Akcja · 26 min czytania
WRÓŻBA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
WRÓŻBA
Był zły sam na siebie. Dlaczego dał namówić się na pójście do wróżki? Przecież nigdy nie wierzył w żadne czary i przesądy, a tym bardziej w przepowiednie. Marcin wiercił mu dziurę w brzuchu od roku czasu, zasypując różnymi broszurkami, książkami i wiadomościami z sieci na temat horoskopów i przewidywania przyszłości. W końcu dał się skusić na seans i to przyniosło mu pecha. Wszedł do mieszkania. Miał ochotę od razu położyć się do łóżka i zapomnieć o wszystkim, zasnąć i śnić o lepszym świecie, o rzeczywistości, w której to wszystko nigdy nie wydarzyło się . Jednak nie mógł. Zdjął kurtkę i buty, i rzucił się na kanapę. Leżał i myślał. Nie miał ochoty oglądać telewizji, na nic nie miał ochoty. Wróciły wspomnienia z dnia poprzedniego. Tak jak zawsze rozpoczynał pracę o ósmej rano. Zajęcie na nowym stanowisku kierowniczym dawała mu wiele satysfakcji, ale i sprawiało wiele trudności. Ten etat należał mu się po sześciu latach harówki właśnie w tej firmie, gdzie zaczynał jako sprzątacz, a dziś stał się kierownikiem działu wysyłkowego. Roznosiła go energia. Był gotów pracować nawet po dwadzieścia godzin na dobę, byle tylko jak najszybciej poznać wszystkie tajniki stanowiska i zasłużyć na dobre słowo szefa. Wiedział, że jest obserwowany przez przełożonych, którzy mierzą i warzą jego czyny. Starał się, wychodził ze skóry, żeby tylko stanąć na wysokości zadania. Każdego dnia od momentu objęcia stanowiska kierowniczego w wytwórni opakowań pracę kończył późno, w zasadzie wychodził jako ostatni, kiedy tylko ujrzał w oknie przemykającą przez bramę wjazdową sylwetkę srebrnego mercedesa należącą do prezesa. Tak pracował do wczoraj. Właśnie tego dnia Marcin, z którym zaczynali karierę w firmie kilka lat temu, jego dobry kumpel ze szkolnej ławki od rana namawiał go na pójście do hali sportowej przy ulicy Długiej. W tym czasie miały się tam odbyć targi wróżb. - Słuchaj Stary, musisz się skusić – ciągle słyszał głos swojego przyjaciela, zapalonego sympatyka wszystkiego co metafizyczne, będącego członkiem szkoły zen. – Dobrze ci to zrobi. Spróbuj. – Wiesz, że nie wierzę w te bzdury – Janek rzucił krótką odpowiedź, jak zwykle. Należał do ludzi, którzy twardo stąpali po ziemi, w przeciwieństwie do swojego przyjaciela. Stawiał wszystko na jedną kartę mając ambitny cel w zasięgu ręki. Metoda ta sprawdzała się co do jego osoby do tego stopnia, że nawet zrezygnował z życia towarzyskiego nie wspominając o związku z kobietą. Liczyło się jedno – kariera i dobre pieniądze. – No, co ty – Marcin zaśmiał się. – A ja myślałem, że już połknąłeś haczyk. – Nie jestem rybą, żeby dawać się złapać na wędkę. Muszę zostać dłużej i dopilnować załadunku trzech dodatkowych tir-ów – złość obrócił w żart, starając się zneutralizować zamiary przyjaciela. Bezskutecznie. – Tą samą śpiewkę słyszę co dzień – Marcin nie dał się zbyć. – Nie dam się nabrać. Odpuść na chwilę. Mówi ci to przyjaciel. – Wiem, że jesteś moim przyjacielem, ale nie mogę. Zbyt wiele znaczy dla mnie to stanowisko. Po prostu nie potrafię. Marcin nic nie odpowiedział. Tracił cierpliwość. Coś przyszło mu na myśl. Już chciał to wyrzucić z siebie, gdy nagle szklane drzwi biura prowadzące na halę fabryczną otworzyły się z hukiem. Przed nimi wyrósł barczysty, łysy facet, którego Marcin znał dość dobrze. - Cześć Młody – rzucił krótkie, lekceważące pozdrowienie w kierunku przyjaciela Janka. – Mam prośbę – tym razem wzrok skierował w stronę kierownika działu wysyłkowego, co zaniepokoiło mężczyznę, ponieważ znaczyło kłopoty, prywatne problemy, którymi ten ogolony gość uwielbiał obdarowywać innych. – A raczej problem – dorzucił. – Potrzebuję kilku dodatkowych godzin pracy. Wiesz jak mi na tym zależy. – Wiem, tydzień temu też tak mówiłeś – mężczyzna przybrał postawę surowego szefa, co nie bardzo mu wychodziło . – Ale nie mogę dawać ci co chwilę nadgodzin. Zdaję sobie sprawę, że to jest płacone ekstra, ale nie powinienem faworyzować tylko ciebie. Jako przełożony muszę być sprawiedliwy. Inni też chcą zarobić. – Wysłuchaj mnie – Andrzej nie dawał za wygrane. – Pieniądze są mi potrzebne. Wiesz, że mam kłopoty finansowe. – Przykro mi – Janek odpowiedział zdecydowanie. – Nie mogę. Mam wrażenie, że wyczerpałeś już swój limit. – Czekaj! – mężczyzna gorączkowo łapał się ostatniej deski ratunku. – Mogę robić wszystko, nawet zamiatać halę. Tylko daj mi zarobić dziś lub jutro. Mężczyzna skończył. Czuł, że powiedział o jedno zdanie za dużo. – Czekajcie – nagle wtrącił się Marcin. - A może zastąpiłbyś dziś Janka na stanowisku, a my w tym czasie załatwimy sprawę. Janek spojrzał się na swojego przyjaciela ciskając pioruny. Przez chwilę nie odzywał się. Wyglądał jakby warzył myśli rodzące się w jego głowie. Po czym wyrzucił z siebie gotującą się decyzję. – Dobrze, niech tak będzie. Ale tylko dziś. – To co, idziemy? – podchwycił przyjaciel Janka i wyprostował się z zadowolenia. – Tak oczywiście, jedźmy. W ten sposób Janek skwitował decyzję Marcina. Atmosfera wewnątrz hali sportowej wydawała się groteskowa. Dziwne światła, półmrok, obce zapachy i ludzie. Człekopodobne sylwetki z nienaturalnymi cieniami wyprzedzającymi swoich właścicieli skradały się na każdym kroku. Dla Janka wszystko to wydawało się bezsensowne. Miał ochotę uciec natychmiast. Jednak Marcin pilnował go. Prowadził ich po ściśle zaplanowanej trasie tak jakby znał każdy zakamarek tego nienaturalnego festiwalu czarów i ułudy. Nagle stanęli na wprost ciemnej szczeliny, przypominającej wejście do jaskini. Jego towarzysz zdawał się wiedzieć co czeka ich w środku. Młody mężczyzna poznawał to po jego uśmiechu, wyrażającego tajemniczość. Marcin coś ukrywał. Po chwili przekroczyli próg pieczary. Szli wzdłuż mrocznego tunelu wijącego się jak wąż w mroku. Efekty światła i sztucznego dymu dodawały atmosferze niesamowitości rodem z filmów Stevena Spielberga. Co chwilę mijali małe pomieszczenia, gdzie mrok rozświetlały ledwo świecące szklane kule, a na ich tle czyjeś sylwetki jak duchy poruszały się w rytm niemej muzyki. Janek starał się dojrzeć ludzi. Z trudem mu to przychodziło. Po chwili, kiedy przyzwyczaił się do ciemności zdał sobie sprawę, że w każdym z pomieszczeń są dwie osoby. Mężczyźni stanęli przed jedną z takich komnat. Janek nie miał ochoty nawet zaglądać. – Wejdź, nie bój się – słyszał pewne nalegania Marcina. Zdezorientowało go to na chwilę. Nie wiedział co odpowiedzieć, a sekundę potem zirytowało. – Idź pierwszy – jego przyjaciel ponowił zaproszenie. Nie skorzystał. Szybko zripostował i wycofał się robiąc krok do tyłu. – Ty idź, ja popatrzę. Marcin nie dal się prosić. Pewnym krokiem przekroczył próg pomieszczenia i usiadł przy stole. Janek przyglądał się z zaciekawieniem całej misternej grze, w której uczestniczył jego towarzysz. Starsza kobieta zadała jakieś pytanie, pogładziła szklaną kulę i wyjęła talię tarota. Kiedy wróżka rozkładała karty, ktoś dotknął jego szyi. Dreszcz emocji przeszył jego ciało. Podświadomość mężczyzny nie była obojętna na to wszystko co działo się wokół niego. A może po prostu jego drugie „ja” żądało zastrzyku emocji, czegoś odmiennego od obowiązków dnia codziennego. Jak na komendę zrobił zwrot w tył. Na przeciw jego stała rudowłosa czterdziestolatka. Spojrzał jej głęboko w oczy: błękitne jak morze idealnie kontrastowały z barwą włosów przywodzących na myśl bursztyny leżące na dnie oceanu. Teraz już nie był pewny ile lat ma kobieta: dwadzieścia, a może trzydzieści. Zdawało mu się, że tonie w tym nieprzeniknionym kolorze morza. Zagłębiał się i zatracał. Kobieta wykorzystała jego niedyspozycję i wzięła go z rękę. Chwilę potem stał już w pomieszczeniu, gdzie półmrok przygniatał jego duszę, a jej słowa: „poznaj przyszłość” zniewalały. W tej samej sekundzie stał się jej zakładnikiem zatracając świadomość na pewien czas. Ocknął się dopiero, kiedy Marcin klepnął go mocniej w twarz otwartą dłonią. – Stary, co ci jest? – zapytał zaniepokojony. – Nie wiem – oszołomiony mężczyzna starał się wstać, opierając o ścianę. – Nic nie pamiętam. – Kiedy skończyłem seans wyszedłem i stwierdziłem, że nigdzie cię nie ma – oznajmił Marcin. – Znalazłem ciebie kilka metrów dalej, wyglądałeś jakbyś stracił przytomność. – Nic nie pamiętam – Janek powtarzał w kółko to samo. Tego dnia nie mógł dojść do siebie. Cały wieczór spędził, leżąc na kanapie. Nie jadł, nie pił, nie mógł zasnąć. Mijały minuty, godziny, dzień zamienił się w noc. W końcu poczuł, że zasypia. W półśnie zaczęły wracać wspomnienia. Znów szedł ciemnym tunelem wypełnionym sztucznym dymem i poświatą. Pokoje, ludzie, a nawet jego przyjaciel sprawiały wrażenie tak nienaturalnych. W końcu ujrzał rudowłosą kobietę. Ponownie poczuł jej dotyk na swoim ciele. Wiodła go korytarzami, aż do pomieszczenia, gdzie rozkładając stare karty tarota wypowiadała tajemne słowa. Siedząc przy okrągłym stole nie mógł się ruszać. Zaklęcia paraliżowały. Spacerujący burozielony kot spoglądał podejrzliwie, sprawiając wrażenie strażnika. Głosy stawały się coraz wyraźniejsze, dochodząc zza przepaści spowitej czasem i przestrzenią. – Jesteś zaangażowany w przedsięwzięcie. Praca jest dla ciebie najważniejsza. Nic więcej się nie liczy. To jest to na co pracowałeś tak wiele lat – słowa znaczyły prawdę, sprawiały wrażenie spełnionej wyroczni. Tego co już się wydarzyło. – Nie ma miejsca w twoim życiu na uczucia, nikt się nie liczy prócz pracy. Jeden cel. Tylko ty. Wróżka jego życie ujęła idealnie. A jednak nie chciał słyszeć tego wszystkiego. Bał się, po raz pierwszy poczuł, że coś traci. Kobieta ciągnęła dalej nie zważając na mężczyznę. – A teraz powiem ci co czeka cię w przyszłości. Poczuł ciszę zalegającą w najgłębszych zakamarkach pokoju. Miał ochotę, żeby to teraz właśnie ona stała się jego towarzyszką i nic więcej nie wydarzyło się we śnie. Obawiał się słów, które usłyszy za chwilę. Przepowiedni niweczącej jego marzenia. Na przekór wszystkiemu kobieta mówiła dalej. – Stracisz, to co zyskałeś. Obudzisz się i nic nie będziesz miał. To wszystko co osiągnąłeś do tej pory, przestanie istnieć. Będziesz musiał zaczynać na nowo. Daremne będą próby, a jeśli nie znajdziesz szybko nowej pracy, opuścisz miasto w którym mieszkasz. Na zawsze. Słowa rozeszły się echem po całym pomieszczeniu, nabierając mocy proroctwa. Nie wyobrażał sobie utraty stanowiska, pracy, a tym bardziej zmiany miejsca zamieszkania, wyprowadzki z rodzinnego miasta. Nikt z jego rodziny tego nigdy nie zrobił, tym bardziej on. Następnego dnia obudził się z bólem głowy. Wspomnienia z dnia poprzedniego mieszały się z marzeniami sennymi. Starał się szybko zapomnieć o wszystkim. Jedno co zrobił to ubrał się i wyszedł z domu. Chciał jak najszybciej znaleźć się w fabryce, zając się pracą i zapomnieć. Wszedł do biura wysyłkowego. Pomieszczenie było puste. Zastanawiał się co robić dalej. Czy chwycić za słuchawkę telefonu i połączyć z księgowością? Czy udać się na halę wysyłkową? Nie zdążył. Drzwi otworzyły się nagle i głośno. Do pomieszczenia wtargnął tłum ludzi wliczając kierownika produkcji, kierownika zmiany i kilku pracowników. – Zapłacisz za to, że przekazałeś obowiązki temu idiocie – usłyszał głos swojego przełożonego. Kilka minut później wszyscy stali już w gabinecie prezesa firmy. To był początek końca. Czuł to wyraźnie. – Pan już tutaj nie pracuje – starszy mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze mówił spokojnie, ale głośno, starając się hamować emocje. – Proszę pójść do księgowości i dopełnić ostatnich powinności. – Żegnam. Słowa ukuły i poraziły siłą tysiąca voltów. Przed oczami mężczyzny świat zawirował. Te ostatnie zdania najwyższego przełożonego były jak strzał snajpera. Coś co do tej pory było wszystkim, całym jego światem skończyło się. Nie potrafił uwierzyć. A jednak, zaczęło docierać do niego, że okrutne i surowe proroctwo zaczęło się materializować. W księgowości dowiedział się całej prawdy. Andrzej, któremu przekazał dzień wcześniej obowiązki służbowe doprowadził do wypadku i w dodatku nie wystawił faktury na towar, który opuścił w ciężarówce fabrykę. Ale nie to było najgorsze. Firma nie mogła przeboleć, że nie powiadomił nikogo o opuszczeniu stanowiska pracy i wcześniejszym wyjściu. Święte zasady, które naruszył. Trzydzieści minut później stał już za furtką fabryki, w której spędził kilka lat. Tylko ochraniarz powiedział do niego „do widzenia” nie świadom tego co się stało lub nie chcąc pokazywać, że coś wie. Leżał na kanapie. Nie miał ochoty dalej myśleć. Ten drań Marcin, którego do tej pory nazywał swoim przyjacielem nie dawał znaku życia. A przydałby się teraz. Może pozwoliłoby to wyjaśnić całą sytuację. Co miał robić? Wszystko stracił. Pozostało mu tylko iść do pośredniaka i zarejestrować się, a później szukać pracy. Tylko gdzie? Od czego zacząć? Spojrzał na biurko, na którym stał komputer. Wiedział, że pierwsze co musi zrobić to napisać CV. Zwlókł się z kanapy i zataczając, doczołgał się do PC-eta. Po godzinie daremnych poszukiwań jego nadzieję na znalezienie pracy odpowiedniej dla niego spełzły na niczym. Wiedział, że nie będzie łatwe znaleźć coś