Fantasy · 54 min czytania
Wrota Starożytnych - Rozdział XXIII
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
ROZDZIAŁ XXIII
Obudziła się nagle. Czuła, że śnił jej się koszmar, nie mogła jednak sobie przypomnieć żadnych szczegółów. Otworzyła oczy. Po niebie sunęły wystrzępione skrawki obłoków. Słońce przypominało zasnute bielmem oko, roztaczające wokół siebie blade światło. Wstawał siny, cichy świt. Poczuła, że zdrętwiało jej ramię. Spróbowała się poruszyć, starając się nikogo nie budzić. Alan, Astrea spali – a może udawali – na drugim krańcu łodzi, skuleni obok siebie. - Uważaj – usłyszała ochrypły szept. Spojrzała niepewnie na Raya. Odwrócił głowę, jakby nagle zobaczył coś wyjątkowo interesującego na brzegu. Mirle zdała sobie sprawę, że nic im nie grozi, więc nie zrozumiała na co ma uważać. Objęła nogi rękoma, wciąż tkwiąc w niewygodnej pozycji. Bardzo chciała, aby ją objął. Skrzywiła się na tę myśl. - Nadal boli cię ramię? – zapytała. Mężczyzna z niechęcią przerwał obserwację brzegu. Zmusił się do uśmiechu. - Wyliżę się. Najwyżej stracę sympatię do schodów. Obłoki pojaśniały. Łódka kołysała się łagodnie, płynąc środkiem rzeki. Ucieczka z Tor Saven wydawała się być odległym wspomnieniem z innego życia. Pamiętała bezduszne korytarze, pamiętała huk i bezsensowną bieganinę. Ray milczał, nie próbując przerwać niezręcznej ciszy. Półelfka zaczęła się zastanawiać, czy nie wolałaby koszmaru. - Więc… co dalej? - To zależy od Alana – Ray westchnął cicho, spojrzał na nią z ukosa. – Mirle… połóż głowę. Będzie ci wygodniej. Gdy przysunęła się bliżej, poczuła bijące od niego ciepło. Uspokajało. Zanim ponownie pogrążyła się w śnie, zdążyła się zastanowić, dlaczego im obojgu tak beznadziejnie idzie rozmowa.
{i}Wpatrywał się w las, szumiącą ścianę odmalowaną we wszystkich odcieniach zieleni. Co dzień, gdy wychodził na taras, zastawał ten sam widok. Nie zamieniłby go na nic innego. Uśmiechnął się. Poranne słońce pasami kładło się na deskach tarasu. Musnął ręką wypolerowaną barierkę. Była ciepła. Nie odrywał oczu od lasu. Pomiędzy liśćmi przemykały jakieś sylwetki. Postacie tych, których tak bardzo kochał. Nawet, jeśli nie zdawali sobie z tego sprawy. - Królu Jabłek, chyba powoli się zbliżają – zwrócił głowę w stronę siedzącego na żerdzi ptaka. Masywny gawron potrząsnął łbem, przekrzywił dziób. Puste dziury, gdzie kiedyś musiały znajdować się oczy, nie mogły dać żadnej odpowiedzi. Mimo to, mężczyzna nie przejął się tym. Wystawił twarz do słońca. - Xylocopus mówił, że niedługo się zjawią – zawołał beztrosko. – A on się nie myli. Już niedługo. Gawron załopotał skrzydłami.{/i}
Już niedługo. Alan leżał na ziemi z rękami założonymi za głowę. Powinien pomóc Rayowi w wyciągnięciu łódki na brzeg, ale wciąż nie miał siły się ruszyć. Po przebudzeniu po głowie błąkały mu się te dwa słowa. Już niedługo. Skrzywił się. Tak, może jeszcze w tym życiu, pomyślał kąśliwie. - Alan, może byś się ruszył? – syknął Ray, stojąc po kolana w wodzie. Chłopak niechętnie wstał. - Właściwie dlaczego to robimy? Przecież łódź i tak nie będzie nam potrzebna. - To w ramach przyzwoitości, jeśli naprawdę musisz mieć jakieś wyjaśnienie. I przestań zadawać głupie pytania. - Czemu jesteś taki nerwowy? – Alan uniósł brwi. - Nie zadawaj głupich pytań. Którego słowa nie rozumiesz? – Ray naparł na łódź, przez co omal nie runął do wody. Alan potrząsnął głową i z powrotem wyszedł na brzeg. Z lasu wyłoniły się Mirle i Astrea, obie wyraźnie zniechęcone. Ray także podszedł. Cała czwórka stanęła naprzeciw siebie, jakby nie wiedząc, co teraz ze sobą zrobić. Wydarzyło się tak wiele, a żadne z nich nie wiedziało, czy warto poruszyć wszystkie tematy, czy może po prostu ruszyć dalej. - Rozpalmy ognisko – zasugerowała nieśmiało Astrea. Mirle bez słowa ułożyła stos gałęzi, które znalazła, a dziewczyna za pomocą zaklęcia podpaliła szczapy. - Na jedzenie nie ma co liczyć… - wymamrotał Ray. - Jeśli masz ochotę na jagody, są na polanie. Alan przysunął się bliżej ognia i wyciągnął odrętwiałe ręce. Ciepło przynosiło ulgę. Miał wrażenie, że pobyt w Tor Saven, wszystko, co się wydarzyło, było tylko jakimś przywidzeniem, że do niczego nie doszło. Przed oczyma stanęła mu twarz Gotharda. Alan poczuł, jakby coś ciężkiego przysiadło na jego barkach. Zasługiwał na to. Przez niego znaleźli się w Tor Saven. Gothardowi się należało, pomyślał z desperacją. Zginął, ponieważ go sprowokował. Powtarzał to z uporem maniaka, bo nie mógł znaleźć lepszego usprawiedliwienia. Wsunął palce we włosy. Miał dość. Nie chciał iść dalej. Nie potrafił sobie znaleźć miejsca, nie mógł ani zawrócić, ani nie dał rady iść do przodu. Gardło ścisnęła mu złość i dusząca bezsilność. Czuł, że reszta patrzy na niego z niepokojem, ale nie zamierzał im z niczego się zwierzać. Wypowiadanie swoich lęków na głos tylko pogorszyłoby sprawę. - Tego jest zbyt dużo, musimy od czegoś zacząć – Ray przerwał wreszcie milczenie. – Alan przypomina trupa na urlopie, tylko czekać, aż się rozsypie. A Astrea ma nam chyba coś do powiedzenia. - Mnie możecie sobie odpuścić – mruknął głucho Alan. Ray chciał coś odpowiedzieć, ale Mirle spojrzała na niego znacząco. Astrea zaś rozejrzała się i nagle wstała. - Ma ktoś sztylet? Dzięki, Mirle. Ignorując zdziwienie reszty, znalazła szwy na sukni i wprawnymi ruchami zaczęła zdzierać koronki. - Materiał jest wilgotny, a przez to strasznie ciężki – wyjaśniła. W milczeniu patrzyli jak kolejne strzępy opadają na ziemię. – Im więcej ozdób się pozbędę, tym lepiej. Ray, pomożesz mi oderwać obcasy? - Co? Ach, tak. Po chwili czarodziejka usiadła z powrotem. W obdartej, brudno - niebieskiej sukni przypominała dziewczynę, którą Alan kiedyś wyciągał z wozu Handlarzy. To działo się chyba z milion lat temu, pomyślał. - Jak dostałaś się do Tor Saven? Milczała. Wpatrywali się w nią w napięciu. Astrea spojrzała na bransoletkę, uśmiechnęła się blado. Dotknęła opuchniętego policzka. - Przepraszam was. Tyle na początek. Nie mogę powiedzieć, że żałuję tego, co zrobiłam, ale – westchnęła – mogłam to rozegrać inaczej. Skinęli tylko głowami, nie chcąc przerywać. - W Tor Saven znalazłam się z własnej woli. Udałam się tam wraz z Crackiem, tuż po balu hrabiny de Vav. - A więc nie uciekłaś z pożaru? - Pożaru? – zmarszczyła brwi. Pokrótce opowiedzieli jej, co działo się po przyjęciu. Astrea słuchała w milczeniu. - Opuściłam zamek tej samej nocy. Pamiętam, że gdy oddalałam się powozem od pałacu, oglądałam rozbłyskające na niebie sztuczne ognie. - Nawet się nie pożegnałaś – powiedziała oschle Mirle. - Zostawiłam wam list, ale widać nie dotarł – odparła potulnie czarodziejka, próbując się uśmiechnąć. – Wiem, że powinnam was wtedy uprzedzić. Powinnam zrobić wiele innych rzeczy. - Szybko to spostrzegłaś. Astrea nie dała się wyprowadzić z równowagi. Owijała kosmyk włosów wokół palca, wpatrując się w ognisko. Na chwilę jej spojrzenie jakby się zamgliło. Było gdzieś daleko, nie na polanie, nie z nimi. Alan nie miał siły nawet być na nią wściekły - Wiem, że macie pretensje… - Nie mamy – powiedziała cicho, ale wyraźnie Mirle. – Wydarzyło się już tyle, że fakt, czy zwiałaś z kochankiem czy po prostu się upiłaś nie ma znaczenia. Astrea zacisnęła usta.. Przez chwilę dało się słyszeć tylko szum wody. - Byłam tchórzem. - Czasami każdy nim jest. - Teraz to widzę. Ale na początku… na początku nie żałowałam niczego.
Był już środek lata. Słońce hojnie słało promienie, złocąc ściany kamienic i drzewa. Wiatr lekko poruszał gałęziami klonów, figlarnie zahaczał o spódnice kobiet, zrywał kapelusze z głów. Na rogu tłoczyła się kolejka po lody, jakieś dzieciaki rozpychały przechodniów. Grupka młodych dziewczyn śmiała się wesoło, odpoczywając pod cieniem kasztanowca. Barwny tłum zafalował, zakołysał się, zapachniało ciastkami. Był już środek lata, świat zdecydował się zwolnić. Astrea osłoniła oczy dłonią, z uśmiechem przyglądając się spacerującym ludziom. Poczuła, jak czyjaś ręka obejmuje jej talię. - Idziemy? - Oczywiście. Kawiarnia jest na rogu, prawda? - Tak, to niedaleko. Pozwoliła się poprowadzić, zagłębili się w kolorowy, radosny tłum. Dziewczyna nie mogła przestać się uśmiechać. Miała wrażenie, że ogląda wszystko przez różowe szkiełko. Tymczasem przeszli przez rynek i skryli się w cieniu kamienic. Astrea nie zdążyła nacieszyć się chłodem, bo po chwili już wchodzili do przytulnej kawiarni. Owiał ją słodki, przyjemny zapach ciasta, karmelu i kawy. - Jesteśmy – usłyszała. – Nasz stolik. Ręka nadal mocno i pewnie obejmowała jej talię. Lawirując między ludźmi, zbliżali się do stolika. - Crhack! Ty tutaj? Co za spotkanie? Druidka poczuła, jak nacisk męskiej dłoni słabnie, jak ktoś delikatnie puszcza jej talię i zostaje sama. Rozczarowana obejrzała się, szukając właściciela głosu. Znalazła właścicielkę. W ich kierunku przeciskała się młoda ciemnowłosa dziewczyna. Nieco smuklejsza i wyższa od Astrei, ubrana była w zwiewną sukienkę, idealną na gorące popołudnie. Srebrne kolczyki słały świetlne refleksy. - Vesper, witaj – Crhack uśmiechnął się lekko, całując znajomą w policzek. Astrea uniosła kąciki ust, licząc, że ten grymas wystarczy za powitanie. Pojawienie się czarnuli było ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę. Dziewczyna zerknęła z ciekawością na Astreę, jednak wciąż zwracała się tylko do mężczyzny. - Kiedy wróciłeś do Tor Saven? A jak udał się bal u hrabiny? Tak dawno cię nie było, musisz mi wszystko opowiedzieć. - Obowiązkowo – skinął głową Crhack. – Przedstawię ci moją… znajomą, Astreę. Astrea, to Vesper. Vesper dygnęła wdzięcznie i wyciągnęła dłoń. Astrea ścisnęła ją mocno, wciąż zmuszając się do uśmiechu. - Vesper, przysiądź się do nas. Nie masz nic przeciwko? – Crhack zwrócił się do Astrei. - Skąd, z przyjemnością – skłamała. Miała wiele przeciwko, ale robienie awantury było jednak bez sensu. Mężczyzna wyglądał na zadowolonego. - To świetnie. Usiądźcie, ja za ten czas poszukam właściciela. Poznajcie się lepiej. Astrea zacisnęła palce na fałdach sukienki. Dzieciństwo spędziła wśród arystokracji, wychowała się wśród kobiet pokroju Vesper. Znała ich zwyczaje, zachowanie, nauczyła się z nimi rozmawiać. Konwersacja jej nie przerażała, jednak nie miała najmniejszej ochoty bliżej poznawać Vesper. Tymczasem nowa znajoma pociągnęła ją do stolika tuż przy oknie, skąd miały dobry widok na rynek i spacerowiczów. - Pozwolisz, że zapalę? – Vesper przysunęła popielniczkę. - Proszę. Crhack pali na okrągło, przywykłam – odparła Astrea, maskując cierpkość w głosie. Niezmieszana Vesper, wyciągnęła długi papieros, nieco smuklejszy od tych, które palił Crhack. Po chwili Astreę owiał dym papierosowy i ledwo wyczuwalny rześki aromat. - Mentolowe – usprawiedliwiła się Vesper. Potarła palcem powiekę i spojrzała z uwagą na Astreę. Kąciki jej ust zadrgały lekko. - Więc jesteś znajomą Crhacka… Gdzie się poznaliście? - Na balu hrabiny de Vav. Długa historia. - Na pewno – odparła bez przekonania Vesper. Z czerwonych ust wypuściła smugę dymu. – W końcu Crhack otacza się samymi dobrymi znajomymi. Astrea drgnęła, lekko unosząc brwi. Dopiero teraz zauważyła zmianę w postawie Vesper. Ciemne oczy dziewczyny taksowały uważnie czarodziejkę, już bez słodkiej wesołości, ale z bystrością i cieniem ironii. Druidka odrzuciła w tył włosy, wydęła usta. - Umie sobie dobierać przyjaciół – rzuciła, ciekawa reakcji Vesper. Ta wzruszyła lekko ramionami. Tłum w kawiarni gęstniał, po raz pierwszy zapach lukru i owoców zaczął przeszkadzać. Pojawienie się Vesper rzuciło cień na zadowolenie Astrei. Czy to zazdrość, zastanawiała się Astrea. Nie potrafiła tego wyjaśnić. Bez powodu wygładziła serwetkę. Vesper paliła w zamyśleniu papierosa. - Swoją drogą, ciekawe, że przerzucił się na blondynki. Wolał ciemnowłose – westchnęła, a nim Astrea zdążyła zareagować, rzuciła: – Zaprosił cię już na podwieczorek u namiestnika? Albo u któregoś z członków Rady? - Jesteśmy umówieni na pojutrze – odparła głucho Astrea. Traciła kontrolę nad rozmową. Poczuła złość. - A więc jednak się przerzucił – dodała cicho Vesper, gasząc papierosa w popielniczce. – Pozwolisz, że zapalę jeszcze jednego? - Spróbuj, a pożałujesz – Astrea uśmiechnęła się chłodno. – Co mają znaczyć te pytania? - Wiesz, że Crhack ma żonę i córkę? – zignorowała ją Vesper, niechętnie chowając papierosy. Astrea poczuła silne ukłucie, spuściła głowę, udając, że musi poprawić fryzurę. Vesper wpatrywała się w nią uparcie, więc robiła wszystko, by powstrzymać drżenie rąk. - Wspominał mi o niej, o rozstaniu– wykrztusiła w końcu. - Spróbowałby, wtedy straci połowę majątku – Vesper uśmiechnęła się, ukazując rząd równych, białych zębów. Wyglądało, że ta myśl sprawia jej przyjemność. – Nigdy nie namawiaj go, aby zabrał cię do jego posiadłości, to bezcelowe. Mieszka tam jego żona i córeczka. - Więc czemu nie jest z nimi? - Bo jest z tobą, bo kiedyś był ze mną – Vesper zmrużyła oczy. - A dlaczego powinnam ci wierzyć? - Też kiedyś zadałam takie pytanie. Naprawdę nie mogę zapalić? - Powiedziała ci już, że… - Spałaś z nim? - Nie twoja sprawa – warknęła Astrea, coraz bardziej zirytowana. Vesper patrzyła na nią bezczelnie, jakby właśnie zapytała o pogodę. – Wyjaśnij mi… Urwała, bo do stolika zmierzał Crhack. Napotkawszy wzrok Astrei, uśmiechnął się figlarnie. Dziewczyna spuściła oczy, czując, że zaraz całkowicie straci cierpliwość. - Nie martw się, wszystko w swoim czasie – szepnęła Vesper, wsuwając między wargi smukłego mentolowego papierosa. Spojrzała na Crhacka, a w jej oczach odżył wesoły, bezmyślny ognik. – Dlaczego tak długo? - Nie mogłem go znaleźć – odparł mężczyzna. – Zamówiłem deser lodowy, zadowolone? Astrea, coś się stało? - Duszno tutaj – czarodziejka zerwała się na nogi. – Kręci mi się w głowie, zaraz przyjdę. Potrzebuję świeżego powietrza. Nie czekała, aż Crhack zareaguje, natychmiast wyślizgnęła się w kierunku drzwi. Kątem oka dostrzegła jeszcze ładną, zadumaną twarz Vesper i zaskoczonego Crhacka. Wesoły gwar i ciepło zaczęło ją przygniatać. Wypadła na zewnątrz. Przez chwilę kurczowo trzymała się drzwi, łapczywie wdychając powietrze. Wiatr szarpał jej sukienkę, muskał twarz, szyję. Głowę w całości wypełniał głos Vesper, miała wrażenie, że przesiąkła zapachem miętowych papierosów. Przed oczyma stanęła jej twarz Crhacka, poczuła gorzki smak w ustach. Miał żonę, ale się rozstali. Tak jej opowiadał. Ale przecież… Przymknęła powieki. Czy to ważne? I tak nie kontroluję już wydarzeń, pomyślała. Teraźniejszość zbyt kusiła, aby z niej rezygnować. Westchnęła. Na myśl, że zaraz będzie musiała wrócić do środka, zrobiło jej się niedobrze. Słońce piekło nieznośnie, hałas męczył. Świat stracił swój różowy odcień, a środek lata nagle przestał być tym najszczęśliwszym okresem.
- Wtedy właśnie powinnam wyjechać z Tor Saven – podsumowała lakonicznie Astrea. Mirle, Ray i Alan wpatrywali się w nią w milczeniu, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Dziewczyna odgarnęła kosmyki, westchnęła. – Ale zostałam. Właśnie, zostałam. Z Vesper spotykałam się jeszcze na przyjęciach, w teatrze, na spacerach. Ale to przestało być ważne. Zostałam i było dobrze. Czy raczej prawie dobrze.
Część 22 / 2
- I jaki on jest? - Zionie ogniem i je ludzkie mięso. Lanela, przecież żartowałam. Astrea z rozbawieniem patrzyła na zarumienioną z podekscytowania dziewczynę. Spacerowały po ogrodzie namiestnika, ciesząc się kolejnym pięknym popołudniem. - Ostatnimi czasy niewielu może rozmawiać z Teraakarem – wyjaśniła cicho Lanela, skubiąc nerwowo rękaw bluzki. – Nie drwij ze mnie. - Więc nie zadawaj niemądrych pytań – Astrea potrząsnęła głową i spojrzała na donice z orchideą. Teraakar nie był potworem. Był jak Crhack. Elegancki, jeśli chciał, nonszalancki, uprzejmy. Astrea czuła, że namiestnik traktuje ją z grzeczną obojętnością, nie spodziewała się, by nawet zapamiętał jej imię. Nie obchodziło ją to jednak, poznała w końcu tego, który doprowadził do zburzenia Amaroth i zamieszek w Rawengladzie. Chciała być na niego zła, ale ze zdziwieniem odkryła, że nie potrafi. Lubi psy, pomyślała. Przez cały podwieczorek ten kundel nie odstępował go na krok. - A czy spotkacie się z nim jeszcze? Druidka niechętnie oderwała wzrok od orchidei. - Nie sądzę. Jest zajęty. Jakieś sprawy wagi państwowej, Crhack nie lubi o tym mówić. - Jak wszyscy z Rady – mruknęła cierpko Lanela. Astrea udała, że nie dosłyszała. Crhack miał wiele tajemnic, musiała się z tym pogodzić. Mimowolnie pomyślała o tym, co powiedziała jej Vesper. Coś zakłuło ją mocno pod sercem. Była niemal pewna, że nad uchem rozległ się złośliwy chichot. Masz swoje szczęście, mądralo. Czego się w sumie spodziewała. Nigdy nie rozmawiali o tym, co ich łączy. Nigdy nie zadeklarowali się co do swoich uczuć. Nigdy nie przekraczali cienkiej granicy. Oboje byli niezależni. O ile Astrea mogła mówić o niezależności, nie mogąc ruszyć się z miasta. Znowu usłyszała cichutki rechot. Musiała zrezygnować z magii. Zrobiła to o poranku, tuż po przyjeździe do Tor Saven. Rozliczyła się sama ze sobą, wpatrując się sufit sypialni. Albo będzie czarodziejką, czy – jak kto woli, wiedźmą – albo dziewczyną z arystokracji. No i wybrała. Bolało. Nawet bardzo. Wciąż boli, ale nie zamierzała zmieniać decyzji. Nie zrobiłam tego dla Crhacka, pomyślała z butą. Bała się przyznać, że cokolwiek mogłaby zrobić dla mężczyzny. - Astrea, zobacz, kto idzie – z zamyślenia wyrwała ją uwaga towarzyszki i odgłos szybkich kroków. Uniosła głowę i zobaczyła Crhacka w towarzystwie starszego człowieka. Dziewczyna poznała druida Gotharda. Drgnęła mimowolnie, chociaż nic jej nie groziło. Crhack wyglądał na mocno zdenerwowanego. Gothard tłumaczył mu coś gorączkowo, także ledwo utrzymując spokój. Nagle Crhack przystanął gwałtownie, zbliżając swoją twarz do twarzy druida. Cedził coś cicho, a Gothard ponuro skinął głową. Crhack wyglądał, jakby chciał uderzyć starca. Po chwili się rozeszli. Astrea chwyciła suknię i podeszła bliżej. - Czy… - Podsłuchiwałaś? – zapytał ostro. - Co? Ja… - To dlaczego nie czekasz, aż sam podejdę? – spojrzał na nią z wyraźną niechęcią. Astrea poczuła, jak zdziwienie zastępuje gniew. - Jestem tresowanym psem? – burknęła, zaciskając palce na fałdach materiału. – Więcej szacunku. - Więcej pokory. Jeśli cię nie wołam, nie podchodzisz, zrozumiano? – wysunął lekko brodę, patrząc uważnie na dziewczynę. Najwyraźniej nie spodziewał się innej odpowiedzi, niż potwierdzenie. Astrea zbladła, tłumiąc irytację. Crhack niedbałym ruchem przeczesał włosy. Wiedział, że uwielbiała, gdy to robił. Jednak tym razem jej błękitne spojrzenie było zimne. - Widzimy się wieczorem? – zapytał jakby do niczego nie doszło. Niebieskie oczy, jak dwa zimowe nieba raziły chłodem. - Nie sądzę – syknęła. – Będzie mnie boleć głowa. Tym razem mężczyzna zbladł. Obrócił się i bez słowa odszedł korytarzem. Astrea wpatrywała się w niego, nie będąc pewną, czy czuje wściekłość czy mściwą satysfakcję. Podeszła do niej Lanela, ale wydawało jej się, że rozmawiają przez szybę. - Oboje macie wredne charakterki. Często się sprzeczacie? - Co? Nie… ostatnio tylko… ja… w sumie, nie wiem. Potem chyba ją pożegnała, ale i tego nie była pewna. Dość, że została sama. Coraz mniej słońca, coraz więcej cienia wkradało się do zamkowego ogrodu. Płatki orchidei jakby pociemniały. Usiadła na stopniach krużganku, nawet nie starając się uporządkować myśli. Z ogniska uczuć kolejne powoli się wypalały, aż zostało kilka najmocniej żarzących się węgli. Rozgoryczenie. Złość. Smutek. On śmiał jej rozkazywać. Śmiał podnieść na nią głos. Miała go słuchać dlatego, że się nią opiekował? Gdyby zawsze była posłuszna, do dziś nie ruszyłaby się spoza domu rodziców, wierna poleceniom ojca. Stłumiła przekleństwo. Siedziałaby w ogrodzie, a potem wyszła za mąż. Skończyłoby się znowu na ogrodzie, tyle, że jej męża. Nie odkryłaby magii, nie mogłaby decydować o sobie, nie poznałaby Mirle, Raya i Alana… Ponownie zaklęła. Kolejne ukłucie i podły chichot. Mam nadzieję, że przynajmniej dobrze się bawią, pomyślała ponuro. Wiedziała, że dawni towarzysze nie zasługują na taki komentarz z jej strony. Przymknęła powieki, dotknęła skroni. Może przynajmniej faktycznie rozboli ją głowa. Wstała i bez zapału skierowała się w stronę zamku. Słońce złociło już tylko dachówki, na bladobłękitnym skrawku nieba pojawiały się czerwone smugi.
Astrea urwała. Mirle uciekła wzrokiem w bok, tak jak i Alan. Tylko Ray bezczelnie wpatrywał się w młodą wiedźmę. Starała się wytrzymać jego wzrok, wmawiając sobie, że zasługuje na to spojrzenie. - Chcecie słuchać dalej? Niedługo dojdę do sedna – zawołała i, choć nie wiedziała, dlaczego, sprawiło jej to przyjemną, bolesną satysfakcję.
- Dokąd mnie prowadzisz? - Jeszcze chwila. Astrea skrzywiła się, z trudem hamując irytację. Crhack prowadził ją coraz niżej, minęli wystawny hol, błądzili korytarzami. Astrea zdążyła dość dobrze poznać zamek, nie rozumiała więc, co Crhack chce jej jeszcze pokazać. Wiedziała nawet, jak dojść do lochów, jednak nie przyznawała się do tych wycieczek. Nie miała ochoty na kolejną dyskusję. Mężczyzna mocniej chwycił jej rękę, gdy znaleźli się w podziemiach. - Tutaj. - Co tutaj? Piwnice zamku – wzruszyła ramionami. Crhack potrząsnął głową. - Posłuchaj mnie. Za tymi drzwiami jest kanał. Płynie nim rzeka, płynie przez podziemia i uchodzi dopiero poza miastem, blisko lasu. Są tu też łodzie, którymi można sterować, tak, aby bezpiecznie wypłynąć z miasta. - Dlaczego mi to mówisz? – spojrzała na niego z niepokojem. Crhack zaśmiał się cicho. - To przejście może się niedługo przydać. Chcę, byś wiedziała o nim, gdybyśmy się rozdzielili. - Ale… - wciąż nie rozumiała. - To prezent na urodziny, nawet, jeśli ich dzisiaj nie masz – zamknął jej usta pocałunkiem. – Te łodzie mogą ci uratować życie. To chyba lepsze niż nowe bransoletki, prawda? – pocałował ją jeszcze raz. – Za wszystkie urodziny, które miałaś i które będziesz mieć.
- Więc już wtedy wiedział o oblężeniu – powiedział Alan. Astrea skinęła głową. – I zależało mu na tym, byś była bezpieczna. - To chyba działa na jego korzyść – Mirle uniosła brwi. - Nie wiem, kim dla mnie był Crhack – powiedziała bezbarwnym głosem Astrea. – Jestem mu wdzięczna, ale… - potrząsnęła głową. – Posłuchajcie dalej.
Jego zarost drapał policzki Astrei, ale nie przeszkadzało jej to. Poczuła, jak smukłe palce mężczyzny wsuwają się w jej włosy, niecierpliwie wyplątują spinki z kosmyków. I tak dobrze, że to spinki, a nie guziki bluzki, pomyślała z wyjątkową jasnością. Pachniał mieszaniną męskich perfum i koniaku. Nie wracali do kłótni. Jak zawsze, gdy dochodziło do sprzeczek. Rozważnie zadeptywali ślady konfliktów. Astrea przestała się zastanawiać, na czym jej zależy. Mężczyzna odchylił się lekko, bawiąc się tasiemkami sukienki dziewczyny. - Może wyjedziemy z miasta? – zaproponowała nagle Astrea. – Mam dość siedzenia w tych murach. - Tort Saven tak szybko ci się znudziło? W tej chwili i tak muszę zostać. - Dlaczego? - Jestem potrzebny Teraakarowi. Słyszałaś plotki? - Kto ich nie słyszał – odparła kwaśno. – A więc atak wojsk Wschodu jest pewny? - Tak. Ale nie rozpowiadaj tego. Sianie paniki nie ma sensu. - A nie lepiej rozegrać to za pomocą dyplomacji? - Czego? – mężczyzna parsknął śmiechem. – Mamy rozmawiać z… z nimi?! Nie, słońce, to niemożliwe. Ani Teraakar, ani oni nie zechcą pójść na ugodę. Nieco urażona dziewczyna wzruszyła ramionami. Powoli zapadał zmierzch, latarnik rozświetlał ogrodowe lampy. Powietrze przesycone było gorącem dnia i zapachem kwiatów. Nad kępami krzewów unosiły się świetliki. Rozmawiali jeszcze przez chwilę, ale nastrój nieco się popsuł. W końcu postanowili wstać i skierować się w stronę pałacu. Park powoli pustoszał. Astrea obserwowała, jak część ludzi szczelnie zamyka okiennice, a reszta właśnie wychodzi na ulice. Tor Saven ożywało także w nocy. Powoli skierowali się w węższą uliczkę. Astrei nie śpieszyło się do komnaty. Czasami miała nieprzyjemne wrażenie, że gdy kładzie się spać, ktoś zamyka jej drzwi na klucz. Nagle usłyszeli stukot końskich kopyt. Hałas nasilał się coraz mocniej, jeźdźcy musieli się zbliżać. - Co za idioci – warknął Crhack. – Jechać gromadą przez tak wąską uliczkę… Pewnie przyjezdni i nie znają planu miasta. Astrea nie zdążyła odpowiedzieć, bo po chwili obcy wypadli zza zakrętu. Crhack szarpnął ją gwałtownie w tył, wprost sprzed końskich kopyt. Zadudniło. Jeździec najwyraźniej dopiero teraz spostrzegł spacerujących. Zrobiło się zamieszanie, na ulicę wjechało jeszcze kilka koni. - Gdzie jest pałac namiestnika? – zawołał ochryple jeden z jeźdźców. Astrea cofnęła się, mimowolnie obserwując resztę koni. Wydawały się być obładowane towarem. - Uważaj, jak jedziesz, mogłeś mi stratować dziewczynę – wycedził Crhack. Postać wykonała nieokreślony ruch ręką. - Którędy szybciej na zamek? - A kogo szukasz? Astrea usłyszała cichy jęk, podeszła bliżej i wyciągnęła rękę. Światło księżyca wysunęło się zza dachu. Towar okazał się być człowiekiem rzemieniami przymocowanym do siodła, aby nie spadł. Astrea spojrzała na twarz skrępowanego i zbladła. - Szukam druida Gotharda. Znajdę go tam? Głos Crhacka wydawał się być dziwnie odległy. Dziewczyna tępo wpatrywała się w pierwszą twarz, po chwili szybko podeszła do następnych koni. - Nie rusz – syknął drugi jeździec, gdy chciała dotknąć ludzi. - Dlaczego są nieprzytomni? – wykrztusiła. Nie otrzymała odpowiedzi. Nagle pierwszy mężczyzna krzyknął cicho, ścisnął boki konia i pognał przed siebie. Druidka miała wrażenie, że odgłos kopyt wypełnił cały świat, że zaraz skruszy mury kamienic i bruk chodnika. - Dureń, jak on chce jechać przez miasto… - doszedł w końcu do niej zirytowany głos Crhacka. – Nie dość, że się spóźnił, to pcha się prawie główną drogą. - Znasz tych ludzi? – spojrzała na niego w osłupieniu. – Dokąd wieźli jeńców? - Zapytaj Gotharda. Zresztą, nieważne. Chodźmy już. Nie pamiętała drogi do zamku. Nie odpowiadała na coraz bardziej natarczywe pytania Crhacka. Ignorowała jego złość. Chwyciła się za skronie, czując jak tępy ból uderza w jej czaszkę. Przed oczyma miała twarz uwięzionego. Przecież to niemożliwe, pomyślała z paniką. - Chcę ich zobaczyć? – odezwała się nagle. Dopiero teraz zauważyła, że znaleźli się w jej komnacie. Crhack zdjął płaszcz i niedbale rzucił go na fotel. - Kogo? - Ludzi, których transportowali tamci dwaj. - Po co? Jeśli chcesz, kupię ci niewolników. - Nie chce żadnych niewolników – krzyknęła. – Mam wrażenie, że znam tych więźniów, chcę ich zobaczyć. Crhack wodził wzrokiem po grzbietach książek, z udanym znudzeniem odpowiadając na pytania dziewczyny. - To nie moi ludzie, nie mam nad nimi kontroli. W uliczce było ciemno, więc przestań się wygłupiać. A co do niewolników… - Oni nie są niewolnikami! - Już są – głos Crhacka podniósł się niebezpiecznie. – Koniec rozmowy. - Do ciężkiej cholery, chociaż na mnie spójrz! Dlaczego nie patrzysz mi w oczy? - Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę, dziewczyno. Zaczynasz mnie drażnić – Crhack po raz pierwszy odwrócił głowę od książek. Astrea podeszła do niego bliżej, gwałtownie chwytając go za kołnierz koszuli. - Zaprowadź mnie do nich. Wiedziałeś, że mają ich przywieźć. - Zabieraj te ręce – wycedził cicho. Astrea bezwiednie zacisnęła mocniej palce, aż pobielały jej kostki. Widziała matowe spojrzenie Crhacka, ale przestała panować nad tym, co robi. – Natychmiast… - Mam gdzieś