Melodramat · 29 min czytania
Wrzosowa Dolina cz. I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ludzie są niesamowici. Przyjaźń od nienawiści oddziela naprawdę bardzo cienka granica. A jak do tego doda się kwestię płci… Gutek powiedziałby: „Ach, te kobiety”. Ja też jestem kobietą… No, właściwie suczką… Nieważne. W każdym razie ma rację. Jak już wspomniałam, ludzie cierpią na niesamowite huśtawki nastrojów. Zwłaszcza płeć żeńska. No i kto, oprócz kobiety, sam by się unieszczęśliwiał? Ale co ja narzekam, w końcu wpadła na to, że coś jej się od życia należy… Tylko dlaczego tyle łez musiało upłynąć? I dlaczego wszystko tak się zagmatwało? Tylko kobiety umieją tak utrudnić sobie życie… Kurczę, zaczynam mówić jak Gutek. Lepiej przejdę od razu do rzeczy. Cała historia zaczęła się właściwie dawno temu… Zaraz, który to mógł być rok? Jeśli nie myli mnie pamięć, chyba 1990… Tak, wtedy moja Pani wyszła za mąż. Oczywiście nie było mnie jeszcze na świecie. Wszystko, od czego zaczynam swoją opowieść, czerpię z jej opowiadań. A moja Pani bardzo lubiła mówić. Tylko ja wiem, ile godzin przegadałyśmy! Lubiłyśmy siadać nad jeziorem, przytulać się do siebie i rozmawiać. Albo milczeć. Milczało nam się równie przyjemnie. Przecież są momenty, kiedy żadne słowa nie zastąpią dotyku bliskiej osoby, prawda? Chyba znowu zgubiłam wątek… Na czym skończyłam? A, tak, był rok 1990. Moja Pani miała wtedy 19 lat. Zdała właśnie maturę i chciała dostać się na weterynarię. A jaka z niej była świetna uczennica! Mogę być dumna. Ale co z tego? Nigdy na żadną weterynarię nie poszła. Jej rodzice mieli inne wyobrażenie przyszłego życia „swojej Jadzi”. Mianowicie, „Jadzia” miała wyjść za jednego z sąsiadów i pracować na roli. Wiecie, taka tradycja rodzinna. A skoro już zaczynam się zagłębiać w powiązania i stosunki rodzinne, powinnam jeszcze cofnąć się do poprzednich lat. Kaja (moja Pani bardzo nie lubi imienia „Jadwiga”) była bardzo ułożonym i cichym dzieckiem. No i niezwykle posłusznym. Dowód? Proszę bardzo. Podsłuchałam kiedyś, jak jej najlepsza przyjaciółka Zuzia opowiadała swojemu bratu pewien incydent. Otóż 7-letnia Kaja dostała od rodziców karę: zakaz pływania. A trzeba dodać, że moja Pani kocha pływać! Ojciec pozwolił jej pójść nad jezioro z koleżankami, ale zabronił wchodzić do wody. I mała Kajka faktycznie siedziała na brzegu, obserwując pływających przyjaciół. Myślę, że świadczy to tylko o tym, że moja Pani od najmłodszych lat miała głęboko zakorzenione posłuszeństwo. Nigdy nie sprzeciwiła się rodzicom. Nigdy, aż do pewnego ciepłego, czerwcowego dnia. Wtedy to, były już nauczyciel geografii przekroczył próg jej rodzinnego domu. Ku zaskoczeniu wszystkich, poprosił starego, schorowanego Stasia o rękę córki. Warto w tym momencie nadmienić, że Kajka ma bardzo liczne rodzeństwo. Siedem starszych sióstr wciąż czekało na, jak to się mówi, „rycerza na białym koniu”. Według tradycji rodzinnej (nienawidzę tego określenia…) moja Pani musiała czekać na swoją kolej, aby stanąć na ślubnym kobiercu. Tak więc Staś odmówił i wypędził delikwenta z domu. Co na to Kaja? Właściwie do tej pory nie sprecyzowała swoich uczuć. Tomasz, bo tak się owy nauczyciel nazywał, był od niej starszy 20 lat. Dla 19-letniej dziewczyny wyjście za 39-letniego faceta musiało wydać się przerażające. A jednak młoda, niepozorna dziewczynka przemyślała wszystko na spokojnie i szybko zrozumiała, że to może być jej jedyna szansa. Jeśli nie teraz, to kiedy? Zanim pozostałe siostry wyjdą za mąż może minąć kilkanaście lat. Wtedy Kajka będzie już miała za sobą najpiękniejsze lata życia. A może nie wyjdą za mąż wcale? Nie chcę się chwalić, ale moja Pani była, i zresztą jest, najładniejsza z całej rodziny. Pamiętam zdjęcia ze ślubu, które mi pokazywała. Taka szczuplutka, dosyć wysoka, z lekko pofalowanymi, jasnymi włoskami. Zupełnie nie przypominała reszty rodzeństwa. W każdym razie, Kajka nie chciała spędzić całego życia w rodzinnym domu. Nie chciała też czekać kilka(naście) lat tylko po to, żeby wyjść za sąsiada, którego nawet nie darzyła sympatią. Biorąc to wszystko pod uwagę można chyba zrozumieć, że moja Pani, mimo strachu i niepewności, poszła do ojca, błagać go o zgodę. Ale Staś był nieugięty. Okazało się, że wcale nie chodzi już o jakieś tradycje, tylko wiek amanta. No i przecież amant ten był rozwodnikiem z dwójką dzieci! Jednak nie minął tydzień i schorowany Staś zszedł z tego świata. A przebiegły Tomasz, nie racząc nawet zaczekać aż rodzina otrząśnie się po śmierci bliskiej osoby, ponowił swoją propozycję, tym razem do matki Kai. Mimo usilnych starań ponownie spotkał się z odmową. Najwyraźniej jednak znalazł w młodej Kajeczce swój ideał. Dlaczego tak twierdzę? Bo swoje działania skierował już prosto do niej. A Kajka, oczarowana dojrzałym dżentelmenem, postanowiła rzucić wszystko i uciec z nim do Ełku. 5 lipca wzięli ślub. Wtedy Tomasz zmienił się nie do poznania. Kajka uważa, że to ona zgubiła, jak to określa, „różowe okulary”. Ale ja za dobrze znam tego cwaniaka. No bo co? Młoda, atrakcyjna, ładna dziewczyna. Do tego inteligentna i bardzo gospodarna. Bo moja Pani już od najmłodszych lat umiała zrobić wszystko. I w kuchni, i w domu, i w ogrodzie. A przy tym taka posłuszna. Nie mógł lepiej trafić. A młoda Kajeczka, jak zresztą twierdzi Zuza, była bardzo naiwną istotką. Pragnęła wielkiej miłości i uwierzyła, że Tomasz jest jej życiową szansą. Zanim zrozumiała, jak bardzo się pomyliła, nie miała już dokąd wracać. Po ślubie zamieszkali w domku jednorodzinnym w Ełku, razem z matką Tomasza. Kobieta okazała się równie przebiegła, jak jej syn. Moja Pani nawet nie zauważyła kiedy, stała się służącą, utrzymującą w idealnym stanie domostwo. W zamian nie otrzymała nic. Nie mówię tu oczywiście o pieniądzach. Mówię o zwykłej, prostej miłości. A jeżeli nie miłości, to chociaż akceptacji i jakichkolwiek warunkach do życia. Warunkach mentalnych, rzecz jasna. Dwa kolejne lata moja Kaja wspomina jako największy koszmar swojego życia. A trzeba wspomnieć, że w tym czasie Tomasz wysłał ją też do Szwecji. Pracowała, gotując i sprzątając, po 14 i 16 godzin dziennie, a całą zapłatę wysyłała mężowi. Tomasz tymczasem postanowił pojechać do małej wsi pod Białymstokiem, do rodziców mojej Pani. Jak to się mówi, „sypnął groszem” i natychmiast stał się „ukochanym zięciuniem”, jak zresztą sam często o sobie mówił. Kaja natomiast została marnotrawą córką, która ma niesamowite szczęście, że trafiła na „takiego mężczyznę”. Niezła zmiana, co? Ktoś mógłby pomyśleć, że „Tomuś”, jak lubiła mówić do niego moja Pani, zrobił to dla swojej żony. Wiecie, chciał jej sprawić przyjemność, ulżyć, bo wiedział, jak ciężko jej żyć ze świadomością, że nie utrzymuje żadnych kontaktów z rodzicami. Gówno prawda, ot co. Chytrusek chciał tylko, żeby matka Kajki uruchomiła swoje kontakty. I to właśnie dzięki tym kontaktom Tomasz kupił ziemię za pół ceny. I to w jakim miejscu! Ach, kto nie był we Wrzosowej Dolinie nie może sobie nawet wyobrazić, że istnieje tak cudowne miejsce! Góry i doliny, lasy i łąki, jeziora i rzeki… A w promieniu kilometra żywej duszy. Tak, to mu się udało… Nawiasem, cwany facet, nie? Jednak Wrzosowa Dolina nie zawsze tak wyglądała. Wtedy, czyli w 1992 roku, stała tam tylko chlewnia i stara, rozpadająca się wręcz, chałupka. Tam też Tomasz zostawiał moją Kajeczkę na całe tygodnie. Co kilka dni sprawdzał tylko, jak jej idzie „oczyszczanie” okolicy i przy okazji podrzucał chleb. Malowniczo położona dolinka, otulona ze wszystkich stron lasem sosnowym, pełna była śmieci. To, jak teraz wygląda, zawdzięcza mojej Pani. Rok później, tj. gdy Kaja miała 22 lata, we Wrzosowej Dolinie stał już piękny domek, a wokół nie było śladu po dawnych właścicielach. Małżeństwo z 3-letnim stażem przeniosło się z Ełku do niewielkiej wioseczki. Dla mojej Pani to była kolejna niespełniona nadzieja. Powiedziała mi kiedyś, że gdy pierwszy raz znalazła się we Wrzosowej Dolinie, poczuła, że właśnie tu spełnią się wszystkie jej marzenia. Oczywiście nie miała pojęcia, że będzie musiała czekać na to 13 lat. I chyba nie mieściło się w jej wyobrażeniach to wszystko, co zdarzyło się potem. Następne lata przebiegały bardzo spokojnie. Wspomnę tylko o trzech wydarzeniach. Otóż w roku 1998 we Wrzosowej Dolinie powstało gospodarstwo agroturystyczne. Zarządzał nim oczywiście wielebny Tomasz, a siłą roboczą pozostawała moja Pani. Kilka miesięcy później zmarła była żona „Tomusia”, a jego dzieci zamieszkały z babcią. Natomiast w roku 2000, konkretnie 5 lipca, ja zawitałam do Wrzosowej Doliny. Byłam prezentem od Tomasza dla Kajki z okazji 10-tej rocznicy ślubu. Oczywiście pomijając ten drobny fakt, że sam chciał mieć psa stróżującego… Oj, swoje pierwsze spotkanie z Kają pamiętam doskonale! Od razu się pokochałyśmy. Byłam wtedy takim berbeciem… A ona miała do mnie tyle cierpliwości… Ach, kochana Kaja… Nigdy nie zapomnę, jak spędziła ze mną całą noc. Była burza, a ja miałam dopiero 2 miesiące i panicznie się bałam. Tomasz nie pozwolił zabrać mnie do domu, więc przyszła do mnie. Usiadła w moim kojcu, wzięła na ręce, otuliła nas kocem i zasłoniła parasolką od deszczu. Opowiadała mi wtedy, jak kiedyś sama chowała się pod stołem w czasie burzy. Siedziała ze mną do rana. Oczywiście okupiła to zapaleniem płuc… Od malucha Tomasz uczył mnie różnych komend. Wiecie, „siad” i te sprawy. A Kajka rozpieszczała mnie, gdy tylko się odwrócił. Ale ja i tak zawsze wiedziałam, czyim jestem psem. Oczywiście słuchałam również poleceń Tomasza, ale robiłam to tylko dlatego, że nie zauważyłam, aby były one w jakikolwiek sposób krzywdzące. Jednak czasem, gdy siedziałam w swoim kojcu i słyszałam trzask i huk dochodzące z domku, czułam do tego gnojka taką nienawiść, że mogłabym się na niego rzucić… Moja Pani nigdy nie powiedziała na niego złego słowa. Czasem tylko żartowała, że całe szczęście, że jest taka wytrzymała, że trudno jej nabić siniaka, bo przynajmniej nie musi wstydzić się ludzi… Teraz nawet jestem na siebie zła. Bo mogłam jakoś zareagować, nie? Ale tak na zdrowy rozum, przecież bym go nie zabiła. A gdybym tylko go pogryzła, oddałby mnie do jakiegoś schroniska albo, jeszcze lepiej, do uśpienia. I nigdy więcej nie zobaczyłabym mojej Kajeczki. Jedyne co mogłam zrobić, to wtulić pysk pod jej pachę i czekać, aż znowu zacznie się z tego śmiać. Łzy wciąż były widoczne, twarz wciąż umęczona bólem i wysiłkiem, ale oczy się śmiały. I to musiało wystarczyć nam obu. Często powtarzała, że jestem dla niej wszystkim, jej „jedynym szczęściem”. Była bardzo samotna. Właściwie, to ja też… Bo oprócz niej, nie miałam przecież nikogo. Ale przez kolejne 3 lata liczyło się tylko to, że mamy siebie. Kolejne lata to pasmo dziwnych, nieprzewidzianych zdarzeń i ludzkich zachowań. Wszystko zaczęło się pewnego pochmurnego dnia, kiedy to leżałam w kojcu i obserwowałam, jak moja Pani zbiera pranie. Był 1 maja, co oznaczało ostatnie nasilenie turystów przed sezonem. Byłyśmy jeszcze same, kiedy przyjechał ciemnoczerwony Ford Focus. Podniosłam się niechętnie, bo bardzo nie lubię, jak ktoś przerywa mi sjestę, ale musiałam zawiadomić moją Kajkę, że przyjechali goście. Słysząc moje szczekanie, Kaja natychmiast wybiegła z domku. Tymczasem z samochodu wysiadło 5 osób. Kierowca był jedynym mężczyzną. Mniej-więcej w wieku Tomasza, krótko ścięty, z wąsikiem. Z przedniego siedzenia wysiadła kilkunastoletnia dziewczyna z długimi, ciemnymi włosami. I, uwaga, na rękach niosła fretkę! Ależ miałam radochę. Chętnie bym sobie za nią pohasała, ale Kajka natychmiast zgasiła mój entuzjazm stanowczym „spokój, Dora”. Zapatrzona na fretkę, nawet nie zauważyłam, kiedy z samochodu wyłoniły się kolejne 3 kobiety. Wszystkie w średnim wieku. Dwie wyglądające na siostry, z ciemnymi, krótkimi włosami i jedna z nieco dłuższymi blond kosmkami. Zmierzyłam dokładnie spojrzeniem przybyłych i mogłam już spokojnie skupić całą uwagę na pręgowanym futrzaku. Niestety szybko zniknął mi z pola widzenia, z tego prostego powodu, że moja Pani pokazywała im pokoje. Aj, gdybym wtedy wiedziała, jak to wszystko się zakończy… Do czego doprowadzą zawarte przed chwilą znajomości… Teraz, kiedy o tym myślę, wciąż wydaje mi się, że to wszystko jest tylko dziwacznym snem. Ale wystarczy, że wyjdę z kojca i rozejrzę się. Wszystko niby po staremu. Tylko jakoś tu dziwnie cicho i pusto. Pranie nie wisi na swoim zwykłym miejscu, kwiaty w ogrodzie uschły, a trawa sięga do łydki. Nie widzę dymu unoszącego się zwykle o tej porze z kominka, nie słyszę brzdękania talerzy. A kiedy wejdę przez otwarte na oścież drzwi do kuchni, nikt nie powie z wyrzutem: „Dora, do budy”. Z daleka widzę, że za stawem, tuż po lasem siedzi mężczyzna. Nie porusza się już od wielu godzin. Patrzy w nieruchome lustro wody. Wiem, że rozmyśla. Że rozpamiętuje wszystko po raz kolejny. Zupełnie, jak ja. Ale wiem też, że już nie płacze. Zbyt wiele łez wylał przez ostatnie tygodnie. Teraz już zwyczajnie ich brakuje. Mi też. Brakuje wszystkiego, co było. Energii, entuzjazmu. Chęci do życia. Wracam do kojca i stwierdzam, że tak jest lepiej. Że spędzę tak resztę życia, bo tutaj mnie nie widać. Mogę po prostu w ciszy i spokoju zadawać sobie ból. Myślami o mojej kochanej Pani. O tym, jak było cudownie, kiedy było źle. I o tym jak było źle, kiedy było cudownie. Bo to wszystko stało się tak nagle. Już miało być dobrze. Właśnie zażegnaliśmy wszystkie katastrofy, właśnie doszliśmy do porozumienia. I trach. Żeby to, kurde, jeż skopał, o.
Długi weekend majowy minął szybko. Ful ludzi, sprzątania i gotowania. A dla mnie całe dnie siedzenia w kojcu. Przyznam, że trochę z nudów zagadałam do tego małego, futrzanego cwaniaka. I, wierzcie lub nie, okazał się całkiem w porządku. Poopowiadał mi trochę o swojej rodzince, ja mu o swojej. Wiecie, wymiana doświadczeń, poglądów. Goście zaprosili Kajkę i Tomasza na ognisko i z tego, co wiem, było ono dla mojej Pani początkiem bólu. „Tomuś”, jak to „Tomuś”. Zobaczył młodziutką dziewuszkę i zaczął do niej zarywać. Trudno powiedzieć, kto był bardziej niezadowolony: owa dziewuszka czy Kaja. Pół nocy spędziłam wtedy na spacerze z moją Panią. Mówiła mi, jak bardzo jest zazdrosna, jak wiele dałaby, żeby ta dziewczyna nigdy się tu nie zjawiła. Wiedziałam, że zwyczajnie boi się, że Tomek znajdzie sobie młodszą, a ją wyrzuci jak stare skarpetki. Następne dwa dni nie przyniosły poprawy, a wręcz pogorszenie. Ostatniego wieczoru przed wyjazdem gości, Kaja zabrała ową Julię z Gutkiem i mnie na spacer nad jezioro. Od razu wiedziałam, że chce wybadać, czy dziewczyna coś planuje. Ale już na samym początku rozmowy stało się jasne, że Julkę bardzo wkurza zachowanie Tomasza. Wprost…