Fantasy · 22 min czytania
Wróż Marcin - I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{b}Wróż Marcin{/b}. {b}Kryształowe drzewo.{/b}.
{i} Pytajcie - odpowiedzą Szukajcie - pokażą Płaćcie - sprzedadzą Wołajcie - wysłuchają Proście - udadzą, że nie słyszą
TKW 12, 1-5 {/i}
Szlak sprawiał wrażenie korytarza wydrążonego w dziczy. Jego sklepienie opierało się na konarach potężnych dębów. Pomiędzy olbrzymami wyrastały licznie mniejsze brzozy i olchy,tworząc ściany. Leszczyny i gigantyczne paprocie porastały pokrytą mchem glebę. Panował półmrok. Jedynie liczne, choć wąskie snopy światła, które znalazły przejście między wszędobylskimi liśćmi nieco oświetlały przejście. Urokliwy świat cieni i błysków utkany we wszystkich odcieni zieleni. Mozolnie prący do przodu siłą dwóch mułów i jednego chłopaka wóz z cicha poskrzypywał jakby skarżąc się na złe traktowanie. W odpowiedzi chłopak wymierzył mu solidnego kopniaka. Prawie pusty wóz zapadał się prawie na piędź w ziemi. Tylko niewiarygodna siła i wytrzymałość zwierząt pchała go na przód. Coraz głębiej w dzicz. Koraba nieco przerażała sceneria wokół. Czuł się przytoczony, jakby zielone ściany napierały na niego. -Szczurze. – wyszeptał. – Śpisz? – Brak odpowiedzi, znaczy śpi. Takiej zniewagi by nie przepuścił. Wóz wjechał w zagłębienie i już miał ugrzęznąć, gdy Chłopak naparł na niego całym ciałem. Przednie koła wspięły się na niewielkie zbocze i przez krótką, straszną chwilę znieruchomiały na szczycie. Potem jednak potoczyły się dalej. Korab westchnął z mieszaniną ulgi i znużenia. Nagle przypomniał sobie, że wóz ma dwie pary kół i doskoczył do pojazdu po raz wtóry. W efekcie przewrócił się. Z niedowierzaniem zobaczył jak muły bez problemu przeciągają wóz przez nierówność. Nerwowo spojrzał do tyłu. No tak. Droga usiana była podobnymi przeszkodami. Liczne wystające korzenie, bruzdy i szczeliny w ziemi, a nawet całkiem duże doły i głębokie rowy. Jakoś nie pamiętał by za każdym razem interweniował. Rozczarowany powoli usiadł. Poczuł się jak dziecko, które pomagając tacie nieść ciężar przypadkowo go wypuściło i zauważyło, że jego pomoc jest zbyteczna, a może nawet przeszkadza.
Daleko przed nimi spacerował starawy mężczyzna ubrany po drobnokupiecku. Jego nieco zbyt pulchna sylwetka kryła niezrażonego podróżnika, dobrodusznego człowieka, przeciętnego handlarza i beznadziejnego kłamcy. Teraz jednak znajdował się w swoim żywiole. Nieraz podbiegał parę kroków lub podskakiwał. Jak duże dziecko wśród zabawek. Naraz spostrzegł drzewo całe pokryte żółknącymi listkami. Pojedynczy zwiastun nadciągającej jesieni. Posmutniał. Idzie jesień, podróż się kończy. Przysiadł na zwalonym drzewie i poczekał aż ciche skrzypienie wozu stało się głośniejsze. Wkrótce mlaskając w luźnej glebie wyłonił się sam pojazd. Kupiec spojrzał na rozklekotana machinę i wściekającego się parobka. Uśmiechnął się pod wąsem. Pamiętał siebie gdy dawno temu pchał identyczny wóz po tej ścieżce. Wtedy również się wściekał. To spostrzeżenie przywołało stare wspomnienia. Długie lata podróży, wypraw handlowych i drobnego kupiectwa. Przeżył wiele dobrych chwil, ale również wiele złych. Te najlepsze i te najgorsze krzyżowały się nieopodal tego miejsca gdzie teraz spokojnie siedział, odpoczywał i podziwiał przyrodę. Rozejrzał się. Boleśnie strzykło mu w plecach. Tak, starzeję się. Jeszcze kilka lat i nie będę mógł włóczyć się po świecie. Pozostaną mi tylko krótkie wypady do miast leżących jak najbliżej rodzinnej wioski. Po kilku następnych pewnie zostanie mi siedzieć w domu na stałe. Z tych niemiłych rozmyślań wyrwało go przybycie Koraba, który zrezygnowany człapał koło ledwo toczącego się wozu.
Korab podziwiał w niemym zachwycie wytrzymałość zwierząt. Wytrzymałość oraz całkowitą obojętność na cały świat. Nieopodal zauważył Polsuna rozwalonego na pieńku. Jego samozadowolenie aż biło chłopaka w oczy. Ty leniwy sukinsynu! Mógłbyś nam pomóc. - O jesteś już. Zrobimy tu odpoczynek, straszniem zmęczonym – Zawołał kupiec z promiennym uśmiechem. - Jasne Panie. – Cholera! Ja tu jestem zmęczony. Osunął się na ziemię tam gdzie stał. Jego twarz znalazła się na wysokości mulego pyska. Ha! No i wy pewnie jeszcze bardziej. Podniósł się i wprawiając w zdumienie Polsuna pobiegł do płynącego nieopodal strumienia. Napełnił bukłak wodą i wrócił do zwierząt. Kupiec przyglądał mu się z rosnącym niedowierzaniem, które osiągnęło szczytu gdy zapewne równie zaskoczone zwierzęta chlipały wodę z podróżnego kapelusza o szerokim rondzie. Muły nie pozwoliły by oczywista niedorzeczność ludzkiego zachowania przeszkodziły im w piciu więc bukłak szybko do cna osuszał. Oczy Polsuna przybrały kształt spodków. - No, no… - wyrwało się kupcowi. - Syty głodnego nie rozumie. – wysyczał ciągle wściekły chłopak. - Mówiłeś coś? – zapytał Polsun udając, że nie słyszał, pękając niemal w duchu ze śmiechu. - A … tak. Chciałem… e… zamoczyć sobie kapelusz… po co się ma woda… e… marnować. - Jasne. – gładko zgodził się kupiec – Masz golnij sobie. – rzekł podając Korabowi manierkę. Chłopak natychmiast pokojarzył to z wodą w kapeluszu. Traktuje mnie jak muła! Pomyślał z wściekłością. Natychmiast się jednak zreflektował. Nie! Tak jak ja traktuję muła. Nieco go to uspokoiło, ale dalej odczuwał gniew i niechęć. Mimo to z wdzięcznością przyjął napitek. Tak jak te biedne zwierzęta wodę.
Część 22 / 2
Zmierzch zapadał powoli by nagle natychmiast przejść z fazy półmroku, niemal naturalnego dla świata pod kopułom liści, do pełni ciemności. Gdyby nie małe ognisko Polsun nie widziałby nawet własnych rąk. Zielony dach zasłaniał niebo nie dopuszczając światła gwiazd. To najbardziej nie podobało mu się w puszczy. Kochał pełne gwiazd niebo. Uwielbiał godzinami śledzić te ruchome. Myślał o nich trochę jak o sobie: nieliczni ruchliwi wędrowcy pośród tłumu zastałych i zasiedziałych. W młodości, gdy miał lepsze oczy bardzo się interesował nauką zwaną astroczymś. Sporządził nawet własna mapę gwiazd, którą później sprzedał za guldena staremu półślepemu badaczowi. Wtedy myślał, że to doskonały interes. Jak zwykle znowu zmarnował okazję. Starzec dogadał się z grupą młodych żaków. Kopiowali oni tuzinami jego mapę i sprzedawali za guldena od sztuki. Zamaszysty podpis znanego astrokogoś, który go tak wyrolował zapewniał stały, wysoki popyt. Westchnął. Wiedział, że jest raczej miernym kupcem. Takich wpadek miał bezliku. Przez lata się nieco wyrobił ale generalnie w interesach sobie nie radził. Ale co tam. Nie o pieniądze przecież chodzi. -Szlak, którym obecnie zmierzamy był kiedyś bardzo ruchliwym traktem. – zaczął opowieść wiedząc, że jego parobek zawsze chętnie ich słucha. – Powiadają nawet, coby był wybrukowany. – Opowieści to kolejny jego konik. Dawniej jakoś tego nie zauważył. Może to chętne ucho Koraba albo nadciągająca starość. Albo większe doświadczenie.
-{i}Czemu już nie kołyszesz?{/i} – W głowie zabrzęczała mu skarga Myszy. Polsun siedział obok, więc spróbował w myślach wysłać jakąś zniewagę i cisnąć ją w małe stworzonko. -{i}A wiesz, że coraz lepiej ci idzie?{/i} – skomentował gryzoń – {i}Nie wiem co chciałeś powiedzieć, ale intencję odczułem od razu.{/i} Korab był jednak zbyt zmęczony na dyskusję. Ponadto Polsun rozpoczął właśnie jedną ze swoich długich, krajoznawczych opowiastek licznie okraszonych anegdotami i samochwalstwem. -{i}Coście porabiali cały dzień?{/i} – Mysz nie odpuszczała. Spróbował ją uciszyć. Poskutkowało. To albo nabierająca rumieńców opowieść kupca, za którymi Mysz tak bardzo przepadała.
-Potem okazało się, że szczwany lis znalazł nowy szlak przez Spustoszone Ziemie. Szybko cały ruch przelazł tam. Podobno wtedy Dron zawziął się. Mimo, że spokojnie mógł siedzieć na dupie i żłopać piwsko pojechał na ostępy szukać jeszcze krótszej drogi. Podobno nigdy nie wrócił. Ale ja tam nie wierze. Taki podróżnik… - Polsun zauważył, że chłopak śpi w najlepsze. Sapnął, ziewnął i również się położył. – Właśnie, taki podróżnik. –Szepnął jeszcze przed snem.
Ranek przywitał podróżnych zimną rosą i rześkim powietrzem. Mysz pospiesznie zjadła kawałek sera pozostawiony przez Koraba. Trwożnie rozejrzała się. Żadnych drapieżników. Potem jeszcze skupiła się używając tych nowych zmysłów, które Pan jej podarował. Czysto. Błyskawicznie podbiegła do wozu i wdrapała się na burtę. Szary świt. Kiedyś gdy była jeszcze bardzo mała słyszała bajkę o myszy podróżniczce. Wtedy zapragnęła podróży. Gdy pojawił się bóbr wszystko się zmieniło. Pamięta tamtą chwilę. Nagle wszystko stało się jaśniejsze. Myśli swobodniejsze. Pamięć trwalsza i pewniejsza. Stała się nadmyszą. Tak powiedziała rodzina odsuwając się od niej. Wszystko ma swoją cenę, niestety. -{i}Wcześnie wstałeś.{/i} – przywitała nadciągającego Koraba. – {i}Jak ci się tu podoba?{/i} -Czy ja wiem. – szepnął – Tak dużo drzew. To chyba nie jest naturalne. -{i}Wszystko co istnieje samo przez się jest naturalne. Tylko to co wy wytwarzacie nie jest.{/i} -Tak myślisz? – zbył ją chłopak. Ostatnio robiła się strasznie filozoficzna. -{i}Tak. A teraz posłuchaj bo to ważne. Wiem to Wiesz-od-Kogo.{/i} – Korab natychmiast spoważniał. Takie sytuacje powtarzały się już kilka krotnie. Zawsze chodziło o jakiś drobiazg. Jednak prawie równie często okazał on się być bardzo ważny. -Co mam zrobić? -{i}Jeszcze nie wiem. Ale to ważne. Musisz uważnie słuchać kobiety z sercem.{/i} – Chłopak posłał jej pełną zdziwienia myśl. -{i}No… tak to trochę dziwne. Może później dowiem się więcej konkretów. A… i jeszcze jedno: kot ci pomoże. Nie, nie wiem jaki kot i jak ma niby pomóc. Dobra zmykam bo się kupczyna budzi.{/i} – Korab chciał jeszcze jej odpowiedzieć, ale zobaczył Polsuna wstającego z posłania i tylko posłał jej rozbawioną myśl. Mysz wśliznęła się do sakwy. -{i}I nie trząś tak dzisiaj. Nie życzę sobie żadnych upadków.{/i} – Próbował emanować złością ale nie mógł utrzymać powagi. Czule pomyślał o swojej towarzyszce. Potem jednak tknęła go niepokojąca myśl. Jak długo żyją myszy? -{i}Krótko.{/i} – Dobiegła go jeszcze bardzo słabiutka odpowiedź Myszy.
I kolejny piękny dzień. Może nieco za zimny i wilgotny, ale mamy dopiero ranek. Z zadowoleniem zauważył, że chłopak zachowuje o wiele rozsądniej. Nie biega, nie krzyczy. Z drugiej strony to dziwne. I jakiś taki skupiony. No nic, życie jest zbyt krótkie by martwić się cudzymi problemami. Jakby na potwierdzenie tych słów zazgrzytało mu kolano. Po chwili szlak poszerzał się. Przestał się również wznosić i chwilowo poruszali się po płaskim terenie. Strumyk gdzieś zniknął. Zauważył olbrzymią pajęczynę rozciągniętą na pobliskim świerku. Krople rosy oświetlone słońcem wyglądały jak małe, egzotyczne kamienie szlachetne. Takie przeźroczyste i mieniące się. Widział raz takie u jubilera z… z Luneburga, tak z Luneburga. Piękne miasto swoja drogą. Otoczone słynnymi sadami gruszkowymi z których robiono słynne powidła i wina. Ale to aromat gruszkowy, wyrabiany przez tamtejszych mistrzów bije rekordy popularności. Swego czasu robił na nim małą fortunę dopóki rajcy nie zmonopolizowali rynku. Polsun szybko przejrzał zawartość wozu lustrując wprawnym okiem starego,…