filozofia · 12 min czytania
WSPOMNIENIE
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
WSPOMNIENIE
Próżno by szukać definicji normalności, szaleństwa czy czegokolwiek innego. Próżno by mówić o uczuciach, emocjach i wspomnieniach. Próżno- piękne słowo.
Nigdy nie myślałem o szaleństwie czy normalności i towarzyszących im uczuciach, bo niby po co? Mam czuć się normalny, a może utknąć w odmętach szalonej świadomości, która ze świadomością nie ma nic wspólnego. Bo czymże jest szaleństwo? Brakiem równowagi? Do dziś równoważę dobro ze złem, jeden martwy za jednego ocalonego…świat się kręci.
Czemóż szaleństwo miałoby dotykać właśnie mnie? To nie zło, które lgnie do dobra. To nie pech, który pluje w twarz szczęściu. Czego więc mogłoby ode mnie chcieć?
Teraz sam nie jestem już pewien, zwątpienie dotyka wszystkiego, nawet mojego własnego istnienia. Zatracone poczucie jestestwa może być nie do odzyskania, ale to nieważne, teraz jesteśmy tylko „my”. Patrzę w jej oczy i wiem, że droga, którą mnie prowadzi jest tą najwłaściwszą.
Spotkaliśmy się rok temu, ale nie było pierwszych spojrzeń, pierwszych słów i gestów, nie dla mnie. Była nieświadomość istnienia. Dopiero dziś dowiedziałem się, że obserwowała mnie od tamtego czasu, ale nie byłem gotowy na to, by móc ją poznać. Potrzebowałem całego roku, straconego roku, by dojrzeć.
Wstrzymując na chwilę oddech wracam myślami do dni, które tylko pozornie stanowią moją przeszłość. Tysiące obrazów przesiąkniętych nieświadomością przemyka mi przed oczami i czuję jak mimowolnie uśmiech wykrzywia moją twarz. Powiedziano mi, że świat jest gładki i takim wyczuwały go moje ręce, wmówiono mi, że zielone drzewa kołyszące się pod pogodnym, błękitnym niebem przyniosą mi nadzieję, więc wpatrywałem się w nie usilnie. Trwałoby to i dziś, i jutro, i każdego kolejnego dnia, aż po kres świata, gdyby nie jedna decyzja, która zmieniła moje życie.
Część 22 / 3
Byłem cichy, spokojny, szary. Zawsze na uboczu, z bezpiecznej odległości przypatrywałem się wszystkim wydarzeniom. Gdy inni się cieszyli ja kalkulowałem czy jeden uśmiech przyniesie mi jakąś korzyść. Tak, tak! Z pewnością można powiedzieć, że byłem gburem. Nie powinienem mieć wielu znajomych, ale dobre nazwisko i pełne konto odziedziczone po ojcu przyciągało nowe twarze, a ja nie miałem im za złe, że chcieli dla siebie jak najlepiej.
To właśnie z tymi- rzekomymi przyjaciółmi, ostatniej zimy udałem się w podróż, która zmieniał moje życie. Teraz śmieję się szczerze, głośno, gardłowo, bo przynajmniej raz te ludzkie marionetki przydały się na coś, zupełnie nieświadome swojej roli. Żądni smaku przygód, pięknych widoków i jeden bóg wie czego jeszcze wybrali góry jako cel naszej wyprawy. Już w drodze, pełni paskudnego entuzjazmu z twarzami wykrzywionymi w grymaśnym uśmiechu obrzucali się kolejnymi pomysłami: „…idźmy tam!...zobaczmy to!...zróbmy tak!”. Do dziś nie wiem jak mogłem w tym uczestniczyć…
Na miejsce dotarliśmy wczesnym rankiem. Szczyty gór szczelnie otulone białą mgłą drzemały spokojnie zupełnie nieświadome naszej obecności. W oddali, u podnóża śpiących olbrzymów dostrzec można było bielone domki o spiczastych dachach, ponad którymi unosiły się wąskie stróżki dymu. Pochłonięty roztaczającym się obrazem nie zauważyłem jak towarzyszące mi istoty zaczęły uciekać przed chłodnymi podmuchami wiatru.
Ostatecznie zatrzymaliśmy się w starym, drewnianym domostwie, którego aura przepełniona była historią i tajemnicą unoszącą się leniwie w powietrzu. Zarówno dom, jak i całe jego wyposażenie wykonane było z drewna.
Gospodarze byli mili i denerwująco towarzyscy. Zresztą jak wszyscy starsi ludzie mający nadzieję, że dobre uczynki tego wieku odkupią grzechy młodości. Twarz i ręce gospodyni poorane zmarszczkami i ciemnymi plamami sprawiały wrażenie wykonanych z drewna- tak bardzo pasowały do otoczenia.
Zaraz po wejściu, moja uwaga skupiła się na starym zdjęciu ozdobionym w pozłacaną ramę, stojącą na sztaludze w kącie pokoju. Stara kobieta jakby tylko czekając, aż ktoś zainteresuje się fotografią poczęła wyjaśniać mi, że przedstawia ona jej dziadka i babcię w dniu ich ślubu.
„Jak stara to musi być fotografia”- pomyślałem patrząc na staruszkę, która z zapałem opowiadała o czasach, których nie mogła pamiętać.
Część 33 / 3
Próbuję, ale nie mogę, przypomnieć sobie koloru oczu tej kobieciny. W pamięci zatarł się także jej głos, a historia o której mówiła rozbrzmiewa teraz moim tonem.
Bezustannie chwaliła mężczyznę z fotografii. Wmawiała mi, że był dobrym człowiekiem, dbał o rodzinę, przyjaciół i bliskich. Namówił swoich braci i ich rodziny na powrót do kraju, pomógł im się osiedlić i do końca swojego długiego życia wspierał ich jak tylko mógł. Opowiadała o nim długi czas, ale mnie zastanawiało tylko jakie grzechy próbował odkupić swoją „bezinteresowną” dobrocią.
Czekałem też na jakieś informacje o młodej kobiecie, która opierała się o bok młodzieńca, ale w tym temacie nie dowiedziałem się niczego, tak jakby ta postać nie miała żadnej historii.
Pozostało mi jedynie uśmiechać się do tej interesującej pary i skrycie liczyć na to, że porzucą swoje poważne miny i odwzajemnią mój uśmiech. Niestety, nic takiego się nie stało.
Nie rozumiałem jak reszty towarzystwa może nie fascynować to zdjęcie. Miało w sobie taką siłę, taką moc. Zostałem w pokoju sam, ze wzrokiem utkwionym w tych obcych ludzi. Mijały godziny, w końcu dni, a ja pod różnymi pozorami unikałem towarzystwa i robiłem wszystko co mogłem, żeby zgłębiać tajemnicę owej fotografii. Dostrzegałem więcej szczegółów, a ci do niedawna obcy ludzie stawali mi się coraz bliżsi i tylko oni zdawali się rozumieć moją ciekawość.
Z czasem obraz stawał się coraz klarowniejszy, a ja zacząłem dostrzegać w tej parze dziwne i niepokojące podobieństwo. Coś co uderzyło mnie już na samym początku, coś co…