Pisarstwo · 3 min czytania
wrzosowiako myśli
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jak bardzo wielkie i przezroczyste jest jezioro, nad którym stoi ten dom wie tylko on sam. Dla mnie ten szczegół nie był zbyt istotny, kiedy po raz pierwszy obmywałam w nim dłonie. Obca trawa żółkła wokół mnie, kiedy siedziałam na werandzie tuż obok mojego czarnego, bezimiennego kota. W lekkiej, letniej sukience, z zarzuconym na ramiona szalem, popijając herbatę z mlekiem i pogryzając kruche ciasteczka poczułam się jak w angielskiej powieści. Spojrzałam na zegarek, była równo godzina piąta po południu. Sięgnęłam po książkę Iris Murdoch i spędziłam z nią resztę popołudnia. Marzyłam. Marzyłam o moim rycerzu na białym koniu. O wielbicielu i o wspaniałej, namiętnej miłości. Leżałam na moim wrzosowisku myśli i wypatrywałam konia pana Rochestera, lub zarysu sylwetki pana Darcego. Wiedziałam, że któryś z nich musi się w końcu zjawić, bo przecież byłam idealna. Rozważna i romantyczna, dumna i uprzedzona, a do tego wrażliwa na piękno muzyki, sztuki oraz przyrody. Potrafiłabym pokonać wszelkie przeszkody, jakie życie rzuciłoby nam pod nogi. Nie obchodziłyby mnie nieżyjące, idealne żony oraz żyjące, ale chore psychicznie. W ogóle żadna żona, czy mąż nie potrafiłby stanąć nam na drodze do naszej miłości. Wybrałabym Hetclifa zamiast Lintona do końca życia zbierając z nim przepiórcze jaja ukryte w gniazdach wśród traw. Nie…