fantastyka · 23 min czytania
Wróż Marcin - VI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{b} Młot i kowadło {/b}
{i} Gdy kowal młot podnosi To nie kowadło się lęka KMS {/i}
Zapadał zmrok. Słońce chyliło się już nad wzgórzami. Cienie się wydłużały i przenikały. Las szumiał w mroku. Brat Maciej wyszedł na swój codzienny wieczorny spacer. Głęboko oddychał chłodnym leśnym powietrzem. Zapach żywicy mieszał się z wonią wilgotnej ziemi i leśnych ziół. Mnich wolał je od czasami nawiewanego powietrza z hal, ciepłego i kwietnego. Doszedł do prostego baraku pełniącego rolę kaplicy. Szeroko otwarte wrota nikogo nie zaprosiły do wejścia w odróżnieniu od pobliskiej karczmy wypełnionej już po brzegi. Westchnął. Dziesięć lat ciężkiej pracy i nic. Żadna duszyczka się nie nawróciła. Kilku co prawda udawało pobożność czy nawet szczerze, choć bezskutecznie próbowało się zmienić. Wszedł do kaplicy. Chwycił za wysłużoną miotłę i zaczął wymiatać kurz i liście, które zebrały się tego dnia. Spojrzał jeszcze na wyszarzałą ikonę Jasnej Panienki. Trzeba było wtedy siedzieć na dupie. Ale kto to wiedział?
Czas biegł a kolejka przy ladzie jakoś nie zmniejszała się. -{i}Ale opoje -Fakt. Więcej ich tam nie mieli?{/i} -Zawsze tu macie taki ruch? – Korab spytał Miriam. -Zazwyczaj nie. – odparła i błyskawicznie obsłużyła kolejnego klienta. – Ale górnicy wracają z pobliskiej kopalni do Densee. Jedni opijają sukces inni porażkę. Zawsze jest jakaś okazja. -Jaki sukces? –nie za bardzo zrozumiał o co jej chodzi. -Aleś ty głupi. – żartobliwie skwitowała karczmarka. -{i}Ciągle mu to powtarzam.{/i} -No udało im się wykopać coś cennego. Jeden wartościowy kamyczek zapewni oszczędnej rodzinie byt na kilka miesięcy. -Łał! Są aż tak drogie? – chłopak nie mógł uwierzyć -Właściwie nie. Dwadzieścia talarów można dostać za średni kamyczek. Lepsze klejnociki idą po kilka stów. -To dlaczego jest ich tak mało? -Mało? Rozejrzyj się. Karczma pęka w szwach. – roześmiała się Miriam i usiadła na chwilę. Widać piwo robiło już swoje i forma pijących znacznie opadła. -No tak. Ale, to przecież fura grosza. -Niby tak. Tylko, że nie każdemu udaje się wrócić z łupem. Niektórym w ogóle nie udaje się wrócić. – złowrogo dodała Mii. -Dlaczego? – Teraz powie mi o tych mgłach. Karczmarka zastanawiała się przez dłuższą chwilę nim odpowiedziała. -Wypadki. Rozbójnicy. – Korab poczuł się rozczarowany. – Niektórzy nie radzą sobie w górach. Wybuchają bójki. Taki tam. – Chłopak stwierdził, że tak niczego się nie dowie. -Berta mówiła mi, że macie tu jakiegoś wróżbitę.- zaczął z innej strony. -Berta? Ciekawe… chłopcze, co musiałeś zrobić by dobyć takie informacje? – uśmiechnęła się półgębkiem. –Od Berty. -Nic. –Korab zaczerwienił się. Skąd ona wie takie rzeczy? -{i}Oni się tui wszyscy znają. Aż za dobrze. Pamiętasz?{/i} -Zupełnie nic. – powtórzył, jakby miało to zwiększyć jego wiarygodność. -Jasne. – Mirami zerknęła wesoło skrzącymi w półmroku oczami. – Ano, mamy wróża. Mieszka nieopodal, za tamtym wzgórzem. – wskazała ręką róg sali. – Ale rzadko bywa w domu. Włóczy się po okolicy i czasami nie ma go całymi miesiącami. -A teraz jest u siebie? – dopytywał się chłopak. Mii chwyciła go za bark. -Posłuchaj, chłopcze. – wolno cedziła słowa. – Nie zajmuj się tym. Lepiej trzymaj się z daleka. – ścisnęła go mocniej. – To naprawdę nie twoja sprawa. -Problem w tym, że moja… - szepnął Korab po dłuższym czasie. -Co mówiłeś? – spytała zdziwiona Miriam. -A nic tak się zastanawiałem. – kolejka do szynkwasu znikła wraz z totalnym zapiciem się większości gości. – Nie boją się, że ich ktoś okradnie? – wskazał brodą leżących. -Spokojna głowa. – zaśmiała się Mii wskazując na nieładną kobietę spokojnie popijającą z kufla. – Ta, tam ich pilnuje. -Jedna kobieta? – zdziwił się Korab. – Przecież dzisiaj nawet Harald zwiał z karczmy przed opryszkami. -No nie do końca tak było. – zaprzeczyła. – zresztą taka moczymorda i hultaj jak Harald nie może się równać z Efką. Trzeba mieć nie tylko wielkie jaja ale też, że tak powiem fach w ręku.– dodała ciągle zła na olbrzyma. -Fach? – Korab znów nie zrozumiał. -{i}Jakoś często nie łapiesz co się do ciebie mówi, mój miły. -Oni jakoś dziwnie gadają. Zupełnie nie jak … jak -Powinni? Brawo! Też mi się tak wydaje. {/i} ¬-No fach. Każdy ma w życiu jakąś umiejętność, do której ma dryg. Którą lubi i kocha. Taką, którą instynktownie przyswaja, ma ja we krwi, a nawet głębiej w kościach… - karczmarka zamilkła zamyślona. -A jaką ma Ewka? – z rozbrajająca ignorancją zapytał chłopak. -{i}Idiota{/i} -Nie Ewka, Efka. – sprostowała i szybko dodała widząc rodzące się pytanie– I nie wiem dlaczego przez f. Sama tak o sobie mówi, a nie jest osobą skorą do pogawędek. -Acha, niech będzie. To jaki jest jej fach? -Zabijanie, chłopcze. Szybkie i skuteczne. – Korab przyjrzał się niepozornej kobiecie. Zupełnie nie tak wyobrażał sobie groźnego zabójcę. -{i}A jak? Olbrzymi heros napęczniały od muskułów. Z wielkim mieczem? -Może trochę. Ale ona? -Przyjrzyj się jej dokładnie. Tak jak na polanie.{/i} – Chłopak nieco się zdziwił, ale spróbował. Nie udało się. Nie zauważył żadnej zmiany. -{i}Na to jeszcze nie pora{/i}. – chłopak zniechęcony pokręcił głową. -{i}Co jakiś czas pokazujesz mi coś nowego. Jak to się dzieje. Znaczy… skąd ja to umiem?{/i} –Korab poczuł dziwną odpowiedź tak jakby, mysz wzruszyła ramionami. Ocknął się z zadumy i zauważył, że przypatruje mu się Efka. Natychmiast odwrócił wzrok.
Łatek spróbował się podrapać. Przyszło mu to z trudem bo wlazł w najmniejszą dziurę od czasu szczenięcia. Paskudny dzień. Najpierw ten dziad potem ta wredna baba. Znowu zafasowała mu kopniaka. Wredna, wredna, wredna…
Mroczna postać na brzegu lasu zmartwiała w bezruchu. Z dala była całkiem niewidoczna. Nawet z odległości paru metrów trudno byłą ją wyróżnić na tle lasu. Przytulona do drzewa zdawała się jego częścią. Ziemista, szorstka skóra, pokryta bruzdami niczym kora. Kłębiaste, czarne włosy i kamienna twarz. Tylko oczy zachowały pozory życia świecąc ciemnym, złowrogim blaskiem.
Część 22 / 2
Korab spoczął na beczce. Męczący dzień wdał mu się we znaki. Większość górników zdążyła już się upić na umór. Zalegali teraz jednolitą, brudną i cuchnącą warstwą podłogę karczmy. -Idź już spać, chłopcze. –zawołała do niego Miriam przekrzykując charkot chrapania. -Mmm… – wymruczał tylko i powlókł się do szopy. Zwalił się na najbliższej stercie słomy i zasnął.
Korab spacerował szeroką, wyłożoną połyskliwymi kaflami aleją. Po obu stronach, w równych odstępach rosły niskie, starannie przycięte drzewa. Szarozłote pnie i szarosrebrne liście. Spojrzał w górę. Szarobłękitne niebo nie zasłaniała ani jedna chmura. Nigdzie nie było też słońca, mimo że było dość jasno. Wreszcie zatrzymał się nieopodal starej, niedziałającej już fontanny. Przyjrzał się statule. Wykonana z szarego polerowanego kamienia miała postać smukłej, wyprostowanej kobiety odzianej w długi płaszcz z kapturem. Z jej wyciągniętych rąk, równo uciętych przy nadgarstkach, kiedyś tryskała zapewne … woda. Spojrzał w głąb fontanny. Na samym dnie leżały obie dłonie, jedna dzierżąc sztylet, druga kielich. Chłopak spokojnie odszedł kilka kroków i usiadł na kamiennej ławce. Nie była zimna, nie była nawet chłodna. Na twarzy nie czuł łaskotania wiatru, ani ciepła słońca… Słońca? Jakiego słońca? Wrócił spojrzeniem do posągu. Zwykły obelisk malowany szaroczerwoną farbą. Po kobiecie nie było śladu. Nawet się nie zdziwił, tylko ponowił spacer. Starannie zadbany park zdziczał, upodobnił się do lasu. W oddali zobaczył wątłą sylwetkę. Zdał sobie sprawę w wszechogarniającej ciszy. Nie słychać szelestu liści, owadów i ptaków. Nie słychać nawet jego kroków. Trącił nogą stertę liści. Bezgłośnie rozsypała się. Spojrzał znów na odległą postać. Nie znalazł jej i zaczął się … niepokoić. Nagle usłyszał odgłosy walki. Obudził się. -{i}Mysz! Możesz sprawdzić kto to? -Jasne. Mnie mogą pokrajać na plasterki! -Nie żartuj. Kto zwróci uwagę na mysz w sianie? -Może kot? {/i} – pomarudziła ale w końcu poszła się rozejrzeć. Korab zamarł w bezruchu pocąc się obficie ze strachu. Podświadomość tkwiła jeszcze w śnie. -¬{i}Możesz śmiało wyjść. -Na pewno? -Jasne. -Może jednak jeszcze tu posiedzę.{/i}-Korab z wolna przychodził do siebie. -{i}Jesteś w końcu człowiekiem czy myszą? -Bardzo zabawne.{/i} – Parsknął i wyszedł z siana. Przez chwilę nie zauważył niczego dziwnego. Na środku szopy Efka wykonywała dziwny taniec dzierżąc ostrza w obu rękach. Wyglądała niczym brzydka ale utalentowana tancerka. Natychmiast go zauważyła. -Czego! – Ton jej głosu zapewne mógł łupać kamienie. Wykrzywiła w złości usta. -{i}Taa a spojrzeniem pewnie kwasi mleko…{/i}-dodała Mysz. -A co? Spałem. Obudziłaś mnie… -Korab sam nie wierzył, że to powiedział. Jednak kobieta wydawał się nie wściekać. -No, no ,no jaki hardy. A śpi z mułami. –zakpiła. -Lepiej tak, niż w karczmie w rzygowinach. – sparował. Instynktownie wyczuł, że im łagodniejszy będzie tym bardziej się będzie nad nim pastwić. -{i}Tylko nie przesadź, miły. Bo cię będę musiała zbierać. -Ty? -Jak ona z tobą skończy, to nawet się nie narobię.{/i} ¬– chłopak nerwowo przełknął. Może ona ma rację. Spojrzał na Efkę. Ta chował jednak noże do olstrów przytwierdzonych ciasno do ud. Przetarła spoconą twarz i spytała. -No tak gnoje. A ty kim właściwie jesteś? -Korab Łubin z Dołek. – odparł dwornie i ukłonił się. Efka uśmiechnęła się, przez co wydała się całkiem sympatyczna. Dygnęła śmiesznie rozkładając ręce. -Efiria Kali, do usług. No na mnie już pora. Cały ten zasrany świat, pewnie już czeka, żeby uprzykrzyć mi życie. – dodała ponuro. -Nie lubisz ludzi co? – wyrwało się Korabowi. Efka spojrzała na niego tak, że aż się ugryzł w język przeklinając swoją głupotę. -A za co ich lubić? – odparła i wyszła. Chłopak zamyślony również wyszedł z szopy. Dziwni ludzie. Pewnie głupieją w tej dziczy. Rozejrzał się z niepokojem. Nikła ledwo zauważalna mgła wywoływała lekkie napady paniki. Siłą woli szedł dalej uważnie rozglądając się po osadzie. Czuł lekki chłód i woń mokrej trawy. Przyjemna odmiana po zwykłej tu spiekocie. W oddali zobaczył brata Maćka. Pamiętając radę berty podbiegł w jego stronę, ale ten dziwnie rozkojarzony nie zauważył go i wszedł do niskiego, długiego baraku.
Ciężki żywot, dużo pracy, ale jaka nagroda! Tak, tak żywot iście ciężki, pracy mało, chyba, że przy kurach… O nagrodzie się nawet nie wypowiem, ojcze Konradzie. Z miłości do ciebie. Nie tak to miało być, nie tak. Wyprzątać liście i przetrzeć ołtarzyk. Tyle tu potrzeba. Raz na rok naprawić dach. Modły prawię do pustej sali. Z litości jeno niekiedy przychodzą. I gdzie tu wpasować romantyczne wizje z seminarium? Czasem zaczynam wątpić, czy aby… nie, nie. To i tak nic nie da. Mnich krytycznie przyjrzał się nieładowi na owalnej kamiennej płycie. Niewielką przestrzeń prawie całkowicie przykrywały różne drobne przedmioty nagromadzone przez lata. Oprócz krucyfiksu, świecznika i Księgi wszystkie były darami wotywnymi, lub ofiarami. Zawsze gdy niemal tracił nadzieję pojawia się ktoś pragnąc podziękować, poprosić albo przeprosić. Pan pewnie specjalnie ich posyła by utwierdzić mnie w wierze. Potem, najczęściej zamaskowany, osobnik wymyka się chyłkiem…
Starego lisa obudziły fałszywe tony kapłańskiego śpiewu. Wstał, przeciągnął się, wywołując serię głośnych zgrzytów w wysłużonych stawach. Zadumał się przez chwilę i spokojnie odszedł spać w inne, cichsze miejsce.
Korab niepewnie stał u wejścia do … kaplicy. Widać dawno nikt jej gruntownie nie remontował, mimo że już od dawno było to konieczne. Wielokrotnie łatany dach, wielokrotnie nadbijana podłoga. Reperowane ławy i cerowany obrus.…