Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 18 min czytania

Wróż Marcin V

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b} Cienie Przeszłości {/b}

{i} Sny są mgłą umysłu WMS 4,7

Czekają ich liczne pułapki Czekają ich zjawy wiodące na manowce Czekają ich groźby Czeka ich ucieczka TKW 2,5-8 {/i}

Korab wszedł we mgłę. Mętne, drgające powietrze. Chłodne, ale suche. Rzadko rosnące drzewa wyglądały przez nią upiornie. Jakoś inaczej niż zazwyczaj we mgle. Nie była to jednak zwykła mgła. Nie wiadomo nawet czy to była mgła. Z dalsza ją przypominała, lecz po wejściu w jej władanie chłopak zaczynał w to wątpić. Powietrze gęstniało i wilgotniało z każdym krokiem. Zaczynały pojawiać się niewielkie prądy. Tak jakby w mgle płynęły rzadsze lub gęściejsze strumienie powietrza. Cała reszta zastygła zaś w bezruchu. Nawet jedne źdźbło nie drgnęło, nawet jeden listek nie zaszumiał. Dźwięki zresztą też stopniowo cichły i tężały. Milknąc w końcu pod grubym całunem. Kolejne kilka kroków i dziwne strumienie ustąpiły miejsca drgającym kolumnom, podobnym do drzew utkanych z powietrza. Kolumny, wyraźnie gęściejsze, wirowały otoczone kłębami mroźnej pary. Korabowi wzrok zaczął odmawiać posłuszeństwa. Nie dość, że mglisty świat sam ze swojej natury trudny był do oglądania to jeszcze momentami tracił wzrok. Szumiało mu wtedy w głowie i czuł silny ucisk na skroniach. Chłopak z uporem wszedł w dziwny las. Zewsząd otaczały go owe powietrzne drzewa, które rozmywały się w górze w przenikające się obłoki podobne do prawdziwych koron, prawdziwych drzew w prawdziwym lesie. Nie widział tu ani podłoża, ani nawet swoich kolan. Wszystko poniżej pasa zakrywał lity i nieprzenikniony, choć nie sprawiający oporu obłok. Zrobiło się chłodniej. Każdy wydech unosił się w niewielkiej chmurce ku kłębiastemu sklepieniu. Korab czuł się jak we śnie. Tracił równowagę na zdawało by się prostej drodze. Determinacja pchnęła go naprzód. Kolejne kroki w mglisty świat. Kolumny zrobiły się jakieś takie przysadziste. Sklepienie zgęstniało. Całość upodobniła się do przestronnej jaskini. Kolejny krok. Może dwa. Korab tracił już rachubę. Pociemniało. Ze stropu i filarów odrywały się małe kawałki mgły spadając powoli i wtapiając się w końcu w obłok okalający podłoże. Jeszcze kilka szybkich kroczków i przestronna jaskinia zmieniła się w ciasną pieczarę. Poruszał się teraz po omacku. Oślizłe ściany wydawały się lite mimo, że zrobione przecież z wody i powietrza. Korab zauważył złowrogi ruch. Spokojne obłoczki krystalizowały się poza zasięgiem mętnego wzroku w … coś. Chłopak upadł na kolana. Poruszał się teraz na czworakach unosząc głowę nieco ponad opary. Krok za krokiem. -Co robisz , młodzieńcze? Zgłupiałeś? – Korab niemal rozpłakał się ze szczęścia. Mgła zniknęła, a on znajdował się na tyłach niewielkiego baraku taplając się w błocie. Przed nim stała gniewna kobieta. Lekko mżyło. Pachniało wilgotnym nawozem i gnijącą słomą. -Mówię do ciebie! – Wycharczała kobieta i chwyciła się pod boki. Korab usiadł w kałuży i głupawo roześmiał się z ulgi. Czuł się wspaniale. -Zwariował! – kobieta machnęła ręką i już miała odejść gdy chłopak odpowiedział. -Nie, ale myślałem że zwariuję w tej mgle. -Mgle? Nie było żadnej mgły. – zerknęła na niego podejrzliwie. – Ty nie jesteś tutejszy, co? -Nie pani. – zaprzeczył, zgodnie z prawdą. -A czy oprócz tej … mgły. Nie spotkało cię jeszcze coś, hm … dziwnego? – niepewnie spytała. Jej wcześniejszy gniew znikł. Korab nie wiedział co ma powiedzieć. -To zależy. – wydukał wreszcie. Kobieta chwilę się zastanawiała, a potem podała mu rękę. -Chodź zmarzniesz tu i się przeziębisz. – Zaprowadziła go do niewielkiej chatki przylegającej do baraku. Gdy weszli zamknęła drzwi na skobel i zasłoniła wejście grubą czerwonobrązową derką. Zrobiło się ciemno bo chatka oprócz drzwi miała tylko jeden otwór przysłonięty błoną.. Dołożyła drwa do ognia. Pojaśniało. Dym unosił się pod powałą i gdzieś znikał. -Nazywam się Berta. Chyba kiedyś widziałam twoją mgłę. – Wymienili długie spojrzenie. Podczas tej krótkiej chwili zawarli niemy pakt. Rzuciła mu czystą koszulę. – Masz załóż to. Potem mi opowiesz co cię spotkało. – Korab niechętnie ściągnął ubranie. Tak jak mu się wydawało był cały brudny, oblepiony błockiem, liśćmi i nawozem. Popatrzył niepewnie na białą koszulę. Berta krzątając się na drugim końcu izby nawet nie zauważyła jego wahania. Zdjęła płócienny płaszcz i podeszła do paleniska wyciągając ręce ku tańczącym płomieniom. -Coś taki wstydliwy? – zapytała z figlarnym uśmiechem. -Ja nie… ta znaczy, ta koszula jest czysta. – próbował wyjaśnić. -Acha… Tam jest woda – wskazała niski stolik z miednicą. Chłopak podszedł i zaczął się myć. – To znaczy, że nie jesteś wstydliwy? – droczyła się z nim. -Raczej nie. – odpowiedział Korab. Prowokująco wyzuł chlupoczące buty i ściągnął ociekające wodą spodnie. Sam sobie dziwiąc spokojnie kończył mycie. Bertę na chwile zatkało. Potem jednak podjęła grę. -Widzę, że jesteś bardzo zziębnięty. Taki pokurczony i w ogóle. – Korab zdał sobie sprawę w co się wpakował i zrobiło mu się głupio. Powoli odwrócił się zawstydzony tyłem do Berty. Ta jednak nie zauważyła zawstydzenia chłopaka i kontynuowała. – Z tej strony to jakby lepiej wygląda. – zachichotała. Korab poczuł, że się czerwieni. – Czyściej, znaczy. Choć masz na udzie masz paskudną … plamę? – Gdy chłopak przetarł nogę poczuł ból. – Nie tu trochę wyżej. Pokazać ci gdzie? – flirtowała dalej Berta. Nie słysząc sprzeciwu. Podeszła do spanikowanego Koraba. -O cholera! – zawołała. – Kładź się. Nie. Zapaskudzisz mi tu wszystko. Usiądź na krześle i połóż nogę na stole. – Chłopak posłusznie wykonywał polecenia. Przykrył się tylko cienkim kocem. – Ściśnij tu. Dobrze. Poczekaj. – powiedziała i na chwilę odeszła. Po chwili wróciła z pudełkiem wypełnionym różnymi słoiczkami i buteleczkami. Korab zdziwiony przyjrzał się ranie. Niewielkie, płytkie cięcie, prawie w całości już zakrzepłe. I o co tyle krzyku. Pomyślał gdy Berta przygotowywała się niczym do ciężkiego zabiegu. Spojrzał nieśmiało na nią. Była raczej niska. Jak większość tutejszych kobiet. W sumie to podobna była do Mii. Nieco przysadzista i barczysta. Ze sporym biustem i szerokimi biodrami. Otwarta, płaska twarz z małym noskiem i lekko skośnymi oczami była teraz dziwnie zatroskana. Otwarła jedną z buteleczek i zwilżyła małą szmatkę. Przemyła najpierw okolice rany, a potem dziwny nożyk. -Co chcesz zrobić? – nerwowo zapytał chłopak. -To co trzeba. – spokojnie odpowiedziała i przyłożyła nożyk do nogi. – Nie. Tak się cała upaprzę. – szepnęła i szybko ściągnęła wierzchnią spódnicę i kamizelkę. Podkasała rękawy. Korab spojrzał na rozchełstana koszulę zapinaną na wielkie kościane guziki. Między nimi prześwitywało białe ciało napierające na materiał. -Możesz się pogapić. – Berta złowiła to spojrzenie. – Będzie mniej bolało. – dodała złośliwie i cięła. Zabieg był raczej krótki. Ale zarówno Berta jak i Korab nieźle się napocili. Gdy założyła opatrunek usiadła ciężko na sąsiednie krzesło i podała chłopakowi dziwny przedmiot. -Opowiedz co cię spotkało, chłopcze. – powiedziała i założyła nogę na nogę. Cienka spódnica podwinęła się ukazując spory kawałek uda. Oczy Koraba przetasowały Bertę od zawiniętych w onuce stóp do głowy. No właściwie do piersi, prężących się pod koszulą. Potem wróciły w dół zatrzymując się na odsłoniętym udzie. Przez chwilę Berta cierpliwie czekała po czym westchnęła. -No trudno. – szepnęła i wstała podciągając wysoko spódnicę. Stopą zrzuciła osłaniający chłopca koc. Na ten widok Korab natychmiast zesztywniał. Berta umiejętnie na nim usiadła wbijając go w siebie. Rozpięła jeszcze koszulę uwalniając piersi.

Wściekła Miriam jak burza wtargnęła do pokoju Karfa. W progu aż stanęła odrzucona smrodliwą chmura pełną wspomnień o alkoholu, pocie i innych mniej schludnych rzeczach. Spojrzała na stojący na środku stół. Flaszka jabłownika leżała przewrócona. Obok leżały przytulone jak kochankowie dwie inne butelki niegdyś wypełnione miejscową śliwowicą. Między nimi walały się okruchy chleba, kawałki ciasteczek, ogryzki jabłek i nadgryziona gomułka sera. Na środku królował wielki słój kiszonych ogórków. Nieco z boku na samym kraju ostatnia prawie pusta butla wirowała szaleńczo. -Nnie tak łostrp, ostro Pols. Btlełki są drogie. – próbował powiedzieć Karf. -Tnie ja! – gwałtownie potrząsnął rękami rozlewając zawartość kubka. -Nłie ty? To Chto? – spytał karczmarz zerkając bez zrozumienia na Miriam. – Łona? -Gimmnułr. Zeście choleła za takie imiee. – skarcił trzeciego mężczyznę Polsun. Ten spróbował równocześnie odpowiedzieć i napić się. W efekcie zakrztusił się i popluł. Zniesmaczona Miriam trzasnęła drzwiami na co nikt nie zwrócił uwagi.

-I wtedy mnie znalazłaś. – Zakończył chłopak. – Nie wiem jakby się to skończyło, jakby nie ty, Pani. – Berta dolała mu zupy. -Skończ z ta Panią. Jak mnie wydupczyłeś to możesz mówić mi po imieniu. -Właściwie to ty mnie… -Dobra, dobra. Już ty mnie nie czaruj. – przerwała mu frywolnie. - Znam tego starca. – dodała już innym tonem. Korab również

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%