wojna · 38 min czytania
Wspaniały koniec lata
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wspaniały koniec lata
Było popołudnie, trzynastego marca 1938 roku. Tadeusz pastując oficerki, słuchał radiowego komunikatu o zajęciu Austrii przez Trzecią Rzeszę. Informacja ta wzbudziła w nim niepokój. Od dłuższego czasu żywo interesował się tym, co się dzieję za zachodnią granicą Polski. Przecież musiał, był wojskowym. Oficerem lotnictwa polskiego, zastępcą dowódcy eskadry w 142 Eskadrze Myśliwskiej w Toruniu. Odnośnie poglądów na politykę, miał trochę inne zdanie niż reszta kolegów z oddziału. Owszem, potępiał i coraz bardziej obawiał się Niemców. Ich rozpoczęte zbrojenia, ciągłe parady wojskowe i niesamowicie agresywna polityka zagraniczna denerwowały go, tak samo jak innych. Jednak on bardziej niż otoczenie dostrzegał w zachodnich sąsiadach zagrożenie dla własnego kraju. Czuł się niepewnie i informacja o zajęciu Austrii trochę go zmroziła. Austria to górzysty, alpejski kraj. Trudny do zdobycia. Możliwość przerzucenia tam cennego sprzętu, rezerw złota, żywności i przemysłu jest ogromnym atutem Niemców w ewentualnej wojnie. A przecież Europa ledwie dwadzieścia lat wcześniej spłynęła krwią światowej wojny. Starszy brat Tadeusza zginął, wcielony do armii Cesarstwa Niemieckiego. Matka nie otrząsnęła się po tym już nigdy. Jego pokolenie zna smak wojennej pożogi. Ale przecież dopiero co wyrosło nowe, zrodzone i wychowane w wolnym kraju. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby przecież, aby i ci młodzi ludzie musieli przez to przechodzić. Codziennie w koszarach i podczas lotów patrolowych widział te młode twarze niektórych pilotów. Dla nich wojsko było na razie świetną przygodą, a latanie wielka pasją, która dawała im emocje i doznania niedostępne dla reszty ich rówieśników. Jednak kiedy Hitler i jego świta spojrzą łakomym wzrokiem na miasta i wsie położone na wschód od Berlina, świat tych młodych ludzi może się zawalić. Wieczorem był umówiony do kina. Dzień na poligonie skończył się na próbnym strzelaniu. Wylądowali koło południa, potem jego grupa pilotów była wolna do następnego ranka. Tadeusz był bardzo zamożnym człowiekiem. Oficerska pensja, połączona z majątkiem odziedziczonym po ojcu-przemysłowcu stawiała go w elicie społeczeństwa kraju. Korzystał z pieniędzy bardzo rozrzutnie i prowadził dość ekscentryczny tryb życia. Przepiękny, drogi kabriolet Mercedes 500K wraz z hojnym gestem i iście ułańska fantazją pozwalał mu zdobywać rzeszę znajomych, zwyczajnych klakierów, no i oczywiście hurtowe ilości niewieścich serc. A te ostatnie Tadeusz upodobał sobie szczególnie. Bez skrępowania można wziąć słowa „ Nie będziesz ty, to będzie inna”, za jego życiowe credo. To z przeboju tamtego roku, autorstwa Mariana Hemara. Upodobanie do restauracji, dansingów, alkoholu i pięknych kobiet nie raz sprowadzało na niego kłopoty, ale niewątpliwy urok osobisty za każdym razem pozwalał mu wychodzić z nich obronną ręką. Srebrny kabriolet z zasuniętym dachem miękko zaparkował przy chodniku pod jedną z toruńskich kamienic. Światła latarni dekorowały wypolerowany lakier licznymi odbiciami. Ulice pełne były kałuż, a oświetlone mury miasta znajdowały w każdej swój obraz. Bruk był wilgotny i błyszczał. Podbite oficerki stukały po drewnianych schodach i był to świetny sygnał dla jego towarzyszki na tamten wieczór, że za chwilę czas otwierać adoratorowi drzwi. Po chwili dystyngowany oficer lotnictwa już stał przed drzwiami mieszkania i miarowym pukaniem ogłaszał swoje przybycie. Ucałowanie ręki, danie kwiatów i krótka niezobowiązująca rozmowa na powitanie. Tadeusz miał wszystkie takie punkty opanowane do perfekcji. Dbał też o każdy detal. Wiedział, że kiedy częstuje papierosem, mają to być najdroższe papierosy, a jego inicjały na papierośnicy mają lśnić. Wiedział co i w której chwili skomplementować u damy, przy której towarzystwie akurat bawił, aby ta poczuła się oczarowana, ale nie przesadnie adorowana. Tego wieczora wychodził z Natalią. Była to młoda dziewczyna, która niedawno zaczęła pracę w ich oficerskiej kantynie. Była kelnerką. A właśnie do kelnerek pilot miał akurat słabość. Szczególnie, gdy biało-czarne, damskie uniformy zgrabnie podkreślały figurę panny. A figura Natalii była chyba wymarzoną dla każdego projektanta wszelakiej odzieży. Wyglądała by dobrze zarówno w wieczorowej kreacji, jak i w bojowym kombinezonie lotniczym. Ciemne, odrobinę pofalowane włosy do połowy pleców spadały na lekki wiosenny płaszcz, który przewiązany paskiem, podkreślał wąską talię dziewczyny. Spod ronda kapelusza zalotnie spoglądały duże, brązowe oczy. Przy krótkiej rozmowie zdążyła się już kilka razy uśmiechnąć i zaprezentować Tadeuszowi dołeczki w pełnych, trochę zaczerwienionych od wiatru policzkach. Tadeusz otworzył drzwi Natalii, po czym odpalił silnik i samochód delikatnie ruszył, mącąc wodę we wszystkich kałużach na starym mieście. Lotnik zawsze wybierał na początek randki kino. Nie trzeba za wiele rozmawiać, a potem tematów do rozmowy przysporzy sam film. Albo ponarzekają jaki był słaby, albo rozpłyną się w pochwałach nad dobrym poziomem widowiska, być może dowcipnie skomentują gagi. Następnie zjedzą smaczną kolacje, gdzie rozgrzani aperitifem i digestifem, już bardziej się spoufalą. Tematy staną się luźniejsze, a flirt bardziej oczywisty. Na koniec romantyczna przejażdżka gdzieś nad Wisłę, no i oczywiście, jak na dżentelmena przystało, eskorta pod samo mieszkanie. Tadeusz doskonale znał plan działań i wszelkie te manewry miał wyśmienicie opanowane. Film podobał się oficerowi średnio. W sumie i tak nie dla filmu tam przyszedł. „Zapomniana Melodia”- komedia muzyczna z romantyczną nutą. Tadeusz miał po dziurki w nosie takich filmów, ale pannom się podobały, więc jakoś zawsze wysiedział do końca. Natalia świetnie się bawiła, kilka razy się uśmiała, na koniec wzruszyła. Wiedział więc doskonale, że wybrał właściwy repertuar. Młode zakochane dziewczyny lubią historię o młodych zakochanych dziewczynach, znajdujących księcia z bajki. A Tadeusz miał na ekranie ściągawkę, jak dać jej owego księcia. Problemem było tylko którą bajkę wybrać. Nawet o to oficer nie musiał się zbytnio martwić. Jego życie przypominało przecież bajkę. Był nieprzyzwoicie bogaty, miał świetny gust, a na dodatek miał dostęp do czegoś, czego większość ludzi dostępu nigdy mieć nie będzie. Do nieba, chmur, widoku wschodzącego słońca, które obserwuje się lecąc kilka kilometrów ponad horyzontem. Kobiety uwielbiały słuchać o jego podniebnych wyczynach. O zapierających dech widokach, strącanych balonach ćwiczebnych, ostrzelanych treningowych rękawach i o wykonywanych akrobacjach. Przegadali na te właśnie tematy całą kolację. Mercedes, jakby inaczej, zaparkował pod najdroższym lokalem w Toruniu, niedaleko Placu Teatralnego. Lody na deser już tylko rozbełtał i zostawił, nie miał nawet na nie ochoty, ale widział błysk w oczach Natalii, kiedy kelner przyniósł kartę z deserami, wiec odroczył jeszcze wyjście z restauracji. Rozmowa z nią nie była frapująca. Czuł się trochę jak guwernant udzielający lekcji gimnazjalistce. Przecież sam doskonale wiedział, że nie wspaniałego rozmówcy dzisiaj szuka. I nawet trochę podskórnie wyczuwał, że Natalia też to rozumie. Kiedy wracali, donośne pomruki silnika kabrioletu wyznaczały rytm trasy pełnej ciasnych zakrętów. Tadeusz starał się przejechać miasto jak najbardziej malowniczą trasą. Już pod samą kamienicą Natalia nieco zmieszana zdobyła się w końcu na odwagę i zapytała: -Może wejdziesz na herbatę? „Tak, na herbatę mhmm… O 2 w nocy”- pomyślał Tadeusz, ale od razu odparł: -Z największą przyjemnością.
* * * * * * * * Obudził się na potężnym kacu. To był jego przedostatni dzień urlopu, a już czuł jak go spędzi. Zapowiadało się, że nad kefirem, łykając co chwilę aspirynę. I tak z trudem dostał ten urlop. Był maj 1939 roku. Niemcy zajęli w marcu litewski port w Kłajpedzie, oraz całe terytorium Czechosłowacji. Sytuacja na arenie międzynarodowej stała się napięta. W wojsku i wśród cywili czuć było poruszenie. Ciężko było o urlopy w armii. Tadeusz tak zaciekle go wywalczył, a i tak w okazało się, że w efekcie prawie połowy nie pamięta. Wyjechał do Sopotu, poplażować, pobawić się w kasynie i zwyczajnie popić wódkę. Było całkiem możliwe, że to ostatnie takie dni, kiedy jeszcze Polacy mogą wjechać na terytorium Wolnego Miasta Gdańska. Hitler cały czas straszył, że chce Gdańsk i autostradę do Prus przez Polskę. Politycy w kraju robili twarde miny i zbywali te groźby, ale jednocześnie cały czas z nadzieją patrzyli w stronę Wielkiej Brytanii i Francji, bo wiedzieli, że tak rozochocone sukcesami Niemcy nie odpuszczą łatwo swoich żądań. Głowa zaczynała go boleć coraz bardziej. Myślał już tylko o jakiejś ocalałej cudem flaszce wódki i małym kieliszku na dobry początek dnia. Przetrząsnął cały pokój hotelowy. W końcu znalazł butelkę i mógł zacząć kurację. Od dźwięków intensywnych poszukiwań gorzały, na łóżku zaczęła budzić się jakaś druga postać. Leniwe kobiece jęki i odgłosy ziewania zwróciły uwagę Tadeusza: -Przepraszam, dokąd panią odprowadzić? Jest już ranek- wyraźnie nie miał teraz ochoty na niczyje towarzystwo. -Was?- zapytała zadziwiona młoda blondynka z potarganymi włosami. Wyglądało na to, że przynajmniej na razie, Polska wygrywała 1:0.
Wracał do Torunia pociągiem, piątego maja. Było ciepło i duszno, więc od razu otworzył okno w przedziale. Z nudów wyciągnął gazetę. Prawie sama polityka. Nie dziwiło go to. Czytał nawet z zaciekawieniem. Czuł, że to co właśnie dzieje się na świecie, może przynieść coś złego. Na razie nie padł jeszcze żaden strzał. Jeszcze oddawano Hitlerowi co chciał, przy stole pełnym papierów do podpisania. Ale to za chwile może się skończyć. Gdzieś przecież jest granica. Kiedy dotarł na dworzec główny, cześć megafonów transmitowała przemówienie sejmowe. To przemawiał minister spraw zagranicznych Polski, Józef Beck: „Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor.”- słychać było z głośników. A więc już wiadomo kto postawi granicę. Tym pierwszym odważnym miała być Polska. Przy dworcu i dalej w głąb miasta, wszędzie poruszał się rozentuzjazmowany przemówieniem tłum. Ludzie wiwatowali, niektórzy nieśli flagi. Tadeusz patrzył na nich z podziwem, ale też smutkiem. Czuł, że nie wszyscy zdają sobie sprawę, co za chwilę może się zdarzyć. W Sopocie w lokalach i kasynach spotykał wielu niemieckich oficerów. Byli niezwykle pewni siebie i z dużą pogardą patrzyli na polski mundur. Jakby czuli przewagę przed zbliżającą się rozgrywką. To był bardzo niepokojący widok. Mijał kolejne ulice i kierował się ku swojej jednostce. Po drodze słyszał urywki rozmów. Głosy były podniecone. Niektórzy nie mogli się doczekać co teraz zrobią Niemcy. Prawie każdy był pewny, że odpuszczą. Przecież dodatkowo widać było zbliżenie w relacjach Polski z Anglią. Choć żadne dokumenty i sojusze nie były jeszcze podpisane. Tadeusz po niedawno oglądanych minach ogrywanych w karty szkopów, wiedział, że nie odpuszczą. Oni po prostu nigdy nie odpuszczają. Coś pękło w tym narodzie, po tym, jak brunecik z dokładnie przystrzyżonym wąsem objął władzę. Teraz już nie chylą czoła przed niczym.
Lato 1939 roku było upalne, a plaże, wszelkie kurorty i uzdrowiska pełne wczasowiczów. Choć nagłówki gazet i audycje radiowy zarażały niepokojem, a wśród wieczornych rozmów dało się czasem słyszeć przytłumione „wojna”, to jednak doskonała aura wyciągała do zabawy wszystkich. Wojsko co rusz ćwiczyło na poligonach, na festynach przeprowadzano zbiórki na zaopatrzenie wojskowe, ćwiczono pierwszą pomoc, a w ludziach budziła się dziwna pewność siebie. Przekonanie graniczące z pewnością, że pobijemy Niemców, a do pierwszych jesiennych deszczów w Berlinie zawiśnie biało-czerwony sztandar. Podniecone rozmowy spod znaku: „będzie wojna, czy nie?”, albo „przecież nikt nie pobije szóstej armii świata”. Szósta armia świata- im bliżej końca lata, tym częściej to określenie przewijało się w przemówieniach polityków i gazetowych artykułach. Tadeusz prowadził za sobą klucz podkomendnych. Właśnie schodzili z trzech kilometrów na tysiąc metrów i wchodzili w obszar ćwiczeń strzeleckich na rękawie ciągniętym przez nieuzbrojony samolot. Po doprowadzeniu ich na obszar ćwiczeń odleciał wyżej, kołując i czekając na swoją kolej strzelania. Próbował się jako ostatni. Latali nad Borami Tucholskimi. Mocne, popołudniowe słońce wyłuskiwało spośród soczystej zieleni lasu, małe, zagubione w gęstwinie jeziorka. Stała jak szkło tafla odbijała blask. Wyglądało to, jakby ktoś podziurawił zielony wojskowy namiot i dał słońcu możliwość bezkarnego wdzierania się, do ciemnego wnętrza. Równa praca silnika P11 przypominała Tadeuszowi, że to nie płótno namiotu, a pradawna puszcza, widziana z przeszło kilometra nad powierzchnią ziemi. Jedenastki to bardzo wdzięczne w pilotażu maszyny. Niezwykle zwrotne, niewymagające długiego szkolenia. Stałe podwozie pozwala wylądować niemal natychmiast, nawet na trawiastych lotniskach. Jednak sama konstrukcja samolotu, na początku lat trzydziestych uchodząca za cud techniki, robiła się już przestarzała. Skrzydła w formie górnopłatu zastrzałowego, zwane nawet płatem polskim, nie pozwalały osiągać prędkości dawanych przez dolnopłaty. Tamte, były następnym krokiem w rozwoju lotnictwa. Niestety, nie był to krok postawiony przez Polaków. Za zachodnią granicą zaczęto oblatywać dolnopłaty w momencie, kiedy w Polsce były dopiero kreślone na papierze. Tadeusz doskonale o tym wiedział. Jako zastępcy dowódcy eskadry, mówiono mu o nowinkach wojskowych. Wiedział o oblatywanym w Warszawie P50 Jastrząb. Nie mógł się już doczekać transportu pierwszych cudeniek do jednostki. Na razie ciągle coś w nim poprawiali. I ciągle zapewniali, że za chwilę będzie. Tadeusz raz po raz patrzył na skrzydła i wnętrze kabiny poczciwej jedenastki. "Żal będzie się z tobą rozstawać…”-myślał-„Ale na wojnie to już na pewno nam się nie przydasz. Potrzebne są szybsze panny od ciebie.” Tymczasem chłopakom strzelanie szło sprawnie. Raporty o kolejnych trafieniach docierały przez radio do Tadeusza i lekko wyginały kąciki jego ust w górę. Jednak bez względu na wynik, strzelanie miało trwać trzy kolejki. Każdy musiał zaliczyć trzy podejścia do strzału. Oficerowi trochę się spieszyło. Tamtego wieczora jedna z nadwiślańskich knajp miała rozkładać parkiet na dansing pod gołym niebem. Kogo jak kogo, ale jegomościa w dowódczym P11 nie mogło tam zabraknąć. Gdy przyszła kolej Tadeusza jego P11 z numerem bocznym 14 podręcznikowo zszedł lotem koszącym, dochodząc cel z godziny trzeciej. Zgodnie ze sztuką wziął poprawkę na prędkości obu samolotów, wycelował trochę przed cel i trafił prawie idealnie. Całe szczęście najlepiej z grupy. Tuż obok namalowanej na rękawie swastyki. Przy drugiej kolejce swoich podopiecznych już przez cały czas nerwowo spoglądał na zegarek. Po kilkudziesięciu minutach strzelili wszyscy. Znów jako ostatni podszedł Tadeusz. Kolejny raz poprawne zejście. Ale tym razem krzyż celownika wskazywał co innego. Podleciał minimalnie bliżej niż za pierwszym razem. Wziął głęboki wdech. Palec na spust. Seria… Poszło! Oczom lotników eskadry ukazał się rękaw dryfujący spokojnie z wiatrem i odlatujący w sina dal samolot, który go ciągnął. Tadeusz trafił w linkę przypiętą do imitacji celu i zakończył tym samym ćwiczenia. Wiedział, że transport nowego rękawa z Torunia na miejsce ćwiczeń potrwa zbyt długo i zapadający zmrok wygoni wszystkich z poligonu. - Toruń obiór! Tu niebieski czternaście! –meldował Tadeusz przez radio. -Słyszymy cię niebieski czternaście, tu Toruń, melduj!- padło z drugiej strony. -Któryś z chłopaków przypadkiem trafił w linkę, zwiało nam rękaw. Nie mamy w co strzelać. Jest 18.00. - Dobra, wracajcie do bazy, jutro dokańczacie strzelanie o 6.00.- To właśnie niebieski czternaście chciał usłyszeć.
Zbliżali się do Torunia. Z kabin widać już było charakterystyczną plamę zabudowań, wtopioną w soczystą, lipcową zieleń. Dwie szare kreski mostów dzieliły na części połyskującą szarfę wód Wisły. Gdzieniegdzie wyłaniały się żółte plamy piaszczystych łach. Z każdym tygodniem gorącego lata były coraz liczniejsze. Pilot samolotu z numerem czternaście mijał te krajobrazy bez nuty zachwytu, a nawet zainteresowania. Myślami był już w koszarach i wybierał spinki do mankietów na dzisiejszy dansing. Z ćwiczeń był zadowolony. W końcu to on zafundował grupie wolny wieczór. Lokal na pewno będzie zatłoczony, a tańczących będzie multum. Noc zapowiadała się piękna i był to jeden z tych wieczorów, które celebruje się, a potem pamięta długo. Tadeusz nie mógł już się doczekać. Do restauracji wszedł pewnie i od razu zajął stolik z widokiem na drewniany parkiet, ustawiony przy brzegu rzeki. Najadł się w koszarach, więc odmówił kelnerowi, gdy ten zaproponował kartę dań. Zamówił natomiast dwa kieliszki i zmrożoną flaszkę wódki Baczewskiego. Musiał jeszcze zaczekać kilkanaście minut na Tomasza. Jednego z młodszych lotników z jego eskadry. Mimo różnicy wieku znaleźli ze sobą wspólny język i z czasem Tomasz stał się towarzyszem wieczornych eskapad zastępcy dowódcy. Był zawsze rozgadanym, pełnym werwy i optymizmu młodym człowiekiem. Pewnym siebie, przebojowym. Obok tego dało się niestety zauważyć u niego roztargnienie i zapalczywość, tak typowe dla dwudziestokilkulatków. -Oto pańskie zamówienie. Czy coś jeszcze dla pana?- rzekła kelnerka podając tacę z wódką. Tadeusz oniemiał. Dziewczyna była piękna. Lśniące blond włosy, spięte wysoko, zapewne do pracy. Bystre, niebieskie oczy patrzyły na niego wyczekująco. Skromny dekolt sukienki zgrabnie zaznaczał piękny, młody biust, ale nie pozwalał gapić się zbyt długo i zapamiętale. Niewielkie, krwistoczerwone usta powoli zaczęły uśmiechać się kpiąco, w miarę jak twarz Tadeusza rozanielała się coraz bardziej. -Czy będzie pan potrzebował czegoś jeszcze?- spytała głośniej niż poprzednio. -Nie, nie na razie to wszystko. Dziękuję tak uroczej damie za obsługę, jeżeli tylko będę czegoś chciał, z przyjemnością panny poszukam.-otrząsnął się w końcu Tadeusz, włączając swoją najurokliwszą minę i najniższy możliwy ton głosu. Blondynka odeszła spoglądając z niemal niedostrzegalną nutką zażenowania. Doskonale natomiast dostrzegalna dla pilota przy stoliku. Wtem w końcu przysiadł się Tomasz. Został od razu zasypany gradem pytań o kelnerkę. -Znasz tę nową dziewczynę z obsługi?-zaczął od razu. -No widzę, że dzisiaj bez przywitania.-skwitował młodszy kolega.-