Fantasy · 17 min czytania
Wróż Marcin - II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{b}Mądrości Miriam.{/b}
{i} Sny wiedzą wiele. TKW 15,1
Sny są zmienne. WMS 4,6
Sny są wrotami szaleństwa. Sny są wrotami duszy. Sny są pamięcią rzeźników. PPB 2, 31-33 {/i}
Część 22 / 2
Szybko opuścili lśniące królestwo Sosny i kolejny już raz zagłębili się w lesie. Droga przeważnie pięła się po łagodnych zboczach wzgórz. Korab zwątpił już, że kiedykolwiek wyjdą z puszczy. Właśnie wtedy drzewa nagle się rozstąpiły. Zanim się spostrzegł weszli do małej osady przycupniętej na skraju rozległej polany. Niewielka, obskurna sadyba została chaotycznie wzniesiona częściowo w samym lesie. Bez żadnego, zresztą, widocznego powodu. Same budynki bliższe były raczej barakom i szałasom niż domom mieszkalnym. Małe okna, niskie, wąskie drzwi. Jakby całość przeznaczona była raczej dla zwierząt niż ludzi. Wszędobylski bałagan, brud i niechlujstwo zniechęcał do bliższego kontaktu z mieszkańcami. Nieco solidniejsze wrażenie sprawiał centralny budynek. Wzniesiony z grubych bali między którymi świeciły szerokie szpary wyglądał niemal jak zamek otoczony niską zabudową. Na zardzewiałym drągu wisiał fantazyjny szyld. Nieliczne, łuszczące się płaty farby nie dawały żadnej wskazówki jaki obraz go zdobił. -Karczma pod Kocim Grzbietem.- rzucił kupiec, widząc zainteresowanie chłopaka. – Tam jest szopa. Zaprowadź tam zwierzęta i ochędoż je. – rzucił na pożegnanie i poszedł do karczmy. Jasne! Na szlaku to jeszcze mi pomógł, teraz to nawet nie spojrzał. Wielki pan się znalazł. I komu on tak szpanuje w tej zapadłej dziurze? -{i}Przecież nigdy ci nie pomagał. Wtedy to był nieliczny wyjątek. -A… nawet mnie nie wkurzaj. -Eee… coś bracie taki nerwowy?{/i}- Korab skwitował to tylko wzruszeniem ramion i skierował się do rozklekotanej szopy.
Polsun rozejrzał się po ciemnej izbie. Ludzi było niewielu, a tych kilku obecnych zajmowało się wyłącznie swoimi kuflami i, niekiedy drewnianymi miskami z jakąś parującą potrawą. Podszedł do szerokiej dechy ustawionej na pieńkach pełniącą role lady. Natychmiast, znikąd wyłonił się właściciel tego przybytku: Chmurny-jak-zawsze-humorzasty-jak-nigdy Karf. -Wróciłem Karf. -Przecież ślepy nie jestem. Co u ciebie Pols? – zapytał nie dając żadnych znaków zainteresowania. -Stara bieda. No i nowa, też. Starzeję się, niestety. -Ha. – spokojnie powiedział Chmurny – Wszyscy nie młodniejemy. – Powiódł oczami po sali zatrzymując się na dłużej przy grupce nędznie odzianych mężczyzn dysputujących w rogu. - Nawet Mii. -Życie. – sentencjonalnie podsumował Polsun. – Co u was? Dunsee nie dają się wam we znaki? – Kupiec złowił kilka witających spojrzeń. – Po tamtej stronie lasu mówią, że źle się tu dzieje. -A tak… Na razie jednak mają inne problemy. – Karczmarz zauważył pytające spojrzenie Polsuna i przecząco pokiwał głową. – Jak chcesz konkretów to posłuchaj Gimura. Niezwykłem plotkować. –rzekł Karf i wskazał na ciemnym kąt gospody gdzie rozmowa robiła się głośniejsza. W końcu przeszła krzyk. Pozostali bywalcy zapewne z nudów zainteresowali się dysputa i wokół kłótników zebrała się spora grupa. Polsun z Karfem spojrzeli na siebie, wzruszyli ramionami i również podeszli. Buro odziany młodzian z zacietrzewiona twarzą ryczał w twarz barczystego mężczyzny w pełni wieku. Ów mężczyzna odznaczał się posturą niedźwiedzia i podobnym owłosieniem. Ubrany był tylko w wytarte skórzane spodnie. -Czemu tak myślę? W mieście panuje straszna zaraza! Dlaczego? To kara za grzech! Miastowi sami ja na siebie sprowadzili! – wykrzykiwał młodzian – Obmierzłe Panu jest wszelkie zepsucie. Od co! – Olbrzym spokojnie odczekał wybuch i warknął. -Zamknij się Gimur. Wszyscy wiemy, że ci interesy kiepsko idą w Dunsee. I wiemy, że… -Kiepsko idą, bo to żmijowe plemię, Haraldzie ! Oszuści! Dziwki i zboczeńcy. –Gimur nie dał przerwać sobie płonącej przemowy. -Aaa… czyli ta, Jak-Jej-Tam też cię rzuciła. – olbrzym parsknął śmiechem. -Sodomici i Gomorowcy! – nie przerywał młodzian - Gnoje, od co… -Że kto? Gomorowcy! A skąd to wziąłeś? – śmiejąc się spytał Harald. -No jak to skąd? Z Sodomy i Gomory… Mamy przecież Sodomitów, prawda? No to mamy też Gromowców, znaczy Gomorowców. – Gimor usiadł ciężko myśląc, poruszając równocześnie ustami. Wywołało to kolejne fale śmiechu olbrzymiego Haralda. -A co to ma wszystko do rzeczy? Bo jakoś nie łapię. – Spytał inny mężczyzna, gładko ogolony, schludnie ubrany i nienagannie uczesany. -Boś durny jak kiep. Każdy wie, że bogactwo to grzech. – odpowiedział mu zgarbiony starzec o wytartych na kolanach płóciennych spodniach- Pan bogatych do raju nie wpuści. Prawda Bracie? – Nagle wszyscy spojrzeli na siedzącego nieopodal udającego niezainteresowanie mnicha-kapłana. Ten, gdy zauważył że nie uda mu się wyłgać od odpowiedzi wstał i poprawił co prawda nieco już znoszony, ale ciągle świetny habit. Odruchowo potarł ogromny, srebrny krzyż ciążący mu na szyi. -Tak. Lirg ma rację. – zaczął niepewnie - Przecież w piśmie jest napisane: „Łatwiej temu tam wielbłądowi przejść przez …” -Bracie Maćku z Psiej Wólki, skoro tak się bogactwem brzydzicie to co ten krzyż robi na twojej szyi? – obcesowo przerwał mu Harald - Z czegon zrobiony? Rozdajże ty swoje rabunki nim innym bogactwo wytykać będziecie. –Niechęć między nimi była aż nadto widoczna. -Przecież prowadzę tego tam, szeroko zakrojoną tego, akcję charytatywną. – Kapłan spróbował elokwencją zbić przeciwnika, jak uczono w seminarium. Jak zwykle nie udało się. Mnich zaklął w duchu, co jeszcze bardziej go zmieszało. -Tego-Ten prowadzicie braciszku. -Nie bluźnij Panu bo cię tego tam pokara. -Eee.. Mnie to se może Panoczek cmoknąć. – Rżąc jak koń zawołał olbrzym. – Prawda Mii? -Nie miałby w co. – Odrzekła niska kobieta do tej pory wtapiającą się w tłum powodując fale serdecznego śmiechu. Gimor niemal spadł z stołka. -Ja ci dzisiaj! Przez tydzień nie będziesz umiała chodzić! -Ani się waż! – zakrzyknął muskularny młodzian ze szramą na policzku i niemiłym uśmiechem. – Jesteśmy jutro umówieni! -Ja tu, przypominam, prowadzę listę. – Karf wyciągnął z brudnego fartucha świstek papieru i przez chwile mu się przyglądał. - Według niej na dzisiaj zaplanowanego mamy … - tu przerwał na chwilę – braciszka! -Mnie? – Czerwony jak burak Mnich zerwał się z krzesła – toż to jakaś niedorzeczność. Musiałeś się pomylić. Strasznie bazgrzesz. – opanowawszy zmieszanie, udając oburzenie wyszedł. Zaraz z nim wyszli Gimur i ów starzec z wytartymi kolanami. Chmurny jeszcze raz spojrzał na karteczkę. Przybliżył ją do oczu. -Może rzeczywiście się pomyliłem? – Chmurny wiedział na ile może sobie pozwolić. -W takim razie Mii jest dzisiaj wolna… Chyba, że upchniemy na wolne miejsce naszego gościa? – Dopiero teraz większość zebranych zauważyła nowoprzybyłego. Niektórzy obojętnie kiwnęli głowami lub poklepali Polsuna po plecach, jednak większość przywitała go serdecznie. Mii słodko się uśmiechnęła i wyszła do kuchni.
Korab pracował powoli. Nigdzie mu się przecież nie spieszyło. Starannie oporządził zwierzęta i zabezpieczył wóz. To był długi dzień. Długi i męczący. Ciężko usiadł na kulawym zydlu. Powoli wypuścił powietrze. -{i}Idę spać.{/i} – oświadczył -{i}Idź najpierw coś zjeść bo zmizerniejesz.{/i} – pomatkowała mu Mysz. -{i}Eee… nie chce mi się.{/i} – Gdy to jednak powiedział zaburczało mu w brzuchu. Stwierdził, że jest strasznie głodny. Klnąc w duchu poszedł do karczmy. Mysz odprowadziła go wzrokiem. Gdy chłopak zniknął za przepierzeniem schowała się w sakwie. Korab wszedł do mrocznej izby. Karczma nie spełniała żadnych standardów, a widział już wiele, wiele inny w niezliczonych krajach, kraikach, suwerennych terytoriach oraz wolnych miastach. W oddali zauważył Polsuna otoczonego grupką miejscowych. Ubrania tubylców prezentowały wiele różnych stylów, krojów i stopnia znoszenia. Przeważali mężczyźni ale obecne były także kobiety. Wszyscy, bez wyjątku na płeć, wiek i zamożność smętnie popijali z glinianych kubków lub niemrawo grzebali w drewnianych miskach. Chłopak zdziwiony ponurom atmosferą szybko podszedł do Polsuna. Ten z zwyczajową wesołością opisywał swoje nudne podróże niczym wielcy odkrywcy wielkie wyprawy. W tych opowieściach osoba kupca łączyła w sobie cech wielu herosów. Raz był dzielny jak lew innym razem mądry lub przebiegły. Stopniowo towarzystwo rozweselało się. Niska kobieta w szarym fartuchu postawiła przed nim parującą misę i chłodny kubek.