Fantasy · 21 min czytania
Wróż Marcin IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b} Oczy w mroku {/b}
{i} Umysł nad ciałem Energia nad materią Wiedza nad siłą KWW 1,1-3 {/i}
Polsun drętwo siedział na ławie. Czuł zmęczenie. Nie fizyczne, które można by się spodziewać po pracowitej nocy, ale psychiczne. Czuł się stary. Na zapas żałował, że podróże odchodzą w przeszłość. Pozostaną mu tylko opowieści. Sięgnął po ciasteczka upieczone wczoraj przez Mii. Chrupiące, lekko słonawe, korzenne. Jego ulubione. Tępo popatrzył w okno. Nie zasłonięte żadną błoną zapewniało doskonały widok na opadający łagodnie stok. Nieliczne chaty trzymały się lasu pozostawiając pustą łąkę pasącym się owcom i kwiatom. Lato już się kończyło. Mordercze słońce pozwalało odetchnąć i rośliny podjęły bezpardonową walkę na zapachy, kształty i kolory. Polsun obserwował parę zajęcy kicających wśród kwiatów. Istna sielanka. U nas o tej porze to raczej deszcz i ziąb. -Późno na śniadanie Pols. – Gimur bezpretensjonalnie dosiadł się. -Późno. –zgodził się podjadając kolejne ciastko. – Toż to też nie śniadanie. -Wiedzę zatem, skąd macie taką posturę. – wskazał na wystający brzuszek kupca. -Ha! To niestety nie to, młodzieńcze. To starość nadciąga. – smutno sparował Polsun. -Dyrdymały prawicie, od co. Harald toż nawet starszy od was. A Miriam to też chyba waszego wieku. – Wskazał na karczmarkę ścierająca właśnie stoły. Ta posłała mu wrogie spojrzenie i fuknęła jak wściekła kotka. Polsun zauważył Koraba kręcącego się koło niej. Co też ten chłopak kombinuje. -Widzę, że dawno nie miałeś okazje oglądać Mii. – parsknął unikając jednocześnie rzuconej przez kobietę szmaty. -Stary a głupi - warknęła wściekła Miriam. Polsun tylko się roześmiał i zerknął na za okno. Zajączki skakały sobie w najlepsze nie widząc za pewne skradającego się lisa. Wypłowiały, wychudzony rudzielec ostrożnie skradał się często przystając i wyczekując. -Co słychać w Densee? – spytał Gimura – Podobno jakaś zaraza, czy co? -Zaraza, od co. – zgodził się młodzian. Przez chwilę milczał i sam sobie zaprzeczył. – Właściwie nie. Jakaś choroba, tak, ale zaraza to nie. Kilkadziesiąt osób, kilkanaście śmiertelnych. Nic specjalnego. -To czemu takie zainteresowanie wzbudza ta choroba. – sondował Polsun. Lis był już tuż-tuż, a zające dalej nie reagowały. -Sprawa jest ciekawa. – zapewnił Gimur, jednak nie kwapił się by wyjawić szczegóły. Lis przygotował się do ostatniego skoku. Wtedy zajączki puściły się pędem w dół zbocza. Drapieżnik początkowo próbował je gonić, ale po chwili zrezygnowały przestał. Zmarnowany był. Nie dla niego długie biegi za szybką zdobyczą. Zawrócił ku wiosce. Śmieci z ludzkich chat. To tym się ostatnio żywił. Niechlubny koniec wielkiego kiedyś łowczego. Polsun westchnął. Przyroda nie jest sprawiedliwa. Żal i lisa i zająca. Zerknął w stronę zaplecza. Miriam odprawiała właśnie Koraba. Na odchodne rzuciła mu jakieś ciasteczko. Chyba większe od moich! -No dalej. Wyduś to z siebie. – ponaglił Giaura jednocześnie dając Mi znak by podała mu piwo. Ta jednak, wciąż obrażona, pracowicie ścierała stoły. Karczma jakoś dziwnie szybko napełniała się. Co oni tu już nic nie robią? -Podobno, to efekt klątwy. Podobno rzucił ja, nie kto inny ale sam Marcin, od co. Podobno za to, że jakiś chłop skrzywdził jakąś dziewuchę. Takie tam. -Chyba nie mówisz mi wszystkiego. – zauważył kupiec. I odwrócił się w stronę nagłego zamieszania. W drzwiach stał ogromny Harald. -Eee… Tak mówicie? – zbył go Gimur. – A jak tam u was? Interes kwitnie? -Nienajgorzej. – niechętnie stwierdził Polsun niezadowolony ze zmiany tematu. – Dwieście dwadzieścia dukatów w pół roku. – dodał z dumą zawyżając nieco zysk. Po prawdzie miewał lepsze lata, ale miewał tez gorsze. -Ale bywało lepiej, co? – Młodzian widocznie uznał wymieniona kwotę za utyskiwanie. – Ale pojeździcie sobie, podymacie po wioskach a żadna wam nie biadoli na stałe. Żonka pewnie uchachana po powrocie to może bardziej chętna, a mniej jędzowata. To też są pewne plusy. -No tak. –niepewnie rzucił Polsun nieco oburzony takim podsumowaniem jego ciężkiej przecież pracy. A co się będę z gołowąsem wadził. Głupi i tak nie zrozumie.- Właśnie przez to zostałem kupcem. Wolność. -Ach wolność. Przez ta cholerną wolność wszyscy tu tkwimy. – splunął na podłogę przez co zaliczył kuksaniec od przechodzącej właśnie Miriam. -Taak. – Gimur ma rację. Wolność nie dla wszystkich skończyła się dobrze. – skwitowała karczmarka. – Dla ciebie też w końcu okaże się złudna. Może kiedyś trzeba było z niej zrezygnować? – spytała jakby retorycznie posyłając jednocześnie miażdżące spojrzenie. O cóż tej kobiecie znowu chodzi? -To co może się napijemy? –zapytała Miram przełamując kłopotliwą ciszę. -W pracy? –udał zdziwienie Guimur. -Jaka karczma taka karczmarka. – skwitowała radośnie wskazując na najbliższą, nie jedyną bynajmniej, szparę w ścianie. – Ale chodźcie najpierw zobaczyć co naszemu niedźwiedziowi udało się wykopać.
Lis przysiadł na tylnych łapach, podrapał się po brzuchu i tęskno spojrzał na łąkę. Ach, czasy łowów już minęły. I tak dobrze, że żyję. Złamana łapa rzadko nie kończy się śmiercią. Rozejrzał się. Nikogo. Chyc i już jestem w śmietniku. Że też ci dziwnie ludzie wyrzucają tyle jedzenia. Phi! Marnotrawstwo. Ale chwała im za to! O Wielki Chytrusie pomnóż im jadła i… odpadków.
Harald przesadnie ostrożnie otworzył płócienny wór i wyciągnął z niego mniejszy skórzany pakunek owinięty w wełniane zawoje. Pakunek był starannie przewiązany szeroką, czerwoną szarfą. Olbrzym przetarł go rękawem i położył na stole. Spojrzał na Koraba z tryumfem niczym wódz po zwycięskiej bitwie. Z namysłem rozsupłał szarfę i otworzył skórzany pakunek. W środku ku zniecierpliwieniu chłopaka znajdował się kolejne pakunki. Te podobne były do poszewki na poduszki. Tyle, że wykonane z grubego filcu. Harald rozparł się na krześle. Mii podeszła i zza filaru spoglądała na haraldową zdobycz. Powoli, bywalcy karczmy zaczęli gromadzić się wokół stołu, przy którym usiadł olbrzym. Widząc to wielkolud uśmiechnął się i ociągając rozsupłał największy worek. Wyciągnął z niego tuzin mniejszych mieszków. Każdy przewiązany rzemieniem. Korab nieco rozbawiony przesadą Haralda powiódł oczami po zebranych. Stali zahipnotyzowani śledząc każdy ruch niezgrabnych paluchów. Niektórzy nerwowo skubali wąsy lub brody. Inni gniewnie zacisnęli usta i krzywo spoglądali spod chmurnego czoła. Kilka kobiet poczerwieniało, jedna posiniała. Chłopak spojrzał na olbrzyma. Ten trzymał już w między dwoma palcami niewielki kamień. Lekko połyskliwy, lekko przejrzysty. Nic specjalnego. Ale widowisko wyraźnie się rozkręcało bo Harald wyjmował kolejny klejnocik. Dłuższy od poprzedniego i nieco zieleńszy. Kolejny był niemal okrągły, szarozielony. Gdy chciwym oczom ukazały się bliźniacze, łeskowate błękitne kamienie z czerwonymi żyłkami zapadła głucha cisza. - Dwadzieścia talarów za te dwa. – Polsun przerwał ciszę z bezczelnym uśmiechem. Przez chwile nikt się nie odzywał. Potem huragan śmiechu wstrząsnął salą. Najgłośniej śmiał się Harald. -Bracie, ty to masz kawał. Przecież Har dostanie za to pewnie ze dwieście. – Walnął kupca w plecy stary i równie muskularny jak Harald starzec. Polsun, który mówił zupełnie serio próbował zatuszować niezręczność promiennym uśmiechem. -Zawsze można spróbować. – dodał wywołując kolejną salwę wesołości. Nagle jakby zauważywszy cos szczególnego Harald błyskawicznie schował kamienie. Na niektórych twarzach Korab dostrzegł chęć łatwego zarobku. Harald chyba też to zauważył bo bezceremonialnie odsunął płaszcz odsłaniając groźnie wyglądający toporek. Natychmiast u jego boku znalazł się Gimur i inny kudłaty niczym baran mężczyzna. To uspokoiło atmosferę na tyle, że olbrzym wyśliznął się z karczmy. -{i}Głupie to było. A wyglądał na ostrożnego.{/i} –zauważyła Mysz. Chłopak tylko przytaknął. Uważnie przyjrzał się obecnym. Co prawda stali bezwładnie, ale wyraźnie widział odrębne grupki. Zdziwiła go także liczebność mężczyzn. -{i}Czy oni nie powinni czegoś robić?{/i} – zapytał. – {i}Przecież nikt nie siedzi w karczmie przy pustym stole. {/i}– dodał widząc brak zwyczajowych kufli. – {i}Zresztą niedawno było tu pusto. -No tak. Coś w tym jest.{/i} – W tym momencie Korab zauważył, że jest obserwowany. Powoli, od niechcenia obrócił się i spostrzegł kudłatego, który wcześniej pomógł Haraldowi. Ten tyko kiwnął na chłopaka i wyszedł. -{i}Idź za nim. {/i}–ponagliła Mysz. -{i}To może być niebezpieczne. Coś mi tu cuchnie… -Przecież nic ci nie zrobi.{/i} – sparowała, dodając gdy Korab wybiegł na dwór. – {i}Przynajmniej publicznie. Trzymaj się ludzi.{/i}
Znów wyszedłem na głupka. Nie chodzi nawet o to, że rzuciłem zaniżoną cenę. No dobra zupełnie nieadekwatną. Tylko o to, że nikt pewnie nie dał sobie wmówić, że to żart. Jak mądry coś palnie to od razu jest dowcipny, a jego słowa to najlepszy żart. A jak mi się coś wymsknie to wszyscy patrzą jak na idiotę. Takie niewesołe myśli wygoniły kupca z karczmy. Wymknął się przez najbliższe drzwi. -O! Pols. Chyba jednak się nie napijemy. Cały tłum się tu zebrał. – przywitała go Miriam. – Ale co tu robisz? Przecież wiesz, że Chmurny nie lubi jak się ktoś kręci po kuchni. -A… Chciałem z nim pogadać. – wypalił w końcu. -Ooo… A myślałam, że ze mną. – przesadnie udała smutek. -No… Na bezrybiu i rak… - Udawany smutek błyskawicznie przeszedł na równie sztuczny gniew. -Ja ci dam! Won z mojej kuchni. - Polsun z ulga czmychnął tylnym wejściem i natychmiast wpadł na Karfa. -Czego się szwędasz mi po zapleczu? – spytał bezdusznie. Polsun lekko się zarumienił. Znowu muszę się tłumaczyć. -Aaa! – radośnie zawołał karczmarz wyraźnie niewłaściwie odczytując nastrój Polsuna. – Podrywasz mi służki. Jurnyś jak zawsze! Po takiej nocy jeszcze masz chętkę? – Kupiec zdziwiony niezwykłym entuzjazmem druha uważnie popatrzył na niego spod komicznie zmarszczonego czoła. Wydął przy tym policzki i zadarł nos upodobniając się do tucznego prosiaka. -No co się tak gapisz? Cicho nie byliście. – Akurat. Pomyślał Pols. -Stąd nigdzie cię nie wywalą, co? – żartobliwie podpuścił przyjaciela. Karf natychmiast powrócił do swojej normalnej powściągliwości. Zmierzył kupca wrogim spojrzeniem w którym było jednak sporo żalu. Widząc, że niechcący uraził przyjaciela Polsun zaproponował. -Może się napijemy. Mam jeszcze jedna taka specjalną butelkę. -Proponujesz