Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 6 min czytania

Wspomnienie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pomarańczowa tarcza słońca już prawie znikła za zachodnim horyzontem, oświetlając pasmo szarych, postrzępionych gór. Williamowi wydawało się, że patrzy na koronę świata spowitą w gorejących płomieniach. I odpłynął w krainę marzeń, nie słysząc już nawoływań swojej matki. - Już pora na kolacje Williamie. – Rzekł łysy mężczyzna z wydatnymi wąsami, kładąc rękę na ramieniu młodzieńca. – Czyżbyś nie słyszał swej matki? - Słyszałem ojcze. – Odpowiedział nie odrywając wzroku od cieni rzucanych przez strome szczyty. – Ale nie jestem głodny. - Czyżbyś źle się czuł? Może zaparzę ci trochę krwawnika z melisą? - Nie musisz. Naprawdę czuje się dobrze. Po prostu chcę jeszcze trochę pobyć na podwórzu. - Dobrze, już dobrze. Nie musisz się tłumaczyć. Jesteś już prawie dorosły. Tylko nie siedź tu za długo. Jutro twój wielki dzień! Poczochrał czarną czuprynę Williama i z uśmiechem na twarzy skierował swe kroki w stronę drzwi przydomowej karczmy, którą wraz z żoną i synem prowadzili. Był to piętrowy budynek z drewnianych bali, a jego kamienny komin z cętkowanego granitu wyróżniał się na tle dachu krytego strzechą. W środku jak zwykle panował gwar. Goście zdawali się nie zauważać, że już zapada zmierzch i bawili się w najlepsze przy muzyce wędrownego trubadura, który akurat postanowił się tu na pare dni zatrzymać. Większość z biesiadujących nawet nie zauważyła, kiedy został podany gulasz z królika i raczyli się jedynie winem i piwem, które było uważane za jedno z najlepszych w tych okolicach. Zabawa trwała do momentu, w którym dwóch z miejscowych rzemieślników rozpoczęło bójkę. Byli to szewc – Antuane i kołodziej – Marco. Nie była to pierwsza ich sprzeczka i zapewne nie ostatnia, gdyż od zawsze po paru kuflach piwa sprzeczali się o to, którego z nich rzemiosło jest ważniejsze. Karczmarz, choć starzejący się, nadal miał wystarczająco sił by rozdzielić ich i wyrzucić z karczmy. Po tym incydencie wszyscy miejscowi udali się do domów, a grajek, kupcy i inni podróżni poczłapali ospale, przez długi korytarz i nierówne, trzeszczące schody, wprost do swoich pokoi. Sprzątanie całej sali jak zwykle przypadło Williamowi, gdyż jego rodzice – jak to zawsze tłumaczyli – mieli wystarczająco dużo roboty w kuchni, co zazwyczaj ograniczało się do wymycia kotła i zamiecenia pyłu spod paleniska. Poustawianie ław i wymycie stołów zajęło mu dłuższą chwilę, w trakcie której jego wierny, popielaty sznaucer – Skrat, wylizał z podłogi wszystkie porozrzucane resztki sera, razowca i rzepy. Skończywszy pracę William rzucił jeszcze okiem na świecący srebrzystym blaskiem księżyc, po czym domknął drzwi i zarzucił rygiel. Zaśnięcie, jak co wieczór sprawiało mu nie lada problem. Myśli i obrazy kłębiły się w jego głowie niczym mysia rodzina wokół worka pszenicy, co skutecznie utrudniało mu zmrużenie oka. Na dodatek…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Wspomnienie — czytnik · opowiadania