące zamki z piasku… czy z popiołu. Wszystko jedno. Był zmęczony. Czuł dziwne znużenie, jakby żył zbyt długo i widział zbyt wiele. Gdzie on właściwie jest? To sen, podpowiadała mu resztka rozsądku. Nie martw się, tylko śnisz. Spacerował boso, bez płaszcza, bez broni. Bez przyjaciół. Sam. Białe grzywy fal z furią atakowały wybrzeże. Po szarym sklepieniu przetaczały się szare chmury. Nie wiedział, ile szedł. Był dziwnie otępiały i zdrętwiały. Dlaczego muszle są muszlami? Kto zbudował te zamki? Zapowiada się sztorm? Czy naprawdę nie miał innych problemów? Nagle zatrzymał się. Kilkanaście korków dalej siedziała Roza. Stał nieruchomo, ze zdziwieniem obserwując dziewczynę. Miała na sobie prostą sukienkę, teraz brudną i zszarzałą. Tą samą, w której ją pogrzebali. Wydawała się być jeszcze drobniejsza niż dawniej. Dawniej… To znaczy, kiedy? Podszedł bliżej. Jej stopy obmywała woda, ale mimo to, wciąż były pozlepiane ziemią i pyłem. Skórę pokrywała cienka warstwa brudu i skrzepłej, rdzawej krwi. Tak samo ręce. Chude, smukłe i dziwnie blade. Dziewczyna przesypywała piasek między palcami. - Gdzie jestem? – zapytała, unosząc głowę. Tęsknym wzrokiem wpatrywała się w horyzont. – Czemu wszyscy zniknęli? Alder mnie wzywa. Co noc, co dzień, w każdej chwili słyszę jego głos. I nie mogę mu odpowiedzieć. A tak bardzo bym chciała. Alan wciąż tkwił w bezruchu. Czuł, jak coś ściska mu żołądek, ale nie zdobył się na jakąkolwiek reakcję. Przecież śni, więc co może zrobić. Jest więźniem własnych urojeń. - Chciałabym porozmawiać z matką. Jej nie słyszę w ogóle. Może o mnie zapomniała… Alanie, gdzie jesteśmy? – dopiero teraz spojrzała na chłopaka. Nieustannie, prawie mechanicznie przesiewała piasek. – Dokąd wszyscy odeszli? Chłopak uklęknął przy niej, spróbował się uśmiechnąć. Patrzyła na niego ze zdziwieniem dziecka, które obudziło się po długiej podróży i jeszcze nie zapoznało się z nowym miejscem. Wpatrywali się w siebie, jakby dopiero uczyli się używać wzroku. W ciemnym spojrzeniu Rozy malowała się fascynacja i pytanie. Alan spuścił głowę. Skoro to sen, to dlaczego wszystko wydaje się być tak prawdziwe? Morze jest lodowate a wiatr pachnie wilgocią. Co mam jej powiedzieć? Znowu powracały wspomnienia z Rawengladu, tak jak wracały każdej nocy. Roza potarła policzek. Chciał dotknąć jej ręki, ścisnąć końce palców. Tylko tyle lub aż tyle. Ale powstrzymał się. Nie należy do niego, nie ma prawa. Nawet jeśli to bzdurny sen, który za chwilę się skończy, pobawi się w bycie honorowym mężczyzną. To nie ma sensu, pomyślał bezradnie. Nagle dziewczyna przysunęła się bliżej, wsuwając szczupłe palce w jego włosy. Dreszcz przemknął mu po plecach, zostawiając piekący świat. Zapachniało morzem. Roza przeczesywała jego włosy delikatnymi ruchami. Obserwowali się w milczeniu, z napięciem, wciąż odgrodzeni barierą, którą bali się przekroczyć. Niech ta chwila się nie kończy, błagał w duchu. Wolał tą ułudę przyjemności niż nic. Powinien się odsunąć, coś zrobić, bo w końcu słodycz zacznie mieszać się z goryczą. Po chwili Roza drgnęła i odsunęła się powoli. Przestał czuć dotyk jej dłoni, a wtedy poczuł nieprzyjemne ukłucie i nieznośne poczucie straty. - Przepraszam – szepnęła z zakłopotaniem Roza. – To wszystko… skomplikowało się trochę. Mogę wrócić z tobą? Nie lubię tego miejsca. Wpatrywał się w jej twarz przepraszającym wzrokiem. We włosach miała kawałki liści i grudki ziemi. Zacisnął powieki. - Miałam za mało czasu – roześmiała się gorzko. Rzuciła garścią piasku w morze, pył rozwiał wiatr. Spojrzał na fale. Tylko na chwilę, ale gdy zwrócił z powrotem głowę ku dziewczynie, odskoczył nerwowo. Rozy nie było. Patrzył teraz na kobietę, dziwnie mu znajomą, w zielonym podkoszulku i spranych dżinsach. Głowę podpierała rękoma. Tępo wpatrywała się w fale, bez entuzjazmu lustrując ogrom morza. Alan odsunął się gwałtownie, patrząc z przerażeniem na swoją macochę. - Alan, wracaj – szepnęła. – Ja wiem, popełnialiśmy błędy. Boże, nawet nie jestem twoją matką. Nie ma cię już dzień, już tydzień, już miesiąc. - Anna… - wybełkotał cicho. Wyciągnął rękę, ale zdawała się go nie widzieć. Zmieniła się, a może po prostu zapomniał jak wyglądała? Rudawe włosy zszarzały i zmatowiały, wokół jej oczu zarysowały się cienkie nitki zmarszczek. Obgryzała paznokcie, czasami nerwowo odgarniając za ucho kosmyk.. -To na pewno tylko szczeniacki wybryk – zaśmiała się niespokojnie, bez wiary. – Uciekłeś z domu? Ja rozumiem, też byłam młoda. Ale to już koniec zabawy, serio, koniec wygłupów. Czekamy. Przecież jesteśmy rodziną. Popapraną, wykolejoną zbieraniną, ale jednak rodziną, prawda? Więc zwiałeś z kolegami? Z dziewczyną? Ktoś cię namówił? - Anna, ja… - Wróć. Naprawimy wszystko, zobaczysz – szepnęła cicho. - Anna… - Wróć, proszę, wróć… - Wrócę! – wrzasnął. – Słyszysz mnie? Wrócę, właśnie, że wrócę! Daj mi czas, kilka dni, błagam! Nie patrzyła na niego. Objęła kolana rękoma, z łagodnym uśmiechem wpatrując się w szalejące morze. Jej tenisówki były całkowicie przemoczone. Alan potrząsał nią, krzycząc głośniej, ale nie spojrzała na niego ani razu. Niczym bezrozumna kukła, obserwowała fale i zmarszczoną powierzchnię wody, jak mantrę powtarzając błagalne „Wróć”. Zaklinała go, a on czuł to każdym nerwem. Nie miał odwagi jej uderzyć, i tak by nie zareagowała. Sen ma własne, bezlitosne prawa. -To znak? – rzucił ze złością w przestrzeń. – Tak to wygląda? Mam wrócić, bo stałem się niewygodny? Delikatna aluzja od Starożytnych? – zawołał drwiąco. - Jesteśmy twoim domem – wymruczała sennie Anna. – Policja cię szuka, ale nie bój się. Ja zrozumiem, jakoś z tego wybrniemy. Grunt, byśmy byli razem. Tylko daj mi szansę, a będziemy lepsi. Alan bezradnie patrzył jak Anna nagle ziewnęła, przetarła kciukami powieki. Była na wyciągnięcie ręki, tuż obok niego. Chuda, zmęczona, ale znajoma. Siedziała obok niego, ale dzieliły ich wymiary. Znajdowała się poza granicą jego rzeczywistości. Była gdzieś, ale nie tu. Poczuł rosnącą falę rezygnacji i tęsknoty za tym wszystkim, co było już nieosiągalne. Brakowało mu Wrót. Gdyby tylko je znalazł… - Nie wiem, czy mnie słyszysz. Bardzo bym chciała. Niezbyt umiem się modlić, ale to chyba było coś na kształt modlitwy. A teraz dobranoc. Muszę położyć dzieciaki spać, późno już. - Dobranoc – odpowiedział głucho. Mógłby wrzeszczeć, i tak go nie słyszała. Anna wstała, wsunęła ręce do kieszeni spodni i ruszyła brzegiem przed siebie. Czuł w gardle dławiący, bolesny ucisk. Z trudem zamknął oczy i pozwolił jej zniknąć. Gdy je otworzył, znowu był sam. Anna odeszła, tak jak Roza. Nie zostawiły nawet śladów, jakby nigdy nie istniały. Klęczał sam na piasku, dziwnie pusty, rozebrany na kawałki. Westchnął cicho i zanurzył rękę w piasku. W zamyśleniu przesiewał go przez palce, obserwując jak wiatr unosi drobiny w dal. Fale jednostajnie biły o brzeg.

***

- Myślę, że możemy się tutaj zatrzymać – Ray zeskoczył z konia i rozejrzał się uważnie. - Polana – stwierdził niepotrzebnie Alan. – A więc jesteśmy w domu. Po pobycie w Rawengladzie, wygodnych łóżkach i ciepłych śniadaniach, powrót na twardą ziemię i ognisko nie bardzo uśmiechał się chłopakowi. Z ulgą jednak stwierdził, że nie było tak źle. Na szczęście nie odzwyczaił się od leśnych niewygód. Pogłaskał chrapy konia. W końcu musiał przyznać, że dobrze być znowu w drodze. - Znowu źle spałeś? – Mirle spojrzała na niego z troską. Chłopak uśmiechnął się, lekko wzruszył ramionami. – Ten sam sen? - Tak, już któryś dzień z rzędu. Nie mogę się go pozbyć. - Może nie powinieneś? – Ray ułożył torby pod drzewem. – Może w końcu sam zniknie? Alan nie odpowiedział. O Rozie i Annie śnił co noc, od nowa odtwarzając tę samą opowieść. Wciąż czuł na sobie cień wspomnień Rawengladu, egzekucji, Rozy. Powracały do niego w nocy, nad rankiem znikając i zostawiając poczucie niezrozumiałego przygnębienia. Nie potrafił się z tego uwolnić. Ray i Mirle nie poruszali tematu Rawengladu. Alan zauważył też, że chłopak i półelfka do wszystkich wspomnień podchodząc dość nerwowo. Ich sztuczna obojętność i wymuszona naturalność z początku go irytowały, teraz tylko bawiły. - A może zniknie, gdy znajdziesz Wrota? – podsunęła Mirle. Alan skrzywił się lekko. - Nie „gdy” a „jeśli”. Może Starożytni delikatnie mnie popędzają? – dodał z przekąsem. – Alan przypałętał się, ale teraz powinien wrócić do siebie. Tylko wciąż mu to nie wychodzi. Wiecznie ma jakieś problemy, wiecznie coś go odsuwa od celu. - A może nie chce wrócić? – wtrącił Ray, przyglądając się Alanowi badawczo. – Czy chłopczyk brał pod uwagę takie rozwiązanie? Alan stanął pośrodku polany, patrząc zaskoczony na ciemnookiego przyjaciela. Ray uśmiechnął się triumfująco. - Co powiesz? - Nic. - Brak odpowiedzi bywa odpowiedzią. - Alan, chodź ze mną przynieść wodę – przerwała nerwowo Mirle, ciągnąc chłopaka za rękaw. O wiele za szybko ruszyła w stronę drzew. – Dość gdybań na jeden raz.

Wśród gałęzi drzew buszował wiatr. Szumiał, szeleścił. Przynosił spokój. Alan ułożył się na trawie, obserwując rozgwieżdżone niebo. Ile razy już je oglądał? Uśmiechnął się lekko. Mirle i Ray kończyli kolację. - Jako pierwszy obejmę wartę – Ray przerwał ciszę. - Wartę? Od kiedy wystawiamy wartę? - Od dzisiaj. Jesteśmy na terenie Północy. Wschodnie lasy zostały już dawno za nami. -Skoro tak uważasz. – Mirle przeciągnęła się leniwie. -Tak uważam – Ray wstał. – Oczywiście, jest jeszcze Alan z magicznymi sztuczkami. Czego Xylocopus cię właściwie nauczył? Alan niechętnie uniósł głowę. Zupełnie nie miał ochoty na rozmowę. - Wyciągania królika z kapelusza i bukietu z rękawa – mruknął, przysuwając się bliżej ogniska. - A konkretniej? – oczy Raya zwęziły się lekko. Mirle objęła kolana rękoma, także wbijając w Alana zielone spojrzenie. Chłopak zrozumiał, że nie odpuszczą. - Udało mi się opanować energię i wykorzystać ją w zaklęciach. Jeśli zechcę jej użyć, nie zdemoluję niczego wokół siebie – uśmiechnął się słabo. – Poznałem też nowe zaklęcia. Atta zostawiła ich w moim umyśle więcej, niż przypuszczałem. -Na przykład? Alan westchnął.

- Świetnie, idzie ci coraz lepiej – Xylocopus skinął z zadowoleniem głową. Alan oparł ręce na biodrach, starając się uspokoić oddech. Czuł się, jakby cały czas biegł pod górę. Rzadkie powietrze drażniło jego gardło i rozpychało się w płucach. A przecież nie ruszył się z miejsca. Po chwili doszła do niego świadomość, czego dokonał. Po raz pierwszy udało mu się zapanować nad własną energią. Czuł, jak gorąco sączy się do najcieńszych żył i tętnic, a palce powoli odzyskują czucie. Xylocopus oparł nogę o średnich rozmiarów skałę, którą Alanowi przed chwilą udało się poruszyć. - Przy systematycznych ćwiczeniach… - Wykończę się – Alan odgarnął mokre od potu włosy. – Jeśli tak ma wyglądać magia, powinienem dać sobie spokój. -To tylko początkowe trudności. Jeśli okiełznasz siłę, żadne zaklęcie nie będzie większym problemem. Masz ułatwienie, ponieważ – chcąc lub nie – znasz technikę. Całą wiedzę otrzymałeś od Atty. - Nie znam zbyt wielu zaklęć – chłopak wzruszył ramionami. Magii używał rzadko, ograniczał się zresztą do minimum, które mu wystarczało. Nie spodziewał się, by zaklęcia mogły pomóc mu w czymś poważniejszym. - Nie znasz, bo jesteś ignorantem – odparł Xylocopus i nagle chwycił go za nadgarstek. Zaskoczony chłopak nie zdążył zareagować, gdy wylądował na kolanach z niewygodnie wykręconym łokciem. - Odbiło ci?! – wykrztusił zaskoczony. - Skoro prośby nie pomogą – Xylocopus bezceremonialnie mocniej zacisnął palce. Wolną dłonią dotknął skroni chłopaka. – Nie pozwolę ci wstać, dopóki nie wydobędziesz z pamięci nowego zaklęcia. Choćby jednego, słyszysz? Stać cię na to. - Ale… Urwał, czując ostre, precyzyjne ukłucie, pędzące w stronę potylicy. Zacisnął powieki, czując znajome drętwienie ciała i nieznośne ciepło. Świat zaczął ciemnieć, rozciągać się. Przejmujący ból stał się jedyną rzeczywistością, więc Alan zaczął za nim podążać. Poddał się instynktowi i magicznemu zmysłowi Atty, wędrując coraz głębiej. Kościste palce czarodzieja wbijały się w skórę, jego dotyk parzył. Alan zaciskał powieki, mając wrażenie, jakby zapadał się w cieple. Przez umysł zaczęły przelatywać mu słowa, czynności, gesty, których wcześniej nie robił, a które znał doskonale. Przemykały coraz szybciej, szemrząc, szumiąc, pojawiały się i znikały. Magia, zaklęcia, mnóstwo zaklęć, błogosławieństw, modlitw, które mógł użyć. Poczuł ogrom możliwości, które posiadał, a których wcześniej wcale nie szukał. Byle tylko złapać jedno, choć jedno… Miał wrażenie, że przed oczyma migoczą mu złote smugi. Jedno… - Emprorium. Smugi zaczynały blednąć, a uścisk Xylocopusa zelżał. - Wracaj – usłyszał. Osunął się na trawę. Pierwsze, co poczuł to zimny wiatr na skórze. - Emprorium – wybełkotał bez sensu. Uniósł głowę i pytająco spojrzał na Xylocopusa.

- Emprorium? Co to za zaklęcie? – zapytał Ray, gdy cisza zaczęła się przedłużać. Alan wpatrywał się w iskry strzelające do góry i niknące w ciemności. Ray i Mirle czekali cierpliwie, aż znowu zacznie mówić. Alan dotknął czoła. Chyba nie miał wyboru.

- Więc, na czym ono polega? – Alan oparł ręce na kolanach, uważnie obserwując Xylocopusa. Czarodziej bez celu sunął ołówkiem po kartce z szkicownika. Zmarszczył brwi. - Nie jest używane zbyt często. Polega na przenoszeniu przedmiotów – w sytuacji krytycznej także osób – do innego wymiaru. - Wciąż nie rozumiem. - To daj mi skończyć. Za pomocą Emprorium możesz przenosić rzeczy lub osoby do innej rzeczywistości, innego wymiaru, stworzonego przez samego siebie. To jakbyś włożył je do magicznej szafki – czarodziej przekrzywił lekko głowę. – Materia tego przedmiotu znika i przenosi się w inny wymiar, do którego dostęp ma tylko osoba, która wypowiedziała zaklęcie. Nikt inny nie jest w stanie jej zabrać, co najwyżej zmusić cię byś z powrotem sprowadził przedmiot. Haczyk polega na tym, że łatwiej jest przedmiot w innej przestrzeni umieścić niż go stamtąd zabrać. Jest to możliwe, choć dość wyczerpujące. - Rozumiem przedmioty, ale osoby? Xylocopus zawahał się na moment. - Bawienie się duszą i ciałem nigdy nie jest proste. Przenoszenie istot żywych w większości przypadków kończy się tragicznie. Jeśli udałoby się umieścić człowieka z innym wymiarze, najpewniej zostałby tam na zawsze, lub nie przeżyłby sprowadzenia do naszego świata. Scalanie duszy i ciała jest zarezerwowane dla bogów. - Czy były kiedyś takie przypadki? - Kilka – mruknął ponuro Xylocopus. – Zawsze powodowane dobrymi chęciami. Alan skinął głową. Emprorium, pomyślał. Podświadomie czuł, że byłby w stanie użyć tego zaklęcia. Wolał jednak pozostawić to domysłom. - Czy znalazłeś jeszcze inne zaklęcie? - Setki – odparł chłopak. – Miałem wrażenie, że pamiętam każde z osobna, a moje możliwości są nieograniczone. Czułem coś na kształt dzikiej euforii. Xylocopus uśmiechnął się kwaśno. - Magia daje możliwości. Diabelne możliwości. Dobrze, że wreszcie to do ciebie dotarło. - A gdzie podstęp? – Alan zmrużył oczy. To byłoby zbyt proste, gdyby otrzymał coś za darmo. Czarodziej wzruszył ramionami, zdecydowanym ruchem zamknął szkicownik. Przez chwilę wpatrywał się w swoje dłonie. Wstał. - Podstęp jest w tobie. Atta przekazała ci Dar i pole do popisu. Zastanawiałeś się kiedyś, co ją do tego popchnęło? Desperacja czy zaufanie? Ledwo nauczyłeś się panować nad energią. Uważaj, aby cię nie zniszczyła. Wracajmy do obozu, jutro wznowimy ćwiczenia i poszukamy nowych zaklęć. - Idź, dogonię cię. Czarodziej bez słowa ruszył w dół zbocza. Chłopak obserwował jak poły jego płaszcza targa wiatr. Gdy mężczyzna zniknął, odwrócił głowę i wyciągnął rękę w stronę kamienia. Był pewien, że go podniesie.

***

- Nie! Kretyny głupie, nie tak, do cholery! Rekruci cofnęli się, wyraźnie wystraszeni. Z mieszaniną lęku i dezorientacji wpatrywali się w dowódcę miotającego się po placu. Mężczyzna zamilkł nagle i spojrzał na nich badawczo. Jego powieka drgała nerwowo. - Popaprańcy! – wrzasnął znowu. – Czy nic do was nie dociera?! Ile razy pokazywałem wam te chwyty? Źle, mówię wam, źle. Jeszcze raz, choćbyście mieli tu paść. Wydaje się to całkiem możliwe, pomyślał ponuro Amos, przyglądając się ćwiczeniom rekrutów. Najmłodsi mieli po szesnaście lat, a najstarsi… dziewiętnaście? Banda dzieciaków. Zbitych w gromadkę, zagubionych dzieciaków. Kapitan siłą wyciągnął przed gromadę chudego blondyna, wciskając mu do ręki drewniany miecz. - Pokażę ci ruch, a ty go powtórzysz – wychrypiał. Chłopak skrzywił się lekko, patrząc na nauczyciela z miną zbitego psa. Amos przyglądał się, jak rekrut macha mieczem. Raz. Źle. Jeszcze raz. Źle. Znowu. Do skutku. -To nie jest jajko, chwyć mocniej rękojeść – dowódca wyglądał jakby z trudem powstrzymywał się przed rąbnięciem chłopaka w blond łeb. – Mocniej, no dalej. Amos przesunął ręką po twarzy. Obserwując zgraję ćwiczących, czuł się podle. Formując tą grupę, zaryzykował życie kilkunastu młodych ludzi. Wychowani na zamkach, w arystokratycznym światku, ledwo znosili widok miecza. - Będzie z nich świetna przynęta – za plecami regenta Wschodu rozległ się kpiący głos Rolanda. – Jak ich nazwiesz? Ofiary Losu? - Z każdym dniem zyskujesz na humorze – mruknął Amos. Roland zaśmiał się cicho i usiadł obok przyjaciela. - W takiej sytuacji tylko humor mnie ratuje. To sposób odreagowania. Przez śmiech, rozładowuję emocje. W odpowiedzi Amos, wzruszył ramionami. Chwilowo Roland i jego kłopoty obchodziły go najmniej. Obserwował, jak jeden z walczących rekrutów wpadł na drugiego. Bogowie, za co… Nagle cały plan wydał mu się szaleństwem najczystszej próby. Ile razy od ostatniej Rady przechodził załamania, kryzysy wiary we własne siły i możliwości armii. Patrząc na nieporadnych nastolatków, którzy mieli stać się żołnierzami, jęczał w duchu i rozpadał się na kawałki. Machina poszła w ruch, ale zatrzymanie jej było ponad jego siły. - Cóż, może przynajmniej jest nadzieja, że nie nadzieją się na własną broń – Roland uniósł brwi. - Nie pomagasz mi takim gadaniem. - Wiem, wybacz. Ale przyznaj się, nie łudzisz się, że wszyscy wrócą. Amos poczuł nieznośny ciężar, jakby serce oblewał mu płynny ołów. - Nie – odparł głucho. – Skończmy tą rozmowę, jest bez sensu. Roland otworzył usta, ale nic nie powiedział. Ograniczył się do wymownego spojrzenia i lekkiego grymasu ust.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wrota Starożytnych - Rozdział XXI — czytnik · opowiadania