Fantasy · 17 min czytania
Wróż Marcin - III
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}Leniwy poranek{/b}
{i} Ciekawość – pierwszy stopień do piekła. PPB 3,21
Ciekawość – pierwszy stopień do wiedzy KWW 1,4 {/i}
Ranek minął Korabowi na włóczeniu się po osadzie. Pogoda dopisywała. Gorące słońce łagodziły delikatne podmuchy wiatru. Pomiędzy chaotycznymi wzgórzami powietrze dziwnie falowało. Bryza raz zawiewała od strony prastarego lasu przynosząc chłodną i wilgotną woń żywicy, raz od strony słonecznej hali wraz z świeżym zapachem jesiennych kwiatów. Mysz usadowiła się w kapturze jego bluzy i z wysoka patrzyła na tabuny kotów przewalających się po osadzie. -{i}Po co im tyle tych futrzaków? {/i}– marudziła przez cały czas. -{i}Jak to po co? Na myszy! {/i}– drażnił ją chłopak. -{i}Przecież nawet cała armia myszy nie zje tyle, ile te krwiożercze bestie.{/i} – skwitowała wyraźnie zdegustowana Mysz. – {i}Coś mi w tej osadzie niepokoi.{/i} -{i}Jasne! Koty!{/i} –Korab zaśmiał się w duchu, mimo iż wiedział, że Myszy chodzi o coś więcej. - {i}I wszyscy tu znają Polsuna. Do tego chyba wszyscy się tu znają. -No wiesz to mała osada.{/i} – Pomyślał Korab. Jednak Mysz miała racje. W jakiś dziwny sposób ludzie znali się … za bardzo. Zamyślony wpadł na kupca odpoczywającego na szerokiej, sękatej ławie. -O! Chłopcze, uważaj. Cos taki niezdarny? – zawołał zupełnie nie rozeźlony. -Przepraszam, zagapiłem się. – odpowiedział i widząc dobry humor Polsa postanowił wypytać go. - Dziwna jakaś ta osada. -Ano, dziwna. -I jakoś was tu wszyscy znają. – Spróbował jeszcze raz. -Ano znają. -Widzę, że nie chcecie o tym mówić. – Korab postanowił wskórać coś przekorą. -Ano nie. – Na twarzy Polsuna pojawiły się pierwsze zmarszczki irytacji. -Acha. To ja już może pójdę. – Nietypowe zachowanie kupca tylko podsyciło ciekawość chłopaka. -{i}Ciekawe co dziad ukrywa? -Nic specjalnego. -Skąd wiesz? -Hm… właściwie to nie wiem… -Świetnie! To w końcu wiesz, czy nie? -No nie. To znaczy wiem, ale nie wiem skąd. Wiem tylko tyle, że wiem. -Oggh. Możemy skończyć tą dyskusję? -Sam zacząłeś. -O tam jest ta… Mii.{/i} – Przez chwilę przyglądał się pracy karczmarki. Kopała w ogródku na tyłach karczmy. Korab mimo wychowania na wsi rozpoznał ledwie dwie rośliny. Reszta wydała mu się jednak znajoma. Próbując sobie je przypomnieć przywołał na twarz dziwny grymas. Miriam nie wytrzymała i wybuchła śmiechem. -Widzę, że strasznie ci się nudzi. – wesoło zawołała do chłopaka. Ten nieco onieśmielony podszedł i oparł się o niewielki płotek. - Odpocznij sobie do Densee jeszcze długa droga. -Jakoś odwykłem od odpoczywania. – Wykręcił się. -Właśnie widzę. – Mii pokręciła głową. - To pomóż mi przy tej grządce. – Chłopak z radością się zgodził. Lubił towarzystwo tej kobiety. Była taka bezpośrednia i otwarta, że mimo znacznej różnicy lat dobrze mu się z nią rozmawiało. -Eee… Czyli co mam robić? – spytał przykucając przy kępie nieznanych mu ziół. -Nigdy nie plewiłeś? Gdzie ty się uchowałeś? – zawołała zaskoczona Mii -U nas mężczyźni nigdy tego nie robią. Taki zwyczaj… -Acha. Na początek wyrwij te chabozie. – powiedziała, wskazując na nieznane zioła. Korab jęknął w duchu. - Nigdy nie pomagacie waszym kobietom? -No właściwie … nie. – Przez chwilę siłował się z upartym chwastem. W końcu urwał go pozostawiając korzenie w ziemi. Kobieta skrzywiła się. - Niekiedy, jak kobieta jest słabsza, to prosi męża o pomoc, ale wtedy inne kobiety krzywo na nie patrzą. -Szowiniści! – Syknęła podając mu małą drewniana łopatkę. -Kto to są szowiniści? – Zapytał patrząc jednocześnie bezmyślnie na narzędzie. -Taki obyty w świecie i taki głupi. – Skwitowała Mii pokazując jak podważyć i wykopać kłącza. -Ja obyty? – Bezgranicznie zdziwił się Korab. - Przecież przebywam przeważnie w stodołach z mułami. –Nagle jednak do głowy przyszła mu odkrywcza myśl. - Czy muły są szowiństami? -No cóż. Raczej odwrotnie. – Pytanie Koraba wywołała rozbawienie nie tylko Mii, ale także przechodzącej obok kobiety. Chłopak się stropił. - Nieważne. Szowinista to mężczyzna żerujący na pracy kobiet i odmawiający im prawa do samostanowienia. – Wyrecytowała formułkę. Szybko dodała jednak, tak na wszelki wypadek. -Taki co robi sobie z niej służącą. - Acha. – Chłopak przez chwile rozważał jej słowa. - A to nie. Nie jesteśmy szowiństami. – Kolejny wybuch radości karczmarki. - My szanujemy kobiety i doceniamy ich pracę. –Mii popłynęły aż łezki ze śmiechu. - Czemu się śmiejesz? – Spytał zbity z pantałyku chłopak. -Śmiesznie to wymawiasz. – Uspokajając się odpowiedziała. Wskazała kolejną grupę roślin. – To perz. Taak, chwast. I to wredny. – Dodała zrezygnowana. – Ma długie korzenie. Czemu uważasz, że szanujecie kobiety? -No, nie mamy wyboru. Baba, znaczy kobieta, ma prawo wyrzucić chłopa z domu jak jej wadzi. -Ooo… I często to robią? – Odpowiedź chłopaka wyraźnie ją zainteresowała. -Zależy. – Odparł chłopak. W myślach próbował policzyć takie wypadki. Doszedł do trzech. - Raczej nie. Chłop też się przydaje. – Dodał z dumą - Prowadzi interesy, reprezentuje rodzinę, poluje w zimie i takie tam. – Mii najwyraźniej miała znowu zacząć się śmiać co zbulwersowała chłopaka. -No jakoś pomyślałam o czymś innym… - Wytłumaczyła się karczmarka. -Jasne, ale tamto też jest ważne. – Nigdy nie mógł zrozumieć tej fascynacji rozrodem. Nieraz widział parzące się owce i nie znalazł tam nic wartego zachodu. W jego rodzinnej wiosce podchodzone do tej kwestii zdecydowanie bardziej praktycznie. - Kobieta nie może tego robić. -A co jej zrobią? Pobiją? – Ostro zaatakowała Miriam równocześnie wyrywając wyjątkowo duże kłącze perzu. -Właściwie chyba nic. Ale to ważne, żeby kobiety i mężczyźni robili różne rzeczy. – Zamyślił się. - Przynajmniej tak u nas mówią. -Ty tak nie uważasz? – Spytała podchodząc do innej grządki. -Chyba nie. – Korab poszedł za nią. Rosły tu marchewki. -Dlaczego? – Zlustrowała z zadowoleniem zagon i poszła dalej. -No jestem niby obyty w świecie. – Reszta grządek wyglądała na schludnie wypielęgnowane. - Długo znasz Polsuna? -Aaa… tu cię mam. – Oskarżycielsko wymierzyła w niego palec. -Dlatego pomagasz starej Mii! Chcesz od niej wyciągnąć informację. -To znaczy, że mi nie powiesz? – Korab postawił po raz wtóry na przekorę. -Dlaczego, to żadna tajemnica. – Zastanowiła się. - A wytrzymasz nudzenie starej kobiety? -Nie przesadzajcie, Pani. Nie znowu takiej starej. – Dwornie odpowiedział chłopak wywołując salwę śmiechu. -No dobrze. Chodźmy nakarmić króliki. – Przeszli wokół ogródka. Płotek wokół niego był najwyraźniej znacznie solidniej wykonany niż reszta osady. Podobnie jak nieduża szopka leżąca nieopodal. - Wszystko zaczęło się dawno temu. Pewnie nie było cię wtedy jeszcze w planach. -Pewnie nie. – przerwał jej Korab - Z tego co mi matka mówiła ojciec zniknął gdy się dowiedział, że jest w ciąży. -Ups, przykro mi. – stwierdziła zupełnie szczerze karczmarka. -A mi nie. – wojowniczo odparł chłopak - Ojciec pewnie i tak był beznadziejny, skoro uciekł. -Ha, pewnie tak właśnie było. Ale nie sądź go tak ostro. – weszła w mentorski ton - Miejscowi mawiają, że jak nie możesz czegoś zrobić dobrze lepiej nawet nie zaczynaj. Ustaw się w cieniu i poczekaj, aż ktoś zrobi to dobrze. -To takie iście na łatwiznę? – Nie zgodził się Korab. Bardzo niepraktyczne podejście. -Nie do końca. Dajesz szansę żeby ktoś zrobił to dobrze. Zawsze możesz patrzeć mu na ręce i się nauczyć. – Pouczyła go Mirami. Weszli do szopki. Wypełniona była stertami worków i skrzyń. Na ścianie, powieszone w równych odstępach wisiały różne narzędzia. Szopkę wypełniała dziwna mieszanina zapachów. -No nie wiem. I tak zrzucamy robotę na innych. – Mii podniosła leżący przy wejściu kosz. -Ale robota jest przynajmniej dobrze zrobiona. – Odpowiedziała przesypując do kosza zawartość z kilku różnych worków. -Albo wcale! – bystrze zauważył Korab. -Albo wcale. – Zgodziła się kobieta. - A jak było u ciebie? -Przez rok musieliśmy radzić sobie sami. – Zerknął do koszyka. Jakieś ziółka. - Rodzina matki nam pomagała, ale oni mieli mało ziemi, a dużo dzieci. – Skierowali się do kolejnej ogrodzonej szopki. - Później wuj nas przygarnął. Nie boicie się lisów? – Zapytał ujrzawszy spora…