Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 22 min czytania

Wróż Marcin - VIII

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b} Noc {/b} {i} Sprawiedliwy niesprawiedliwego nie osądzi Czysty nieczystego nie ukarze Prawda kłamstwa nie oszuka Albo zamienią się miejscami.

Anonim

Noc – czas snu. KMS sentencje. {/i}

Od dłuższego czasu panowało milczenie. Jezla prowadziła go krętą trasą ku osadzie i wyglądało na to, że świadomie wydłuża całą drogę. -A kim ona jest… - spytał i zaraz dodał. – znaczy była. I dlaczego teraz jest? – czuł, że bełkota bez ładu i składu, ale nawał dziwnych informacji nie pozwalał mu się skupić. Dziewczyna jednak zdawała się doskonale go rozumieć. -Nie wiem kim była. Teraz właściwie to nikim. Już tyle razy ginęła i rodziła się, że nic pewnie z niej nie zostało. – Brzmiało to bezsensownie, Korab postanowił jednak, że chwilowo wszystko bierze na wiarę. – A dlaczego jest teraz… to dłuższa historia. – zamilkła i po dłuższej chwili chłopak pomyślał, że już mu nie odpowie. Nawet się nie zdziwił gdy zmieniła temat. – Tam w wiosce to niezbyt mnie lubią. – skrzywiła się – można powiedzieć, że nie znoszą. Tylko w takich sytuacjach jest inaczej. -Dlaczego? – spytał automatycznie, jednak nie odpowiedziała. W oddali widać już było wioskę postanowił więc spróbować jeszcze raz wypytać dziewczynę. Jednak tym razem z głową. {i}No wreszcie{/i} rzuciła złośliwie Mysz, która swoją drogą tylko marudzi. {i} A odczep się ode mnie.{/i} Warknęła i obraziła się. Korabowi zrobiło się trochę żal, ale należało się jej. Przemyślał co chce powiedzieć. -Od jakiegoś czasu śnią mi się dziwne sny. – spojrzał na towarzyszkę jednak nie zareagowała.- chodzę po dziwnym parku i czasami widuję zamaskowaną kobietę. – kątem oka zauważył, jak Jezla przystaje jednak udał, że nie zauważył. – Tak sobie myślałem, to pewnie ona. – zawiesił głos na chwilę licząc, że dziewczyna podejmie temat. Tym razem się nie zawiódł, co przyjął raczej ze zdziwieniem. -Tak. Na pewno. Też czasami o niej śnię. – w zamyśleniu podrapała się po brwi – Więc wiesz kim była. –Korab nieco się zdziwił takim wnioskiem, jednak nie przerywał bo Jezla nie zamierzała kończyć. -Kiedyś dawno temu w pobliżu poległ bóg. – przerwała i widząc nieme pytanie Korab pokręciła przecząco głową. - Nie, nie pytaj jaki. Ja… - zawahała się - nie chcę wiedzieć – wypaliła w końcu. – Zresztą nazwanie go bogiem nie jest najwłaściwsze, tyle, że nie znam lepszego słowa, może duch… - zamyśliła się i Korab miał już ją ponaglić gdy podjęła. – Jest tu gdzieś pochowany, żyje, właściwie umiera tu od dłuższego czasu a natura wypija z niego moc. Kto umie i chce może z tego skorzystać. – Chłopak poczuł skupioną jak nigdy obecność Myszy. - Dlatego jesteśmy tutaj. Ale, jak zawsze zresztą, okazało się że wszystko ma dwa dna. – dziewczyna umilkła i wydawało się, że tak już zostanie. Wyglądała na poruszoną co wybitnie do niej nie pasowało. Korab potrzasnął głową starając się skupić. -Drugie dno? Chodzi… - przerwała mu a w jej głosie usłyszał nagromadzoną pretensję. -Jak zaczniesz czerpać to potem nie możesz przestać, a im więcej bierzesz tym bardziej się… uzależniasz. – gwałtownie odwróciła głowę – I nic za darmo. Bóg też bierze coś od ciebie… twoją duszę. – Korabowi zrobiło się strasznie, z trudem się uspokoił. Spojrzał na Jezlę. Ta przeżywała swój własny mrok. Zacisnęła usta i odeszła. -Poczekaj. – zawołał w ślad za nią, jednak nie posłuchała, zastanowił czy bezpiecznie ja gonić. {i}Raczej nie.{/i}Szepnęła Mysz, choć oboje dobrze wiedzieli, że to kłamstwo. Oboje nie chcieli już nic więcej wiedzieć.

Lirg zmierzał powoli, powłócząc nogami do karczmy. Miecz wlókł za sobą, tak że często obijał się o ziemię. Przechodząc obok kaplicy zatrzymał się i zamyślił. Już miał wejść do środka, gdy wzruszył ramionami i obrócił się plecami do świętego przybytku.

Brat Maciej we wnętrzu mrocznej alkowy przygotowywał się do obrzędu. Jasna Panienko: znowu. Nie rozumiem dlaczego na to pozwalasz. Rozumiem, że tego ten.. mało rozumiem, ale… nie powinno tak być. Tego… przykro mi to mówić ale ja zrobiłbym to inaczej. Nie ulżyło mu. Wzruszył ramionami i założył szarą albę. Przyjrzał się krytycznie rękawom. W półcieniu nie widział dokładnie kolorów, ale i tak wiedział, że do bieli to dużo jej brakuje. Jaki pan taki kram, pomyślał z uśmiechem, który natychmiast zgasił nie chcąc psuć powagi chwili. Może apostata Kilian miał rację? Przygryzł wargę jakby powstrzymywał się od uśmiechu. No bez przesady, ale już taka Olga… Teologiczną myśl ucięło pojawienie się olbrzymiego cienia. Mciej przygarbił się i spojrzał w stronę otwartych na oścież drzwi. Samotna, chuda postać przez chwilę wahała się po czym jednak odeszła. Mnich ze smutkiem powiódł wzrokiem po sali. Cztery osoby. To i tak więcej niż zawsze kwaśno stwierdził, choć brakuje jedynego stałego bywalca. Maciej jednak znał Lirga znacznie lepiej niż wydawało się staremu wojakowi i zapewne znacznie lepiej niż on sam by chciał. Mroczna, złamana dusza tego chudego mężczyzny była niczym czarna otchłań, nie chciał mieć z nią do czynienia więcej niż było to konieczne. Obruszył się na tą myśl. Tak naprawdę to pewnie jedyna osoba, która być może przyjęłaby jego pomoc, a na pewno tego potrzebowała. Skupił się na obrządku odpędzając nieprzyjemne sprawy na kiedy indziej. Zawsze w końcu tak robił.

Idąc jak w malignie wpadła na chłopaka, który wyglądał jakoś nietęgo. Z roztargnieniem się odsunęła i wymamrotała coś niezrozumiale. Spytał ją o coś, ale nie zrozumiała. Przecisnęła się koło niego mimo, że miała przecież mnóstwo miejsca. Nie odwracając się rzuciła na pożegnanie. -Wrócę piękna.

Ciemniało. A wraz z nocą zwiększało się napięcie. Aura wyczekiwania przechodził w nieznośną zapowiedź zbliżającego się mordu. Mrok zrodził się w puszczy i pełzł teraz ku obrzeży zatrzymując się na granicy drzew. Grupa niezwykle podobnych do siebie postaci zgromadziła się wokół ciężarnej. Ich oczy błyszczały ostatkiem słonecznego światła. Gdy odległy szczyt je zasłonił znikli topiąc się w ciemności. Szaleństwa nocy jeszcze nie zdecydowały się by wyjść, ale ta chwila była bliska.

Siedział w karczmie obojętny na wszystko. Z daleka dochodził zwykły gwar, jednak nie zwracał na nie uwagi. Myślał. To co mówiła Jezla było dziwne i mało… wiarygodne. Do tego nie pasowało do tych milczących, skrytych ludzi. W sumie to nic o niej nie wie i równie dobrze mogła bredzić lub nawet świadomie wprowadzić go w błąd. I to ostatnie było właśnie najbardziej prawdopodobne. Wzruszył ramionami. Zresztą czym on się właściwie przejmuje? Za kilka dni, może nawet jutro, pojadą dalej na południe do Densee, które jeśli wszystko dobrze zrozumiał było kresem ich drogi. Potem statkiem na północ i na wczesna zimę będzie w domu. Nie poczuł się jednak pewniej. Zawsze mogę przecież za rok nie jechać. Skrzywił się jednak wiedząc, że się okłamuje. Co miał do roboty w domu? Tak naprawdę to wszyscy odetchnęli z ulgą gdy wyjechał, w końcu jakby nie patrzeć jedna gęba mniej do wyżywienia. Z bólem przypomniał sobie scenę gdy podjął decyzję.

Był mroźny i śnieżny dzień. Zima już się co prawda kończyła i lada chwila należało się spodziewać odwilży, ale ostatkami sił starała się uprzykrzyć życie ludziom. I tak zasypywała niewielką wioskę i wszystkie okoliczne pola zwałami śniegu, które po roztopach zmienią się w połacie nieprzebytego błota. Korab szedł zamyślony nie patrząc zupełnie na drogę. Mijał kolejne przyduszone do ziemi przez dwumetrowe zaspy domostwa. Jego ziomkowie, górale z dziada pradziada, pracowicie dbali o obejście odśnieżając je niemal co chwila zupełnie ignorując nikły sens tej czynności. W efekcie każde gospodarstwo przypominało malutką, ciepłą oazę w tej lodowej pustyni. Zza pokrytych błoną okien błyskały wesołe światełka palenisk, pochodni i pieców. Ze środka dochodziły odgłosy śpiewów i radosnych świątecznych rozmów. Nieliczne dzieci biegały po obejściach obrzucając się świeżym śniegiem lub po prostu goniąc bez sensu jak to dzieci mają w zwyczaju. Wreszcie dotarł do domu wuja, który od kiedy pamiętał był również i jego. Mimo, że nie lubił krewniaka musiał przyznać, że kiepsko by wyglądali bez jego pomocnej ręki. Jak spod ziemi wyrósł przed nim i sam wuj, osoba z wyglądu dość nijaka. Z charakteru zresztą również. Właściwie jakby nie obopólna niechęć mógłby być znośnym opiekunem. W ten dzień pomachał mu jednak radośnie i natychmiast znikł za drzwiami zostawiając za sobą świąteczny klimat bratania się i łamania lodów. Korab poczuł się nieco niewdzięcznie. Jednak szybko zbył niemiłe uczucie i wszedł do izby. Zarzucił na stół zakupione ryby. Gruchnęły tępo niczym spadające kamienie. Linda z matką krzątały się w kuchni, a mały Tomek budował zamek z drewnianych klocków, które dał mu na ostatnie święta bożonarodzeniowe. Z całej rodziny najbardziej lubił właśnie smyka. Oczywiście była jeszcze Lin, ale ją rozpatrywał zupełnie w innych kategoriach. Zanim zdążył się rozebrać do izby wrócił wuj Gern, któremu niemal po piętach deptał najstarszy kuzyn Olsen. -Piekielna pogoda, psia krew! Mówię wam klechy robiłby większy postrach strasząc zimnicą niż ogniem piekielnym. – zakrzyknął Ols od progu w swoim bełkotliwym, słabo zrozumiałym stylu. Korab podejrzewał, że specjalnie tak się wygłupia w towarzystwie by żadna panna nie zwróciła na niego uwagi. Mógłby sobie jednak dzisiaj darować, pomyślał Korab. Nie ma przed kim strugać pajaca. Zawołanie wyciągnęło z kąta Klora, który radośnie podbiegł do brata. Po chwili obaj głośno klepali się po plecach. Klora lubił najmniej, nie znosił go nawet bardziej niż samego Gerna. Właściwie to go nienawidził od chwili gdy tamten dawno temu zmiażdżył mu jego drewnianego konika. Spojrzał na obu braci i wykrzywił wargi. Szybko się jednak zreflektował by ukryć niechęć starając się podobnie jak wuj nie psuć miłego dnia. -Co tam kuzynie? – krzyknął Olsen szczerząc zęby w głupkowatym uśmieszku. Uśmiechnął się w odpowiedzi. -Nic specjalnego. – po chwili by być szczerym dodał - Polsun posyła wam pozdrowienia i życzenia świąteczne. – Olsen skrzywił się bo od dłuższego czasu miał z kupczyną na pieńku. -A co słychać u tego starego kutwy? Mam nadzieję, że powypadały mu włosy. – od niechcenia rzucił kuzyn. -Może lepiej zęby? Co brat? – Dorzucił Klor z błazeńską miną. -Nie… zęby wystarczą, w końcu nie taki diabeł… znaczy włosy. – Zrozumieć Olsena było nieraz niezłym osiągnięciem, które zdobywa się dopiero po długim czasie. -Racja. Wypadające zęby to zbyt straszna przypadłość. – poprał syna ojciec. – Zresztą dzisiaj święta, niegodnie jest złorzeczyć bliźnim. -Chce żebym z nim jechał tego roku. – rzucił Korab ucinając rozmowę. Chłopak przyjrzał się wszystkim. Lin spojrzała na niego z niemym wyrzutem, Tomek kontynuował zabawę najwyraźniej nic nie rozumiejąc, Klor tylko wyszczerzył żeby, Gern ściągnął brwi jak zawsze gdy wpadał na jakiś paskudny pomysł, a Olsen zamyślił się. Matka po krótkiej chwili wahania odetchnęła z ulgą co…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wróż Marcin - VIII — czytnik · opowiadania